Gadów łabędzi śpiew. Atak tygodnika „Wprost” na Jerzego Ziębę

Właściciele gadzich mediów w Polsce dostają szału. To ich łabędzi śpiew tuż przed odlotem z naszej przepięknej planety. Jerzemu Ziębie ta darmowa reklama z pewnością nie zaszkodzi: dzięki charytatywnemu tygodnikowi „Wprost” kolejne miliony Polaków poznają wreszcie charyzmatycznego przywódcę ruchu odnowy mentalnej w naszym kRaju.

Jerzemu Ziębie ta reklama nie zaszkodzi, jak trafnie zauważyła nasza komentatorka Laszka. Tygodnik wspaniałomyślnie ufundował panu Jerzemu po prostu darmową reklamę. Choć chciał zaszkodzić – pomógł 🙂

Z publikacji tygodnika „Wprost” o Jerzym Ziębie dowie się kolejnych kilka milionów obywateli, którzy do tej pory nie mieli jeszcze okazji poznać charyzmatycznego przywódcy ruchu odnowy mentalnej w naszym kRaju.

Z publikacji tygodnika „Wprost” dowiedzą się o Jerzym Ziębie ci, którzy jeszcze o nim nie słyszeli, którzy jeszcze nie ogarniają, jak wielkiej wagi procesy przeobrażeniowe drążą właśnie Polskę…

A zdezorientowanym bliski już czas i tak w końcu pokaże, jak jest naprawdę.

http://zdrowie.wprost.pl/zdrowie/10083722/ukryte-terapie-ukryte-zyski.html

https://www.wprost.pl/tylko-u-nas/10083764/zeruje-na-smierci-chce-leczyc-miliony-wprost-o-karierze-jerzego-zieby-co-jeszcze-w-numerze.html

Psy szczekają, karawana idzie dalej, a Jerzy Zięba od wielu już lat spokojnie i metodycznie odmienia oblicze Ziemi. Tej Ziemi.

TAW

Czytaj również:

Reklamy

Za kotarą III RP, czyli ustawka obcych buldogów pod polskim dywanem

durczok

Nie jestem zwolennikiem Kamila Durczoka – jest wprost przeciwnie. Choć osobiście nigdy nie poznałem tego człowieka, to jego działalność znam na tyle dobrze, że nigdy nie nazwałbym go dziennikarzem – przynajmniej nie w takim znaczeniu, w jakim ja rozumiem to słowo.

Mam wstręt do działalności publicznej takich jak on „dziennikarzy”, nie szanuję Kamila Durczoka i tak zwyczajnie po ludzku nie pałam do niego sympatią. A jednak publikacja „Wprost” uruchamia we mnie wszystkie możliwe dzwonki alarmowe. Chciałem w tym miejscu szeroko uzasadnić, dlaczego tak jest, ale uświadomiłem sobie, że przecież już tekst o tym popełniłem, dokładnie w dniu wybuchu tzw. „afery podsłuchowej”, gdy większość dzisiejszych krytyków Sylwestra Latkowskiego widziała w nim ucieleśnienie wszelkich dziennikarskich cnót i obrońcę wolności słowa. Zamiast więc zamęczać Czytelników nowymi-starymi argumentami, postanowiłem pójść na łatwiznę i niniejszym przypomnieć ów tekst – bo w moim przekonaniu nie tylko nic nie stracił na aktualności, ale też doskonale pasuje do ostatnich rewelacji „Wprost”.

Niniejszym cytuję:

Wiele osób zastanawia się nad powodami, dla których sympatyzujący z prezydentem Bronisławem Komorowskim tygodnik „Wprost” publikuje podsłuchy z rozmów uderzających w Platformę Obywatelską.

Jak to możliwe, że taki tygodnik publikuje takie materiały? Czy jest możliwe, by „taśmy Wprost” stanowiły efekt tzw. „dziennikarskiej staranności i rzetelności”? Czy jest w tej sprawie jakieś drugie dno i kto ma na tym zyskać?

By to rozstrzygnąć, przedstawiam autentyczną historię stanowiącą zapis autentycznych wydarzeń, które opisałem w książce „Z mocy nadziei”, a które związane są pośrednio nawet z tym samym tygodnikiem… Prezentowana tu historia wydarzyła się, gdy prezydentem Polski był jeszcze Aleksander Kwaśniewski i gdy cała Polska przygotowywała się do bezprecedensowego wydarzenia, jakim miało być przesłuchanie prezydenta na żywo, na oczach milionów widzów, przed Sejmową Komisją Śledczą.

Wnioski pozostawiam Czytelnikom.

Pułkownik służb tajnych, Aleksander L., informator kilku warszawskich dziennikarzy śledczych, a zarazem były szef kontrwywiadu w PRL, oczekiwał mnie w warszawskim hotelu Ibis.

Jest temat. Bierzesz, albo nie. Stawiam tylko jeden warunek. Materiał musi być zwodowany najpóźniej w poniedziałek – zaczął bez zbędnych wstępów. – Jeśli nie, w poniedziałek newsa zwoduje ktoś inny.

Nie da rady. Jest czwartek, co najmniej dzień na weryfikację

Metr osiemdziesiąt, dobrze zbudowany, około siedemdziesiątki, lekko siwiejący, w okularach.

To będzie twoja weryfikacja. Nazywa się Kowalski. Przyniesie próbkę materiału. O jedenastej w tym samym miejscu. Jak twoja redakcja będzie zainteresowana, resztę otrzymasz o siedemnastej od mecenasa Kucińskiego.

Od kogo?

– Od Ryszarda Kucińskiego, adwokata Marka Dochnala i naszego człowieka. Żegnam.

W oczekiwaniu na Kowalskiego (czy jak on się tam nazywał naprawdę) miałem półtorej godziny na przemyślenie całej historii. O tym, że Ryszard Kuciński, były rzecznik Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie, później adwokat m.in. Marka Dochnala, dysponuje materiałami pozyskanymi od klienta, które mogą wysadzić pół sceny politycznej, słyszałem wcześniej od dwóch informatorów.

Działali razem i byli znani co najmniej kilku dziennikarzom śledczym, a część ich informacji pochodziła prosto z „Abwhery” – jak w gronie dziennikarzy śledczych nazywaliśmy Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego – oraz innych służb tajnych. Teraz te same informacje w wersji skonkretyzowanej przynosił Aleksander L. Przypadek, czy prowadzona na szeroką skalę gra, w której jakąś rolę przypisano mediom?

Kilkadziesiąt minut później do stolika podszedł mężczyzna. Twardy osobnik, który nie wyglądał na sędziwego staruszka. Przysiadł się, nie czekając na zaproszenie.

Nazywam się Kowalski.

Może i był nim, ale z pewnością nie pod tym nazwiskiem się urodził. Jednakże przywitałem się z nim tak uprzejmie, jakby naprawdę nazywał się „Kowalski”.

Ma pan do omówienia jakąś sprawę?

Kowalski wzruszył ramionami i położył na stole zalakowaną kopertę.

Tu nie ma nic do omawiania. Proszę to obejrzeć. Do widzenia.

Wstał od stołu i ruszył do obrotowych drzwi, którymi wszedł minutę wcześniej.

Przez chwilę przyglądałem się przesyłce, po czym naderwałem jej krawędź i otworzyłem. W środku było kilka zdjęć pary prezydenckiej z Markiem Dochnalem. Wszystko było już jasne. Po drodze do redakcji „Wprost” analizowałem wagę otrzymanego materiału. Przyciskany przez media i opozycję prezydent Kwaśniewski od tygodni wił się jak piskorz zapewniając w licznych publicznych wypowiedziach, że nigdy nie miał żadnych spotkań ani relacji z Markiem Dochnalem. Za kilka dni miał stawić się przed Sejmową Komisją Śledczą, by po raz sto pierwszy – za to pierwszy raz zeznając pod przysięgą – powtórzyć to, co mówił dotychczas. Prezydent wahał się, czy wziąć udział w przesłuchaniu. Zdjęcia były dowodem, że Aleksander Kwaśniewski nie mówił prawdy.

Zastanawiało mnie, dlaczego mojemu informatorowi, tudzież ludziom stojącym za nim, zależało, by materiał ukazał się w poniedziałek. Rozpatrywałem najbardziej irracjonalne koncepcje, ostatecznie jednak dałem sobie spokój. Powodów mogło być tak wiele, że zastanawianie się nad nimi nie miało sensu. „Rola dziennikarza śledczego polega na zebraniu informacji prawdziwych i ważnych z punktu widzenia opinii publicznej, nie na rozważaniu motywów informatorów” – przypomniałem sobie zasadę, która legła u podstaw współpracy z Aleksandrem L. i innymi informatorami. O ewentualnej publikacji zdjęć i tak miało zdecydować kierownictwo redakcji. Nie dziwiło mnie natomiast wcale, że adwokat Dochnala kooperował z ludźmi służb tajnych. Połączenie szantażu, pieniędzy, niekiedy groźby złamania kariery lub nawet więzienia sprawiało, że na podobną współpracę decydowało się wiele osób – niekiedy wbrew swojej woli.

W redakcji po konsultacji z Markiem Królem i Staszkiem Janeckim podjęliśmy decyzję o publikacji materiału. Jeszcze tego samego dnia pojechałem ze Staszkiem Janeckim do umiejscowionej blisko Belwederu kancelarii mecenasa Kucińskiego, z którym przed laty miałem styczność, jako rzecznikiem Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie. Z kancelarii wyjechaliśmy po godzinie dwudziestej, bogatsi o kilka zdjęć i notatniki Marka Dochnala na dokładkę.

Taki prezent ekstra.

Materiał poświęcony Aleksandrowi Kwaśniewskiemu opatrzony zdjęciami ukazał się w poniedziałkowy ranek, a już kilka godzin później przerażony prezydent zwołał konferencję prasową. Odmówił stawienia się przed Sejmową Komisją Śledczą ds. PKN Orlen. – Mógłbym tam pójść, by zaśpiewać i zatańczyć, tylko po co? – spuentował.

Większość mediów analizowała przyczyny panicznej reakcji prezydenta, mnie zastanawiało co innego: co by było, gdyby Aleksander Kwasniewski stanął przed Sejmową Komisja Śledczą, powtórzył pod przysięgą zapewnienia dotyczące kontaktów z Dochnalem i dopiero po tym zdjęcia ujrzałyby światło dzienne? Prezydent na oczach całej Polski popełniłby oczywiste przestępstwo. Co byłoby dalej? Impeachment? Trybunał stanu? Do tego jednak nie doszło, bo komuś zależało na wywołaniu reakcji łańcuchowej, która wprowadziła Kwaśniewskiego w przerażenie, ale de facto uratowała mu skórę.

Dlaczego rozegrano to właśnie w ten, a nie inny, sposób? Kto i po co wymyślił taki szatański „wielopiętrowy” plan? Nigdy nie poznałem odpowiedzi na te pytania…

Jako puentę do tej historii dodam:

27 maja 2011 roku na stronie internetowej Samoobrony ukazały się kondolencje następującej treści:

Odszedł nasz Kolega Mecenas Ryszard Kuciński, przyjaciel i długoletni współpracownik. Łącząc się w żalu z sercem pełnym bólu, w imieniu działaczy i sympatyków Samoobrony oraz własnym składam Rodzinie i Bliskim wyrazy głębokiego współczucia. Żegnaj Ryszardzie – przewodniczący Andrzej Lepper.

Mecenas Ryszard Kuciński był dla Andrzeja Leppera jedną z najbardziej zaufanych osób, na tyle bliskim, że to właśnie u niego Lepper zdeponował najbardziej tajne dokumenty i nagrania, które miały być zagrożeniem dla bardzo wpływowych, zajmujących wysokie stanowiska w państwie, osób, zaś dla Leppera stanowić swoistą polisę ubezpieczeniową.

Czy Lepper wiedział, u kogo deponuje dokumenty o tak gigantycznym znaczeniu? Wiadomo jedynie, że bliskim współpracownikom i jednemu z dziennikarzy deklarował, że dokumenty zostały zdeponowane w najbardziej bezpiecznym miejscu z możliwych. Tym „bezpiecznym miejscem” okazała się kancelaria adwokata, o właścicielu której wysocy rangą oficerowie służb tajnych mówili: „nasz człowiek”…

Mecenas Ryszard Kuciński zmarł pod koniec maju 2011 roku (na zawał serca), a nieco ponad dwa miesiące później w jego ślady podążył Andrzej Lepper, który według wersji oficjalnej zginął śmiercią samobójczą…

Oceniając „taśmy Wprost” warto pamiętać, że rzeczywistość III RP to spektakl, w którym widzimy tylko to, co przedstawiają nam na scenie – właśnie jak w teatrze.

Prawdziwe życie toczy się za kurtyną…

Koniec cytatu.

A reszta – jak mówił Hamlet – niech będzie milczeniem. Przynajmniej do 22 kwietnia…

Wojciech Sumliński

Wojciech Sumliński

Dziennikarz śledczy Wojciech Sumliński: Publikacja tygodnika „Wprost” to kontrolowana detonacja bomby, która zbiera się nad Komorowskim

sumliński

Materiały, które publikuje „Wprost”, wyglądają, po pierwsze, na próbę kontrolowanego zdetonowania bomby, która nad prezydentem Komorowskim się zbiera. Po drugie, przekierowania tej detonacji na komisję weryfikacyjną ds. WSI – uważa dziennikarz śledczy Wojciech Sumliński. Sprawa tajnego aneksu do raportu z likwidacji WSI jest jednym z kluczowych, kardynalnych filarów, rzetelne ruszenie którego może zachwiać samymi fundamentami solidnego dotąd gmachu III RP.

Czy słoń może wisieć nad przepaścią przywiązany za ogon do stokrotki?

Teoretycznie rewelacje tygodnika „Wprost”, sympatyzującego z prezydentem Bronisławem Komorowskim, o przeciekach z Komisji Weryfikacyjnej WSI – i to przeciekach dotyczących właśnie Bronisława Komorowskiego! – publikowane właśnie teraz, nie muszą mieć związku z niczym innym i jeśli się ktoś uprze, może je uznać za świetną robotę niezależnych dziennikarzy. Przed wyciągnięciem takich, pochopnych, wniosków warto jednak pamiętać, że teoretycznie można udowodnić wszystko, nawet to, że słoń może wisieć nad przepaścią przywiązany za ogon do stokrotki, a to – przyznacie Państwo – w praktyce może być już trudne do udowodnienia.

O co zatem naprawdę chodzi w rewelacjach „Wprost”? Prześledźmy chronologię wydarzeń.

WIOSNA 2014

W kwietniu br. publicznie zapowiedziałem publikację książki o Bronisławie Komorowskim, z której opinia publiczna dowie się, kim naprawdę jest prezydent RP. Zapowiedziałem, że książka będzie udokumentowana i pełna faktów, których nie sposób podważyć. Zapowiedziałem też ujawnienie jednego ze źródeł – za jego wiedzą i wolą. To były wysoki rangą oficer WSI, mój były informator, który dowiedziawszy się, że jest w ostatnim stadium choroby nowotworowej i że zostało mu w najlepszym razie kilka miesięcy życia, pojednał się z Bogiem – w którego wcześniej nie wierzył – i otrzymał od spowiednika niezwykłą pokutę: upublicznienie wszystkich swoich łotrostw, jako oficera WSI, wykraczających dalece poza złodziejstwo na gigantyczną skalę, a częstokroć polegające na niszczeniu innych ludzi – bo z tego na dobrą sprawę składała się jego służba. Szkopuł w tym, że upubliczniając wiedzę o sobie oficer ów ujawnia tak naprawdę szokująca wiedzę o naszym kraju i jego wojskowych specsłużbach w ogóle i zupełnie niejako przy okazji – o najważniejszych osobach w państwie… Na upublicznienie materiałów oficer wybrał mnie, bo – jak twierdził – ponoć poruszyła go narracja moich książek. Gdy spotkaliśmy się, dał mi do wglądu sto stron dokumentów z klauzulą „ściśle tajne” i pozwolił odsłuchać kilkadziesiąt minut nagranych rozmów. Wiele w życiu widziałem i wiele słyszałem, ale chyba nic nie było dla mnie równie szokujące!

To i jeszcze dwa tysiące takich stron plus kilkadziesiąt godzin nagrań otrzymasz od notariusza. Mam jeden warunek: wolno ci to ujawnić, gdy mnie już nie będzie i gdy moja rodzina wyjedzie już z kraju, bo to na nich spadnie odium tego, co przez całe swoje zawodowe życie robiłem, to na nich spadnie siła tego pandemonium, które po tej publikacji musi się rozpętać…

Sejmowa Komisja Obrony Narodowej

Choć miałem wiele wątpliwości, warunek przyjąłem. Ustaliliśmy, że co by się nie działo, termin nieprzekraczalny publikacji, to pierwszy kwartał 2015 roku…

Okazało się, że mój rozmówca nie blefował. Utwierdziły mnie w tym trzy fakty: prawdziwość przekazanych mi informacji (z owych stu stron otrzymanych do wglądu), które w tzw. międzyczasie zdążyłem zweryfikować, rozmowa ze spowiednikiem oficera oraz fakt, że kilka miesięcy po spotkaniu z owym oficerem byłem na jego pogrzebie… Po co miałby prowadzić „grę” wobec mnie ktoś, kto za chwilę umrze?

Całość tego niezwykłego spotkania opisałem w wydanej w tym roku książce pt. „Z mocy nadziei”, zaś w kwietniu publicznie zadeklarowałem, że po Nowym Roku – o ile w tzw. międzyczasie nie spadnie mi na głowę cegła w drewnianym kościele, nie zostanę współpracownikiem Bin Ladena, zabójcą Kennedy’ego, itp. – opublikuję książkę poświęconą prezydentowi Bronisławowi Komorowskiemu, która z pewnością poruszy i zainteresuje opinię publiczną.

Dlaczego powiedziałem o tym publicznie? Ponieważ informator, któremu bezwzględnie ufam – jeden z ostatnich takich – człowiek doskonale poinformowany, poprosił mnie o spotkanie, zorganizowane „okrężną” drogą, i słowo w słowo powtórzył moją rozmowę z oficerem WSI. Na moje pytanie: skąd to wszystko wiesz? – odparł krótko. Zadaj raczej inne pytanie: „czy jeśli wiem to ja, to czy nie wiedzą tego inni?”. I dodał: „ Będzie się działo. Uważaj na siebie”.

Zrozumiałem, że moje spotkanie zostało zarejestrowane przez ludzi, którzy nie powinni o nim wiedzieć. Zrozumiałem zarazem, że skoro wiedzą ONI, to powinna wiedzieć także opinia publiczna…

Od tamtej pory mówię o tym wszędzie, gdzie tylko mam okazję: od TV Republika, poprzez Radio WNET, czy portale internetowe na spotkaniach autorskich skończywszy. I wszędzie zapowiadam, że o ile nikt mi nie przeszkodzi, książka powstanie – na dobrą sprawę jej zręb już powstaje, ten proces jest w toku…

LIPIEC 2014

W toku jest także inny proces, bardzo głośny choć przecież totalnie „zaciszony” – proces karny z moim udziałem, którego „kamieniem węgielnym”, pierwszą przyczyną, były spotkania Bronisława Komorowskiego, wówczas marszałka Sejmu, z dwoma oficerami wojskowych służb tajnych: pułkownikiem Leszkiem Tobiaszem oraz pułkownikiem Aleksandrem L. W trakcie owych spotkań Bronisław Komorowski, druga osoba w państwie, rozmawiał z oficerami służb tajnych o tym, jak w sposób nielegalny, całkowicie sprzeczny z prawem, zdobyć najbardziej tajny z tajnych dokumentów, Aneks do raportu Komisji Weryfikacyjnej WSI. I nie przeszkadzał w tym marszałkowi Sejmu fakt, iż o jednym z tych dwóch rozmówców miał informację, iż może mieć on związki z rosyjskim wywiadem…

Z tych trzech ludzi: Leszek Tobiasz, Aleksander L. [Lichocki], Bronisław Komorowski – tylko ten ostatni może złożyć zeznania przed Sądem.

Pułkownik Leszek Tobiasz, który był wzywany do Sądu kilkukrotnie nigdy się w Sądzie nie stawił – można się tylko domyślać dlaczego, bo sam swoich nieobecności nie usprawiedliwiał – i nigdy się już nie stawi. Przed kolejnym terminem, po którym w razie kolejnego niestawiennictwa Sąd miał rozważyć doprowadzenie świadka, pułkownik Leszek Tobiasz zmarł w niejasnych okolicznościach, podczas zabawy tanecznej w Radomiu.

bce1da501723bc4750254edc8628d3dd,2,0

Tym samym definitywnie pogrzebana została szansa na planowane konfrontacje tego arcyważnego świadka z Bronisławem Komorowskim, z Krzysztofem Bondarykiem, z Pawłem Grasiem, z Aleksandrem L. [Lichockim] i kilkoma innymi osobami…

Drugi uczestnik tajnych rozmów, pułkownik Aleksander L. [Lichocki], korzysta z prawa oskarżonego i generalnie na rozprawach milczy…

Pozostaje trzeci z uczestników bezprecedensowych spotkań – Bronisław Komorowski. Jak wiadomo, prezydent żyje, ma się dobrze i jako świadek, będzie miał obowiązek składania zeznań.

Jedyny szkopuł polegał na tym, że przez długi czas nie było przesądzone, czy zostanie wezwany. Tak było aż do lipca br. Na ostatniej wakacyjnej rozprawie, po miesiącach analiz, Sąd podjął jednak decyzję: wezwał głowę państwa na świadka, uznając, że choć Bronisław Komorowski jest Prezydentem RP, to jest także obywatelem! To absolutny precedens pokazujący, że nikt, nawet jeśli jest Prezydentem Polski, nie powinien stać ponad prawem!

Prezydent został wezwany na 10 września, z opcją, że jeśli ten termin by mu nie odpowiadał – w końcu to Prezydent kraju – niech wskaże termin inny.

Wszyscy, także Sąd, dostosują się do kalendarza głowy państwa, ale co do zasady Prezydent ma się stawić i przy otwartej kurtynie odpowiadać na pytania wszystkich stron – kropka. Ja dla pana Prezydenta przygotowałem na „dzień dobry” – niejako na wejście – 200 pytań i od miesięcy zapowiadam, że pytania te, to dla pana Prezydenta będzie zapewne niemały kłopot… Co więcej, w Sądzie leży mój wniosek o przesłuchanie w charakterze świadka kolejnego oficera WSI – ten dla odmiany żyje, choć „zafundowano” mu areszt i z tego co wiem, nie szczędzono tam „atrakcji”. Oficer ten, to kolejny były znajomy Bronisława Komorowskiego i dysponent niezwykle interesujących nagrań z udziałem głowy państwa. Wniosek w sprawie tego świadka ma dopiero zostać przez Sąd rozpatrzony…

x5

I na to wszystko, na tę bardzo „interesująco” z punktu widzenia wiedzy o prezydencie RP zapowiadającą się jesień i przełom roku – a także na zapowiedzi o powstaniu Sejmowej Komisji Śledczej w sprawie działalności Komisji Weryfikacyjnej WSI – nakładają się rewelacje sympatyzującego z prezydentem Bronisławem Komorowskim (w gestii którego tajny Aneks znajduje się od lat) tygodnika „Wprost”… Taki przypadek…

Warto zatem zadać sobie pytanie, którego stawiania nauczył mnie jeden z moich mentorów, prokurator Andrzej Witkowski: cui bono?, czyli kto ma na tym zyskać? Kto ma zyskać na próbie rozbrojenia tykającej bomby i jednoczesnym obrzuceniu błotem Komisji Weryfikacyjnej WSI?

Znalezienie odpowiedzi na to pytanie nie jest trudne – z pewnością łatwiejsze, niż sprawdzenie w praktyce, czy słoń naprawdę może wisieć nad przepaścią przywiązany za ogon do stokrotki.

CZYTAJ TAKŻE:

„Wprost” szykuje materiał przykrywkowy, który ma chronić Komorowskiego. Prezydent wkrótce stanie przed sądem.

Były weryfikator WSI: „Może materiał we ‘Wprost’ ma uzasadniać powołanie komisji śledczej przeciwko Macierewiczowi?”.

Dr Zbigniew Kuźmiuk: Kolejne taśmy odwracają uwagę od skandali z udziałem ministrów

afera taśmowa

Opublikowanie przez tygodnik „Wprost” podsłuchanych rozmów Romana Giertycha i dziennikarzy Piotra Nisztora i Jana Pińskiego blisko 3 lata po tym fakcie, sprawia nieodparte wrażenie typowej próby odwracania uwagi od skandali będących udziałem ministrów rządu Donalda Tuska.

Wprawdzie jak wynika z tekstu we „Wprost”, Roman Giertych kiedyś wicepremier w koalicyjnym rządzie Prawa i Sprawiedliwości, a od kilku lat adwokat w procesach sądowych ważnych ludzi Platformy (między innymi Radosława Sikorskiego czy syna premiera – Michała Tuska), a także nadworny komentator programów „Fakty po Faktach” oraz „Kropka nad i” w telewizji TVN24, próbował stworzyć już kilka lat temu „grupę hakową”, która miała szantażować czołowych polskich biznesmenów (w tym Jana Kulczyka), więc oczywiście nie są to informacje nieistotne.

Ale nie ulega wątpliwości, że spychają one na boczny tor informacje o potężnych stratach jakie poniosła Polska na arenie międzynarodowej w związku z taśmami prawdy z udziałem ministrów rządu Tuska, a także odwracają uwagę od zawłaszczania majątku narodowego przez wpływowe grupy biznesowe zarówno z kraju jak i z zagranicy.

2. Jeżeli chodzi o straty na arenie międzynarodowej to widać to choćby w związku z trwającym konfliktem na Ukrainie, a także przy obsadzie ważnych stanowisk w Unii Europejskiej.

Przez długie tygodnie minister Sikorski razem z ministrami spraw zagranicznych Niemiec i Francji byli głównymi rozgrywającymi negocjacji toczonych między Janukowiczem i ówczesną opozycją, a później pomiędzy Ukrainą i Rosją.

Po ujawnieniu zawartości taśm z udziałem Sikorskiego, wypadł on z tego negocjacyjnego zespołu i ograniczył swoje działania do Twittera, gdzie informuje co osiągnęli w negocjacjach ministrowie spraw zagranicznych Niemiec i Francji.

Sikorski był także jak informował wcześniej Donald Tusk, prawie żelaznym kandydatem na następcę szefowej „dyplomacji unijnej” Catherine Ashton, teraz już wiadomo, że jego kandydatura na to stanowisko nie jest nawet rozważana.

3. Ale to oczywiście nie wszystko, trwa wręcz rozdrapywanie ostatnich kawałków majątku narodowego, a dwa sztandarowe przykłady tych procesów to systematyczne przejmowanie Grupy Azoty przez Wiaczesława Mosze Kantora i koncernu Ciech przez miliardera Jana Kulczyka, na którego to właśnie chciał zbierać haki wspomniany Roman Giertych.

Ciech SA – producent śmiercionośnej chemii do samolotowych oprysków miejscowej ludności (chemtrails)

Rosyjski miliarder najpierw kupił ponad 12% akcji Tarnowa, a później, dokupując już akcje Grupy Azoty, przekroczył 20% udział w kapitale akcyjnym i ma prawo do wprowadzenia do rady nadzorczej swojego przedstawiciela.

Grupa Azoty

Robił to mimo, że ówczesny minister skarbu Mikołaj Budzanowski mówił publicznie o próbie wrogiego przejęcia Azotów i przeciwstawiał się tej akcji, powołując Grupę Azoty, i namawiał niektóre OFE posiadające akcje tej spółki do ich niesprzedawania.

Z kolei polski oligarcha Jan Kulczyk dosyć pośpiesznie na początku czerwca nabył przez swoją spółkę KI Chemistry (za pożyczone ponad 600 mln zł z jednego z banków) ponad 51% koncernu chemicznego Ciech SA.

Przez długie miesiące minister skarbu opierał się przed tą transakcją, nagle się zgodził i to jak się wydaje za nieduże pieniądze, ponieważ Ciech to koncern skupiający ponad 30 różnych chemicznych spółek w Polsce i za granicą, których obroty przekraczają 4 mld zł.

4. Niestety w publicznej debacie ani osłabienie polskiej pozycji na arenie międzynarodowej w tym w szczególności w instytucjach Europejskich ani wręcz „rabunek” polskiego majątku, nie budzi specjalnego zainteresowania.

Wprawdzie w najbliższą środę na skutek uporu Prawa i Sprawiedliwości wprowadzony został pod obrady Sejmu RP wniosek o konstruktywne wotum nieufności dla rządu Donalda Tuska, a także wniosek o odwołanie szefa MSW Bartłomieja Sienkiewicza, ale – jak widać – trwa „ostrzał artyleryjski”, aby odwrócić uwagę opinii publicznej od istoty tych parlamentarnych posunięć.

Dr Zbigniew Kuźmiuk

Kuzmiuk.blog.onet.pl

TVN traci tysiące widzów – miażdżący spadek oglądalności po konformistycznej prezentacji afery taśmowej

tvn manipulacje

TVN – komórka wiadomych służb ds. Dezinformacji Polaków ostro pikuje. Polacy zaczynają się powoli budzić. „Fakty” TVN – sztandarowy program dezinformacyjny dla lemingów odnotował w czerwcu, obok „Panoramy”, największą stratę widowni. W porównaniu do czerwca 2013 r. „Fakty” straciły prawie 13 proc. widzów!

„Fakty” ogląda już mniej widzów niż „Teleexpress” i „Wiadomości”.

Jak informuje portal WirtualneMedia.pl – oglądalność audycji w czerwcu 2014 r. zmalała o 12,87 proc. (366 tys. widzów) w porównaniu do ubiegłego roku i wyniosła 2,48 mln osób. Udział „Faktów” w rynku wyniósł jedynie 22,69 proc., choć przed rokiem było to 28,33 proc.

TVN

Przypomnijmy, że w dniu, w którym po raz pierwszy poinformowano o aferze taśmowej, dla TVN publikacja „Wprost” nie była ciekawym tematem. Zamiast tego w serwisie TVN24 o godz. 15 obejrzeliśmy m.in. rozmowę o „spalaczach tłuszczu” i letnim odchudzaniu, relację z pokazów „monster trucków” we Wrocławiu oraz „wstrząsający” materiał dotyczący agresywnych szczurów.

manipulation-television-brainwashing-frith

O godz. 15:30 podano co prawda informacje z Ukrainy i Iraku, ale jeszcze ważniejszym tematem była warszawska Parada Równości. Do rozmowy o tej ostatniej sprawie zaproszono nawet politologa dr. Norberta Maliszewskiego, który ubolewał nad tym, jak wielkim problemem w Polsce jest nietolerancja wobec homoseksualistów. O publikacji „Wprost” poinformowano dopiero o godz. 15:42, podkreślając, że tygodnik „Wprost” „nie jest w stanie zweryfikować autentyczności nagrań”. Materiał był jednak krótki, a po więcej informacji odesłano telewidzów… na portal internetowy tvn24.pl.

Niezalezna.pl, WirtualneMedia.pl

aa-propaganda-bernays-quote-300x152

Donaldowi T. grozi kara więzienia

krata

Do warszawskiej prokuratury wpłynęło zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez premiera. Zarzut dotyczy niedopełnienia obowiązków przez Donalda T.

Zdaniem posłów Prawa i Sprawiedliwości niedopełnienie obowiązków miało polegać na zignorowaniu informacji, którą Donaldowi Tuskowi przekazał w sprawie Amber Gold Marek Belka. Z treści nagrań ujawnionych przez „Wprost” wynika, że prezes NBP powiedział premierowi, że firma, z którą związany był jego syn to piramida finansowa.

Wniosek skierowany do Prokuratury Generalnej przez Prawo i Sprawiedliwość trafi prawdopodobnie prokuratura okręgowa, która powinna przesłuchać szefa NBP, aby ustalić kiedy ten mówił premierowi o sprawie Amber Gold. Jeżeli było to przed zawiadomieniem śledczych przez Komisję Nadzoru Finansowego, premier może mieć kłopoty.

donald t.

Marek Belka potwierdził, że ostrzegał premiera przed tym, że parabank to piramida finansowa.

„Ja mu po prostu powiedziałem, że jest taka sprawa i że z tego mogą wyniknąć kłopoty”

– mówił w rozmowie z RMF FM. „Chyba to były tygodnie przed całą sprawą. Ja nie oczekiwałem zresztą ze strony premiera jakichkolwiek działań. Bo myśmy to, że tak powiem, wszystko monitorowali. Przede wszystkim Komisja Nadzoru Finansowego próbowała tą sprawą potrząsnąć. Niestety, szereg służb państwowych – jakby to powiedzieć – umywało ręce” – dodał.

„Prezes Belka przy okazji innej rozmowy wspomniał mi, że ocenia tę kwestie jako niepokojącą, niebezpieczną ze względu na charakter Amber Gold jako piramidy finansowej. Było to w czasie, kiedy tą sprawą zajmowała się już prokuratura” – tłumaczył po ujawnieniu nagrań szef rządu.

mc/rmf24.pl

wGospodarce.pl

„Wprost”: Dzieci umierają w Polsce po szczepionkach. Sprawa w prokuraturze

vaccine death

Kilkudziesięciu rodziców z całej Polski domaga się, by prokuratura zbadała sprawę tragicznych powikłań, które u ich dzieci mogły wywołać szczepionki.

Jagoda urodziła się jako wcześniak, ale do czwartego miesiąca rozwijała się zupełnie prawidłowo. Wtedy, zgodnie z planem Ministerstwa Zdrowia, dostała szczepionkę „sześć w jednej”, jedną z najsilniejszych, jakie można zaaplikować niemowlętom. To najczęściej ją polecają lekarze, bo zastępuje kilka innych szczepionek, a zatem zaoszczędza dzieciom nieprzyjemnego kłucia. Jagoda najpierw dostała jedną dawkę, potem drugą. I nagle zaczęły się kłopoty. – Przestała się śmiać, zaczęła się zachowywać, jakby była za szybą. Dzisiaj nie siedzi, nie obraca się, nie chodzi. Stwierdzono u niej wzmożone napięcie mięśniowe. Pięć razy w tygodniu musi mieć rehabilitację, zajęcia na basenie, a lekarze nie potrafią powiedzieć, co tak naprawdę się stało – opowiada Agata Lange, mama dziewczynki.

vaccine_baby_danhatton_flickr

Lange jest jedną z pięćdziesięciorga jeden rodziców, którzy wraz z Ogólnopolskim Stowarzyszeniem Wiedzy o Szczepieniach „Stop NOP” złożyli w warszawskiej prokuraturze zawiadomienie o popełnieniu przestępstw przez resort zdrowia. Chodzi o brak prawidłowej reakcji służby zdrowia na niepożądane odczyny poszczepienne (NOP) u dzieci. Zdaniem stowarzyszenia polscy lekarze ignorują powikłania poszczepienne. Tak wielka akcja antyszczepionkowa to nad Wisłą swoisty ewenement. – Nie walczymy ze szczepieniami jako takimi – podkreśla Justyna Socha, rzeczniczka stowarzyszenia. – Sprzeciwiamy się przede wszystkim szczepionkom skojarzonym, czyli takim, które dają odporność na kilka chorób zakaźnych za pomocą jednego wkłucia. Jak np. MMR (ang. measles-mumps-rubella), trójskładnikowa szczepionka przeciwko odrze, śwince i różyczce [brytyjski naukowiec Andrew Wakefield udowodnił związek szczepionki MMR z autyzmem, wyniki swoich badań opublikował w prestiżowym naukowym czasopiśmie The Lancet – przyp. TAW]. Chcemy, żeby szczepić rozsądnie – mówi Socha.

Rodzice bez pomocy

Bezpośrednim impulsem zbiorowego pójścia rodziców do prokuratury była śmierć sześciomiesięcznej Basi z Kutna, która dostała szczepionkę skojarzoną na sześć różnych chorób.

Basia z Kutna przeżyła tylko 6 miesięcy...
Basia z Kutna przeżyła tylko 6 miesięcy…

Takich drastycznych historii jest – według działaczy stowarzyszenia – znacznie więcej. – Tyle że objawy NOP są od lat przez lekarzy ignorowane – twierdzi Socha. Autorzy zawiadomienia żądają m.in. opracowania nowego systemu zapobiegania powikłaniom poszczepiennym, a także utworzenia specjalnego funduszu odszkodowań dla osób, które ucierpiały z ich powodu, ewentualnie straciły bliskich. Domagają się też utworzenia listy niezależnych od koncernów farmaceutycznych biegłych, którzy wydawaliby opinie w tego typu sprawach przed sądem.

Ta ostatnia sprawa jest szczególnie istotna, bo sprawy związane z NOP są wyjątkowo trudne do zdiagnozowania. Na przykład u Jagody część specjalistów stwierdziła porażenie mózgowe, ale już tomografia nie wykazała w jej mózgu żadnych zmian. – Ilu specjalistów, tyle teorii – wzdycha Lange. Tylko jedna neurolog, u której była, miała odwagę powiedzieć jej wprost, że na jej miejscu nigdy nie podałaby Jagodzie szczepionki „sześć w jednej”. Wytłumaczyła, że większość wcześniaków ma obniżoną odporność. Badania hematologiczne Jagody wykazały, że ona też, i to znacznie. Tyle że wykonano je po podaniu szczepionki, a nie przed nim. – Najbardziej mnie boli, że zostałam z tym wszystkim kompletnie sama. Nie mogę uzyskać odszkodowania, które pokryłoby koszty leczenia i rehabilitacji Jagody. Nie ma też nikogo, kto by przyznał: „Popełniliśmy błąd, ale teraz jesteśmy i chcemy pomóc!” – opowiada mama Jagody.

Państwo Lange mieszkają na wsi pod Łodzią. – U nas to, co powie lekarz, jest święte. Ludzie nie mają dostępu do informacji. Jak w przychodni słyszą, że mają podać dziecku taką czy inną szczepionkę, to nie dyskutują, tylko podają. Nie mają pojęcia o konsekwencjach – opowiada rozżalona Lange. Czy w przyszłości będzie szczepić dzieci? – Tak, bo wierzę, że medycyna idzie do przodu i że szczepienia są potrzebne – zapewnia pani Agata. – Mój mąż co roku zabezpiecza się w ten sposób przed grypą. Chciałabym jednak, żeby w Polsce powstał w tej dziedzinie profesjonalny system. Żeby lekarze nie szczepili zgodnie z anachroniczną rozpiską, ale realnymi potrzebami i możliwościami pacjenta – mówi matka Jagody.

Tajemnica autyzmu

W Stowarzyszeniu Stop NOP działa wielu rodziców, którzy twierdzą, że w wyniku powikłań poszczepiennych ich dzieci cierpią na autyzm.

children-with-autism

Jego związki ze szczepionką są szczególnie trudne do udowodnienia. Bo zaburzenie pojawia się nawet po kilku latach. Tymczasem aby jakiś objaw można było zakwalifikować jako niepożądany odczyn poszczepienny, musi być stwierdzony najdalej cztery tygodnie po szczepieniu.

Autistischer Bub Thinkstock - iStockphoto

Mimo to się uważa, że choroba ta może być skutkiem zatrucia rtęcią, którą zawiera część ze szczepionek stosowanych w Polsce. Przyznaje to coraz więcej autorytetów medycznych, m.in. prof. Maria Dorota Majewska, neurobiolog prowadząca badania nad biologią autyzmu, czy dr Dorota SienkiewiczKliniki Rehabilitacji Dziecięcej Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku. Trudno powiedzieć, ile dokładnie dzieci cierpi na to zaburzenie. Według niektórych specjalistów dotyka ono jedno na 88, a w Stanach Zjednoczonych – nawet jedno na 50 dzieci.

Autyzm to jednak niejedyne negatywne konsekwencje, które mogą być wywoływane przez część szczepionek. Czteromiesięczna Zuzia zmarła w wyniku powikłań kardiologicznych niedługo po zaszczepieniu. Tydzień po jej podaniu przestała jeść, wymiotowała. Rejonowy pediatra i pielęgniarka środowiskowa zapewniali, że jest niemożliwe, aby objawy były związane z NOP. Wspominali o skazie białkowej, przekonywali, że Zuzi po prostu nie smakuje mleko z piersi matki. Po kolejnych siedmiu dniach niejedzenia Zuzia trafiła jednak na OIOM z ciężką niewydolnością serca. Dwa i pół miesiąca później zmarła w szpitalu, czekając na przeszczep. Badania wykluczyły zapalenie mięśnia sercowego i wrodzone wady serca. – W czasie walki o jej zdrowie kardiolodzy, kardiochirurdzy i inni lekarze ogólni wielokrotnie informowali nas, że przyczyną jej stanu może być NOP, ponieważ mieli podobne przypadki. Problem w tym, że związek przyczynowo-skutkowy jest trudny do udowodnienia – twierdzi Karolina Rojek, matka Zuzi.

Serię szczepionek, którą przyjęła Zuzia, wycofano z rynku w lipcu zeszłego roku. Jednak nie ze względu na śmierć dziewczynki, lecz na wadliwą serię leku. – To też jest symptomatyczne. W wielu krajach szczepionki wycofuje się ze względu na powikłania, jakie wywołują u dzieci. U nas co najwyżej dlatego, że substancja jest niehomogeniczna [źle przetrzymywana – red.]. Nigdy nie chodzi o skutki szczepienia – mówi rzeczniczka Stop NOP.

Matka Zuzi postanowiła nie odpuszczać. Zebrała już całą dokumentację medyczną i inne potrzebne dowody, aby dochodzić sprawiedliwości w sądzie. I namawia innych rodziców do podobnych działań, bo wierzy, że tylko tak można wygrać z systemem. Do tej pory w Polsce były tylko dwie sprawy, w których wypłacono odszkodowanie w związku z powikłaniami poszczepiennymi. Jedna w 1963 r., druga w latach 90. Jak podaje „Rzeczpospolita”, w ciągu ostatnich kilku lat wszczęto 12 postępowań o powikłania w związku z NOP. Ponad połowa z nich skończyła się umorzeniem.

Trudność z biegłymi

Jest też ogromny problem z powołaniem biegłych. Lekarze nie widzą związków między śmiercią dzieci a szczepieniami. Tak było w przypadku 18-letniego Tomka Gaickiego, który zmarł krótko po podaniu szczepionki na tężec i błonicę. Gdy Tomek zgłosił się na obowiązkowe szczepienie 18-latków, był zdrowy jak ryba. Nie miał żadnych wrodzonych wad. – Nie chciał zresztą na nie iść, ale sam go namówiłem – opowiada Jarosław Gaicki, ojciec zmarłego chłopaka. Chłopak miał pracować w warsztacie samochodowym. – Gdyby coś mu się stało i by się okazało, że nie jest szczepiony, musiałby płacić karę – wyjaśnia ojciec. Tomek zmarł dwa dni po szczepieniu. W sekcji zwłok napisano, że powodem był obrzęk płuc i mózgu, który spowodował zatrzymanie krążeniowo-oddechowe. Śmierć nastąpiła między 48. a 72. godziną od podania szczepionki. Mógł to być NOP, ale udowodnienie tego po dwóch latach jest dziś bardzo trudne.

gardasil-gates-576x300

– Być może by się udało, gdyby i szczepionka, i dokumentacja medyczna Tomka zostały od razu zabezpieczone przez policję. Tymczasem nikt tego nie dopilnował. W końcu miesiąc po śmierci Tomka sam to wymusiłem na prokurator prowadzącej postępowanie. Okazało się, że papiery leżały w szufladzie w ośrodku zdrowia, każdy miał do nich dostęp – mówi rozżalony pan Jarosław. Wielu rodziców nie próbuje nawet dochodzić sprawiedliwości. Nie ma na to siły, pieniędzy ani czasu. Bo większość pochłania im opieka nad chorymi dziećmi. W dodatku niezgłoszenie NOP przez pierwsze tygodnie po szczepieniu w znacznej mierze utrudnia możliwości prawne dochodzenia od państwa odszkodowań.

Model ze Wschodu

A problem może być naprawdę duży. Polskie niemowlęta w pierwszych 18 miesiącach życia otrzymują 16 obowiązkowych szczepień przeciw dziesięciu chorobom, m.in.: gruźlicy, żółtaczce typu B, błonicy, krztuścowi, tężcowi, polio, odrze, śwince i różyczce. Dodatkowo są zalecane też inne szczepienia, w sumie może być ich nawet 26 w pierwszych dwóch latach życia dziecka. Nic dziwnego, że pojawia się coraz więcej głosów, by tak jak w krajach zachodnich szczepić dzieci od trzeciego czy czwartego miesiąca. U nas obowiązuje ciągle model z bloku wschodniego. Zresztą Polska to wraz z Rumunią i Bułgarią jedyne kraje w Europie, w których wciąż obowiązują tak liczne szczepienia dzieci w pierwszej dobie życia.

– Powtórzę: my nie uważamy się za antyszczepionkowców. Nie chcemy odbierać wyboru nikomu, kto chce szczepić dzieci. Nie mamy ambicji, żeby przekonać maksymalną liczbę rodziców do rezygnacji z tej formy zapobiegania chorobom. Jednak chcemy pełnej informacji, żeby rodzic tych wyborów, które podejmuje, był rzeczywiście świadom. I żeby był poinformowany o ryzyku – mówi Justyna Socha. Stowarzyszenie wielokrotnie próbowało interweniować i u rzecznika praw pacjenta, i u rzecznika praw obywatelskich, bezskutecznie. Efektu nie przyniosły też prośby o interwencje w NIK. – Być może dzięki obecnej akcji w prokuraturze w końcu uda się nam postawić pytanie o to, kto jest odpowiedzialny za to, co się dzieje z naszymi dziećmi – mówi rzeczniczka Stowarzyszenia Stop NOP.

W marcu wstrzymano obrót serią jednej z popularnych szczepionek typu „pięć w jednej”. Przyczyną jest podejrzenie, że nie spełnia wymogów jakości. Rodzice dzieci, które przyjęły dawkę preparatu, są proszeni o obserwowanie dzieci i zgłaszanie lekarzom pierwszego kontaktu wszystkich problemów zdrowotnych.

Artykuł ukazał się w 13/2014 numerze tygodnika „Wprost”   

Izabela Smolińska

i.smolinska@wprost.pl

2100

 

 

 

 

Wprost.pl

Szczepionki kaleczą lub zabijają:

https://tajnearchiwumwatykanskie.wordpress.com/category/szczepionki-zabijaja/

Sam fakt nagrania tak masowego świadczy o stanie państwa – Prof. Zdzisław Krasnodębski

krasnodębski

„Sam fakt nagrania tak masowego świadczy o stanie państwa. Ono nie potrafiło zapewnić minimalnej ochrony prezydentowi, który zginął w Smoleńsku, to niby czemu miało zapewnić ochronę innym, którzy czuli się podczas tych rozmów zapewne bezpieczni. Jeśli mieli to zrobić Rosjanie – co jest sugerowane przez obrońców nagranych osobników – to świadczy jeszcze gorzej o bezpieczeństwie naszego państwa” – mówi prof. Zdzisław Krasnodębski, socjolog i eurodeputowany PiS.

Prof. Zdzisław Krasnodębski wylicza w czterech punktach najważniejsze elementy afery taśmowej ujawnionej przez tygodnik „Wprost”:

Po pierwsze – język i mentalność

To nie jest tylko czysta estetyka, która charakteryzuje to środowisko, które widać, że jest bardzo skonsolidowane. Środowisko od biznesu, służb, do polityki. Posługuje się niezwykle wulgarnym kodem językowym, którym ze sobą rozmawiają osoby nagrane. Jest to pewien materiał socjologiczny, choć nie zaskakujący. To może być szokujące dla wyborców Platformy Obywatelskiej sądzących, że rządzą nami intelektualiści, eleganccy i mądrzy ludzie, podczas gdy rządzą nami ludzie na poziomie knajackim.

Po drugie – o czym mówią

Wszystko, co mówią te osoby, ma na celu utwierdzenie ich władzy i nie dopuszczeniu do niej partii opozycyjnej. Żyjemy jakby w stanie takiej zawieszonej demokracji. Odwołuje się do tego część komentarzy usprawiedliwiających tych polityków. Ponieważ utożsamiono interes PO z interesem państwa. Powiedziano, że należy zrobić wszystko, aby zmiana władzy w Polsce nie nastąpiła nawet w wyniku demokratycznych wyborów. Istnieje więc zasada, aby demokratyczne zasady omijać i o tym mówi rozmowa Sienkiewicza z Belką czy zaangażowanie Orlenu. Tak firmy angażują się w powstrzymywanie tego systemu. W tych rozmowach są też wzajemne i dosyć trzeźwe oceny swojego środowiska przez polityków PO. To pokazuje dosyć realistyczną ocenę zarówno państwa, społeczeństwa, gospodarki i polityki zagranicznej, i może być szokujące dla tych, którzy w taką fasadę zbudowaną przez polityków PO i media wierzyli czy wierzą.

Po trzecie – kto nagrał

Na wyjaśnieniu tego, kto i dlaczego nagrał te rozmowy, skupiają się media głównego nurtu. Nawet jeśli to było zrobione przez osobę o niezbyt czystych zamiarach, nie odbiera to wagi poznawczej tych taśm. Sam fakt nagrania tak masowego świadczy o stanie państwa. Ono nie potrafiło zapewnić minimalnej ochrony prezydentowi, który zginął w Smoleńsku, to niby czemu miało zapewnić ochronę innym, którzy czuli się podczas tych rozmów zapewne bezpieczni. Służby polskie nie działają w sposób prawidłowy. Jeśli mieli to zrobić Rosjanie – co jest sugerowane przez obrońców nagranych osobników – to świadczy jeszcze gorzej o bezpieczeństwie naszego państwa.

Po czwarte – najazd na redakcję „Wprost”

W obliczu zagrożenia, następuje utrata przez władzę instynktu samozachowawczego. Wtargnięcie do redakcji w świetle kamer jest kompromitujące w skali światowej. Słuchając do tego nagranych rozmów, stwierdziłem, że gdyby rządzili nami ludzie spod budki z piwem, to chociaż nie byłoby rozbieżności między ich słownictwem a zachowaniem.

Prof. Zdzisław Krasnodębski

Niezalezna.pl

Afery Tuska:

https://tajnearchiwumwatykanskie.wordpress.com/category/afery-tuska/

 

Odwracanie kota ogonem. Czyli o tym, jak dozgonni klakierzy upadającego Tuskowego rządu nierządu rozpaczliwie próbują przekierować uwagę gawiedzi z CO na KTO

How_I_Sits

Na początek zagadka. Kto to powiedział? „Jestem poruszony zawartością tych taśm. Dziękuję dziennikarzom, za wspieranie demokracji poprzez ujawnienie kompromitującego przypadku skandalicznej korupcji politycznej (…). Miliony Polaków mogły poznać dzięki tym nagraniom kulisy kuchni politycznej kompromitującej obecny rząd”…

Porównując obecny rząd do pokojówki mogę obrazić ludzi wykonujących ten uczciwy zawód. Używam jednak tego porównania, by wyjaśnić, jak absurdalna jest próba przekierowania uwagi ws. afery taśmowej z tematu CO na KTO. Rozumiem ławę oskarżonych z PO, którzy niczym pokojówka złapana na kradzieży, próbują skierować naszą uwagę na pytanie „kto nagrał” jej kradzież. Nie akceptuję jednak, gdy tę linię obrony powielają media.

sprzątaczka

Rolą mediów jest w uczciwy sposób wyjaśnić opinii publicznej, co jest w treści rozmów ważne i dlaczego, a nie rozpylanie mgły informacyjnej i przekierowanie sprawy na poboczne tory. Cokolwiek sądzimy o Sylwestrze Latkowskim czy „Wprost”, to największa kompromitacja w tej sprawie – to zarówno: totalny brak bezpieczeństwa państwa oraz kompromitująca treść zawieranych dealów i polityczna korupcja, jaka została ukazana w tych nagraniach.

zaufanie

Ok, weźmy pod uwagę opcję: Nagrywający od lat postawił sobie za cel skompromitowanie najważniejszych ministrów, szefów spółek skarbu państwa i prezesa NBP. Czy byłby to w stanie zrobić, gdyby na nagraniach było tylko parę przekleństw, ale tak naprawdę obywatele zobaczyliby że bohaterowie taśm realizują polski interes i stawiają go wyżej niż własne korzyści? Oczywiście, że nie. Wtedy co najwyżej rządzący mogliby producentowi taśm podziękować, że pokazał ich wspaniałe oblicze mężów stanu zatroskanych o Polskę. Stało się odwrotnie. Czy z winy nagrywającego, kimkolwiek on jest? Czy z winy „Wprost”, który taśmy opublikował, niezależnie od intencji i motywacji? Nie. Niejako „właścicielami” tej kompromitacji – są jej bohaterowie. Postaram się problem taśm opisać w sześciu punktach

1. Dodruk pieniędzy, by PO utrzymała się u władzy nie jest moralnie mniej obciążającym czynem, gdy pozostaje tajny. Wręcz przeciwnie, jest tym bardziej kompromitujące takie partyjne działanie, gdy jest przeprowadzane za plecami, przy jednoczesnym zapewnianiu publicznie przez rządzących, że im chodzi o coś więcej niż własne stołki, wpływy i zarobki. Czy mówienie publicznie o wspaniałych relacjach z USA, podczas gdy prywatnie minister Sikorski mówi, o tym jak bardzo taki sojusz uważa za zły i woli dobre relacje z Rosją, przestaje być kompromitujące w zależności od tego, kto i dlaczego tę hipokryzję wykazał?

2. Spójrzmy na instytucję świadków koronnych. Najczęściej to są bardzo źli ludzie, mający naprawdę sporo za uszami. Organa ścigania zgadzają się jednak na współpracę z nimi, gdy pozwala to ukarać sprawców poważnych przestępstw, ich kolegów z grup przestępczych. Jest lepszy przykład, jaki dał prof. Ryszard Bugaj. Czy Polska w 1943 r. powinna zignorować informację o zbrodni katyńskiej, tylko dlatego że ujawnili ją Niemcy? Przecież zrobili to dla swoich interesów. Wracając do współczesności: Czy jeśli jako obywatele dostajemy dowód na łamanie konstytucji przez rządzących, używanie państwa przez partię jako własności, folwarku – to mamy ich usprawiedliwiać, tylko dlatego że nagrywający ich nie lubi? Czy mąż, który dostaje do skrzynki pocztowej dowody na zdradę  małżonki, kupi jej tłumaczenia: Pomyśl kochanie, kto chciał nam zaszkodzić, zepsuć nasz związek? Nie. Będzie wściekły na fałsz i zło, jakiego doznał od osoby, której ufał, kochał. Tym bardziej nie będzie skory do słuchania jej wyjaśnień, jeśli będzie to któraś z kolei zdrada. Bo rządzący Polską, zdradzili państwo, zdradzili obywateli. Na rzecz własnej partii i partykularnych interesów. Od lat dokonują zdrady stanu, a demokrację zamienili na demokraturę, której jedynym i podstawowym celem jest utrzymanie się na stołkach i władza dla samej władzy. Niezaspokojeni, ciągle sięgają po więcej i więcej, tracąc przy tym nawet podstawową ostrożność, by oszukiwać i okradać obywateli w dyskretny sposób.

3. Rządzący, zaślepieni dali się nagrać i chcą nas przekonać, że winą ich szaleństwa władzy, wszystkich kompromitujących zdarzeń i ustaleń, jest ten, który to ujawnił. Bo obywatel – w ich przekonaniu – by władzę kochać i jej ufać tym bardziej, im mocniej ona go oszukuje i okrada. Bo obywatel nie jest dla nich suwerenem, któremu władza ma służyć. On ma na nich głosować. Jeśli do tego potrzeba dodrukować pieniędzy, czyli de facto okraść z oszczędności? Żaden problem. Już Marek Belka, jako premier techniczny w lewicowym rządzie zasłynął „podatkiem Belki”, czyli właśnie podatkiem od tego, co Polacy sobie zaoszczędzili. Ma doświadczenie w tej praktyce, dlatego minister Sienkiewicz wiedział do kogo się zwrócić.

4. To też kwestia zaufania i uczciwości. Jeśli postrzegamy hierarchię władza-obywatele jako relację, w której rządzący są od tego, by Polsce i Polakom służyć – nie możemy zgodzić się na dalsze zatrudnianie pokojówki, która kolejny raz nas okradła. Jak możemy jej dalej ufać i powierzać nasz dom? Im dłużej będziemy ją utrzymywać, tym więcej może nam ukraść i tym częściej nas oszukać.

5. Na koniec słówko o jawności. To prawda: ujawnienie nagrań kompromitujących ministrów polskiego rządu jest szkodliwe dla wizerunku Polski na świecie, niezależnie co my o nich sądzimy. Warto jednak zauważyć, że jeszcze gorsza jest perspektywa szantażowania po cichu, w zaciszu gabinetów, czy restauracji takimi nagraniami – co może powodować podejmowanie przez nich bardzo niekorzystnych decyzji dla Polski, korzystnych dla producenta taśm. O taką możliwość pytałem premiera w poniedziałek 16 czerwca, tuż po ujawnieniu pierwszych taśm. Odnosząc się do plotek na temat istnienia nagrań z udziałem sekretarza partii Pawła Grasia, szefa CBA Pawła Wojtunika, wicepremier Elżbiety Bieńkowskiej Tusk stwierdził, cytuję:  „Na razie nie mamy żadnego sygnału, aby te osoby podlegały szantażowi”. Chciałbym wierzyć na słowo, jednak faktem jest, że w kontekście szantażu nawet najstraszniejsza kompromitacja lepiej by była jawna i skończyła karierę danego polityka, niż stała się narzędziem do zmuszania go, by podejmował decyzje złe dla państwa i własnych obywateli.

Co właściwie jest złego w tych nagraniach, w ich treści? Nie przekleństwa, nawet nie prostactwo do którego zdążyliśmy się przyzwyczaić. W końcu to z PO wywodzi się Palikot, a twarzami jest Niesiołowski. Złem tych taśm jest spiskowanie najważniejszych osób w państwie w celu zablokowania demokratycznych procedur. Drukowanie pieniędzy, tylko by w roku wyborczym „władzy raz zdobytej nie oddać nigdy” – to nic więcej niż uznanie, że dla PO demokracja nie istnieje.

6. Ujawnione przez „Wprost” treści rozmów zawierają wiele wątków. Opiszę je skrótowo. Oprócz drukowania pieniędzy na kampanię PO, dotowanie „pod stołem” małych lotnisk, bądź linii lotniczych przez państwo. Kompromitacja budowy terminalu LNG, którego opóźnienie – według jednego z bohaterów – sięga nawet 2017 r. Przewały skarbowe przy kontroli finansów Sławomira Nowaka i jego żony, ustawiania prokuratora generalnego przez ministra Sienkiewicza, czym się szef MSWiA chwali w rozmowie z Belką. W najnowszych dochodzi prorosyjski kurs ministra Sikorskiego nadal realizowany, mimo publicznych deklaracji oraz dotowanie Jerzego Owsiaka „30 bańkami” przy okazji obchodów 4 czerwca.

„Jestem poruszony zawartością tych taśm. Dziękuję dziennikarzom, za wspieranie demokracji poprzez ujawnienie kompromitującego przypadku skandalicznej korupcji politycznej (…) Miliony Polaków mogły poznać dzięki tym nagraniom kulisy kuchni politycznej kompromitującej obecny rząd” – tak mówił… Donald Tusk w 2006 r. po ujawnieniu „taśm Renaty Beger”. Dziś już inaczej śpiewa, bo wie że gra idzie o jego stanowisko, którego po dobroci nie odda.

Samuel Pereira, Niezalezna.pl

Aferalna III RP:

https://tajnearchiwumwatykanskie.wordpress.com/category/afery-tuska/