Gdzie jest najbardziej poszukiwany dokument w Polsce – słynny Tajny Aneks do raportu o likwidacji WSI?

tajny aneks

Czy treść najbardziej tajnego i pożądanego dokumentu w Polsce może trafić wkrótce do opinii publicznej? Czy zbliżające się wybory parlamentarne będą w tej sprawie odgrywać istotną rolę? Czy nowy prezydent Andrzej Duda po zapoznaniu się z aneksem zdecyduje się go odtajnić?

Czy może dojść do sytuacji, że dokument zostanie upubliczniony przez osoby do tego nieuprawnione? Zbigniew Stonoga już zapowiada taką publikację, jednak wcześniej wzywa jeszcze urzędującego prezydenta Komorowskiego do tego, by dokonał tego sam.

Proces likwidacji WSI nie został zakończony

W ostatnich dniach na nowo dyskutuje się o raporcie WSI. Proces likwidacji WSI nie został zakończony – mówią zgodnie zwolennicy tego, że sprawę dawnych wojskowych służb będzie trzeba na nowo zrewidować, a przede wszystkich zobaczyć, czy w prezydenckiej kancelarii tajnej nadal znajduje się najtajniejszy dokument w Polsce. Tajny aneks jest najbardziej pożądanym dokumentem ostatnich lat. Wielu osobom zależało na jego zdobyciu. Dziennikarze, politycy, a wśród nich sam Bronisław Komorowski, kiedy był jeszcze posłem w 2007 r., i to za cenę złamania prawa, chciał koniecznie poznać treść aneksu. Gdy Komorowski został prezydentem, a co za tym idzie, kiedy poznał zawartość dokumentu, nie zdecydował się na jego upublicznienie. Teraz z końcem jego prezydentury temat tajnego aneksu dotyczącego Wojskowych Służb Informacyjnych ożył ponownie. W całej kampanii prezydenckiej sztabowcy Komorowskiego, politycy z obozu władzy, a nawet zaprzyjaźnione media nie poruszały tego tematu w ogóle.

Co ważne, nikt nigdy wprost nie zapytał prezydenta, dlaczego nie zdecydował się ujawnić raportu.

Zwolennicy odtajnienia dokumentu twierdzą, że odpowiedź na to pytanie poznamy wtedy, kiedy aneks zostanie upubliczniony, bo jak twierdzą, jego treść jest druzgocąca dla samego Komorowskiego, jak i jego znajomych. Zapewne też poznamy odpowiedź, dlaczego Komorowski jako jedyny z posłów PO głosował przeciw likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych.

Wicepremier i minister obrony narodowej Tomasz Siemoniak w jednym z wywiadów odradzał ostatnio przyszłemu prezydentowi Andrzejowi Dudzie ujawnianie raportu. Siemoniak co prawda nie zna treści aneksu, ale w jego ocenie nie jest to dobry pomysł.

Kim jest Stonoga i skąd ma tajny aneks?

Zbigniew Stonoga, który kilka tygodni temu w dość spektakularny sposób ujawnił akta śledztwa afery podsłuchowej, ujawnia, że jest również w posiadaniu załącznika trzynastego do tajnego raportu o WSI. Stonoga wzywa też w jednej ze swoich wypowiedzi, by prezydent Bronisław Komorowski upublicznił ów aneks przed zakończeniem swojej prezydentury.

Stonoga: Tajny aneks jest szokujący

W rozmowie z nami Stonoga zapewnia, że nie chce popełnić błędów przy publikacji tajnego załącznika do raportu o WSI, zauważa, że gdyby to zrobił, mógłby być narażony na zarzuty narażenia na niebezpieczeństwo osób, które są w tym załączniku wymienione z imienia i nazwiska; dodaje, że dokument jest szokujący.

Stonoga na ostatnim swoim przesłuchaniu też miał pytać prokuraturę, czy ów dokument może upublicznić. Stonoga, jak twierdzi, zabrał dokument do prokuratury, która stawiała mu zarzuty za nielegalne upublicznienie akt śledztwa afery podsłuchowej tylko po to, by śledczy przekonali się, że on faktycznie posiada załącznik trzynasty do raportu o WSI. Nie liczył na jakieś ich oficjalne stanowisko w tej sprawie, bo nawet nie mają do tego żadnych kompetencji. Zdaniem Stonogi pomogło mu to o tyle, że warszawska prokuratura następnego dnia zdecydowała się na uchylenie wobec niego środków zapobiegawczych, oddano mu paszport i zniesiono policyjny dozór.

Zapytany przez nas, rzecznik warszawskiej prokuratury okręgowej odrzuca wersję, jakoby śledczy załącznik do raportu widzieli. Informuje również, że faktycznie następnego dnia prokurator prowadzący śledztwo uchylił środki zapobiegawcze względem Stonogi. Bartosz Kownacki z PiS-u nie wierzy, by tym dokumentem dysponował Stonoga.

Prace nad raportem

Raport z weryfikacji Wojskowych Służb Informacyjnych został upubliczniony przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego w lutym 2007 r. Całość raportu opracowana była przez Antoniego Macierewicza i komisję weryfikacyjną, którą kierował, będąc wiceministrem obrony narodowej. Dokument zawierał kompleksowy opis wszelkich nieprawidłowości i patologii, do których dochodziło w czasie działalności WSI w latach 1991–2006, kiedy zapadła decyzja o ich rozwiązaniu. Mało kto pamięta, ale WSI powstały z wojskowych służb specjalnych komunistycznej bezpieki, a dokładnie z Zarządu II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego (był to wojskowy wywiad PRL) oraz z Wojskowej Służby Wewnętrznej, czyli kontrwywiadu wojskowego w tamtym czasie.

Żołnierze WSI nigdy nie byli poddani weryfikacji. „Nową” służbę wojskową tworzyła solidarnościowa ekipa, m.in. minister Janusz Onyszkiewicz i wiceminister Bronisław Komorowski. To oni szefami WSI zrobili ludzi szkolonych w Moskwie przez KGB i GRU.

Zamiary opublikowania raportu przez Antoniego Macierewicza wywoływały ogromną wściekłość w niektórych środowiskach, zwłaszcza tych, gdzie ludzie z dawnych służb odgrywali ogromne znaczenie. W sprawę silnie zaangażowane były też niektóre media, zwłaszcza te związane z kapitałem prywatnym.

Obawiano się upublicznienia różnych informacji, na przykład tych, że największe fortuny wyrosły właśnie na bazie związków środowisk biznesowych z WSI, a wiele karier w mediach czy polityce nie mogłoby się rozwinąć, gdyby nie silne zaplecze wojskowej bezpieki. 

Na zakończenie prac komisji weryfikacyjnej powstał specjalny tajny aneks do raportu o WSI. Przekazano go prezydentowi Kaczyńskiemu w pojedynczym egzemplarzu.

Trwały też działania, by można było ów aneks opublikować. W czerwcu 2008 r. zapadło nawet orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego, że Kaczyński miał pełne prawo opublikować raport, jednak z treścią tajnego aneksu musi się powstrzymać do czasu zmiany ustawy, na mocy której rozwiązano WSI, chodziło o to, by nowa ustawa była uzupełniona o tzw. gwarancję praw człowieka. Zwolennicy pełnej publikacji raportu uważali wtedy, że

Trybunał Konstytucyjny uniemożliwił skutecznie na długi okres jego publikację. To przez to orzeczenie aż do śmierci prezydenta Kaczyńskiego nie ujawniono aneksu trzynastego do raportu o WSI.

Kiedy w 2008 r. wybuchła afera marszałkowa, szybko okazało się, że jest to operacja byłych oficerów WSI, która miała na celu skompromitowanie członków komisji weryfikacyjnej WSI. O sprawie pisał w swojej książce pt. „Afera marszałkowa” Aleksander Ścios, który dowodzi, że związki Komorowskiego z aneksem do raportu WSI są kluczem do zrozumienia wydarzeń, jakie miały miejsce 10 kwietnia 2010 r. pod Smoleńskiem.

Autor książki uważa też, że obecna prezydentura Komorowskiego jest ceną, jaką płacimy my wszyscy za zignorowanie istotnych zagrożeń i brak determinacji w wyjaśnieniu afery marszałkowej.

aleksander scios afera marszalkowaW książce „Afera marszałkowa” Aleksander Ścios dowodzi, że związki Komorowskiego z Aneksem do raportu o WSI są kluczem do zrozumienia wydarzeń, jakie miały miejsce 10 kwietnia 2010 r. pod Smoleńskiem (fot. capitalbook.com.pl)

Jak na razie afera marszałkowa zakończyła się oskarżeniem dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego i Aleksandra L. [Lichockiego – przyp. TAW]. Wyrok w tej sprawie jeszcze nie zapadł, ale

zeznawał w niej nawet prezydent Komorowski, który w kilku istotnych kwestiach, mówiąc delikatnie, mijał się z prawdą. Podczas przesłuchania w grudniu 2014 r. prezydent praktycznie cały czas zasłaniał się niepamięcią.

Bronisław Komorowski do dziś nie odpowiedział prawnie za próbę nielegalnego zdobycia aneksu z weryfikacji WSI. W 2009 r. prokuratura warszawska uznała, że Komorowski nie wyczerpał znamion czynu zabronionego.

Gdzie dziś jest tajny aneks?

Antoni Macierewicz twierdzi, że aneks na pewno do 10 kwietnia 2010 r. znajdował się w sejfie pałacu prezydenckiego. Nie ma jednak pewności, co z dokumentem stało się po śmierci Lecha Kaczyńskiego. Spekulacji jest wiele, od czasu do czasu pojawiają się informacje, że ktoś mógł go widzieć, czytać, że ktoś poznał jego treść – wszystko to jednak do tej pory nie jest poparte faktami i wiarygodnymi źródłami.

Dlatego dziś niektórych dziwi wejście do sprawy nad dyskusją o tajnym aneksie Zbigniewa Stonogi, który ma plany ujawnienia dokumentu, bo, jak podtrzymuje, jest on w jego posiadaniu. Co prawda zaznacza, że sam nie ma gwarancji, czy dokument jest prawdziwy (nie jest opieczętowany) jednak informacje w nim zawarte wskazują, zdaniem Stonogi, na to, że może to być najbardziej pożądany dokument w kraju.

Wiemy, że Stonoga szuka możliwości weryfikacji aneksu, stara się skontaktować z osobami, które mogą mu w tym pomóc. Na ile będą to zabiegi sprawdzone i udane, trudno powiedzieć, ale, jeśli nie teraz, to kiedy opinia publiczna pozna tajny aneks do WSI? Czy istnieje szansa, że dokona tego nowy prezydent Andrzej Duda?

Antoni Macierewicz uważa, że nie ma żadnych przeszkód do opublikowania pełnego raportu, zaznacza też, że gdyby okazało się, że raportu w sejfie prezydenckim nie ma, to byłoby to ogromne naruszenie prawa i poważne przestępstwo. Wszystko wskazuje na to, że niebawem może na nowo rozpętać się burza o aneks WSI.

Paweł Miter

Paweł Miter

Dziennikarz śledczy „Gazety Finansowej”, publicysta „Warszawskiej Gazety”.

źródło: http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/pawel-miter/item/2037-gdzie-jest-aneks-wsi

 

Polacy żyją pod okupacją Peerelczyków, którzy występują w roli nadzorców PRL-bis — Dr. Marka Baterowicza raport o stanie państwa

Marek Baterowicz
Dr Marek Baterowicz. Fot. Ela Celejewska

Po zamordowaniu Lecha Kaczyńskiego – co pasowało „Peerelczykom” – w Belwederze straszy Belfegor. Po śmierci Janusza Kurtyki układ osaczył nawet IPN, bo „Peerelczycy” boją się narodowej pamięci, ujawniania zbrodni, wstrzymują też ekshumacje żołnierzy wyklętych. Nie wolno nam godnie pochować bohaterów — z dr. Markiem BATEROWICZEM, polskim pisarzem tworzącym na emigracji, rozmawia Aleksander Rybczyński.

Aleksander Rybczyński: Przez wiele lat okna Pana mieszkania otwierały się na krakowską Skałkę. Porzucił Pan ten widok, opuszczając Polskę. Czy spodziewał się Pan wtedy, że wyjazd na emigrację, która w końcu zaprowadziła Pana do Australii, jeszcze mocniej zwiąże Pana z Ojczyzną? Czytając Pana wiersze i felietony, można odnieść wrażenie, że nadal codziennie wychodzi Pan spod klasztoru ojców Paulinów, spacerem nad Wisłą dociera pod Wawel, zatrzymuje się na chwilę pod krzyżem katyńskim i mijając siedzibę Stowarzyszenia Pisarzy Polskich przy ulicy Kanoniczej, dociera do Rynku, by spotkać znajomych poetów i artystów. Czy wynika to tylko z sentymentalnej słabości, czy może z poczucia powinności emigracyjnego pisarza?

Marek Baterowicz: Istotnie, widok na Skałkę i na mur – jego fragmenty pochodzą z XI wieku – był pejzażem mego dzieciństwa, często rysowanym, a potem stał się sentymentalnym hamulcem moich marzeń o emigracji, które snułem od r. 1968 – roku studenckich protestów i napaści wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację. Od dawna też było nam wiadomo, że żyliśmy w kraju bezprawia, dlatego rzymska moneta, którą znalazłem w piasku Wisły, była znakiem że kiedyś docierali do nas kupcy z Rzymu, imperium opartego na prawie, a dziś byliśmy w okowach imperium barbarzyńców. Te spacery nad Wisłą do Wawelu, a zwłaszcza na wzgórze wawelskie przed katedrą, jakby ładowały akumulatory duszy… Tak, Skałka i wawelskie wzgórze były teatrem moich pacholęcych zabaw i, pewnie dlatego, wolałem częściej iść tam, aniżeli na Rynek, który także urzekał, to jednak w końcu zapraszał do konwersacji przy kawie…, podczas gdy Wawel, Skałka lub filharmonia skłaniały do kontemplacji. I dlatego częściej chodziłem na koncerty niż do Ratuszowej. Ale gdziekolwiek się szło, odczuwałem nieodparte wrażenie tymczasowości, było to silne przeczucie, że ten stan rzeczy nie może trwać bez końca i że pewnego dnia nastanie „czas przekuwania kolorów” – jak pisałem w wierszu z r. 1971 – i że „dojrzał owoc, którego smak będzie cierpki – podamy go uroczyście (…) z zachowaniem ceremoniału”… Była to aluzja do osądzenia w trybunale epoki PRL-u. Dziś wiem, jak byłem naiwny, bo komuniści umknęli Temidzie i lustracji, a nawet dalej manipulują Polską… A przecież w r. 1981 byliśmy tak blisko „przekuwania kolorów”.  Gdy stan wojenny rozwiał te nadzieje – a rozwiązano nawet Związek Literatów Polskich z siedzibą przy ul. Kanoniczej – już nawet widok na Skałkę nie mógł mnie zatrzymać w Krakowie, ale wtedy do 1985 r. odmawiano mi paszportu. Opuściłem Polskę, myśląc tylko o azylu na Zachodzie, bo spędzenie całego życia pod władzą sowieckich marszałków i ich „polskich” generałów, pod biczem cenzury i różnych represji jak strata pracy za odmowę wstąpienia do PZPR, nie miało sensu i uwłaczało ludzkiej godności…A dokończenie moich projektów literackich wymagało życia tam, gdzie nie działa cenzura. Od r. 1985 mogłem już komentować otwarcie sytuację w PRL-u, a rzadkie teksty w podziemiu, o małym zasięgu, mnie nie cieszyły. Dopiero na emigracji mogłem wyrazić to wszystko, na co knebel cenzury nie pozwalał w ojczyźnie. Jest w tym więc pewna ciągłość krytyki, która wywołuje mylne wrażenie „powinności emigracyjnego pisarza”, ale jest to raczej moja „zemsta” za lata knebla, choć przede wszystkim pragnienie utwierdzenia rodaków w podobnych analizach, których oni sami dokonują w Kraju na temat PRL-u i III RP – dziwnie połączonych ze sobą w monstrualnym tworze PRL-bis…

Aleksander Rybczyński: Wspomniałem o „powinności emigracyjnego pisarza” myśląc raczej o pewnej tradycji niezłomnej postawy wobec sytuacji w Polsce. Wiemy, że drogi emigrantów rozchodzą się i nie wszystkim bliska jest postawa Kazimierza Wierzyńskiego, Jana Lechonia, Zygmunta Nowakowskiego i Beaty Obertyńskiej. Po upadku muru berlińskiego łatwo było uwierzyć, że trwanie na obczyźnie z powodów politycznych traci sens. Wielu z nas przyjęło powierzchowne wolnościowe przemiany, które tak dobrze przykrywały prawdziwą istotę „transformacji”  po 1989 roku. Czy nie uległ Pan tej iluzji? Było to tak naturalne; zmęczeni komuną, marzyliśmy przecież o normalnym życiu i asymilacji w rzeczywistości i kulturze krajów, które nas przyjęły. Przebył Pan imponującą wędrówkę, przez Hiszpanię docierając do Australii. Jak wpłynęła na Pana ta peregrynacja i dlaczego „z daleka lepiej widać”? Wielu mieszkających nad Wisłą Polaków uważa, że mieszkając poza ojczyzną nie mamy prawa zabierać głosu w sprawach Polski.

Marek Baterowicz: Właśnie, tak można było sądzić, ale mur berliński upadł, a okrągły stół ocalił twierdzę PZPR-u, więc nie miałem złudzeń, a nawet w felietonie z r. 1989 nazwałem ten stół trampoliną dla komunistów, którzy odbili się w górę bezkarni i beztroscy („Stół czy trampolina”, Wiadomości Polskie, Sydney, 8 maja 1989 r.). Okrągły stół niweczył też moje stare nadzieje na osądzenie zbrodni PRL-u, co wyraziłem w wierszu drukowanym w r. 1976 w tomiku „Wersety do świtu”. Cenzura przegapiła, bo ująłem to następująco:

W ukryciu dojrzał owoc,

którego smak będzie cierpki

– podamy go uroczyście na srebrnej paterze

z zachowaniem ceremoniału.

– a zatem cierpkie winy miały być osądzone w duchu prawa. Jakoś cenzor na to nie wpadł, choć wiersz kończyłem puentą: Będzie czas przekuwania kolorów!  A zatem nie tylko nie uległem iluzji, ale ugoda z Magdalenki mnie rozgniewała, bo jakże to? Przez pół wieku PRL-u mordowano Polaków, a teraz oprawcy umykają Temidzie i wszystko jest cacy? Mało tego – dostają sowite emerytury, wielokrotnie wyższe od emerytur dla osób opozycji antykomunistycznej. To nie jest III RP, to jest PRL-bis! I jest coraz gorzej, a wracają coraz częściej represje i to nie tylko wobec studentów za protesty przeciwko wykładom „profesora z KBW”, bo policja bierze się nawet za zmarłych! Aresztowano parę dni temu szczątki Żołnierzy Wyklętych przy ulicy Wałbrzyskiej w Warszawie, gdzie trwały prace ekshumacyjne prowadzone przez IPN. Pod pretekstem zabezpieczenia ich prochów władze III RP chcą po prostu uniemożliwić badania w celu ustalenia nazwisk ofiar, a że szczątki są z lat stalinizmu, wniosek jest żenujący: oto rząd III RP usiłuje przerwać śledztwo IPN-u i jakby stawał w obronie stalinowskich katów. I być może raz jeszcze chce pochować Żołnierzy Wyklętych po kryjomu… Co z tego wynika? Ano, Polacy żyją pod okupacją Peerelczyków, którzy konsekwentnie występują w roli nadzorców PRL-bis…

Stalinowską skazę ma nawet film „Syberiada polska”, bo nakręcono go według książki Zbigniewa Domino – oficera śledczego i prokuratora z lat stalinizmu. I oczywiście szef „Gazety Wyborczej” pochodzi z rodziny, która uczyniła Polakom wiele zła właśnie za Stalina. I to w tych kręgach najczęściej słychać arogancką opinię, że emigranci nie mają prawa zabierać głosu w sprawach Polski. Ale takie prawo istnieje, czego dowodem wybory w krajach ich osiedlenia, co bardzo nie pasuje Peerelczykom, bo „z daleka lepiej widać” i ludzie starsi nie będą głosować na ex-aparatczyków. Stąd utrudnienia przy rejestracji wyborców, wymóg polskiego paszportu, gdy po r. 1989 panowały liberalne przepisy i wystarczało okazać metrykę urodzenia czy legitymację kombatanta. No cóż, Polską rządzi antypolska grupa przestępcza, jak to prof. Krzysztof Szczerski wygarnął (9 lipca br.) w Sejmie Tuskowi i tuskofilom. Bo i w dorzeczu Wisły też widać czarno na białym, tylko że nie wszyscy myślą logicznie lub mają odwagę, a spory odłam społeczeństwa widzi też swój interes w rządach Platformy, która strzeże przywilejów układu. Są tam też grube ryby, Platforma sprzyja oligarchom bardziej niż obywatelom. A z daleka widać lepiej sprawy zasadnicze, jak monstrualne bezprawie (w dużej mierze rezultat to braku lustracji i dekomunizacji), wszechobecną korupcję rozmnożoną z peerelowskiego wirusa, wojnę z religią i wartościami toczoną przez spalikocone komando, nergali czy przez pewne periodyki, albo skandaliczny upadek lecznictwa, tak ogromny, jakby celowo ten rząd prowadził politykę pełzającej eksterminacji narodu! A miliony nowych emigrantów widzą chyba wszyscy.

Moja długa wędrówka rozpoczęta w r. 1985 lotem z pielgrzymami do Rzymu, gdzie odebrałem nagrodę Circe Sabaudia, a która pomogła mi dostać paszport po czterech latach odmowy, biegła przez Italię, Prowansję do Hiszpanii, gdzie żyłem ponad dwa lata, by ostatecznie wybrać daleką Australię, choć byłem już jedną nogą w Quebec’u. Dużo by o tym mówić, ale wspomnę  o śnie, który mnie prześladował już od pierwszych dni we Włoszech, a dopadł jeszcze parę razy w Hiszpanii. W tym śnie wracałem do Polski i – po oddaniu paszportu władzom – nie mogłem wyjechać, byłem znowu więźniem systemu. Był to koszmar, a świadczył o wielkim stresie, jaki wiązał się z odmowami paszportu, a więc z poczuciem uwięzienia. A emigracją płacimy cenę wolności.

Dr Marek Baterowicz. Fot. Ela Celejewska
Dr Marek Baterowicz. Fot. Ela Celejewska

Aleksander Rybczyński: Wielu mieszkańców Polski śmiałoby się z tej naszej wolności: żyjemy w oddaleniu od ojczyzny, zazwyczaj nie stać nas na korzystanie z dobrodziejstw paszportów (które wcale nie są bardziej praktyczne od paszportów Unii Europejskiej), żyjemy historią, kiedy w modzie jest bycie „tu i teraz”. Czy konieczność samodzielnego decydowania o sobie, możliwość życia poza „układami” i duchowa niezależność są tymi wartościami, które nadają wolności pełny wymiar?

Marek Baterowicz: Na wstępie poważna korekta: żyjemy w oddaleniu nie od Ojczyzny, ale od KARYKATURY Ojczyzny, którą nam zafundowała III RP i dlatego 72% emigrantów w Anglii nie chce wrócić do Polski. Zresztą nie mają wyboru, bo w Kraju pracy nie znajdą. Rząd PO-PSL nie robi nic, by walczyć z bezrobociem, a wyprzedaż narodowego majątku trwająca od lat sprzyjała tylko pogłębieniu tego kryzysu. Odnosi się wrażenie, że masowy exodus młodych jakby pasował temu rządowi, który nie dba o polski interes, a jakby popierał powstawanie pustej przestrzeni, gdzie potem mogą osiedlić się cudzoziemcy. Emigranci z Wielkiej Brytanii czy Irlandii mają też inne ważne powody, by nie wracać, jak to, że Polska nie da im poczucia bezpieczeństwa ani od strony prawnej, ani socjalno-finansowej, a jakże istotnym powodem jest i to, że swoje dzieci wolą oni wychować w kraju normalnie funkcjonującym. I dlatego aż 41% emigrantów w UK zamierza starać się o obywatelstwo angielskie. Znam też rodziny w Australii, które po dwukrotnych próbach powrotu do Polski ostatecznie wróciły do Sydney.

A co do paszportów, to chyba Pan tu przekornie żartował…, nawet z antypodów Polacy często jeżdżą do Europy czy do Polski, a podróże w naszym regionie są fraszką. I ofert turystycznych jest tu wiele: od Bali po Nową Zelandię czy Tahiti! To ci turyści właśnie żyją „tu i teraz”, chociaż mniejszość żyje historią, co jednak nie jest nieszczęściem, a może przywilejem duszy czuwającej? A szansy życia poza układem i duchowej niezależności nic nie zastąpi.  To – jak sądzę – nawet nie wymaga uzasadnień. Uosobieniem tej wolności jest np. Jonathan Livingston – ptak morski ze słynnej książeczki R. Bacha. On osiąga pełny wymiar wolności, natomiast wracać do kraju, który jest karykaturą Ojczyzny, „nienormalnością” na modłę Tuska i jego pokornych „ministrantów”, niemających nic wspólnego z polską racją stanu… – nie, tam wracać nie warto. Nie ciągnie mnie tam nawet na wakacje. Czy normalnym jest kraj, gdzie brat stalinowskiego sędziego narzuca w swej gazecie zakłamaną wizję dziejów i wyśmiewa polskie tradycje, polskich bohaterów? III RP cierpi wręcz na stalinowską skazę, jeżeli jej reżim broni profesora wyrosłego z KBW, a mianowanego przez PZPR! Powrót do kraju oznaczałby też zgodę na chory i nieludzki system, aplikowany obywatelom przez rządy szajki, jak to ujął Ziobro w wywiadzie dla „Gazety Polskiej” (30 lipca 2008 r.), a przedstawił tam jej działania. Nikt rozsądny nie powinien żyć w takim systemie bezprawia, godzić się na takie upokorzenia. Lepiej żyć na emigracji – ten minus rekompensuje właśnie owa duchowa niezależność, z którą zapewne można i żyć w Kraju, ale z poważnymi kłopotami, jak sugeruje aktywność „seryjnego samobójcy” nie tylko w sprawie smoleńskiej, procesy wytaczane legalnej opozycji lub poetom jak Rymkiewicz, czy wreszcie aresztowania, jak ostatnio, reżysera Grzegorza Brauna. III RP (właściwie już „republiczka post-smoleńska”) jest na poziomie „praworządności” reżimu Łukaszenki czy putinowskiej Rosji. Dziękuję, wolę czyste fale Pacyfiku.

Aleksander Rybczyński: Wydawałoby się, że tragedia smoleńska powinna zjednoczyć Polaków w kraju i na emigracji. Stało się inaczej: po jednaj stronie zebrali się „Europejczycy”, przeciwnicy Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, pseudointelektualiści skłonni do relatywizowania każdej zbrodni, czyli mówiąc wprost kłamcy smoleńscy; po drugiej stronie domagający się prawdziwej wersji wydarzeń 10 kwietnia 2010 r., pogardliwie nazywani przez milczącą większość „wyznawcami wiary smoleńskiej”. Podobny podział można zaobserwować na emigracji, i zaskakująco niewielu pisarzy podjęło próbę zajęcia jednoznacznego stanowiska. Myślę, że postawa wobec Smoleńska jest nie tylko świadectwem postawy pisarskiej, nawiązującej do najlepszych patriotycznych tradycji, ale także zasadniczym kryterium zwykłej przyzwoitości. Czy zgodzi się Pan ze stwierdzeniem, że „nie ma wolności bez prawdy o katastrofie smoleńskiej”?

Marek Baterowicz: To, że tragedia smoleńska nie zjednoczyła nas, dowodzi nie tylko głębokiego podziału społeczeństwa na tle politycznym, ale przede wszystkim diagnozy prof. Ryszarda Legutki, który w „Eseju o duszy polskiej” (2008) pisał, że Polacy żyją pod okupacją „Peerelczyków” – poza krótkim okresem rządu premiera Jana Olszewskiego (1991/2) i rządu PiS-u (2005-2007) w trudnej koalicji. Kiedyś wydawało się nam, że po upadku PRL-u nawet szeregowi partyjni, skruszeni, przystąpią do budowy nowej Polski.

Niestety, dzięki „grubej kresce” wymknęły się Temidzie grube ryby nomenklatury, nawet aparatczycy mający to i owo na sumieniu. Powstał od razu układ postkomuny, siejąc korupcję, afery i nowe zbrodnie. Z tym układem próbował walczyć PiS i również prezydent Lech Kaczyński, nie tylko z WSI, ale i z mafiami, które oplątały gospodarkę, świat biznesu… I niestety, właśnie śmierć Prezydenta była im na rękę. Po zamachu smoleńskim i zdziesiątkowaniu stronnictwa patriotów, dbających o polskie państwo, władzę przejął układ nie „Europejczyków”, lecz „Peerelczyków” w obcych służbach, absolutnych cyników niszczących III RP. Kto nie wierzy, polecam uczciwą i rzetelną książkę Janusza Szewczaka – „Polska – kraj absurdów” (2013).

Po zamordowaniu Lecha Kaczyńskiego – co pasowało „Peerelczykom” – w Belwederze straszy Belfegor… Po śmierci Janusza Kurtyki układ osaczył nawet IPN, bo „Peerelczycy” boją się narodowej pamięci, ujawniania zbrodni, wstrzymują też ekshumacje żołnierzy wyklętych! Nie wolno nam godnie pochować bohaterów, ale układ postkomuny urządził cyrk na Powązkach grzebiąc Jaruzelskiego, sowieckiego generała, winnego śmierci wielu polskich patriotów. Parada żałobników – z Komorowskim, Kiszczakiem, Michnikiem i Urbanem na czele – podczas tego pogrzebu pokazała siłę obozu „Peerelczyków”, a stoją za nim tysiące klientów tego układu, ich rodziny, wreszcie klienci tych klientów, co daje w sumie spore miliony, odpowiada to liczebnie byłym masom PZPR-u i UB. Słusznie zauważył też prof. Andrzej Zybertowicz, że nierozprawienie się z dawną agenturą komunistyczną przedłużyło paraliż państwa, podtrzymując istnienie takich układów interesów, wobec których nasze państwo jest bezsilne. Tak, społeczeństwo jest rozbite na naród polski i na „Peeerelczyków”, zatem tragedia smoleńska nie może zjednoczyć Polaków, to smutne.

Niewielu pisarzy i ludzi kultury zajęło jednoznaczne stanowisko, ba, może boją się zemsty układu, który zablokuje im wydawanie książek? W końcu „ojcowie kultury” z ulicy Czerskiej mają długie ręce! I dlatego być może pisarze nie kierują się kryterium zwykłej przyzwoitości, a może zrozumienie motywów i techniki zamachu przekracza ich intelekt ? Tak, zgadzam się z tym, że nie ma wolności bez prawdy o katastrofie smoleńskiej. Ona już wyszła na jaw dzięki niezależnym ekspertom z komisji Macierewicza, nie może tylko przebić się przez kontrolowane media III RP. Ale wreszcie przebije się pewnego dnia, a wtedy wszyscy ci, co dziś klęczą w postawie strusi, zaczną bałakać… „no wiecie, ja też od razu wiedziałem, ale to nie było takie proste, bo straciłbym pracę…”; a zwolennicy „pancernej brzozy” to już w ogóle mogą tylko śmieszyć. Rozrzut szczątków MH-17 na Ukrainie był o wiele większy, ale i spory przy wybuchu w Tupolewie, choć eksplozja nastąpiła niewysoko nad ziemią – czy i te podobieństwa nie wskazują, że w obu przypadkach samolot został strącony? Niech pomyślą o tym owi „kłamcy smoleńscy”, bo relatywizowanie zbrodni jest też zbrodnią.

Aleksander Rybczyński: Dziękuję bardzo za rozmowę.

MarszPolonia.com

Wikipedia: Marek Baterowicz

 

Schwytanie dwóch szpiegów Rosji to kropla w morzu. Rosyjskich agentów są w Polsce tysiące

ambasasa

Cwilny kontrwywiad (ABW) schwytał wojskowego szpiegującego na rzecz Rosji. I jeszcze szpiega cywila. Wydawałoby się, że to świetnie, bo od lat żadnego agenta Rosji nie złapano. W rzeczywistości nie jest świetnie, a po prostu fatalnie. Nie dlatego, że zneutralizowano dwóch agentów, lecz że tylko dwóch. Z raportów wywiadów Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii, Szwecji, Finlandii czy Czech wynika, że Polska należy do wąskiej grupy państw UE najbardziej narażonych na rosyjską penetrację. I jest przez Rosję szpiegowana na wielką skalę. Co oznacza także istnienie na naszym terytorium bardzo rozbudowanej siatki agentury ofensywnej Rosji, licznych tzw. śpiochów oraz wielokrotnie liczniejszej sieci agentów wpływu. Ale polskie państwo, a szczególnie jego tajne służby o tych siatkach albo nie mają pojęcia, albo nie są w stanie nic im zrobić.

Znając metody działania Rosjan, trzeba zakładać, że poza oficerami Rosjanami działającymi w Polsce pod przykryciem (dyplomatycznym, biznesowym, dziennikarskim itp.), mają oni swoich agentów w wojsku, policji, straży granicznej, służbie celnej oraz – co najbardziej niebezpieczne – w polskich tajnych służbach! Biografie wielu oficerów dawnej WSI dowodzą, że byli oni werbowani na dużą skalę (nie tylko podczas szkoleń i kursów w ZSRR, a potem w Rosji), i ta agentura nigdy w III RP nie została dobrze rozpoznana, nie mówiąc już o jej neutralizacji czy przewerbowaniu.

To, czego dowiadujemy się o takich esbekach jak morderca księdza Popiełuszki, kapitan Grzegorz Piotrowski, dowodzi, że także oni wysługiwali się służbom ZSRR i realizowali nawet najbardziej trefne zlecenia, np. inwigilacji papieża Jana Pawła II czy wskazywania słabych punktów jego ochrony.

Trzeba pamiętać, że służby ZSRR do 1990 r. miały dostęp do teczek agentury SB i Wojskowej Służby Wewnętrznej (WSW), więc po 1990 r. miały szerokie pole do szantażu wielu agentów służb PRL oraz ich przejmowania. Tymczasem w Polsce nigdy nie powstał nawet raport o skali tych przejęć, nie mówiąc o wytypowaniu osób, które Rosjanie skłonili do współpracy. Wielu z tych ludzi mogło potem typować kolejnych kandydatów do werbunku, a część z nich stała się agentami.

To wszystko oznacza, że skala agentury Rosji w Polsce najpewniej przekracza najśmielsze wyobrażenia.

Ze wskazanymi wyżej trzema rodzajami agentury powinny walczyć służby kontrwywiadu (ABW i SKW), ale nie ma żadnych dowodów, żeby odnosiły na tym polu jakieś sukcesy. Schwytanie dwóch agentów wiosny nie czyni.

Poza agenturą niejako „zawodową” mamy w Polsce legion agentów wpływu Rosji, działających w biznesie, mediach (w tym szczególnie na różnych portalach „zorientowanych na wschód”), na uczelniach, w stowarzyszeniach, instytucjach kultury, ale też w urzędach, partiach, samorządach, funduszach czy fundacjach. Oczywiście w demokratycznym państwie nie można takich ludzi po prostu zamknąć, ale można zrobić wiele, żeby wspieranie obcego państwa im się nie opłacało. O tym się głośno nie mówi, ale każde państwo ma narzędzia, dzięki którym można zapobiec szkodliwej działalności obcej agentury wpływu. I wiele państw je stosuje. W Polsce musi być inaczej, bo absolutnie nie widać ograniczania działań agentury wpływu, lecz przeciwnie – jest ona coraz bardziej bezczelna i ekspansywna. Co oznacza, że

polskie służby nie mają nawet stosownej wiedzy o uplasowaniu agentów wpływu, 

o sposobach ich wynagradzania (niekoniecznie pieniężnych), o ich powiązaniach z mocodawcami poprzez skomplikowane sieci pośredników z Zachodu, o ich modus operandi czy o ich powiązaniach z agenturą wpływu Rosji w innych krajach UE. W wielu państwach Unii tajne służby mają bogatą wiedzę o agenturze wpływu Rosji (np. w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Szwecji czy Finlandii, a nawet w Estonii) i umiejętnie ją neutralizują.

W Polsce ta agentura hasa w najlepsze i czuje się kompletnie bezkarna.

I nie wiadomo, czy polskie służby nie są w stanie agenturze Rosji przeciwdziałać, czy zwyczajnie nie chcą, bo takie zachowanie było w ostatnich latach premiowane. Mieliśmy przecież reset w relacjach z Rosją. Ten reset wyglądał tak, że

Polska właściwie zrezygnowała z wszelkich działań wobec rosyjskiej agentury, natomiast Rosja ogromnie ją w tym czasie rozbudowała. Obecnie Polska jest rajem dla rosyjskiej agentury działającej we wszelkich znanych formach i zatrzymanie dwóch agentów tego nie zmienia.

Żeby mówić o skuteczności walki z agenturą, trzeba by bardzo wzmocnić tę część kontrwywiadu (cywilnego i wojskowego), która zajmuje się Rosją. I na to natychmiast powinny się znaleźć pieniądze, bo ta agentura bardzo Polsce szkodzi. Zasadniczo powinien się też zmienić klimat przyzwolenia, także społecznego, na bezczelne, prowokacyjne i tupeciarskie działania agentury wpływu. Bez tego Polska będzie równie bezbronna, jak wtedy, gdyby nie miała armii.

Ewa Kopacz jako premier to de facto rządy prezydenckie Bronisława Komorowskiego – Stanisław Janecki

Komorowski Kopacz

Nie powinno się bagatelizować ambicji, możliwości i planów Bronisława Komorowskiego – pisałem i mówiłem wielokrotnie. Podobnie jak nie powinno się przypisywać prezydenckiemu ośrodkowi władzy wyłącznie funkcji reprezentacyjnych i dekoracyjnych. Ci, którzy Komorowskiego nie doceniali, często się przekonywali, jak taka postawa jest ryzykowna. Właściwie chyba tylko Donald Tusk dość szybko przekonał się, że Bronisław Komorowski potrafi po cichu realizować swoje cele, a dla przeciwników może być naprawdę nieprzyjemny i groźny.

Ale Donald Tusk miał informacje z tajnych służb, orientujących się w możliwościach zaplecza prezydenta, które jest związane z wojskowymi tajnymi służbami. I wiedział, że np. ABW nie była w stanie zneutralizować różnych niekorzystnych przecieków od ludzi tych służb. Nie potrafiła też przeciwstawić się akcjom dezinformacyjnym i prowokacjom ludzi wojskówki.

Po wyborze Donalda Tuska na stanowisko szefa Rady Europejskiej, prezydent Komorowski dostał historyczną szansę, żeby to, co robił po cichu, stało się faktem. I natychmiast zaatakował, chcąc mieć kontrolę nad sprawami obronności, zagranicznymi oraz szeroko pojętego bezpieczeństwa. Dość łatwo przeforsował to, co chciał, bo Ewa Kopacz byłaby na absolutnie straconej pozycji, gdyby próbowała zaczynać urzędowanie od zatargu z głową państwa. A Donald Tusk umył ręce, bo to już nie jest jego problem. W efekcie Komorowski de facto przywrócił tzw. resorty prezydenckie z czasów Lecha Wałęsy i obowiązywania małej konstytucji. Mamy więc do czynienia z czymś w rodzaju „falandyzacji” konstytucji. Młodszym czytelnikom przypomnę, że to od nazwiska prof. Lecha Falandysza, który dla Lecha Wałęsy robił z prawem i konstytucją różne wygibasy.

To nie Ewa Kopacz będzie teraz rozgrywającą w kwestiach bezpieczeństwa, zagranicznych i obronności, lecz Bronisław Komorowski. Grzegorz Schetyna zawdzięcza prezydentowi zbyt wiele, żeby mu się przeciwstawiać. To przecież Komorowski był jego powiernikiem, terapeutą, sprzymierzeńcem i najważniejszym politycznym sojusznikiem, gdy Tusk skazał Schetynę na banicję. Wielokrotnie razem snuli plany albo obalenia Tuska, albo przynajmniej ograniczenia jego władzy. Z kolei nowy wicepremier, a stary minister obrony Tomasz Siemoniak nigdy nie chciał konfliktować się z Bronisławem Komorowskim, a wręcz otwarcie uznawał jego pierwszeństwo w kwestiach obronności. Natomiast nowa minister spraw wewnętrznych Teresa Piotrowska nie jest wprawdzie człowiekiem Komorowskiego, ale jest ona na tyle „zielona” w kwestiach bezpieczeństwa i tajnych służb, że to idealna szefowa resortu do tego, by ośrodek prezydencki faktycznie przejął kontrolę także nad cywilnymi tajnymi służbami oraz policją, strażą graniczną czy BOR.

Wraz z powołaniem rządu Ewy Kopacz prezydent Komorowski ogromnie poszerza swoją władzę i wpływ na bezpieczeństwo Polski. I to może być dopiero niebezpieczne. Bo zanim doszło do zaostrzenia sytuacji na Ukrainie, a potem do rosyjskiej agresji, Komorowski i jego zaplecze w znacznie większym stopniu niż Donald Tusk i Radosław Sikorski orientowali się na wschód. Przyjmując w Warszawie ówczesnego prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa, Bronisław Komorowski sprawiał wrażenie, jakby to Rosja była dla Polski strategicznym partnerem w kwestiach obronności i bezpieczeństwa.

Prezydencki doradca ds. zagranicznych Roman Kuźniar wygłaszał zdumiewające tezy, jakby żywcem wyjęte z propagandy Kremla i dokumentów rosyjskiego MSZ. A na zapleczu prezydenta działali wysocy oficerowie dawnych WSI, którzy szkolili się w ZSRR, a już po 2010 r. snuli koncepcje, że z Rosją i jej tajnymi służbami trzeba blisko współpracować.

Po zajęciu przez Putina części Ukrainy Bronisław Komorowski i jego zaplecze zmienili retorykę, ale wiele razy wymykało im się, że właściwie to stan przejściowy i raczej prędzej niż później Rosja znowu będzie punktem orientacyjnym.

Faktyczne przejęcie przez Bronisława Komorowskiego nadzoru nad polityką obronną, zagraniczną i bezpieczeństwa nie napawa optymizmem, jeśli zważyć, jakie poglądy i koncepcje były przez niego lansowane i realizowane aż do początku 2014 r. Taktyczna zmiana orientacji niczego nie musi oznaczać, bo od początku lat 90. Komorowski był konsekwentnie właśnie taki jak wtedy, gdy z wielkimi honorami przyjmował ówczesnego prezydenta Rosji Miedwiediewa. A w kwestii tajnych służb konsekwentnie bliski był poglądom takich ludzi jak ostatni szef WSI gen. Marek Dukaczewski. Skądinąd żona Dukaczewskiego jest tłumaczką prezydenta podczas najważniejszych wizyt i spotkań.

To wszystko oznacza, że w najbardziej niebezpiecznym okresie w historii III RP następuje zasadnicza zmiana w kwestiach polityki zagranicznej, obronnej i bezpieczeństwa. Że te ogromnie ważne dla państwa sektory będą podporządkowane prezydentowi Komorowskiemu i jego zapleczu. Nie ma najmniejszych dowodów, że będzie to oznaczało poprawę bezpieczeństwa Polski i umocnienie jej suwerenności. Jest natomiast wiele przesłanek, że będzie znacznie gorzej, a wręcz bardzo niebezpiecznie. I to jest najważniejsza zmiana, jaka wiąże się z odejściem Donalda Tuska i powołaniem Ewy Kopacz na premiera.

Nagłaśniamy sprawę wieloletniego szykanowania i zastraszania, a ostatnio nawet napaści i pobicia legendarnego opozycjonisty i obrońcy praw człowieka – ks. Stanisława Małkowskiego

Ks. Stanislaw Małkowski

Nagłaśniamy sprawę wieloletniego zastraszania, szykanowania, gróźb karalnych, a ostatnio nawet napaści i pobicia legendarnego i heroicznego polskiego patrioty i demokratycznego opozycjonisty, dysydenta i obrońcy praw człowieka – ks. Stanisława Małkowskiego. Ks. Stanisław Małkowski w minioną sobotę został napadnięty i brutalnie pobity we własnym mieszkaniu.

Napaści na duchownego dopuścił się były więzień ze Sztumu – Andrzej Tuszyński, któremu kapłan niejednokrotnie pomagał. – Jak dasz znać policji, to cię zabiję i spalę – usłyszał ks. Małkowski. Faktu, iż ta napaść nie była spontaniczna lecz wiąże się z najważniejszymi procesami społeczno-politycznymi, które podskórnie toczą obecnie nasz kraj – domyślają się wszyscy znawcy życiorysu kapłana. Na podstawie wydarzeń ostatnich dni wszystko wskazuje na to, że polska policja w tej sprawie nie robi nic, a jeśli już robi cokolwiek, to stara się sprawę zamieść pod dywan. Bo policja zna dane personalne bandyty – i pozwala mu bezkarnie grasować po mieście. Do gry wkroczyć więc muszą niezależne media, bo inaczej może dojść do tragedii. „Sorry, ale taki mamy w POlsce klimat”…

W celach edukacyjnych przedstawiamy więc sylwetkę księdza Stanisława Małkowskiego nie tylko dlatego, iż jest to wielki polski patriota, postać legendarna i heroiczna, ale głównie dlatego, że jest to postać historyczna, gdyż już od lat 60. na dobre z polską historią związana. Już sam fakt jego narodzin na trzy dni przed wybuchem Powstania Warszawskiego jakby związał go immanentnie z historią Polski…

ks. Stanisław Małkowski_3

Ksiądz Stanisław pochodzi z patriotycznej rodziny ziemiańskiej. Jest wnukiem po mieczu polskiego geologa, profesora Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie i założyciela Muzeum Ziemi w Warszawie, Stanisława Małkowskiego oraz wnukiem po kądzieli przedwojennego polityka, senatora Władysława Malskiego. Jego ojcem był fizyk i docent Polskiej Akademii Nauk, Zdzisław Małkowski, matką – etnograf, Krystyna z Malskich Małkowska.

Studiował na Wydziale Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. W latach 1964-1966 przerwał je i przebywał w nowicjacie w klasztorze benedyktynów w Tyńcu. Przed przyjęciem habitu zakonnego opuścił zakon i powrócił na studia. Ukończył je w 1969 w Instytucie Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego z tytułem magistra socjologii. Promotorem jego pracy magisterskiej był profesor Adam Podgórecki.

W 1970 wstąpił do Wyższego Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Warszawie. W czasie formacji kleryckiej zajmował się pracą naukową. Publikował opracowania z zakresu socjologii na temat subkultur młodzieżowych oraz nieletnich i młodocianych zamkniętych w zakładach wychowawczych, poprawczych i karnych.

ks. Stanisław Małkowski_2

W 1974 przyjął święcenia kapłańskie. W latach 1974-1975 był wikarym w parafii św. Jozafata w Warszawie. W latach 1975-1976 rezydentem w parafii Bożego Ciała na Kamionku w Warszawie, a następnie przez krótki okres duszpasterzem w Skierniewicach, Ząbkach, Prudniku i Poznaniu. Prowadził rekolekcje dla Ruchu Światło-Życie. Ponownie podjął próbę zostania zakonnikiem. W latach 1976-1977 przebywał w nowicjacie dominikanów.

Działalność opozycyjna w PRL

Od lat 60. zaangażowany w działalność opozycyjną. Jako student Uniwersytetu Warszawskiego brał udział w strajkach w marcu 1968 roku, za co został usunięty z Wydziału Filozofii UW. Od lat 70. jako młody duchowny współpracował z Ruchem Obrony Praw Człowieka i Obywatela (ROPCiO) oraz Komitetem Obrony Robotników (KOR). Był jednym z sygnatariuszy Listu 59, w którym protestował przeciwko wprowadzeniu do konstytucji Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej zapisu o kierowniczej roli Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i wieczystego sojuszu ze Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich. Brał udział w głodówkach organizowanych przez opozycjonistów w kościele św. Marcina w Warszawie i kościele Świętego Krzyża w Warszawie.

Październik 1979, Warszawa, Głodówka członków Komitetu Obrony Robotników w kościele św. Krzyża, z przodu od lewej: Antoni Macierewicz, Adam Michnik, ksiądz Stanisław Małkowski, Jacek Kuroń, Kazimierz Wóycicki, z tyłu siedzą: Konrad Bieliński, Mariusz Wilk, Kazimierz Janusz. Fot. Janusz Krzyżewski/ Ośrodek KARTA
Październik 1979, Warszawa,
Głodówka członków Komitetu Obrony Robotników w kościele św. Krzyża, z przodu od lewej: Antoni Macierewicz, Adam Michnik, ksiądz Stanisław Małkowski, Jacek Kuroń, Kazimierz Wóycicki, z tyłu siedzą: Konrad Bieliński, Mariusz Wilk, Kazimierz Janusz.
Fot. Janusz Krzyżewski/ Ośrodek KARTA

Przez wiele lat współpracował z czołowymi przywódcami polskiej opozycji spośród intelektualistów warszawskich, m.in.: Andrzejem Czumą, Leszkiem Moczulskim, Wojciechem Ziembińskim i Jackiem Kuroniem. Z tym ostatnim łączyły go również wspólne zainteresowania subkulturami i trudną młodzieżą. Jednak ze względu na inne poglądy Stanisław Małkowski poróżnił się z Jackiem Kuroniem i z czasem zerwał współpracę.

Od roku 1977 ksiądz Małkowski współpracował z Komitetem Samoobrony Chłopskiej Ziemi Grójeckiej, a od 1979 z Komitetem Porozumienia na rzecz Samostanowienia Narodu.

Za kontrowersyjne dla władz państwowych kazania zawierające obszerne cytaty z dokumentów Kościoła katolickiego o poszanowaniu praw osoby ludzkiej oraz zbyt duże – wg przełożonych – zaangażowanie społeczno-patriotyczne był wielokrotnie napominany przez instytucje kurii warszawskiej do zmiany swojego postępowania. W 1977 został pozbawiony przydziału do parafii. Był zatrudniany indywidualnie (!) przez proboszczów parafii archidiecezji warszawskiej. Jest to nie lada kuriozum i jawne pogwałcenie kościelnego Kodeksu Prawa Kanonicznego z 1985 r., który obowiązek zatrudnienia i utrzymania kapłana nakłada na miejscowego biskupa ordynariusza, a nie na jakichś – choćby z nie wiem jak wielkimi przymiotami serca, współczucia i ludzkiej solidarności – indywidualnych proboszczów.

Pomimo tego, iż w starciu z wszechwładzą kurii prawo kościelne jest po jego stronie, ksiądz Małkowski sprawy do Watykanu nigdy jednak nie wniósł, choć przez swoich przełożonych duchownych od czasów PRL-u aż do chwili obecnej regularnie poddawany jest mobbingowi, nękaniu psychicznemu i szykanom.

W 1980 r. jako delegat z ramienia Komitetu Samoobrony Chłopskiej Ziemi Grójeckiej uczestniczył w strajku w Stoczni Gdańskiej. W stanie wojennym został jednym z kapelanów podziemnej Solidarności.

Podczas studiów w seminarium duchownym poznał Jerzego Popiełuszkę, w kilka lat później został jego przyjacielem, a następnie również współpracownikiem. Pomagał mu w duszpasterstwie prowadzonym przy kościołach św. Anny i Res Sacra Miser na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Od 1982 odprawiał wraz z nim przyciągające tłumy wiernych Msze za Ojczyznę w kościele św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu.

W latach 80. ks. Małkowski angażował się w jeszcze inne formy duszpasterstwa wśród opozycjonistów. Poza udziałem w Mszach za Ojczyznę współorganizował m.in.: Msze Katyńskie, uroczystości pod krzyżem w Parku im. Romualda Traugutta i pod pomnikiem na Olszynce Grochowskiej.

Za swą działalność, kazania oraz kontakty z opozycją był wielokrotnie nękany, zatrzymywany, przesłuchiwany i poddawany rewizjom przez Służbę Bezpieczeństwa.

13 grudnia 1981 r., w dniu ogłoszenia stanu wojennego był jedynym duchownym katolickim z Warszawy, który został zatrzymany przez Służbę Bezpieczeństwa. Uniknął jednak internowania. Na początku lat 80. znalazł się na liście niewygodnych księży (tzw. „lista do odstrzału”) sporządzonej dla zastępcy dyrektora Departamentu IV Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, pułkownika Adama Pietruszki, których zamierzano skrytobójczo zgładzić. Figurował na niej pod numerem pierwszym, przed księdzem Jerzym Popiełuszką!

W 1983 został odsunięty od pracy duszpasterskiej i ewangelizacyjnej decyzją kurii archidiecezji warszawskiej i skazany na zesłanie na Wólkę Węglową do posługi kapelana na Cmentarzu Komunalnym Północnym w Warszawie. Pomimo szykan i upokorzeń podejmował się dalej działalności patriotycznej.

Zapraszany do różnych warszawskich i podwarszawskich parafii wygłaszał tam swoje wykłady, rekolekcje i homilie cechujące się licznymi odwołaniami do katolickiej nauki społecznej, a wymierzone przeciwko panującemu w Polsce ustrojowi socjalistycznemu. Publikował też pod różnymi pseudonimami (Tadeusz Baczan, Jan Malski, Stanisław Bernalewski, Ksiądz, Socjolog) w prasie podziemnej oraz niezależnej („Biuletyn Informacyjny”, „Krytyka”, „Spotkania”, „Tygodnik Powszechny”, „Tygodnik Wojenny”, „Więź”, „Znak”).

Działalność opozycyjna w III RP

Po 1989 został zwolniony z nałożonych na niego przez kurię archidiecezjalną sankcji i skierowany jako wikariusz do pracy w parafii Najświętszej Maryi Panny Królowej Świata na Ochocie. W 1990 r. został przeniesiony do pomocy w parafii Miłosierdzia Bożego i św. Faustyny na Muranowie. Od 1992 ponownie bez stałego przydziału.

Ks. Stanisław Małkowski na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie (2010)
Ks. Stanisław Małkowski na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie (2010)

Po 1989 r. był wolontariuszem duszpasterstwa więziennego. Pracował nadal jako celebrans pogrzebów na Cmentarzu Komunalnym Północnym w Warszawie oraz jako ksiądz wspomagający w kilku parafiach diecezji warszawsko-praskiej i archidiecezji warszawskiej. Do 2002 r. był rezydentem na Saskiej Kępie w parafii Matki Bożej Nieustającej Pomocy w Warszawie.

W 2007 r. został odwołany z posługi kapelana na Wólce Węglowej. Powodem decyzji był wywiad, którego udzielił dla programu Jerzego Zalewskiego Pod Prąd w TV Puls oraz wystąpienia i wypowiedzi w telewizji publicznej na temat sytuacji Kościoła rzymskokatolickiego w Polsce i mianowania, a następnie „rezygnacji” metropolity warszawskiego Stanisława Wielgusa. Usunięto go także z pracy w parafii św. Patryka na Gocławiu, gdzie był księdzem wspomagającym. W diecezji warszawsko-praskiej, na terenie której mieszka, decyzją kurii odebrano mu prawo głoszenia homilii, prawo spowiadania oraz przyzwolono mu jedynie na odprawianie mszy świętych koncelebrowanych w parafii na Saskiej Kępie. Po interwencji biskupa pomocniczego warszawskiego Mariana Dusia został przywrócony do posługi przy pogrzebach na cmentarzu na Wólce Węglowej. Od 2007 pełni ponownie obowiązki księdza wspomagającego w parafii św. Ignacego Loyoli, w parafii św. Patryka, a także w parafii Miłosierdzia Bożego w Warszawie.

W lecie 2010 roku brał udział w zgromadzeniach patriotycznych oraz przewodniczył wieczornym modlitwom przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie. 3 sierpnia 2010 r. poświęcił historyczny Krzyż Smoleński, który w kwietniu 2010 roku po zamachu smoleńskim postawili polscy harcerze w miejscu Żałoby Narodowej na Krakowskim Przedmieściu. 13 września 2010 roku postępowaniem tym ściągnął na siebie ostrzeżenie kurii archidiecezji warszawskiej i groźbę obłożenia karą suspensy. Mimo upomnień pozostał nadal sympatykiem Społecznej Inicjatywy Obrońców Krzyża, dla której poświecił nowy krzyż.

W listopadzie 2010 r. przełożeni kapłana obłożyli go kolejną karą – zakazem  posługi w Domu Opieki i Hospicjum Res Sacra Miser w Warszawie.

Już ten krótki, skrótowy zaledwie skan jego życiorysu ukazuje niebywały fakt: ksiądz Stanisław Małkowski jest najbardziej prześladowanym kapłanem w Polsce – i to prześladowanym przez własnych biskupów. Co za paradoks dziejów, okazuje się bowiem, że za czasów komunistycznej PRL-owskiej sowieckiej okupacji i prześladowań wolnych ludzi przez SB-cką bezpiekę ks. Małkowski miał większą swobodę głoszenia kazań i publicznej działalności na rzecz wolnej Polski niż obecnie…

Czyż trzeba większych dowodów na kolaborację polskich biskupów (jest kilka wyjątków) z politycznym układem zarówno PRL-u (teczki w IPN), jak i III RP?

W 2011 roku ks. Stanisław Małkowski wchodzi w skład Rady Stowarzyszenia Solidarni 2010, przyjmuje też członkostwo honorowe komitetu poparcia Marszu Niepodległości. Ksiądz nie może mówić, ale może pisać, publikuje więc m.in. w tygodnikach „Nasza Polska” i „Warszawska Gazeta” (nie mylić ze słynnym polskojęzycznym organem dezinformacyjnym). W 2011 r. wydawnictwo 3SMedia wydało książkę-wywiad rzekę z ks. Stanisławem pt. „Krzyż. In hoc signo vinces”.

23 września 2006 r. prezydent RP Lech Kaczyński za zasługi dla niepodległości Rzeczypospolitej Polskiej oraz za działalność na rzecz przemian demokratycznych w kraju, odznaczył księdza Stanisława Małkowskiego Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. W 2007 r. jego nazwisko zostało upamiętnione na tablicy poświęconej kapelanom Solidarności, która znajduje się w kościele św. Katarzyny na warszawskim Służewie.

W styczniu 2011 został uhonorowany Nagrodą im. Grzegorza I Wielkiego przyznaną mu przez redakcję miesięcznika „Niezależna Gazeta Polska – Nowe Państwo”. Tygodnik „Warszawska Gazeta” uznał go natomiast za Człowieka Roku 2010.

Poglądy polityczne

Od 1989 orędownik dekomunizacji i lustracji w Polsce. Krytyk spotkań Okrągłego Stołu i w Magdalence. W latach późniejszych wielokrotnie krytyk zachowań polskiej sceny politycznej. Utożsamiany z polskim ruchem prawicowym, z którym współpracuje. Bierze aktywny udział w wielu sympozjach, spotkaniach i prelekcjach organizowanych przez stowarzyszenia i działaczy tego nurtu politycznego. Należał m.in. w latach 2009-2011 do założonego przez Jerzego Roberta Nowaka, Komitetu Obrony Dobrego Imienia Polski i Polaków. Krytyk śledztwa w sprawie katastrofy polskiego samolotu Tu-154M w Smoleńsku, którą uważa za zamach.

W swoich wypowiedziach i publikacjach opowiada się od lat za nadaniem przez Polaków Jezusowi Chrystusowi tytułu Króla Polski.

Działalność społeczna

Od początku swojego kapłaństwa ksiądz Stanisław Małkowski jest znanym działaczem na rzecz obrony życia poczętego. W 1979 roku wspólnie z kapłanami Jackiem Salijem OP i Stanisławem Ługowskim był założycielem Ruchu Obrony Dzieci Poczętych Gaudium Vitae.

Jako społecznik zaangażowany jest w duszpasterstwo więzienne oraz pracę w hospicjach i z dziećmi niepełnosprawnymi. W latach 1979-1991 pracował dla Ruchu Wiara i Światło, w latach 1991-2002 pełnił posługę w areszcie śledczym na warszawskiej Białołęce, w latach 2007-2010 w Domu Opieki i Hospicjum Res Sacra Miser w Warszawie.

Obecnie pracuje jako wolontariusz w ośrodku dla bezdomnych Polskiego Komitetu Pomocy Społecznej w Warszawie.

Ks. Małkowski w filmie

W 2008 r. ksiądz Stanisław Małkowski wystąpił, grając samego siebie, w epizodycznej roli w filmie biograficznym „Popiełuszko. Wolność jest w nas” w reż. Rafała Wieczyńskiego. W 2010 r. postać ks. Stanisława Małkowskiego pojawiła się w spektaklu Teatru Telewizji „Wierność” w reż. Pawła Woldana, z muzyką Michała Lorenca. W rolę księdza wcielił się Witold Dębicki.

Rok 2014 – podżeganie, zastraszanie i czynna napaść na kapłana

W kwietniu tego roku na swoim blogu senator Platformy Obywatelskiej Jan Filip Libicki nawoływał: „Pora już zrobić porządek z księdzem Małkowskim”…

W sobotę 23 sierpnia br. między godziną 21. a 22. ksiądz Stanisław Małkowski został w swoim mieszkaniu napadnięty, pobity i okradziony. Grożono mu także śmiercią.

Ks. S. Małkowski z widocznymi śladami po napaści i pobiciu
Ks. S. Małkowski z widocznymi śladami po napaści i pobiciu

Zobaczymy, jak policja, prokuratura i sąd potraktują sprawcę pobicia ks. Stanisława Małkowskiego. – Chciałabym mieć przekonanie, że Andrzej T. – więzień korzystający z pomocy księdza, który napadł na niego, pobił go, okradł i groził kapłanowi śmiercią – nie był narzędziem odpowiednich służb – pisze publicystka Ewa Stankiewicz. Bo przecież można powiedzieć, że mamy już tradycję bicia i mordowania niepokornych księży w „ludowej” Polsce.

Pobicie na zlecenie? Kolejna próba zastraszania polskich patriotów?
Pobicie na zlecenie? Kolejna próba zastraszania polskich patriotów?

Wzywamy więc wszystkich blogerów kontestujących obecny stan rzeczy, w jakim znajduje się nasz kraj – o nagłośnienie tej sprawy. Oby nie było za późno. Niech temat pulsuje w polskich mediach. Bardziej opornie myślącym przypominamy: to nie jest sprawa polskiego Kościoła. Polski Kościół ma tę sprawę w głębokim poważaniu. Tu chodzi o coś znacznie więcej…

(taw)

za: Wikipedia.pl, Niezalezna.pl, WarszawskaGazeta.pl, NaszaPolska.pl