Prof. Andrzej Nowak: Żyjemy w dwóch gettach: prawicowym i lemingowym

andrzej nowak6

„Żyjemy w dwóch gettach – jedno prawicowe getto, drugie lemingowe getto. Rosja przez swoje lobby stara się pobudzać podziały wewnętrzne w Polsce” — mówi dla portalu Fronda.pl prof. Andrzej Nowak.

Portal Fronda.pl: Historia naszego kraju dobitnie pokazuje, ze Polacy potrafią walczyć o wolność, ale nie potrafią tej wolności wykorzystać. 25 lat temu wyzwoliliśmy się od komunizmu, a stan demokracji w Polsce nadal jest daleki od oczekiwań – czego przykładem ostatnie wybory parlamentarne. Specjaliści od HR powiedzą, ze w indywidualnych zawodach radzimy sobie bardzo dobrze, za to nie umiemy współpracować. A współpraca jest przecież gwarantem kapitału społecznego… Jakie cechy narodowe Polaków sprawiają, ze tak ciężko nam budować wspólnotę?

Prof. Andrzej Nowak: Dużą rolę odgrywają tu uwarunkowania historyczne i położenie geograficzne naszego kraju. Polska leży między dwoma największymi, historycznie od nas starszymi, silniejszymi wspólnotami polityczno-kulturowymi: germańską – niemiecką i wschodniosłowiańską – dziś rosyjską (ale także ukraińską i białoruską). Aby przetrwać między tymi dwoma kamieniami młyńskimi, które od ponad tysiąca lat pracują, żeby zetrzeć wszystko co jest między nimi w proch, trzeba bardzo wytężać siły. Myślę, że nasze przywiązanie do wolności bardzo nam w tym pomogło. To jest mylne wrażenie, że gdybyśmy np. przyjęli sposób myślenia niemiecki albo rosyjski, to wtedy byśmy wygrali. Nie – wtedy byśmy się stali Niemcami albo Rosją. Jeżeli nauczylibyśmy się współpracować na komendę jak mrowisko, to nie bylibyśmy Polską. Te zewnętrzne siły wpływały cały czas i nadal wpływają na to, żeby przekształcać naszą wolność w swawolę, w anarchię. Bo jest oczywiście w wolności pokusa ześlizgnięcia się w anarchię – bezrząd, w którym nie da się istnieć, zwłaszcza w takim otoczeniu geopolitycznym.

Dziedzictwo zaborów, dziedzictwo okupacji niemieckiej, a potem sowieckiej i PRL-u spowodowało, że bardzo obniżył się kapitał społecznego zaufania. Obecnie to dziedzictwo nieufności jest podtrzymywane przez sitwę WSI-PO-PSL. Jeśli zaufanie, to tylko w obrębie struktur mafijnych – ufamy sobie, jeśli należymy do jednej mafii, współpracujemy, żeby sterroryzować resztę.

To jest model zaufania z „taśm prawdy”… Wmawia się nam ten fatalny stereotyp, że albo wolność (czyli anarchia), albo kolaboracja; albo walka o wolność, albo praca nad dobrobytem (bez „niepotrzebnej” niepodległości). Bez wolności nie będzie dobrobytu, bo przecież gospodarka „w tym kraju” jest w takim wypadku organizowana przez czynniki zewnętrzne, których celem nie jest dobrobyt Polaków, tylko dobrobyt korporacji z Monachium, Paryża czy Waszyngtonu.

Chodzi o to, żebyśmy zrozumieli, że nasza wolność, suwerenność powinna skutkować bardziej umiejętnym, efektywnym organizowaniem dobrobytu w kraju; żeby to państwo np. potrafiło lepiej zadbać o bezpieczeństwo energetyczne, żebyśmy nie musieli płacić najwyższej ceny za gaz, jak płacimy w tej chwili Rosji, tylko żebyśmy mogli zdywersyfikować źródła dostaw gazu, wytwarzać więcej własnego z łupków, zatroszczyli się o sensowne wykorzystanie węgla, itd. To właśnie da nam prawdziwą suwerenność.

Warto walczyć o wolność, bo z tego będzie także cieplejsza woda w kranie. Nie wolno mówić, że albo niepodległość, albo ciepła woda w kranie. Bo ostatecznie jeśli powiemy, że niepodległość nie ma nic wspólnego z ciepłą wodą w kranie, to ktoś, kto kontroluje naszą niepodległość, kto nie jest tu w Polsce – może zakręcić i ten kurek. Potrzebna jest i wolność, i kapitał zaufania społecznego, który może się rozwijać bardziej w niepodległym kraju, niż w kraju, którym manipulują inni. Jeżeli nie będziemy nad tym pracowali, to Polska się rozpadnie.

Z historii pamiętamy, że ograniczanie wolności miało zawsze fatalne skutki. To, co zrobił Piłsudski w 1926 r., a zwłaszcza jego następcy po 1935 r. to był fatalny błąd. Nie obroniliśmy się w 1939 r., ale utrwaliły się podziały: na tych, którzy rządzą (sanację) i tych, którzy nie są absolutnie dopuszczeni do rządzenia. Sanacja urościła sobie prawo do myślenia za cały naród i w dużym stopniu wyeliminowała element wolności. Podobnie jak dzisiaj rządy Platformy i PSL-u. To znaczy opozycja jest niewybieralna, nie może nigdy dojść do władzy. Takie założenie stanowi całkowite zaprzeczenie wolności politycznej i powoduje degenerację systemu. Sanacja uzasadniała swoje działania tym, że taki był kontekst międzynarodowy – trzeba ograniczyć wolność, bo prowadzi ona do chaosu. Więc w czasie II wojny światowej przyszedł Sikorski, który powsadzał piłsudczyków do obozów… Polska zaczęła się rozpadać na te dwa obozy.

Dzieje Polski to dzieje walki o wolność?

— Wolność jest najważniejszą wartością polskości, najbardziej fundamentalną. Ta wolność każe nie kłaniać się w państwie w pas przed panem, który traktuje mnie jak poddanego, a nie jak obywatela. Ta wolność, pełna pasji i wzniosłego patosu obrona niepodległości wobec wszystkich zewnętrznych sił, zawsze dodawała nam atrakcyjności w oczach innych narodów (i  bardzo przeszkadzało naszym sąsiadom – Rosji i Niemcom). To powodowało, że do polskości przyszło tylu wybitnych twórców, i to nawet wtedy, gdy nie było Polski jako państwa. W XIX w. tak stał się Polakiem Matejko, Pol (Pohl), Aszkenazy, Tuwim, Leśmian… Ukochali Polskę właśnie poprzez ten patos wolności. Tylko ludzie małego rozumku i małej wiary wyszydzają to jako „polską głupotę”. Bez tej polskiej głupoty, która polega na upieraniu się przy wolności i niepodległości, Polska byłaby nic nie warta. I już by jej dawno nie było. W imię tej wolności „żołnierze wyklęci” po 1945 r. walczyli przeciwko sile, której nie mogli pokonać. W imię tej wolności powstała potem „Solidarność”. Ta wolność odzywa się także teraz, w rozmaitych formach. Na przykład dwa lata temu obserwowałem jak na Rynku krakowskim spotkały się dwie manifestacje – przeciwko ACTA i w obronie TV Trwam. Młodzi i starsi, jedni i drudzy manifestowali w walce o wolność, przełamywali wtedy, choć na chwilę, wmawianą nam przez rządzącą sitwę, wzajemną obcość, to przeciwstawianie „moherów” „młodym wykształconym”. Ci Polacy, którzy dziś zginają głowę, rezygnują z wolności, nie rozumieją jej znaczenia – zdradzili swoje powołanie i swoją historię.

Zdradzamy swoją historię w Unii Europejskiej?

— Najbardziej upadlające jest to, że zginamy głowę u siebie w domu. Jeżeli nie zostanie obalony ten korumpujący Polskę system, który ujawnił się już w całym bezwstydzie w sfałszowanych wyborach samorządowych, to znaczy, że schylamy głowę z coraz większym wstydem, w coraz większym (bo coraz bardziej widocznym) upodleniu, że wolność dla nas nic nie znaczy. W krajach zachodnich Unii Europejskiej można w wyborach przynajmniej oddać głos i mieć nadzieję, że zostanie policzony, sama zasada oddania głosu i niezafałszowania go jest jeszcze przestrzegana. Jeżeli my się zgadzamy, że u nas wolno już wprost fałszować, tak bezczelnie wmawiać nam, że nagle pojawiło się ponad dwa miliony nieważnych głosów, to znaczy, że rezygnujemy nie tylko z wolności, ale i z godności. Bo musimy zaakceptować wtedy nie tylko brak możliwości oddania głosu, ale i oskarżenie o głupotę: tacy durni jesteście „polaczkowie”, że nawet zagłosować nie umiecie – tak wmawiają nam obrońcy obecnego systemu władzy. Ta sytuacja wydaje mi się jeszcze ważniejsza od schylania głowy na arenie międzynarodowej (którego najbardziej upadlającym symbolem była reakcja państwa polskiego na tragedię smoleńską – oddanie śledztwa w ręce prokuratury rosyjskiej, uznawanej powszechnie za najbardziej skorumpowaną i niewiarygodną w skali światowej). Albo zatrzymamy się na tej równi pochyłej i zaczniemy mozolny marsz w górę, albo zsuniemy się w bagno, w którym nie będzie już ani Polski, ani wolności, ani godności.

Patos wolności ścisłe łączy się z pojęciem patriotyzmu i związanej z nim martyrologii. Co roku przy okazji Święta Niepodległości w debacie publicznej toczą się emocjonujące dyskusje nt tego, czy należy jednak zestawiać te dwa pojęcia, czy mówienie o martyrologii ma w ogóle dzisiaj sens. Znany aktor Jerzy Stuhr uważa, ze martyrologia objawia się u Polaków… „skłonnością do bicia”. Jak Pan ocenia tego rodzaju wypowiedzi?

— Tych pojęć nie da się rozdzielić, bo doświadczenie martyrologii jest kluczem do rozumienia patriotyzmu. Bez tych pokoleń, walczących o to, żeby Polska była, Polski by nie było. Tysiące osób zostało zamordowanych w Polsce nawet po II wojnie światowej, w więzieniach UB, dziesiątki tysięcy było poddawanych różnorakim represjom. Pamięć ta budzi przerażenie, niepokój sumienia. Ludzie, którzy walczyli o wartości większe niż ich własne życie, o wolność Polski, powinni być upamiętnieni. Nie chodzi o przywoływanie zbrodni, ale o przywoływanie ofiar. To nam pozwala zobaczyć, że nie wszyscy byli uwikłani w zbrodnie tego okresu, że są prawdziwi bohaterowie. Filozoficzny mistrz Zbigniewa Herberta, Henryk Elzenberg pisał, że ojczyzna, za którą się nie walczy, przestaje być ojczyzną. Patriotyzm każe nam się zastanawiać, jak z własnego życia można poświęcić coś dla sprawy, która nie jest tylko moją prywatną sprawą. Jak skonstruować pojęcie patriotyzmu bez jakiejkolwiek ofiary, bez jakiegokolwiek poświęcenia, bez jakiejkolwiek wspólnoty? Samo to, że się płaci podatki, nie ma jeszcze nic wspólnego z patriotyzmem i postawą obywatelską. To jest obowiązek człowieka, którego organy ścigania powinny ścigać za zaniedbanie obowiązku płacenia podatków. Płaci, bo jest zagrożony prawną karą. Co to ma wspólnego z patriotyzmem?

Jednak dla przeciętnego Polaka tematyka martyrologii wydaje się być niespecjalnie atrakcyjna. Szczególnie dla młodych…

— Tematyka martyrologii we współczesnej kulturze jest nieatrakcyjna z tego powodu, że w ponowoczesnej fazie cywilizacji coraz częściej stajemy się turystami – ludźmi, którzy nie mają stałego miejsca zamieszkania ani stałego punktu przywiązania. Trudno nie ulec tej tendencji, bo współczesne rynki tworzą społeczny nacisk na to, żeby ludzie nie mieli stałej tożsamości. Bowiem ludzie o stałej tożsamości mają również stałe, stabilne potrzeby, a rynki chcą kreować człowieka, który ma wciąż nowe potrzeby, sztuczne, które nie wynikają z jego naturalnych uwarunkowań. Żebyśmy codziennie wyrzucali nie tylko wczoraj kupione rzeczy i nabywali nowe, ale żebyśmy codziennie wyrzucali także naszą tożsamość – i kupowali sobie wciąż nową. Tego rodzaju ćwiartowanie stałej tożsamości powoduje, że poddawani takiej obróbce przez kulturę masową i przez ten pośpiech cywilizacyjny ludzie coraz mniej skłonni są obracać się wstecz, żeby pójść na groby swoich przodków, żeby odczuć wdzięczność wobec tych, którym zawdzięczają: życie, kulturę, język, cały dorobek kulturowy i cywilizacyjny. Tymczasem nie potrafimy się rozwijać, dojrzewać, poznawać świata, jeżeli nie widzimy i świata, i swojego w nim miejsca jako kontynuacji.

Kultura to uprawianie, systematyczna praca, wzbogacanie nie tylko w wymiarze materialnym, ale i duchowym. Nie da się niczego uprawiać, kultywować bez pamięci, bez ciągłości. Jeżeli co chwilę jesteśmy kimś nowym, to nie możemy uprawiać żadnej systematycznej pracy, w której kumuluje się bogactwo duchowe. Bogactwa duchowego nie da się zdobyć jednym skokiem, to jest praca pokoleń i praca całego życia, tego nie można kupić. Jeżeli przyjmiemy taką perspektywę, że wolność ma polegać na uwolnieniu się do ciężaru tożsamości, od więzi łączących nas z poprzednimi pokoleniami, potraktujemy to jako balast, to w ten sposób odrzucimy wraz z tym balastem całą kulturę, która odróżnia nas od zwierząt. W stolicy Czech, Pradze, jednego z dwóch najbardziej zateizowanych krajów w Europie, obok Albanii, ok. 80 proc. pochówków odbywa się na zasadzie całopalnej, a 50 proc. prochów nie jest nieodbierana przez bliskich. To jest arcypragmatyczny przykład zerwania z kulturą przodków… Do czego to prowadzi?

Szansą na przywrócenie bohaterom miejsca w pamięci historycznej jest edukacja. Nie służą temu takie działania rządzących jak wyrzucanie lekcji historii ze szkól czy lektur z kanonu języka polskiego.

— Edukacja jest szansą, bo w jednolitym systemie edukacyjnym możemy odbierać jeszcze wspólny przekaz. Kultura masowa już nas nie łączy. W PRL-u sytuacja pod względem jedności przekazu kulturowego była dużo łatwiejsza niż obecnie. Był wspólny zestaw faktów i można się było wokół niego spierać. Teraz nie ma wspólnego zestawu faktów, bo każdy odbiera co innego (za pośrednictwem internetu, Facebooka, jednego czy kilku spośród kilkuset dostępnych kanałów telewizji). Tym, co mogłoby pozostać ostatnim wspólnym mianownikiem, jest już tylko edukacja. W III RP w latach 90. wraz z rozdzieleniem nauki kultury na lekcjach języka polskiego od nauki historii dokonała się prawdziwa zbrodnia na duchu wspólnoty obywatelskiej. Wcześniej utrzymywana była synchronizacja, tzn. jeżeli przerabiamy na historii wiek XVI, to mamy renesans na języku polskim, jak średniowiecze, to średniowiecze. Teraz mamy jakieś bloki tematyczne. Program języka polskiego to już zupełna groteska. Tu wprost brak elementarnej logiki, jeśli uczy się najpierw o Gombrowiczu, a potem o Sienkiewiczu: przecież Gombrowicz był odpowiedzią na Sienkiewicza, a nie odwrotnie! To zakłócenie ciągu historycznego poprzez zerwanie więzi między nauką historii a nauką kultury na lekcjach polskiego, spowodowało, że przekaz szkolny przestał odgrywać rolę identyfikacyjną, rolę podtrzymującą wspólnotę kulturową.

Poza tym następuje systematyczne obniżanie poziomu wymagań. W ministerstwie oświaty przyjęto założenie, że młody człowiek nie będzie czytał lektur. Musimy walczyć o edukację, popierając taką frakcję polityczną, która będzie dawała nadzieję na zmianę tego systemu.

Osobnym problemem jest brak nasycenia kultury masowej atrakcyjną ofertą edukacyjną.

  • Wojna 1920 r., być może największe zwycięstwo Polski od czasów bitwy pod Grunwaldem, „odfajkowana” została jednym koszmarnym filmem pt. „1920 Bitwa Warszawska”;
  • „Krzyżaków” wystarczyło zrobić 53 lata temu, żeby twierdzić, że już więcej nie trzeba do tego wracać…;
  • Adamie Mickiewiczu nie ma żadnego filmu biograficznego;
  • nic o tak atrakcyjnym dla miłośników rycerskich walk temacie jak opowieść o losach Zawiszy;
  • nic o Monte Cassino;
  • nic o Kochanowskim i cudzie polskiej kultury renesansowej;
  • żadnego serialu o Jagiellonach (o ileż piękniejszy mógłby być od tego o Tudorach);
  • żadna powieść Józefa Mackiewicza nie została sfilmowana, a każda jest gotowym scenariuszem filmowym.

I tak dalej, i tak dalej. Może warto by naciskać na Polski Instytut Sztuki Filmowej, żeby częściej filmować klasykę, np. co kilka lat, jak robi to BBC?

Przywiązania do wartości narodowo-patriotycznych nie widać w postawach przedstawicieli elit politycznych. Uda się to zmienić?

— Dziś, aby istnieć w polityce, trzeba być coraz bardziej celebrytą. Skrócenie wyobraźni politycznej powoduje, że politycy uzależniają swoje działania od wyników sondaży, dlatego bardzo trudno zdecydować się na politykę, która może się okazać niepopularna w danym czasie, ale która jest ważna z punktu widzenia długofalowego interesu obywateli. Aby poprawić jakość funkcjonowania elity politycznej, trzeba formułować dalekosiężne cele kulturowe, polityczne, demograficzne, etc. Polityka prorodzinna powinna być potraktowana priorytetowo, a nie jako niepotrzebny wydatek. Teraz może będziemy odczuwali ten wydatek, ale jeżeli nie zdecydujemy się na ten krok, za 10 lat możemy mieć więcej emerytów niż pracujących. Trzeba również wciągać opinię publiczną do namysłu nad poważnymi sprawami. Niestety media, zwłaszcza elektroniczne odgrywają dziś odwrotną rolę – liczy się ta najkrótsza perspektywa. Obserwujemy ostatnio coraz większe nasycenie mediów  rożnego rodzaju kampaniami, które mają odciągnąć Polaków od naprawdę ważnych spraw. Niedawno słuchaliśmy o zamordowanej Madzi z Sosnowca, później znów cała opinia publiczna skupiała się na poczynaniach Adama Hofmana – tak jakby nic innego na świecie i w polskiej polityce się nie działo. Szkoda, że politycy podporządkowują się tym tendencjom, zamiast walczyć o jakieś forum spotkania z obywatelami, w którym byłaby możliwa bardziej dojrzała rozmowa oraz o przywrócenie funkcji publicznej telewizji obecnie z nazwy tylko publicznej, bo to ona dziś najbardziej tabloidyzuje stosunki między sferą polityczną a sferą społeczną. Historia Madzi jest klasycznym przykładem pornografii emocjonalnej, która jest pojawia się w każdym dzienniku telewizyjnym w postaci kącika współczucia dla kolejnych ofiar. Miejsce tego rodzaju pornografii na pewno nie jest w dzienniku telewizyjnym. Nie może być tak, że emocjonalność zasłoni racjonalną refleksję nad naszymi sprawami publicznymi. Trzeba próbować odzyskać publiczną telewizję. Telewizja publiczna powinna być miejscem, gdzie będziemy rozliczać polityków z ich najważniejszej funkcji, jaką jest służba dobru wspólnemu, a to można próbować czynić tylko z perspektywy wieloletniej. Nie da się najważniejszym sprawom służyć tylko w wymiarze sondażowym.

Można niestety odnieść wrażanie, ze główną misją mediów jest dziś utrwalanie podziałów ideowych miedzy głównymi obozami politycznymi. Także „prawicowe” media nie są wolne od tych tendencji.

— To, ze istnieją podziały ideowe i polityczne jest normalne, jednak zabójcze jest to, że nie ma już przestrzeni spotkania. Żyjemy w dwóch gettach – jedno prawicowe getto, drugie lemingowe getto. „Ciemnogród” i „Lemingrad”. Problemem nie są różnice tych dwóch wspólnot, ale brak porozumienia między nimi, jakiegokolwiek kontaktu. Ktoś, kto czyta „Gazetę Wyborczą” nie przeczyta „W Sieci” czy „Gazety Polskiej” – i odwrotnie. Rosja przez swoje lobby stara się pobudzać podziały wewnętrzne w Polsce, żeby nigdy te dwa „getta” nie zetknęły się i nie stworzyły wspólnoty politycznej, obejmującej i dużą część lemingów i dużą część „moherów”, połączonych wspólną sprawą – polskiej wolności, polskiego dobrobytu. Trzeba przezwyciężyć próg strachu jednego getta przed drugim, tworzyć możliwości spotkania we wspólnym rozpoznaniu rzeczywistości. To nie może być spotkanie w pół drogi. Prawda nie leży pośrodku. Trzeba jednak wyjść „drugiej stronie” naprzeciw. Tego wymaga od nas chrześcijańska misja i tego wymaga od nas potrzeba obywatelska. Kto „z drugiej strony” ją zrozumie, ten się z nami spotka. W Polsce.

Rozmawiała Emilia Drożdż

Fronda.pl

 

Jan Pietrzak ostro o establishmencie: Te wypierdki PRL-u cały czas tu siedzą. I jak się rządzą…

pietrzak

W III RP nie ma polskiego wymiaru sprawiedliwości. Jest cała masa ludzi, którzy nie odpowiedzieli w żaden sposób za zbrodnie PRL-u. Generał Jaruzelski przed dziesiątki lat nie został osądzony nawet za 1970 rok. A przecież już cała epoka minęła. To jest skandal! To oczywisty skandal. Mamy niszczenie podstaw normalnego, uczciwego państwa. Jego ma nie być, nasze państwo ma być chore, od początku do końca. I nad tym się pracuje. Setki, tysiące, a może miliony ludzi nad tym pracują – Jan PIETRZAK w rozmowie ze Stanisławem Żarynem.

Stanisław Żaryn: Sąd uniewinnił Stanisława Kociołka, „kata Trójmiasta”, w procesie dotyczącym masakry na Wybrzeżu w 1970 roku. To już kolejny podobny wyrok. Jak Pan ocenia to orzeczenie?

Jan Pietrzak: O tych wszystkich „Kociołkach” to ja pisałem, jak oni rządzili. To, z czym mamy obecnie do czynienia, jest żałosne. Jednak to nie dotyczy samego Kociołka. To jest problem polskiego wymiaru sprawiedliwości, którego w III RP nie ma. Ta sprawa dotyczy całej masy ludzi, którzy nie odpowiedzieli w żaden sposób za zbrodnie PRL-u. Mówię o tym już od wielu lat. To jest żałosne, brakuje sądów. Generał Jaruzelski przed dziesiątki lat nie został osądzony nawet za 1970 rok. A przecież już cała epoka minęła. To jest skandal! To oczywisty skandal.

Co to mówi o współczesnej Polsce?

To jest kolejny symptom większej całości. Mamy niszczenie podstaw normalnego, uczciwego państwa. Jego ma nie być, nasze państwo ma być chore, od początku do końca. I nad tym się pracuje. Setki, tysiące, a może miliony ludzi nad tym pracują. Trudno mówić nawet o skali tego, co się tu wyrabia. Co pewien czas dowiadujemy się jedynie o czymś dramatycznym, o jakimś idiotycznym czy koszmarnym. A tak żyjemy sobie w nieświadomości, ponieważ Polską rządzą ludzie okropni. Kociołek jest tu tylko przykładem.

Dlaczego wymiar sprawiedliwości w Polsce nie powstał? Przecież mamy już sędziów czy prokuratorów, wychowanych w III RP

Założenie było fałszywe, gdy wmawiano ludziom, że jak przyjdą nowe pokolenia to wszystko się samo oczyści. To był fałsz, żeby ocalić w Polsce parę łobuzów. To była fałszywa teoria, wmawiana Polakom latami. Mówiono, żeby nie robić lustracji, dekomunizacji, bo przyjdą młodzi ludzie i to się wszystko oczyści, że będą w Polsce normalni światli Europejczycy. Nie będzie światłych Europejczyków w Polsce. Młodzi ludzie uciekają, bo nie mogą patrzeć na te świństwa, które tu się dzieją. A rządzi cały czas stara nomenklatura, szuje zdeklarowane. Przykładem z ostatnich dni jest ten trzygwiazdkowy generał, który ukradł niemieckiemu turyście portfel.

O czym to świadczy?

To pokazuje jaki jest gatunek tych ludzi. To są świnie, które są niereformowalne. Niereformowalne świnie. Oni się nie nauczą niczego. Jest wykluczone, żeby te bydlaki się czegoś nauczyły, żeby miały jakieś normy moralne, żeby coś z tego wynikło dobrego dla Polski. To wykluczone. Nie można mieć żadnych złudzeń. Ci, którzy wmawiali Polakom, że to się wszystko samo wyczyści, może i mieli dobre intencje, ale sądzę, że to było celowo robione. Jak się wyczyści samo? Te wypierdki PRL-u cały czas tu siedzą. I jak się rządzą…

Rozmawiał Stanisław Żaryn

wPolityce.pl

https://tajnearchiwumwatykanskie.wordpress.com/category/afery-tuska/

 

Wybory do Parlamentu Europejskiego zostały sfałszowane i są nielegalne. Serwery wyborcze u kolegi Tuska. Lista cudów nad urną

Marcin Artur Jabłoński2
Kilka tygodni przed eurowyborami serwery Krajowego Biura Wyborczego przeniesiono do firmy Exatel, której prezesem w marcu 2014 r. został Marcin Jabłoński, wcześniej wiceszef MSW w rządzie Donalda Tuska oraz członek KLD i PO. Wiceprezesem Exatela jest od niedawna syn Władysława Bartoszewskiego, sekretarza stanu w Kancelarii Premiera.

Tegoroczne wybory do Parlamentu Europejskiego upłynęły pod znakiem licznych wyborczych skandali: łamania procedur, nieprawidłowości w liczeniu głosów, ogromnej liczby nieważnych głosów. Poważne wątpliwości budził też elektroniczny system sumowania głosów i przesyłu danych, zwłaszcza że w wielu komisjach to informatyk akceptował – bądź nie – dane umieszczane później w protokołach wyborczych.

Łącza i serwery u byłego wiceszefa MSW

Wybory do Parlamentu Europejskiego odbyły się 25 maja 2014 r. Kilka tygodni wcześniej, na początku maja, serwery Krajowego Biura Wyborczego przeniesiono do serwerowni firmy Exatel SA. Firma ta została również niedługo przed eurowyborami wyłoniona w przetargu jako operator łączy internetowych KBW. Informację tę potwierdził Romuald Drapiński, wicedyrektor Zespołu Prawnego i Organizacji Wyborów KBW ds. Informatycznego Systemu Wyborczego. – Serwery KBW, które były dotychczas usytuowane w firmie ATM, zostały z początkiem maja przeniesione do serwerowni Exatela – powiedział Drapiński.

Exatel jest niemal w całości własnością Polskiej Grupy Energetycznej, kontrolowanej przez skarb państwa – więc na pozór przekazanie jej serwerów KBW i nadzoru nad wyborczymi łączami internetowymi jest zrozumiałą decyzją. Zwolennikiem zlecenia Exatelowi obsługi wyborów był m.in. Jerzy Urbanowicz, zmarły w 2012 r. autor głośnego raportu o możliwości ingerowania Rosji w proces wyborczy w Polsce.

Problem polega jednak na tym, że w marcu 2014 r. – a więc dwa miesiące przed wyborami – dotychczasowego prezesa Exatelu Wojciecha Pomykałę zastąpił na tym stanowisku Marcin Jabłoński, polityk rządzącej Platformy Obywatelskiej. Jabłoński przez lata należał do Kongresu Liberalno-Demokratycznego, Unii Wolności, a później do PO. Dwukrotnie startował z list partii Donalda Tuska do sejmu (w 2001 r. i 2005 r.) i raz do Parlamentu Europejskiego (2004 r.). W latach 2008–2010 był marszałkiem województwa lubuskiego, a w 2011 r. Donald Tusk powierzył mu stanowisko wojewody lubuskiego. W marcu 2013 r. Jabłoński trafił do MSW, gdzie został wiceministrem ds. policji i BOR. To właśnie on odpowiadał za policyjne zabezpieczenie ostatniego Marszu Niepodległości, który zakończył się atakiem na rosyjską ambasadę. Według wielu komentatorów była to rządowa prowokacja wymierzona w opozycję.

marcin jabłoński2
Marcin Artur Jabłoński (ur. 1965)

Jabłoński to nie jedyna osoba powiązana z rządem, która trafiła tuż przed eurowyborami do Exatelu. W maju 2014 r. wiceprezesem Exatelu został Władysław Teofil Bartoszewski, syn Władysława Bartoszewskiego, sekretarza stanu w Kancelarii Premiera Tuska, od wielu lat deklarujący wrogość wobec PiS.

teofil b.– Z jednej strony to dobrze, że obsługę wyborów powierzono firmie państwowej, a nie prywatnej. Ale obsadzenie Exatela ludźmi związanymi z obozem PO, i to niedługo przed wyborami, niepokoi. Jeśli pojawią się jakiekolwiek uzasadnione zastrzeżenia co do prawidłowości procesu wyborczego w obszarze, za który odpowiedzialny był Exatel, winę za to ponosić będzie rząd Donalda Tuska – mówi Antoni Macierewicz, poseł PiS, były szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego.

Czy system przyjmie głosy?

W poniedziałek pełnomocnik wyborczy komitetu PiS skierował do Sądu Najwyższego protest wyborczy przeciwko ważności wyborów do Parlamentu Europejskiego. Liczne udokumentowane przykłady łamania przepisów wyborczych zebrał powołany przez tę partię zespół ds. monitorowania wyborów kierowany przez poseł Annę Sikorę.

Najgłośniejszy przypadek pogwałcenia kodeksu wyborczego został uwieczniony na nagraniu przedstawiającym wydarzenia po zakończeniu wyborów w komisji, której lokal znajdował się w warszawskiej Szkole Głównej Handlowej. Po godz. 21 głosy z tej komisji zapakowane zostały przez część członków komisji do worków, a następnie wyniesione z lokalu komisji i włożone do bagażnika prywatnego auta. Wcześniej nie wywieszono protokołu przy wejściu do siedziby komisji, choć według przepisów powinno się to zrobić niezwłocznie po przeliczeniu głosów. Rozliczenie kart do głosowania nastąpiło przez wrzucenie worków do piwnicznego okienka, bez sprawdzenia ich zawartości. Co ciekawe, osobie, która nagrywała film, tłumaczono, że sporządzone protokoły przed wywieszeniem ich w ogólnie dostępnym miejscu musi zatwierdzić… informatyk! Dlaczego? – Nie wiemy, czy system przyjmie to, co policzyliśmy – powiedział autorowi filmu członek warszawskiej komisji. W oczekiwaniu na przybycie informatyka część członków komisji spacerowała po warszawskich ulicach z workami, w których znajdowały się głosy. PKW takie działania komisji nazwała „niewątpliwym naruszeniem przepisów”.

Bartłomiej Misiewicz z PiS ujawnił, że do podobnych zdarzeń – wynoszenia głosów bez wywieszenia protokołu – doszło w kilkudziesięciu komisjach w całym kraju, m.in. w powiecie krakowskim (gminy Skawina, Liszki, Skała), w Żywcu (woj. śląskie) i w Kętrzynie (woj. warmińsko-mazurskie). PKW nie wyjaśniła, jaką rolę odgrywają w procesie wyborczym informatycy i dlaczego „system” może głosów nie przyjąć.

Podczas eurowyborów miały też miejsce inne nieprawidłowości, np. w Okręgowej Komisji Wyborczej nr 1 w Warszawie wyproszono na półtorej godziny – bez podania podstawy prawnej – męża zaufania komitetu PiS. – Ponadto w całej Polsce z lokali wyborczych wyniesiono 1755 kart do głosowania, co jest niedozwolone. W komisji nr 469 w Warszawie wyniesiono aż 400 sztuk ostemplowanych kart do głosowania – mówi Bartłomiej Misiewicz.

Grzegorz Wierzchołowski

http://niezalezna.pl/56005-serwery-wyborcze-u-kolegi-tuska-lista-cudow-nad-urna

O sfałszowanych wyborach do Parlamentu Europejskiego czytaj również na:

https://tajnearchiwumwatykanskie.wordpress.com/2014/05/30/wybory-do-pe-zostaly-sfalszowane-sprawa/