Loża z warszawskiego Ratusza zaciera ślady NKWD-owsko-żydowskich zbrodni na Narodzie Polskim — ratujmy Miejsce Pamięci Narodowej przy ulicy Strzeleckiej 8 w Warszawie

strzelecka 8

Spółka Jerzego Amanowicza weszła wczoraj do piwnic kamienicy przy ul. Strzeleckiej 8 w Warszawie, a więc do Miejsca Pamięci Narodowej, dokonując tam dewastacji i profanacji świętego dla polskich patriotów miejsca. Sprawa jest poważna, ponieważ właśnie w części nieobjętej ochroną, do której wszedł prywatny deweloper, znajdują się najważniejsze świadectwa rosyjsko-żydowskich zbrodni na Narodzie Polskim.

— Liczne wyryte w ścianach piwnicy klepsydry świadczą o tym, że to w nich przebywali najodważniejsi z odważnych bohaterów polskiej historii.

Na podwórku i w piwnicach mogą także znajdować się szczątki naszych bohaterów,

co potwierdza choćby dokument Instytutu Pamięci Narodowej „Śladami zbrodni” — mówi prezes Fundacji „Łączka” Tadeusz Płużański.

Po raz pierwszy byłem w piwnicach kamienicy przy ul. Strzeleckiej 8 w Warszawie w 2007 roku. Wtedy jeszcze mieszkający tam w większości potomkowie ubeków w celach-piwnicach trzymali ziemniaki, słoiki z ogórkami, także jakiś złom, słowem wszystko, co można znaleźć w normalnej piwnicy. Tylko, że to nie była normalna piwnica, od razu stało się jasne i publicznie wiadome, że mamy do czynienia z historycznym skarbem. Nigdzie indziej w Polsce nie zachowała się ubecka katownia w praktycznie nienaruszonym stanie. Na ścianach wydrapane przez skazańców imiona, nazwiska, modlitwy, ołtarzyki, kalendarze… Te ściany wprost krzyczą ich głosami.

Oto materiał, który wtedy (w 2007 roku) zrealizowaliśmy wraz z Pawłem Wudarczykiem dla Telewizji Puls:

Nie będę opisywał tego wszystkiego, co od 2007 roku się wydarzyło. Polecam kilka artykułów opublikowanych na wPolityce.pl:

Deweloper niszczy piwnice, w których mordowano bohaterów! „Tam są ślady ubeckich zbrodni”. ZOBACZ ZDJĘCIA

Więzień katowni UB i NKWD przy ul. Strzeleckiej: „Ludzie, który walczyli w Szarych Szeregach nie mają swojego śladu. Teraz leżą gdzieś pod płotem…” NASZWYWIAD

Kamienica przy ul. Strzeleckiej 8 w Warszawie – ocalmy ślady reżimu stalinowskiego. PODPISZ PETYCJĘ!

W międzyczasie na Strzeleckiej pojawiło się kilku ministrów, prezesów, biskupów, generałów. Z hukiem odsłonięto tablicę upamiętniającą męczonych w tych piwnicach polskich bohaterów. I co? Nietrudno się domyślić. Otóż, nic. Zupełnie nic. Hanna Gronkiewicz-Waltz zachowuje się, jakby ta cała sprawa nie działa się w Warszawie. Sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa pokazał się tutaj przed kamerami raz i… wystarczy.

Na placu boju o pamięć pozostał tylko Instytut Pamięci Narodowej, który mając ograniczone pole działania, musi na ten moment zadowolić się przedwstępną umową z właścicielem budynku (deweloperem), która mówi, że żadne prace w piwnicach nie będą prowadzone bez zgody historyków. Kłopot polega na tym, że decyzją Wojewódzkiego Mazowieckiego Konserwatora Zabytków piwnice podzielono na dwie kategorie ważności. 16 z nich jest wpisanych do rejestru zabytków i te są już bezpieczne. Pozostałe nie i ich los zależy od dobrej woli dewelopera.

strzelecka 8

Właśnie to – kompletnie niezrozumiała decyzja konserwatora – powoduje, że istnieje naprawdę realna szansa, że ktoś kiedyś ten historyczny skarb po prostu zaorze i będzie to zgodne z prawem. Muszę w tym momencie zwrócić uwagę na kłamstwo jakim posługuje się publicznie konserwator zabytków. Twierdzi on bowiem, że nie objął ochrona wszystkich piwnic, bo… nie miał świadomości, że w tej części także są jakieś inskrypcje. Osobiście byłem świadkiem, jak z nakazu prokuratora IPN otwierano po kolei wszystkie piwnice (na każdych drzwiach wciąż są napisy: np. „cela nr 1”) i dokumentowano ślady pozostawione przez więzionych tam żołnierzy AK i NSZ. Materiał z tych oględzin ma w swojej dyspozycji Wojewódzki Mazowiecki Konserwator Zabytków. Czyli co? Wiedział, czy nie wiedział?

Paradoksem jest także to, że w części nieobjętej konserwatorską ochroną inskrypcji jest więcej niż w tej, która jest już pod opieką. Na drzwiach, które dziś wyrwano z ościeżnic jest np. – proszę spojrzeć poniżej – napis wykonany przez kpt. Mieczysława Grygorcewicza, ps. Miecz. Ale to szczegół, o którym pan konserwator może nie wiedzieć, bo osobiście na Strzelecką się nie pofatygował.

strzelecka 8

Na Strzeleckiej 8 w Warszawie miało powstać Muzeum Żołnierzy Wyklętych i sale edukacyjne Instytutu Pamięci Narodowej, miejsce chwały i pamięci o najlepszych synach naszego Narodu. Z powodu urzędniczego braku wyobraźni możemy tam mieć miejsce narodowej hańby, bo tak trzeba będzie je nazwać, jeśli nie uratujemy go dla potomnych. Chyba, że to celowe działanie. Wcale bym się nie zdziwił.

CZYTAJ TEŻ: Dr Łabuszewski o katowni UB i NKWD przy ul. Strzeleckiej: „Nie rozumiem, dlaczego konserwator zabytków chroni tylko część piwnic…”

Reklamy

Skandaliczny przedruk na Onecie. Niemiecki Onet.pl bez słowa komentarza przedrukowuje manipulatorski tekst z „New York Timesa” o przywracaniu w Polsce pamięci o Żołnierzach Niezłomnych

1

Skandaliczny przedruk na Onecie. Niemiecki polskojęzyczny Onet.pl bez słowa komentarza przedrukowuje manipulatorski tekst z żydowskiego „New York Timesa” o  przywracaniu w Polsce pamięci o Żołnierzach Niezłomnych. Powszechnie wiadomo, jak środowiska i narodowości od zawsze nieżyczliwe Polsce odnoszą się do wszelkich prób budzenia się świadomości narodowej (nie nacjonalistycznej) w naszym kraju, ale stopień manipulatorskiego kunsztu bijący z omawianego artykułu można porównać jedynie do propagandowego majstersztyku – wpisującego się również dokładnie w ten sam nurt wieloletniego konsekwentnego, precyzyjnie ukierunkowanego, zmasowanego medialnego przekazu – narracji o słynnych już na cały świat „polskich obozach śmierci” i Polakach jako największych na planecie barbarzyńcach.

Już sam tytuł artykułu Unearthing a Barbarous Past in Poland („Odgrzebywanie barbarzyńskiej przeszłości w Polsce”, na język polski przetłumaczony przez Onet w złagodzonym brzmieniu jako „Brutalna przeszłość wychodzi z ziemi”) i cykl wizualnych slajdów pod nim wymownie sugeruje obcojęzycznym i odrębnym od nas kulturowo czytelnikom bardzo prosty przekaz: „popatrzcie, to, o czym będziemy tu mówić, zgotowali Polakom sami Polacy; zobaczcie, jak wychodzi spod ziemi ich własne barbarzyństwo, ich barbarzyńska przeszłość; i my – społeczeństwo cywilizowane – musimy o tym mówić”. Ilustrujące tekst bardzo sugestywne zdjęcia, rodem jak z najczarniejszej amerykańskiej kroniki kryminalnej, zdają się wymownie potwierdzać ważkość objawionej prawdy zawartej w samym przekazie tekstowym. Zdjęcia w oryginalnej wersji wyglądają tak:

7

7

8

3

6

Ale przejdźmy do samego artykułu i fotografii zasugerowanych przez Onet (dostosowanych już do tubylczego odbiorcy i nie kojarzących się aż tak bezpośrednio, jak to było celem oryginalnego artykułu – z pospolitymi cywilnymi zbrodniczymi patologiami w Stanach Zjednoczonych). Oto omawiany artykuł z bieżącymi komentarzami [w nawiasie kwadratowym] Tajnego Archiwum Watykańskiego, gdyż bez tych komentarzy oryginalny tekst jest zwykłą propagandową wrzutą pod z góry upatrzoną tezę:

Zbigniew Kulikowski stanął nad kruszącym się brzegiem błotnistego dołu, na którego dnie trójka ludzi cierpliwie oczyszcza pożółkłe kości z kilku splecionych ze sobą szkieletów [misterne budowanie atmosfery grozy]. Nieco ponad rok sporadycznie prowadzonych tutaj prac ekshumacyjnych doprowadziło do wydobycia szczątków ponad 280 osób pochowanych w masowych grobach, ofiar nazistów, sowietów [broń Boże nie Niemców i nie Rosjan!] i polskiej bezpieki [„polskiej” bezpieki, która w 37% składała się z żydowskich komunistycznych zbrodniarzy]. Wtem jeden z mężczyzn w białym kombinezonie ochronnym podbiega do towarzyszy, z trudem łapiąc oddech [no, zaraz się zacznie…]. W ogrodzie położonym na tyłach bloków mieszkaniowych, zbudowanych na terenie należącym niegdyś do liczącego sobie ponad sto lat więzienia [niezaznaczenie, że w przypadku „analizowanego” tu tematu chodzi nie o zwykłe cywilne więzienie, lecz o komunistyczną UB-cką katownię, jest skrajną manipulacją, w domyśle sugerującą polsko-polskie cywilne bratnie porachunki], znaleziono więcej zwłok, informuje. Słysząc to Kulikowski, prokurator badający tę sprawę, chwyta się za głowę. – To już nie zwykły cmentarz. Tu są pola śmierci – podsumowuje [w domyśle: „polskie pola śmierci”].

W kraju takim jak Polska, gdzie wrogie wojska i ideologie pozostawiły po sobie katalog najstraszliwszych okrucieństw XX wieku, ponura przeszłość raz po raz daje o sobie znać, a demokratyczne [demokracja chyba po rosyjsku, bo wybory są całkowicie poza społeczną kontrolą, a od lat jest mnóstwo dowodów ich nierzetelnego przeprowadzania, a nawet manipulacji i jawnych fałszerstw] polskie społeczeństwo musi radzić sobie z coraz to nowymi makabrycznymi odkryciami [termin „makabryczny” pasuje raczej do pospolitych zbrodni cywilnych, a nie do regularnej wojskowej eksterminacji narodu, eksterminacji o znamionach ludobójstwa, z jaką niewątpliwie mamy tu do czynienia]. Szczątki ofiar były dotąd odnajdywane w wielu sekretnych [„sekretna” to może być romantyczna schadzka w ogrodzie; nie „sekretnych” lecz systemowo i metodycznie „utajnianych”] mogiłach rozsianych po całym kraju, również w Białymstoku, jednak nigdy dotąd nie było ich tak dużo i nie świadczyły o tak niesłychanej brutalności [i znów, „brutalność” kojarzy się raczej z patologicznym mężem katującym swą bezbronną żonę; w tym wypadku wypadałoby raczej mówić o „zbrodniczości” – i to „zbrodniczości systemu”].

W pewnym sensie prace ekshumacyjne prowadzone na terenie zakładu karnego w Białymstoku – założonego przez cara w 1912 roku i działającego do dziś z liczbą 680 osadzonych – tyleż mówią o polskiej przeszłości co o teraźniejszości. Wydobywane z masowych mogił ofiary nie ginęły tylko podczas wojny z rąk nazistów czy sowietów [Niemców, Rosjan], o których Polacy mają wyrobione i jak najgorsze zdanie [no jasne, że miłujemy miłością nigdy nieodwzajemnioną naszych jedynych „wybawicieli”], lecz zostały zamordowane przez swoich, już po wojnie [tak, tak, zupełnie nikt nie rzucił nas w Jałcie i Poczdamie Stalinowi na pożarcie i jak najbardziej sami sobie – barbarzyńcy – zgotowaliśmy ten los]. To Polacy zgładzeni przez Polaków [co za bratobójczy naród, ci Polacy]. Dlatego rozliczenie ich losów będzie dla narodu nad Wisłą skomplikowanym zadaniem [tak, weźcie przykład z waszych braci Niemców i Rosjan – nigdy nieskalanych i zawsze miłujących pokój].

W czasach rozkwitu nacjonalistycznych ideologii w wielu miejscach w Europie można mieć obawy, czy skrajnie prawicowe polskie partie nie spróbują wykorzystać ostatnich makabrycznych odkryć dla własnych celów [oczywiście nikt w Polsce nie słyszał o skrajnie lewicowych polskich i niemieckich partiach, napadających w dniu polskiego Święta Niepodległości 2011 na polskich policjantów oraz na defilujące Nowym Światem grupy rekonstrukcyjne w mundurach z epoki]. O większości białostockich ofiar można z całą pewnością powiedzieć, że należały do antykomunistycznego podziemia. Tymczasem polscy radykałowie z prawej strony sceny politycznej [po lewej stronie sceny politycznej o żadnych radykałach mowy oczywiście być nie może] chętnie mówią o „opuszczonych” żołnierzach [w polskiej nomenklaturze historycznej funkcjonuje wypracowane już od dawna sformułowanie na określenie ofiar zbrodniczego reżimu komunistycznego: Żołnierze Niezłomni lub Żołnierze Wyklęci], antykomunistycznych partyzantach, których pamięć została, jak twierdzą, zmieciona pod dywan w imię budowania kapitalistycznego bogactwa [tak „twierdzą”, bo tak jest].

Wielu Polaków wolałoby uniknąć drobiazgowego badania przeszłości [nie wiadomo, kogo autor ma na myśli, chyba jednak nie o Polakach tu mowa, bo Polak bez przeszłości nie jest Polakiem lecz Ełrobotem]. Potworne znaleziska, o których prasa donosiła od lipca ubiegłego roku, nie przyciągnęły większej uwagi [na pewno nie polskojęzycznych korporacyjnych mediów powiązanych z ogólnoświatowym medialnym kartelem], choć mordercy i ich ofiary mogły być przecież krewnymi ludzi przemieszczających się co dzień pobliską, ruchliwą ulicą Kopernika. – O tym się nie mówi – zauważa Maciej Białous, socjolog z Uniwersytetu w Białymstoku i autor badania na temat społecznych postaw mieszkańców Białostocczyzny. – Takie tematy nie pojawią się w codziennych rozmowach. Niektórzy ludzie nic na ten temat nie wiedzą, innych to nie obchodzi, jeszcze inni chcą o tym zapomnieć [świadomość historyczna „narodu z resztek” to osobny temat na pracę doktorską].

Ekshumacje w białostockim więzieniu są skutkiem 10 lat pracy Marcina Zwolskiego, historyka z Instytutu Pamięci Narodowej. Zwolski oraz inni naukowcy badający powojenne zbrodnie na północnym wschodzie Polski mieli z początku otrzymywać pogróżki, a w ich okna celowano cegłami [oczywiście robiła to – jak zawsze dysząca powszechną nienawiścią i jak zwykle „skrajnie radykalna” – polska prawica]. Nawet teraz, gdy urodzone po wojnie pokolenie dożywa późnej starości, dociekliwość na temat tego, co się naprawdę stało, budzi niechęć. – Wielu ludzi sądzi, że bezpieczniej w ogóle na ten temat nie rozmawiać – zauważa Zwolski. – Niektórzy mogą mieć obawy, czy nie dowiedzą się w ten sposób czegoś złego o swoich rodzinach albo o swoich sąsiadach.

„Teren śledztwa. Wstęp wzbroniony”, głosi napis na parkanie ogradzającym błotniste pole. Ogród został ogołocony z trawy i drzew. Usunięto chlewnię i dwa silosy należące niegdyś do więziennych zabudowań. Pozostawiono jedynie niewielki drewniany domek, kiedyś miejsce odpoczynku strażników, wzniesiony nad piwniczką, gdzie znaleziono szczątki trzech kolejnych ciał. – Do moich zadań należy ustalenie płci, wieku, wzrostu ofiar, wszelkich danych, które mogłyby nam podpowiedzieć, jak oni wyglądali i w jaki sposób zmarli – mówi Iwona Teul, antropolożka zajmująca się w tej chwili kompletowaniem układanki z odnalezionych kości. – Proszę bardzo, to pęknięte żebro. A tutaj widać, że tej osobie wybito zęby trzonowe – wyjaśnia [no tak, Polnische Banditen].

Badane właśnie szczątki nie noszą śladów kuli, jak te leżące na sąsiednim stole, nie zdradzają też oznak niedożywienia [bo generalnie Polacy raczej nie dożywiają swoich dzieci], jak dziecięce kości przechowywane w sąsiednim pojemniku. Zanim Teul zakończy pracę, pobierze jeszcze próbki materiału DNA, który przekaże do sąsiedniego pokoju genetykowi Andrzejowi Ossowskiemu. Ten wprowadzi informacje do narodowej bazy danych dotyczących ofiar przemocy [komunistycznej przemocy; „komunistycznej” robi drobną różnicę, nie?], by porównać je z próbkami pobranymi od osób, które straciły bliskich na wojnie. Przy odrobinie szczęścia może się udać skojarzyć jakąś parę. – Dotąd przeprowadziliśmy 40 identyfikacji – twierdzi Ossowski. – Mamy jeszcze przed sobą wiele pracy.

Zanim rozpoczęto ekshumacje w Białymstoku, Zwolski poświęcił dziesięć lat życia na studiowanie archiwów polskiego podziemia, analizowanie dokumentów wojskowego wywiadu, materiałów sądowych, dzienników prowadzonych przez strażników więziennych. Na tej podstawie może podejrzewać, jak wielu ludzi tutaj zginęło i dlaczego pochowano ich w tajemnicy. – [Autorzy zbrodni – dopisek Onetu; pominięcie podmiotu w zdaniu oryginalnego tekstu jest celowe; w przeciwnym wypadku autor musiałby użyć określeń niepasujących mu do z góry założonej przez niego tezy] Nie życzyli sobie, by ktokolwiek czcił pamięć tych zmarłych – uważa badacz.

Zabijanie zaczęło się jeszcze we wrześniu 1939 roku, kiedy wojska radzieckie przekroczyły granicę Polski, by zająć wschodnią część tego kraju. Naukowcy dysponują listą około stu nazwisk ludzi, których wtrącono wtedy do więzienia, a potem uznano za zaginionych, gdyż ich ciała nie spoczęły na pobliskich cmentarzach. Wśród ofiar znaleźli się miejscowi urzędnicy, żołnierze, oraz wszyscy ci, którzy im pomagali. Między rokiem 1941 a 1944 przyszła pora na nazistów i wtedy mordowanie nabrało tempa. – Wiemy o przynajmniej 6000 ludzi, którzy zginęli na Białostocczyźnie. Większość z nich stracono i pogrzebano w lasach – mówi Zwolski. Wybito wtedy większość miejscowych Żydów – pozostałych wywieziono do obozów koncentracyjnych.

Pozostali, w tym wielu najznamienitszych obywateli, trafili do białostockiego aresztu śledczego, gdzie przetrzymywano ich jako zakładników. Dwudziestu kilku ludzi usłyszało wyroki śmierci, innych – od 200 do 300 osób – zabito bezceremonialnie bądź pozostawiono na pewną śmierć w dziesiątkowanych przez tyfus celach.

Znacznie mniej wiadomo o zabijaniu, jakie miało tutaj miejsce tuż po wojnie, za rządów komunistycznych proradzieckich władz. Około 250 wyroków śmierci udokumentowano i większość skazanych spoczywa prawdopodobnie w obrębie więzienia. Można jednak podejrzewać, że wiele osób stracono, nie pozostawiwszy po tym śladów w dokumentacji. – Obawiam się, że nigdy nie ustalimy, ilu tych ludzi naprawdę było – przyznaje Zwolski.

W połowie lat 50. więźniów mordowano w czterech ścianach, najprawdopodobniej w piwnicach należących do gmachu administracji zakładu karnego – bo teren ogrodu był teraz widoczny z okien zbudowanych w pobliżu bloków mieszkaniowych. – Oto jak to wszystko się odbywało – opowiada major Wojciech Januszewski, który na pracy w białostockim więzieniu spędził 20 lat, a przy obecnym śledztwie służy jako oficer łącznikowy. – Więźniów przeprowadzano przez podwórze do głównego budynku, a następnie do piwnicy. Wtedy podjeżdżał tu samochód z tajniakami w czarnych płaszczach. Pozostawiali pojazd z włączonym silnikiem, wchodzi do środka, strzelali skazańcom w głowę i szybko opuszczali więzienie – relacjonuje. W 1956 roku, po zmianie kursu w radzieckiej polityce, mordowanie ustało [historyczna bzdura, polskich bohaterów nadal zajadle ścigano; ostatniego Żołnierza Niezłomnego, Józefa Franczaka ps. „Lalek”, komunistyczna bezpieka dopadła dopiero w roku 1963!].

Wykopaliska tuż za terenem aresztu śledczego. Na zdjęciu szkielet kilkuletniego dziecka

Tymczasem prokurator Kulikowski przedziera się przez pole w ubłoconych butach. Trzech z jego ludzi właśnie walczy z twardym gruntem między dwoma ozdobnymi krzewami posadzonymi w sąsiedztwie nowoczesnego apartamentowca z czerwonymi balkonami. Nad ich głowami ktoś przed chwilą rozwiesił pranie [bezduszni „polscy bandyci”]. Kulikowski najpierw patrzy na rząd ogródków, a później na rozkopany teren ekshumacji parę metrów dalej, w stronę dawnego więzienia. Pozostało im jeszcze tak wiele nieruszonego terenu do przeszukania. – To miejsce jest jak muzeum wojny, upamiętniające nonsens, jakim jest wojna – zauważa. – Ci ludzie najpierw byli sprawcami mordów, a potem sami zostali zamordowani. Jedna chora ideologia zastąpiła drugą [tak, znamy to, jednych „polskich bandytów” słusznie zastopowali drudzy „polscy” bandyci…].

Jeśli ktoś przebrnął przez ten gęsty od komentarzy i w sumie bardzo ciężki (ciężar gatunkowy) tekst, można tylko pogratulować. Myślę jednak, że warto było, bo skala manipulacji medialnych na temat Żołnierzy Niezłomnych jest w Polsce (i – jak widzimy – na świecie) nadal pokaźna, a żadne polskie niezależne medium odnieść się bardziej krytycznie do tego artykułu dotychczas nie raczyło. Artykuł i jego analiza semantyczna może być z powodzeniem wykorzystana na ćwiczeniach z przedmiotu Manipulacje Medialne na wydziałach dziennikarstwa, socjologii i politologii.

Komentarz TAW do manipulatorskiego artykułu Ricka Lymana dostępnego na:

NYTimes.com

Onet.pl

Żołnierze Niezłomni:

https://tajnearchiwumwatykanskie.wordpress.com/category/zolnierze-niezlomni/

Manipulacja świadomością ludzi:

https://tajnearchiwumwatykanskie.wordpress.com/category/manipulacja-swiadomoscia-ludzi-2/

Przywrócić tożsamość szczątkom Żołnierzy Niezłomnych. Prof. Krzysztof Szwagrzyk o poszukiwaniu grobów ofiar komunistycznego terroru w Polsce – audycja w Polskim Radiu

Szwagrzyk_15.10.2014

– Zanim rozpoczniemy prace ekshumacyjne, wiemy, kogo poszukujemy, znamy dokładną historię lokalnego aparatu represji i sposób, w jaki dana osoba została uśmiercona – o poszukiwaniu szczątków ofiar komunistycznego reżimu opowiada w radiowej Dwójce prof. Krzysztof Szwagrzyk.

– Wszędzie tam, gdzie były siedziby Urzędu Bezpieczeństwa, gdzie było KBW [KorpusBezpieczeństwa Wewnętrznego], gdzie były więzienia i obozy, mordowano ludzi, a następnie ukrywano ich szczątki, zamazując ślady pochówku. Dziś musimy do nich dotrzeć  mówił prof. Krzysztof Szwagrzyk, pełnomocnik prezesa Instytutu Pamięci Narodowej ds. poszukiwań miejsc pochówku ofiar terroru komunistycznego, w rozmowie z Hanną Marią Gizą.

Skala jest ogromna, bo mowa jest o szczątkach tysięcy żołnierzy i ludzi związanych z Polskim Państwem Podziemnym, uśmierconych przez komunistyczne władze.

Jednym z najsłynniejszych masowych grobów, badanych przez IPN jest tzw. kwatera na Łączce na Powązkach, do której wrzucano ciała zamordowanych w latach 1948-56 w areszcie przy ul. Rakowieckiej w Warszawie oraz siedzibie Urzędu Bezpieczeństwa i Informacji Wojskowej – dowódców i żołnierzy Armii Krajowej. Innym badanym od niedawna miejscem jest Cmentarz Garnizonowy w Gdańsku, gdzie odnaleziono szczątki Danuty Siedzikówny ps. „Inka” i Feliksa Selmanowicza ps. „Zagończyk”.

Inka_ Zagończyk_szczątki

Inka_szczątki1

Inka_szczątki2

Inka_szczątki3

Inka_szczątki

"Inka" (1928-1946)
„Inka” (1928-1946)

 

Feliks Selmanowicz "Zagończyk" został rozstrzelany wraz z "Inką" w podziemiach gdańskiego aresztu śledczego przy ul. Kurkowej
Feliks Selmanowicz „Zagończyk” został rozstrzelany wraz z „Inką” w podziemiach gdańskiego aresztu śledczego przy ul. Kurkowej

Prof. Krzysztof Szwagrzyk opowiadał, że poszukiwanie grobów bohaterów polskiego podziemia przypomina pracę detektywistyczną, i że do celu doprowadzić może najdrobniejszy szczegół.

– Ogromnie pomocny w naszych pracach, jeśli chodzi o Gdańsk, był dr Waldemar Kowalski, historyk gdański, który odnalazł w tutejszym archiwum państwowym wyjątkowy dokument. Było to pismo naczelnika więzienia przy ulicy Kurkowej skierowane do wdowy po Feliksie Selmanowiczu. Pisał w nim, że zwłoki Feliksa Selmanowicza zostały pochowane na Cmentarzu Garnizonowym w Gdańsku. Nie widziałem żadnego powodu, żeby naczelnik więzienia w roku 1946 mógł celowo wprowadzać w błąd wdowę po więźniu – wyjaśniał gość audycji.

Dzięki kolejnym strzępom informacji udało się namierzyć kwaterę, w której znaleziono szczątki innych żołnierzy zamordowanych przez gdański oddział UB. Prof. Krzysztof Szwagrzyk podkreślał, że choć jego zespół dokłada wszelkich starań, by zidentyfikować każdą z osób pochowanych w grobie, to nie zawsze będzie to możliwe.

– Jeśli ktoś nie miał rodzeństwa albo nie założył rodziny, nie miał dzieci, jeżeli nie wiemy, gdzie są pochowani jego rodzice, wówczas jesteśmy bezradni, bo nie możemy posiąść materiału genetycznego do porównań.

Więcej na ten temat – w nagraniu audycji [kliknąć w odpowiednią ikonkę na stronie]:

http://www.polskieradio.pl/8/3664/Artykul/1260048,Przywrocic-tozsamosc-szczatkom-zolnierzy-niezlomnych

(bch, pg)

PolskieRadio.pl

Żołnierze Niezłomni:

https://tajnearchiwumwatykanskie.wordpress.com/category/zolnierze-niezlomni/

Prof. Krzysztof Szwagrzyk o pracach na „Łączce”: Bohaterowie spoczywają pod twórcami stanu wojennego

 .
łączka1

– Podobnie jak miliony Polaków poczułem rozgoryczenie, a nawet ból, że żyjemy w państwie, w którym kaci nie tylko nie stają przed sądem – a jeżeli stają, to są uniewinniani – to jeszcze kiedy dożywają swoich dni, chowani są z honorami wojskowymi. Te sytuacje niestety się powtarzają – powiedział  w rozmowie z Tadeuszem Płużańskim prof. Krzysztof Szwagrzyk, pełnomocnik prezesa IPN ds. poszukiwania nieznanych miejsc pochówku ofiar reżimu komunistycznego. Wywiad ukazał się w „Super Expressie”.

Komentując pochówek z honorami wojskowymi Wacława Krzyżanowskiego, który żądał kary śmierci dla Ireny Siedzikówny „Inki”, Szwagrzyk podał też inny przykład pochówku komunistycznego zbrodniarza z honorami: „Kiedy w 2008 r. zmarł mjr Mieczysław Widaj – sędzia, który wydał ponad sto wyroków śmierci – jemu także przygotowano asystę wojskową. Gdyby nie nagłośnienie tych sytuacji przez media, zbrodniarze byliby chowani z honorami. Tymczasem to nie media i nie historycy powinni informować, kto jest katem. To obowiązek państwa, które już dawno powinno wprowadzić odpowiednie przepisy”.

łączka

Po pogrzebie Wacława Krzyżanowskiego minister obrony narodowej Tomasz Siemoniak zdymisjonował odpowiedzialnych za przyznanie asysty honorowej oskarżycielowi Danuty Siedzikówny „Inki”. Dowódcą garnizonu Koszalin był dowódca 8. Koszalińskiego Pułku Przeciwlotniczego płk dypl. Zbigniew Zalewski, zaś komendantem tego garnizonu – oficer prasowy pułku kpt Zbigniew Izraelski. Obaj trafią do rezerwy kadrowej.

szwagrzyk

szwagrzyk2

Profesor Szwagrzyk powiedział w „Super Expresie” o poszukiwaniach na cmentarzu w Gdańsku szczątków „Inki” i Feliksa Selmanowicza „Zagończyka”: „we wrześniu br. odnaleźliśmy szczątki umieszczone w jednym dole – bardzo młodej kobiety z dwukrotnie przestrzeloną czaszką i nieco starszego od niej mężczyzny. Zostali pochowani w trumnach bez wieka. Wiemy skądinąd, że „Inka” została stracona razem z „Zagończykiem” i – wszystko na to wskazuje – zostali gdzieś razem pochowani. Do tej pory udało nam się potwierdzić szczegóły antropologiczne – wiek, wzrost, stan uzębienia i charakterystyczne przestrzeliny. Czekamy teraz na wyniki badań genetycznych”.

łączka

Szwagrzyk nawiązał też do poszukiwań na cmentarzu na Służewiu, które zakończyły się skandalem: – Tam w ciągu dziesięciu dni naszych działań potwierdziliśmy, że znajdują się szczątki więźniów z czasów stalinowskich. Doszło potem do interwencji policji i prokuratury, które zajęły te szczątki i przekazały je do zakładu anatomii. Nie wiem, jaki jest wynik postępowania prokuratury Warszawa-Mokotów. (…) Ani przez moment nie wątpiłem, że ustalenia prokuratury będą takie same jak naszych specjalistów – że są to szczątki ofiar komunizmu. Szkoda tylko czasu i niepotrzebnych złych emocji, które towarzyszyły naszym pracom. Wszystko można było zrobić inaczej. Jestem przekonany, że to kwestia miesiąca, dwóch, kiedy ta sprawa wróci do prokuratury IPN – powiedział historyk.

łączka6

Szwagrzyk powiedział też o kontynuacji dalszych prac na „Łączce”, gdzie odnaleziono już szczątki 196 więźniów: – Ciągle oczekujemy na ten najważniejszy moment, a więc na trzeci etap działań ekshumacyjnych na „Łączce”, który pozwoli nam na wydobycie szczątków ok. 90 więźniów, znajdujących się cały czas pod współczesnymi grobami. Na pewno nie stanie się to – z powodów oczywistych – zimą. Musi się to stać w roku następnym. Nie mogę sobie bowiem wyobrazić sytuacji, że będziemy słyszeć o jakichkolwiek trudnościach. Myślę też, że cierpliwość społeczna w tej sprawie osiągnęła pewną granicę. Żadne przeszkody, które istnieją w tym zakresie, nie są na tyle poważne, żeby nie można ich było pokonać. Trzeba jednak woli, determinacji i rzeczywistej chęci działania, a nie mnożenia kolejnych problemów – powiedział.

"Pod tymi grobami leżą Żołnierze Wyklęci"
„Pod tymi grobami leżą Żołnierze Wyklęci”

Co blokuje dalsze prace na „Łączce”? – Najważniejszym powodem jest fakt, że w latach 1982-1984, czyli pod osłoną stanu wojennego, władze komunistyczne uznały, że należy tam – na miejscu potajemnych pochówków więźniów – wyznaczyć pole dla zasłużonych działaczy komunistycznych. W krótkim czasie postawiono prawie 200 pomników tych ludzi. Problem polega na tym, jaką formułę, także prawną, przyjąć, aby doprowadzić do wydobycia szczątków więźniów. Powiedzmy jednak, że na Powązkach więźniów chowano także w innych kwaterach – B, C, F, F2, F3. Tu w ostatnich latach spoczęli twórcy stanu wojennego – mówi Szwagrzyk i pytany o nazwiska dodaje: – To na przykład gen. Florian Siwicki.

Warto wspomnieć, że gen. Florian Siwicki to PRL-owski minister obrony narodowej, trzeci, po Jaruzelskim i Kiszczaku, twórca stanu wojennego, pochowany w marcu 2013 roku. Według Szwagrzyka na ekshumację w Polsce czeka jeszcze co najmniej kilkanaście tysięcy ofiar komunizmu.

Niezalezna.pl

Do dziś żyjemy w PRL-u:

https://tajnearchiwumwatykanskie.wordpress.com/2014/10/13/plk-waclaw-krzyzanowski-prokurator-morderca-sadowy-danuty-siedzikowny-inki-zostal-dzis-pochowany-z-honorami-wojskowymi-i-orderami-na-poduszkach/

Żołnierze Niezłomni:

https://tajnearchiwumwatykanskie.wordpress.com/category/zolnierze-niezlomni/

Czy stacjonujące na terenie naszego kraju wojsko, zwane polskim, rzeczywiście jest polskie, skoro honoruje funkcjonariuszy zbrodniczego systemu, a nie obrońców wolnej i niezawisłej ojczyzny?

inka_danuta_siedzikowna

Asysta honorowa dla kata „Inki”. Ministerstwo Obrony Narodowej ośmiesza się, udając, że nie wiedziało wcześniej o planowanej wojskowej asyście honorowej przy pochówku byłego prokuratora Wacława Krzyżanowskiego, który w 1946 r. zażądał kary śmierci dla 17-letniej Danuty Siedzikówny „Inki”.

W Koszalinie odbył się wczoraj pogrzeb stalinowskiego prokuratora płk. Wacława Krzyżanowskiego, który w 1946 r. oskarżał żołnierzy oddziału mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”: Danutę Siedzikównę i Feliksa Selmanowicza. Żegnano go z honorami wojskowymi.

„W dniu 10 października 2014 r. odszedł od nas na zawsze nasz Kochany, Wspaniały Tatuś, Teść, Dziadek i Pradziadek, płk WP w st. spoczynku, prawnik Wacław Krzyżanowski, weteran II wojny światowej, Sybirak, inwalida” – można było przeczytać w nekrologu zamieszczonym w „Głosie Koszalińskim”.

Szkopuł w tym, że wiele osób zapamiętało pułkownika Krzyżanowskiego zupełnie inaczej. W 1946 r. był oskarżycielem posiłkowym w pokazowym procesie 17-letniej Danuty Siedzikówny „Inki”, dla której zażądał kary śmierci. Sanitariuszce z oddziału „Łupaszki” zarzucił udział w „bandzie”, nielegalne posiadanie broni i wydanie rozkazu zastrzelenia dwóch wziętych do niewoli funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa.

Scena z filmu
Scena z filmu „Inka 1946. Ja jedna zginę”, reż. Natalia Koryncka-Gruz

Dziewczyna została skazana na śmierć 3 sierpnia i zastrzelona 28 sierpnia 1946 r. wraz z Feliksem Selmanowiczem „Zagończykiem” w więzieniu przy ul. Kurkowej w Gdańsku.

W tym czasie prokurator Krzyżanowski sporządził też akt oskarżenia przeciwko Heinzowi Baumannowi, 19-letniemu gdańskiemu Niemcowi, który upolował sarnę ze znalezionej w lesie broni. Mięsem podzielił się z rodziną i mieszkającymi w jego domu Polakami. Wpadł wskutek donosu. Krzyżanowski oskarżył Baumana o nielegalne posiadanie broni i prowadzenie działalności wywrotowej, mającej na celu oderwanie Gdańska od Polski. Mężczyzna został rozstrzelany 9 sierpnia 1946 roku.

Bez uprawnień kombatanta

Wacław Krzyżanowski to pierwszy stalinowski prokurator, któremu Instytut Pamięci Narodowej postawił zarzuty przed sądem, oskar- żając go o udział w komunistycznej zbrodni sądowej. Został jednak uniewinniony zarówno przez sąd I, jak i II instancji, który stwierdził, że nie można jednoznacznie ustalić, jaką rolę Krzyżanowski odegrał w procesach Baumana i „Inki”.

Historyk Piotr Szubarczyk przypomina, że Krzyżanowski stwierdził z początku, że co prawda wnioskował 3 sierpnia 1946 r. przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Gdańsku o karę śmierci dla „Inki”, ale nie miał nic wspólnego ze sprawą, że „wcisnęli” mu papiery na korytarzu. Później okazało się, że kłamał.

– IPN ustalił, że był oskarżycielem „Inki” i że wnioskowanie o śmierć przychodziło mu nadzwyczaj łatwo – mówi Szubarczyk.

Krzyżanowski żądał też kary śmierci dla 16-letniego polskiego chłopca z Gdańska, który przechowywał broń w piwnicy. Skończyło się na „wyroku” 15 lat więzienia.

– Sprawa Krzyżanowskiego miała ruszyć w sądzie od nowa, ale pojawił się „doktor dobra rada”, który wyrobił mu papiery chroniące przed koniecznością stawiennictwa. „Państwo prawa” uznało sprawę za zakończoną – mówi Szubarczyk.

Prawomocną decyzją kierownika Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych Krzyżanowski został jednak pozbawiony uprawnień kombatanckich, choć do końca życia pobierał świadczenia „inwalidy wojennego”, przez lata żył nieniepokojony w Koszalinie.

Haniebna przeszłość prokuratora Krzyżanowskiego nie przeszkodziła w wystawieniu mu na pogrzebie asysty honorowej Wojska Polskiego.

Jak wyjaśnia w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” kapitan Zbigniew Izraelski z Garnizonu Wojska Polskiego w Koszalinie, poprosił o nią Związek Żołnierzy Wojska Polskiego z Koszalina. Wniosek o asystę wpłynął do Garnizonu Koszalin w dniu pogrzebu Krzyżanowskiego, a tę błyskawicznie mu przyznano.

– W dniu dzisiejszym wpłynął do nas pisemny wniosek. Nie znając przeszłości, tylko że jest zarejestrowany w Związku Żołnierzy jako pułkownik, wystawiliśmy tę asystę honorową, nie wiedząc w ogóle o tym, że jest to prokurator Krzyżanowski – tłumaczy się kpt. Izraelski.

Pytany, czy przeszkodą w wystawieniu asysty nie powinien być fakt, że Wacław Krzyżanowski został wcześniej pozbawiony uprawnień kombatanckich, oficer odparł, że „o uprawnieniach kombatanckich jednostki wojskowe nic nie wiedzą”.

– My wiemy tylko, czy ma stopień wojskowy, czy został go pozbawiony, a tu nic takiego nie było. Wniosek złożono, argumentując – i to jest prawda – że żołnierz został do Wojska Polskiego wcielony w 1943 r., był uczestnikiem bitwy pod Lenino i zmarł w wieku 95 lat. Jednostka wojskowa, która wystawiała asystę honorową, zrobiła to zgodnie z przepisami na wniosek pozarządowej organizacji weteranów – mówi kpt. Izraelski. Na pogrzebie, jak twierdzi, nie było przedstawicieli Garnizonu Koszalin.

– Wojsko Polskie po raz kolejny zostało w ten sposób upodlone –kwituje obecność wojskowej asysty na pogrzebie stalinowskiego prokuratora Piotr Szubarczyk.

Historyk zaznacza, że Krzyżanowski nigdy nie był oficerem Wojska Polskiego. – Walczył w wojsku sowieckim, polskojęzycznym, nazywanym nie wiadomo czemu „ludowym”, dowodzonym przez oficerów sowieckich. W całej historii wojska „ludowego” przewinęło się przez jego szeregi ok. 22 tys. oficerów sowieckich, jak mówią najnowsze ustalenia naukowe – stwierdza Szubarczyk.

– Sowieccy politrucy nauczyli go pogardy dla wrogów „władzy radzieckiej”, jak ci z Lasu Katyńskiego, wychowali na komunistycznego zbrodniarza. To, że był sybirakiem, dodatkowo go obciąża, poznał bowiem zbrodniczą naturę systemu, a mimo to służył mu, współuczestnicząc w zabijaniu niewinnych ludzi – dodaje nasz rozmówca.

– Przed 4 laty Krzyżanowski był bohaterem skandalu. Do Koszalina przyjechała delegacja władz białoruskich, wręczając mu medal za zasługi wojenne. Ludzie Łukaszenki oświadczyli, że pamiętają o swoich kombatantach, nawet jeśli ci żyją poza granicami kraju. Krzyżanowski medal przyjął. Warto pamiętać, że jedno ze świąt państwowych Białorusi przypada 17 września, w rocznicę wyzwolenia od „jaśniepanów polskich” – przypomina Piotr Szubarczyk.

„Wstyd. Zażądałem wyjaśnień od dowódcy Garnizonu Koszalin, który podjął taką decyzję” – skomentował całą aferę na Twitterze minister obrony Tomasz Siemoniak.

NaszDziennik.pl

Czy 12 września 2014 r. to data odnalezienia po 68 latach miejsca pochówku i szczątków „Inki” i „Zagończyka”?

Inka

12 września 2014 r. na gdańskim Cmentarzu Garnizonowym przy ulicy Giełguda znaleziono szczątki młodej kobiety z przestrzeloną czaszką. Czy to „Inka”? – Jeden ze szkieletów znalezionych na Cmentarzu Garnizonowym w Gdańsku to szczątki młodej kobiety z przestrzeloną czaszką – poinformował IPN, którego badacze od kilku dni poszukują grobów ofiar terroru komunistycznego, w tym działaczki Armii Krajowej o pseudonimie „Inka”.

Poszukiwania na cmentarzu rozpoczęto w minionym tygodniu. Ich celem jest m.in. ustalenie miejsca pochówku działaczy AK – niespełna 18-letniej Danuty Siedzikówny ps. Inka i 42-letniego Feliksa Selmanowicza ps. Zagończyk. Obydwoje zostali rozstrzelani i dobici strzałami w głowę w 1946 r. w gdańskim więzieniu. Ich ciała pogrzebano w nieznanym miejscu. Ustalenia historyków pozwalają przypuszczać, że mogli oni zostać pochowani obok siebie na Cmentarzu Garnizonowym w Gdańsku, gdzie mają swoje symboliczne groby.

Symboliczne groby "Inki" i "Zagończyka" na Cmentarzu Garnizonowym przy ul. Giełguda w Gdańsku
Symboliczne groby „Inki” i „Zagończyka” na Cmentarzu Garnizonowym przy ul. Giełguda w Gdańsku

Jak poinformował prof. Krzysztof Szwagrzyk, który kieruje badaniami na Cmentarzu Garnizonowym, do poniedziałkowego popołudnia na terenie nekropolii natrafiono w sumie na szczątki kilkunastu osób. Dwa, wstępnie wyselekcjonowane – znalezione obok siebie – szkielety poddano szczegółowym oględzinom antropologów i specjalistów medycyny sądowej. Po zakończeniu oględzin, w poniedziałek po południu IPN poinformował, że są to szczątki mężczyzny i młodej kobiety.

Inka_ Zagończyk_szczątki

Prof. Szwagrzyk powiedział PAP, że według specjalistów, kobieta w chwili śmierci miała mniej niż 20 lat, a mężczyzna był w średnim wieku. Historyk dodał, że czaszki obu szkieletów zostały przestrzelone.

– W przypadku mężczyzny mamy też ogromne braki kości w obrębie klatki piersiowej, co może świadczyć o tym, że ten człowiek został np. rozstrzelany przez pluton egzekucyjny — powiedział PAP historyk. Szwagrzyk powiedział też, że z dostępnych archiwalnych dokumentów wynika, iż „Inka” była jedyną kobietą, na której wykonano wyrok w gdańskim więzieniu i – wedle wszelkiego prawdopodobieństwa – pochowano na Cmentarzu Garnizonowym.

Inka_szczątki1

Inka_szczątki2

Jak przyznał Szwagrzyk, wiek ofiar w chwili śmierci oraz stan ich szczątków sugerują, że badacze mogli natrafić na groby „Inki” oraz „Zagończyka”. – Mimo że tak wiele elementów pasuje, ja zawsze będę starał się studzić emocje i powiem: poczekajmy do czasu wykonania badań genetycznych — powiedział Szwagrzyk. Zastrzegł, że nie wiadomo, kiedy znane będą wyniki badań (IPN dysponuje materiałem porównawczym obu ofiar komunizmu), które wykonają specjaliści z Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w Szczecinie. Uniwersytet w porozumieniu z IPN prowadzi Polską Bazę Genetyczną Ofiar Totalitaryzmów.

"Inka" (1928-1946)
„Inka” (1928-1946)

Szwagrzyk poinformował też, że pozostałe szczątki znalezione na gdańskim cmentarzu dopiero zostaną poddane oględzinom antropologów i medyków sądowych.

– Dziś mogę powiedzieć, że wszystkie ciała zostały pochowane niezwykle płytko: 50-60 centymetrów pod ziemią. Sposób ułożenia wielu szkieletów świadczy o tym, że ciała były wrzucane do dołów, nie można więc mówić o prawdziwym pochówku — powiedział PAP historyk.

Specjaliści IPN pozostaną na gdańskim cmentarzu do czwartku. Szwagrzyk zaznaczył jednak, że do tego czasu nie uda się zbadać całej dostępnej przestrzeni, która może kryć szczątki ofiar komunizmu. – Potrzeba na to jeszcze przynajmniej trzech-czterech tygodni — powiedział historyk, dodając, że specjaliści chcieliby wrócić na gdański cmentarz w przyszłym roku.

Inka_szczątki3

Według historyków na Cmentarzu Garnizonowym w Gdańsku w latach 40. i 50. ub. wieku mogło zostać pochowanych w sumie kilkadziesiąt osób zabitych na podstawie wyroków śmierci, głównie za działalność w organizacjach niepodległościowych.

Inka_szczątki

Danuta Siedzikówna ps. Inka urodziła się 3 września 1928 r. w Guszczewinie k. Hajnówki na Białostocczyźnie. W wieku 15 lat złożyła przysięgę AK i odbyła szkolenie sanitarne, służyła m.in. w wileńskiej AK. W czerwcu 1946 r. została wysłana do Gdańska po zaopatrzenie medyczne. Tutaj aresztowało ją UB. Po ciężkim śledztwie została skazana na karę śmierci. Wyrok wykonano 28 sierpnia 1946 r.

Inka_protokół

Wraz z „Inką” zginął – również skazany na śmierć – ppor. Feliks Selmanowicz, ps. Zagończyk. Jako ochotnik uczestniczył on w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 r. W czasie II wojny był on m.in. żołnierzem 3. oraz 5. Wileńskiej Brygady AK mjr. „Łupaszki”, gdzie pełnił funkcję zastępcy dowódcy plutonu.

Feliks Selmanowicz "Zagończyk" został rozstrzelany wraz z "Inką" w podziemiach gdańskiego aresztu śledczego przy ul. Kurkowej
Feliks Selmanowicz „Zagończyk” został rozstrzelany wraz z „Inką” w podziemiach gdańskiego aresztu śledczego przy ul. Kurkowej

Został aresztowany w lipcu 1946 roku. W 1991 r. Sąd Wojewódzki w Gdańsku uznał, iż działalność „Inki” i jej współtowarzyszy z 5. Brygady Wileńskiej AK zmierzała do odzyskania niepodległego bytu państwa polskiego.

Inka2

IPN/Wuj

wPolityce.pl

„Inka”:

https://tajnearchiwumwatykanskie.wordpress.com/tag/danuta-siedzikowna-inka/

68 lat temu komunistyczny Urząd Bezpieczeństwa aresztował „Inkę”. Kilkanaście dni później została skazana na śmierć, a jej szczątków nie odnaleziono do dziś…

Inka

Danuta Siedzikówna została aresztowana dokładnie 68 lat temu – 20 lipca 1946 r. i osadzona w gdańskim więzieniu. Służyła wówczas w szwadronie ppor. Zdzisława Badocha „Żelaznego”, który podlegał pod oddział Łupaszki. Jako sanitariuszka i łączniczka uczestniczyła w akcjach przeciwko NKWD i UB.

Po aresztowaniu została poddana ciężkiemu śledztwu i po kilkunastu dniach skazana na karę śmierci przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Gdańsku. W akcie oskarżenia znalazły się zarzuty udziału w związku zbrojnym, mającym na celu obalenie siłą władzy ludowej oraz mordowania milicjantów i żołnierzy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Zarzucono jej m.in. nakłanianie do rozstrzelania dwóch funkcjonariuszy UB podczas akcji szwadronu „Żelaznego” w Tulicach pod Sztumem.

Jak pisał Piotr Szubarczyk z IPN w Gdańsku,

Wyrok śmierci na sanitariuszkę był komunistyczną zbrodnią sądową, zarazem aktem zemsty i bezradności gdańskiego UB (od którego realnie zależał wyrok) wobec niemożności rozbicia oddziałów mjr. „Łupaszki”. Szwadron „Żelaznego”, w którym służyła „Inka”, był szczególnie znienawidzony przez gdański WUBP z powodu licznych, udanych akcji na placówki UB, m.in. brawurowy rajd przez powiaty starogardzki i kościerski 19 V 1946 r., podczas którego opanowano kilka posterunków milicji i placówek UB, likwidując sowieckiego doradcę PUBP w Kościerzynie, kilku funkcjonariuszy UB i ich konfidenta.

W grypsie z więzienia przesłanym siostrom Siedzikówna napisała:

Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba.

Zdanie to – według historyków – nie tylko odnosi się do przebiegu śledztwa, lecz także do odmowy podpisania przez „Inkę” prośby o ułaskawienie. Prośbę taką do prezydenta Bolesława Bieruta skierował za nią jej obrońca. Bierut nie skorzystał z prawa łaski.

Prokurator Wacław Krzyżanowski, który dla 17-letniej dziewczyny zażądał kary śmierci, był oskarżany przez Instytut Pamięci Narodowej o udział w zbrodniach komunistycznych, jednak dwukrotnie został uniewinniony przez sąd.

Danutę Siedzikównę zabił 28 sierpnia 1946 r. o godz. 6.15 strzałem w głowę dowódca plutonu egzekucyjnego z KBW. Wcześniejsza egzekucja z udziałem żołnierzy się nie udała. Żaden nie chciał zabić „Inki”, choć strzelali z odległości trzech kroków. Miejsce pochowania jej ciała pozostaje nieznane.

wPolityce.pl

Czytaj także:

http://wpolityce.pl/historia/199748-dowodca-plutonu-podszedl-by-ja-dobic-wtedy-ona-krzyknela-niech-zyje-lupaszko-za-kilkanascie-dni-rozpoczynaja-sie-poszukiwania-inki

https://tajnearchiwumwatykanskie.wordpress.com/2014/05/17/inka-1946-ja-jedna-zgine/

Podkulone nogi ofiar – odkrycie masowego grobu na warszawskim Służewie

ekshumacje

Podkulone nogi, ugięte ramiona, ciała rzucane bezładnie do dołów. Wczoraj na cmentarzu na warszawskim Służewie IPN podjął pierwsze szkielety. To trzej młodzi mężczyźni.

– To są na pewno osoby zamordowane, tak samo jak te, które widzieliśmy na Łączce – relacjonuje prof. Krzysztof Szwagrzyk.

Wczoraj wykopano pierwsze szkielety ofiar UB i Informacji Wojskowej [niechlubna poprzedniczka WSI – przyp. taw]. To drugie co do wielkości miejsce, gdzie komuniści grzebali ofiary swojego terroru z lat 1945-1956. Profesor Krzysztof Szwagrzyk, który kieruje projektem naukowo-badawczym „Poszukiwania nieznanych miejsc pochówku ofiar terroru komunistycznego z lat 1944-1956”, uważa, że jest to wielkie pole grzebalne ofiar komunizmu w Polsce.

Prace wykopaliskowe trwają od dwóch dni, oprócz IPN jest w nie zaangażowana Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa oraz Ministerstwo Sprawiedliwości.

Nie wiadomo jeszcze, kim byli ludzie, których szczątki wczoraj odkryli archeolodzy, kiedy zmarli i w jaki sposób zostali zamordowani. Odpowiedź na te pytania przyniosą dopiero badania genetyczne, które będzie prowadzić ekipa dr. Andrzeja Ossowskiego.

Pewne jest, że to ofiary komunistycznych represji. – Wykopujemy pierwszą jamę grobową, w której mamy trzech młodych mężczyzn wysokiego wzrostu. Trudno ocenić, ile ciał się w niej znajduje – relacjonuje prof. Szwagrzyk, który spodziewa się, że grób do wieczora zostanie odsłonięty w całości.

Ofiary na pewno zostały zamordowane. – To taki sam widok, jaki spotykaliśmy na Powązkach, a więc

szczątki są ze sobą splecione i rzucone bezładnie do dołu. Ugięte nogi, ugięte ramiona. Widać, że temu rzucaniu ciał do jamy grobowej musiał towarzyszyć pośpiech

– opowiada historyk.

Badania wykopaliskowe mają zweryfikować informacje, według których może tam spoczywać od kilkuset do tysiąca osób.

Masowy grób ofiar komunistycznych represji, cmentarz na ul. Wałbrzyskiej w Warszawie, 1 lipca 2014 r.
Masowy grób ofiar komunistycznych represji na cmentarzu przy ul. Wałbrzyskiej na warszawskim Służewie, 1 lipca 2014 r.

Odkrywki prowadzone są w miejscach wolnych, a więc chodnikach, przy wejściach i bokach alejek. Nie ma jednak wątpliwości, że szczątki więźniów leżą też pod współczesnymi grobami. Tak jak na Łączce z wydobytych na Wałbrzyskiej szkieletów zostanie pobrany materiał DNA, który pozwoli sporządzić indywidualne profile genetyczne. Najpierw jednak konieczne jest ustalenie płci, wieku, długości ciała. Tym zajmą się lekarze z Zakładu Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.

IPN apeluje do krewnych ofiar terroru komunistycznego o zgłaszanie się do obecnych na służewskim cmentarzu naukowców, którzy pobiorą materiał genetyczny niezbędny do analizy porównawczej.

Na Służewie prowadzony jest dopiero pierwszy etap prac. Jego celem, oprócz odkrycia szczątków, jest również określenie wielkości obszaru badanego pola.

Ekipa działa na bazie różnego rodzaju materiałów archiwalnych i – tak jak w przypadku kwatery „Ł” na warszawskich Powązkach – zdjęć lotniczych.

W ramach projektu, w wyniku ekshumacji prowadzonych w latach 2012-2014, w kwaterze „Ł” cmentarza Wojskowego na Powązkach odnaleziono szczątki prawie 200 ofiar terroru komunistycznego. Byli wśród nich m.in. mjr Zygmunt Szendzielarz „Łupaszko” oraz mjr Hieronim Dekutowski „Zapora”. W tym czasie odkrywano szczątki ofiar komunistycznych represji w Białymstoku. Na odkopanie czekają jeszcze pozostałe ofiary z Łączki, teraz przyszła kolej na odnalezienie kolejnych bohaterów, których ciała pogrzebano przy ul. Wałbrzyskiej w Warszawie.

Maciej Walaszczyk

NaszDziennik.pl

Masowy grób ofiar komunistycznego terroru na ul. Wałbrzyskiej (Służew) w Warszawie – prof. Krzysztof Szwagrzyk

szwagrzyk

„Szukamy ludzi, których zabito za walkę o niepodległość Ojczyzny. Bezapelacyjnie należy im się nasza wdzięczność i pamięć. Powinniśmy szukać ich szczątków, wydzierać je spod chodników czy innych miejsc, gdzie wcześniej je zbezczeszczono przez wrzucenie do dołów, zasypanie i polanie wapnem” – z prof. Krzysztofem SZWAGRZYKIEM, historykiem IPN kierującym pracami zespołu poszukującego szczątków ofiar terroru komunistycznego z lat 1945-1956, rozmawia Magdalena Pachorek

Magdalena Pachorek: Instytut Pamięci Narodowej wczoraj rozpoczął prace poszukiwawczo-archeologiczne na cmentarzu przy ulicy Wałbrzyskiej w Warszawie, na którym skrycie pogrzebano skazańców z lat 1945-1956. Dlaczego dopiero teraz zdecydowano o zainicjowaniu badań?

Prof. Krzysztof Szwagrzyk: – W ramach realizacji projektu „Poszukiwanie miejsc pochówku ofiar terroru komunistycznego 1944-1956” prowadzonego przez IPN staramy się dokumentować miejsca, gdzie w tamtym okresie grzebano ich ciała.

s1

Odbywało się to w utajnionych i w większości nieznanych do dziś miejscach: na cmentarzach i w pobliżu cmentarzy, w pobliżu siedzib aparatu bezpieczeństwa, w lasach i na poligonach wojskowych.

W tej chwili w całym kraju badanych jest kilkadziesiąt takich terenów, z tym że są one na różnym etapie przygotowań. Wśród nich są takie, na których jesteśmy w stanie rozpocząć prace ziemne, ale są też takie, które jeszcze muszą zostać poddane pewnym pracom sprawdzającym. Dopiero po dokładnym sprawdzeniu terenu podejmujemy decyzje, kiedy możemy takie miejsce przebadać.

Jeżeli chodzi o cmentarz przy ulicy Wałbrzyskiej, to został on już udokumentowany w sposób absolutnie wystarczający w oparciu o to, co dotychczas udało się ustalić.

W pewnym fragmencie jest on zajmowany przez kwaterę więzienną, gdzie w latach 40. mogło zostać pochowanych nawet około tysiąca osób. Wśród nich może być wielu Żołnierzy Niezłomnych

– ludzi straconych, zamordowanych, zmarłych nie tylko na ul. Rakowieckiej, ale także w innych więzieniach, aresztach i obozach istniejących wówczas na terenie Warszawy.

MP: Jak będą przebiegać prace na służewskim cmentarzu?

KS: – Prowadzimy działania sondażowe w dostępnych nam miejscach. Proszę pamiętać, że dawne pole więzienne zostało przeznaczone do ponownych pochówków, zatem mamy tutaj setki współczesnych pomników. W związku z tym obszar do poszukiwań jest dla nas bardzo ograniczony, ale staramy się wykorzystać każdą wolną przestrzeń, żeby prowadzić prace ziemne.

W tej chwili mamy założone trzy sondaże, na których pracujemy. Myślę, że każdy dzień będzie przynosił kolejne odkrycia. Dzisiaj znaleźliśmy co najmniej jeden grób masowy, który ukazał nam się w pierwszym sondażu. Obecnie staramy się to miejsce pogłębić i doprowadzić do odkrycia całej płaszczyzny, żebyśmy następnie mogli rozdzielić splątane z sobą szczątki i odpowiednio je przebadać.

Masowy grób ofiar komunistycznych represji na cmentarzu przy ul. Wałbrzyskiej na warszawskim Służewie, 1 lipca 2014 r.
Odkrywanie masowego grobu ofiar komunistycznego terroru na cmentarzu przy ul. Wałbrzyskiej na warszawskim Służewie, 1 lipca 2014

Po znalezieniu szczątków są one bardzo dokładne badane przez specjalistów z zakresu medycyny sądowej i antropologów oraz dokumentowane w postaci rysunków i fotografii. Następnie są przenoszone do polowego laboratorium, gdzie poddaje się je bardzo szczegółowym badaniom lekarskim, zostaje pobrany i zabezpieczony materiał genetyczny, po czym szczątki są składane do trumienek. Za jakiś czas dzięki pobranemu materiałowi genetycznemu będzie można potwierdzić czyjąś tożsamość, a w dalszej perspektywie pochować odnalezione przez nas szczątki. W każdym wypadku procedura jest taka sama. Nasze prace potrwają od dwóch do trzech tygodni.

MP: W prace poszukiwawczo-archeologiczne włączają się również wolontariusze. Kim są osoby, które zdecydowały się poświęcić swój wolny czas na poszukiwanie szczątków ofiar?

KS: – Rzeczywiście wielu wolontariuszy włącza się w nasze działania. Są to młodzi ludzie, którzy przyjechali z różnych miejsc kraju, żeby mieć osobisty udział w szukaniu miejsc pochówku ofiar terroru komunistycznego. Pomagają nam harcerze, kibice Legii Warszawa, Śląska Wrocław, studenci oraz osoby pracujące. Postawa tych osób jest niezwykle budująca – są zainteresowane historią swojej Ojczyzny i chętni do bezpośredniego badania jej dziejów. Zresztą nie jest to odosobniony przypadek. Zawsze kiedy informujemy o rozpoczęciu kolejnych prac archeologicznych w danym miejscu, zgłasza się do nas bardzo dużo młodych ludzi, którzy chcą zaangażować się w prowadzone przez nas poszukiwania.

MP: Dlaczego, Pana zdaniem, jako społeczeństwo nie możemy się poddawać w poszukiwaniu szczątków ofiar terroru komunistycznego z lat 1945-1956?

KS: – Oczywiście takie badania muszą być prowadzone, ponieważ

szukamy ludzi, których zabito za walkę o niepodległość Ojczyzny. Bezapelacyjnie należy im się nasza wdzięczność i pamięć. Powinniśmy szukać ich szczątków, wydzierać je spod chodników czy innych miejsc, gdzie wcześniej je zbezczeszczono przez wrzucenie do dołów, zasypanie i polanie wapnem.

łączka

Obowiązkiem nas wszystkich jest doprowadzenie tego, żeby zostały one wydobyte i przeniesione w godne miejsce. Naszym zadaniem jest upamiętnienie ofiar terroru komunistycznego oraz umożliwienie ich rodzinom zapalenie świeczek na ich rzeczywistych grobach, a nie w miejscach symbolicznych.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Magdalena Pachorek

NaszDziennik.pl