Polska jest największym przegranym II wojny światowej spośród wszystkich państw holokaustu – straciliśmy aż 17% ludności kraju

straty-w-II-wojnie-swiatowej

Największym przegranym II wojny światowej nie były Niemcy, ale Polska, która poniosła klęskę dwukrotnie. Najpierw na polu militarnym i politycznym, później w przestrzeni historii i pamięci zbiorowej. Straciliśmy aż 17,1% ludności kraju – najwięcej spośród wszystkich państw holokaustu. Czy 77 lat od wybuchu tej ogólnoświatowej rzezi jesteśmy mądrzejsi?

8 czerwca 1946 r., dokładnie 13 miesięcy po kapitulacji III Rzeszy w Remis, ulicami Londynu przemaszerowała ogromna parada wojskowa zachodnich Aliantów, zakończona spektakularnym pokazem sztucznych ogni. W kolumnie, która wyruszyła z Regent’s Park znajdowali się m.in. żołnierze Czechosłowacji, Grecji, Holandii, Luksemburga, Brazylii, Belgii, Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych i Australii. Nie było wśród nich Polaków, choć podczas wojny ponad 200 tys. naszych rodaków służyło pod auspicjami brytyjskiego Najwyższego Dowództwa. Churchill, świadomy antysowieckiego nastawienia Polskiego Rządu na Uchodźstwie, miał do wyboru dwa scenariusze: uczciwy i pragmatyczny. Wybrał ten drugi. Unikając zaostrzenia i tak napiętych relacji ze Stalinem, zaprosił oficjalną reprezentację powstałego po ustaleniach jałtańskich Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej.

Międzynarodowy skandal, który wybuchł po tym, jak informacja o niezaproszeniu do parady polskich sił zbrojnych na zachodzie dostała się do prasy, zmusił Londyn do złożenia kompromisowej propozycji. Obok namaszczonych przez komunistów polskich polityków i żołnierzy, pomaszerować mieli również piloci, którzy sześć lat wcześniej jak lwy bili się z Luftwaffe o niebo nad Wielką Brytanią. Oczywiście propozycja taka nie mogła zostać przez żadną ze stron przyjęta, dlatego ostatecznie parada, która miała celebrować ”dzień zwycięstwa”, była smutnym pokazem brutalności polityki międzynarodowej, w której Polska stanowiła geopolityczne piąte koło u wozu.

Kij w szprychy historii

Nie inaczej było we wrześniu 1939 r. Ufni w gwarancje naszych sojuszników, z ministrem Beckiem, który bardziej od realpolitik cenił sobie honor, i nieudolnym marszałkiem Rydzem-Śmigłym na czele, dostaliśmy brutalną lekcję życia. Choć połączone siły Aliantów były ponad dwukrotnie większe niż piechota III Rzeszy i ZSRR razem wzięte, zamiast bomb na Zagłębie Ruhry zrzucano ulotki. W kluczowym momencie września od zachodu do Rzeszy mogło wjechać prawie 4 tys. Brytyjskich i Francuskich czołgów, wspartych przez prawie 5 tys. samolotów. W przypadku solidarnego wypełnienia ustaleń sojuszu, nie było takiej siły w zasięgu wojsk Hitlera, która odparłaby skumulowany atak Aliantów, mając jednocześnie związane ręce na froncie walk z Polską. Widząc podobny obrót sytuacji, Związek Radziecki z pewnością nie włączyłby się do wojny 17 września, kiedy miał już pewność, że Warszawa za cenę kupienia sobie czasu, została rzucona na pożarcie totalitarnym gigantom. W niezliczonych książkach popularnonaukowych, poważnych analizach i setkach artykułów starano się odpowiedzieć na pytanie: co by było, gdyby? Czy zawierając inne sojusze, mogliśmy starcia z Rzeszą uniknąć? Czy rozlokowanie wojsk w zwartych grupach armii, zamiast równomiernie na całej granicy – jak chcieli nasi sojusznicy – mogłoby coś zmienić?

Niezależnie od tego, jak wiele znaków zapytania byśmy dzisiaj postawili, przeszłość na zawsze pozostanie przeszłością. W ówczesnych warunkach i przy takiej a nie innej mentalności naszych polityków, nie dało się włożyć kija w szprychy historii. Jeśli wojna 1920 r., gdy samotnie – za cenę heroicznego poświęcenia – ocaliliśmy Europę przed inwazją bolszewików nie nauczyła nas niczego, na zmianę mentalności było już za późno. Polskie straty w ludziach przedstawiłem w poniższym filmie, i nie sądzę, aby można było w tej materii dodać coś więcej niż potwierdzenie raz jeszcze jednego zatrważającego faktu:

żaden kraj w Europie nie poniósł tak przerażających strat jak Polacy.

Co otrzymaliśmy w zamian?

Niewdzięczność i zdrada to oskarżenia, które po dziś dzień odmieniamy przez wszystkie mianowniki w stosunku do tych, którzy mieli nam pomóc. W końcu ginęliśmy pod Tobrukiem, na wodach Atlantyku, nad klifami Dover, w maleńkich wioskach Francji, Belgii i Holandii. Z drugiej strony, polskich żołnierzy rzucano jak mięso armatnie pod czołgi pod Lenino, w Kołobrzegu, na przedmieściach Berlina.

niemcy

Świat milczał, gdy wykrwawiała się Warszawa. Dlaczego Brytyjczycy ogłosili całkowitą ciszę w mediach, gdy Armia Krajowa z zapałem, na który stać tylko szaleńców i bohaterów, pospieszyła do odbicia Wilna? Dlaczego Amerykanie nie słuchali Karskiego, gdy błagał o interwencję i naloty na obozy koncentracyjne? Dlaczego Churchill kazał Sikorskiemu zapomnieć o Katyniu [bo był na pasku Illuminatów, a Beria był brytyjskim agentem – przyp. TAW], gdy Niemcy trafili na ślad masowych grobów?

Polska była, jest i będzie wyrzutem sumienia dla tych wszystkich, którym po dziś dzień przypomina niewygodną prawdę o ich moralnych drogach na skróty. Kraj, który nie wystawił kolaboracyjnych jednostek zbrojnych, którego żołnierze tułali się po całym świecie, aby tylko stanąć w walce ze znienawidzonym okupantem. Kraj, który wolność chciał sam sobie zawdzięczać, a został sprzedany Stalinowi po kawałku w Teheranie, Jałcie i Poczdamie. Gdy USA zatrudniała nazistowskich inżynierów do budowy kosmicznego projektu Apollo [operacja Paperclip („Spinacz”) – przerzucenie nazistowskich naukowców do USA i budowa tam przez nich NASA – przyp. TAW], w Warszawie stawiano Pałac Kultury i Nauki. Tyle żeśmy za honor dostali.

Najważniejsza lekcja z historii

Co nam mówi ta historia dzisiaj, gdy wpływowy rabin urządza przed polskim konsulatem w Nowym Jorku manifestację, oskarżając Polaków o wywołanie Holokaustu?

Albo gdy Putin organizuje swoje parady, tworząc alternatywną wizję historii, w której wojna nie istnieje przed czerwcem 1941 r.? Gdy, podobnie jak przed niespełna 80. laty, znowu należy realnie ocenić siłę naszych sojuszy. Rzymianie mawiali, że błądzić jest rzeczą ludzką, ale rzeczą głupca w błędzie pozostawać. I to jest właśnie lekcja dla naszego kraju, który z II wojny światowej musi wyciągnąć wnioski.

A te od lat pozostają niezmienne: Jeśli ktoś zaatakuje twój dom, najpierw chwyć za broń, później licz na pomoc sąsiadów.

Polityka nie jest grą ludzi honoru. Sojusze zawiera się i zrywa, a jedyną rzeczą, która jest w tym wszystkim warta gry, to życie i przetrwanie własnego narodu. Nikt inny się o niego nie zatroszczy. Bycie pragmatycznym, to największa cnota w godzinie próby. Lepiej ocalić stolicę, niż wyłożyć wrogowi kwiat inteligencji na tacy. Na wojnie pierwszą ofiarą pada prawda. Po wojnie, bez pomocy państwa, nikt tej prawdy nie podniesie.

Można powiedzieć, że to banały. Wyświechtane fantasmagorie o tym, jak mogliśmy zatknąć biało-czerwony sztandar na murach Kremla, gdybyśmy – zamiast wierzyć w traktaty – pomaszerowali u boku Wehrmachtu na Moskwę. Sądzę jednak, że chodzi o coś więcej. Świat wygląda dzisiaj niebezpiecznie, podobnie jak w przeddzień II wojny światowej, której koniec oznaczał początek nowego konfliktu. Dlatego, właśnie w takich chwilach, historia nie jest tylko zajęciem dla akademików i hobbystów, ale najlepszą wskazówką na przyszłość, jaką mamy. Polska musi być silna, samodzielna, rozważna w dobieraniu sobie sojuszników i – kiedy trzeba – cyniczna. Inaczej, jeśli kiedyś jakiś drugi ”dzień zwycięstwa” przemaszeruje ulicami Londynu, parada znowu pójdzie bez nas.

autor: Marcin Makowski

źródło: http://historia.wp.pl/title,Polska-najwiekszy-przegrany-II-wojny-swiatowej,wid,18316739,wiadomosc.html

Czytaj również:

Tajemnica spowiedzi Jaruzelskiego. Jacek Pałkiewicz w ostatniej rozmowie z generałem

pałkiewicz jaruzelski

Ostatnia rozmowa na łożu śmierci. Czy przykład Michaiła Gorbaczowa pozwolił lojalnemu komuniście wyrzec się swoich przekonań i pojednać się z Bogiem. Jacek Pałkiewicz odwiedził gen. Jaruzelskiego w szpitalu na dwa tygodnie przed śmiercią. Jak wyglądało to spotkanie?

Dziesiątego maja, na dwa tygodnie przed śmiercią generała Jaruzelskiego, odwiedziłem go w szpitalu przy ul. Szaserów w Warszawie, gdzie w ostatnich dwóch latach był wielokrotnie hospitalizowany. Z człowiekiem symbolizującym tragiczny los pokolenia powojennego od dawna łączyły mnie luźne, ale bezpośrednie stosunki. Zastałem go wycieńczonego powikłaniami po chemioterapii i krążeniowymi zapaściami, zniedołężniałego starca bez autonomii, podłączonego do kroplówki i cewnika, zależnego wyłącznie od opieki pielęgniarek, a nie wszystkie są aniołami.

Blask zniknął z wyrazistych niegdyś oczu, blada, zapadła twarz i kilkudniowy zarost uzupełniały wizerunek. Przywitał mnie słabym, przytłumionym głosem. Wyraził uznanie za moją misję przypomnienia chlubnych polskich kart w dziejach badawczo-odkrywczych Syberii. Nie wiem, jak nazwać nasze relacje, różnie komentowane przez moich przyjaciół i znajomych. Czy nie sprzyjają one dwuznaczności i rozchwianiu moralnych ocen. Dla mnie człowiek odchodzący jest rzeczywistością świętą i w takiej chwili tego rodzaju pytania schodzą na dalszy plan.

Po dłuższej pauzie, patrząc prosto w oczy, zwrócił się do mnie jak do kogoś, kogo można obdarzyć swym zaufaniem.

– To są już moje ostatnie chwile – wyznał jak ktoś stojący na krawędzi i czekający na finał, chciał w przypływie instynktu samozachowawczego czy paraliżującej świadomości oprzeć się na obecności drugiego człowieka i jego otwarciu na ból przemijania. – Tej nocy śniło mi się, że zmarłem i znalazłem się w jakiejś pustce, w której jednak odbierałem wrażenia z otoczenia. O tym odejściu myślę ze spokojem, bo wszystko ma swój kres – mówił z godnością i zadziwiającą pogodą ducha. Ukrywając zmieszanie i bezradność, chciałem ofiarować jakieś krzepiące słowo. Dla dodania otuchy powiedziałem to, co powtarzam na różnego rodzaju warsztatach surwiwalowych. W chwili ciężkiej próby potężnym narzędziem przetrwania staje się religia, źródło optymizmu i nadziei. Doskonale pamiętam, że niejednokrotnie w sytuacjach, które mnie przerastały, gdy byłem sam i nie mogłem już liczyć na pomoc człowieka, głęboka wiara i modlitwa uskrzydlały i dodawały otuchy. Sprawiały, że nie czułem się samotny na polu walki. Nazywam to ekwipunkiem ratunkowym rozbitka pozwalającym utrzymać się mu na powierzchni wody.

– Panie generale, o wsparciu Kogoś tam w górze, o tym, że w okopach nie ma ateistów, pisał w swoich pamiętnikach nie kto inny jak strateg wojenny Winston Churchill.

Chory zamyślił się, ale nie skomentował.

– Wiadomo, że wiara nie stanowiła kręgosłupa pańskiego życia. Ale skoro liczy się pan z tym, że to są ostatnie chwile życia, to czy gdzieś tam z głębi duszy nie pojawia się sygnał pojednania?

Nie mam najlepszego zdania o klerze… Zaglądają tu do mnie na zmianę niemal codziennie kapelani, siedzą nieraz i godzinę… – wyjaśniał z nieskrywaną irytacją w głosie narzucającą się obecność duchownych.

– Tu nie o kler chodzi – przerwałem. – Dla mnie księża i wiara to dwie różne rzeczy. Nie trzeba koniecznie spowiadać się przed kapłanem, aby ukorzyć się przed Bogiem.

– Bywało, że ludziom wierzącym zazdrościłem moralnej przystani, komfortu emocjonalnego, bo przecież jestem ochrzczony, wyrastałem w patriotycznej i katolickiej atmosferze, noszę imię na cześć dziadka, syberyjskiego zesłańca. Uczyłem się w gimnazjum prowadzonym przez księży marianów na warszawskich Bielanach, w którym kształciło się wielu znakomitych Polaków. Tam też jako harcerz składałem przyrzeczenie służyć Bogu i Ojczyźnie. Mój ateistyczny światopogląd ukształtował się pod wpływem przeżyć na zsyłce w Syberii i, może głównie, indoktrynacji w czasie zawieruchy wojennej. Całe życie byłem niewierzący, daleki od Kościoła i religii.

Po dłuższej przerwie Jaruzelski ciągnął dalej:

– Czuję się wyjątkowo osamotniony. Chwilami trudno jest usunąć z mojej świadomości myśli, jak pan to nazywa, pogodzenia się. Jednak, niełatwo jest dopiero teraz, w ostatnich minutach życia przełamać się, żałować za grzechy i okazać skruchę w obliczu Sądu Ostatecznego. Chociaż nieraz wyraźnie czuję, że bliski jestem tego kroku.

Odniosłem wrażenie, że gest pojednania z Bogiem jest niemałym problemem dla lojalnego komunisty, który musiałby zaprzeczyć własnym poglądom i wartościom, żeby wyrzec się swoich przekonań.

Myśl nawrócenia mogłaby się wiązać z uznaniem się za pokonanego, za klęskę intelektualną. To nie tylko skrupuły sumienia, chwila słabości i zachwianie niezłomnego charakteru, ale też obawa, że ktoś będzie mógł mu zarzucić tchórzostwo za to, że zatwardziały niewierny pokajał się za własne grzechy, uznał słuszność katolickiej racji i za tę zmianę poglądu religijnego straci szacunek.

– A czy wie pan, że Michaił Gorbaczow odnalazł Boga i nawrócił się na chrześcijaństwo? – starałem się go jakoś wesprzeć.

Generał nie krył zdumienia, wąskie, ściągnięte cierpieniem usta ścisnęły się jeszcze bardziej niż zwykle. Opowiedziałem mu zatem tę historię:

– Sześć lat temu, w wigilię Niedzieli Palmowej, sekretarz komunistycznej partii, która swego czasu zniosła jakąkolwiek edukację religijną, człowiek, który doprowadził do upadku imperium komunistycznego oraz muru berlińskiego, przez pół godziny modlił się na klęczkach pośród setek innych pielgrzymów, razem ze swoją córką Iriną, u grobu świętego Franciszka w bazylice w Asyżu.

Ojciec Vincenzo Coli, osłupiony tą niezapowiedzianą wizytą, relacjonował, że jeden z najbardziej wpływowych ludzi tego świata wyznał mu, że poprzez świętego Franciszka – wędrownego mistyka, symbol prostoty i ubóstwa, którego historia tak bardzo go zafascynowała – zbliżył się do wiary.

– Zagorzały ateista rozpoczął swoją podróż duchową, po śmierci żony Raisy chciał pogrzebu religijnego. W jego sercu już wtedy coś się działo. Właśnie to Coś czy Ktoś ściągnęło go na początku Wielkiego Tygodnia do bazyliki w Asyżu.

Wprawdzie we współczesnej Rosji demonstrowanie religijności przez polityka jest w dobrym tonie, Putin i Miedwiediew są często obecni na różnych świętach kościelnych, to można stwierdzić, że krok byłego przywódcy ZSRR miał całkowicie inny oddźwięk. Oznaczał po prostu jego „duchową pierestrojkę”.

Od dawna mówiło się, że Gorbaczow, jako dziecko potajemnie ochrzczone przez rodziców, tak naprawdę wrócił do chrześcijaństwa już w roku 1989, po spotkaniu z Janem Pawłem II. Zgon Raisy, którą uwielbiał, wystawił go – jak sam mówił – na okrutną próbę. Był też świadom, że rodzice małżonki, ludzie głęboko religijni, zostali zamordowani podczas II wojny światowej za posiadanie w swoim domu prawosławnych ikon. Uznał wówczas dotychczasowe życie za jałowe i instynktownie postanowił szukać większego wsparcia w religii.

W 2007 roku odwiedziłem Gorbaczowa w siedzibie Międzynarodowej Organizacji Ekologicznej „Zielony Krzyż”, której był prezydentem. Zapytałem go wtedy o spotkanie z Janem Pawłem II. „Mogę tylko wyrazić respekt wobec tej postaci i jej dokonań – odpowiedział dość zdawkowo. – Bez energii Jana Pawła II nie byłby możliwy koniec zimnej wojny”. Aby ocieplić atmosferę, powiedziałem Gorbaczowowi, że rzecznik Watykanu Joaquin Navarro-Valls wspominał, że papież cenił go i „uważał go za człowieka zasad, gotowego przyjąć wszystkie ich konsekwencje logiczne”. Chciałem wiedzieć, czy prawdą jest, jak insynuowali niektórzy dziennikarze watykańscy, że wizyta w Watykanie stanowiła znaczący moment w jego życiu. Ale Gorbaczow nie miał już ochoty, by kontynuować ten temat.

– Przypomnę, panie generale, że historia chrześcijaństwa zna nieskończenie wiele przykładów osób przeczących istnieniu siły wyższej i odwołujących się jedynie do racjonalizmu światopoglądowego, które nagle zmieniały zdanie. Wspomnę o Jeanie-Paulu Sartrze, słynnym francuskim pisarzu i filozofie, przedstawicielu egzystencjalizmu ateistycznego, który przez całe życie pozostawał niewierzącym. W obliczu choroby i śmierci odnalazł pokój i podjął ostateczną decyzję – przystąpił do sakramentu pokuty i przyjął ostatnie namaszczenie, co dla wielu było dużym zaskoczeniem.

Były prezydent RP w zamyśleniu skinął głową na potwierdzenie tych słów. W skromnym pokoiku, tylko z nazwy określanym VIP, bo niemającym niczego wspólnego z komfortem, zapadła niczym niezmącona cisza i bezczasowość.

Opowiedziałem jeszcze historię Aleksandra Gudzowatego, mojego przyjaciela, też człowieka niewierzącego, który również nie był ulubieńcem mediów. Obserwowałem, jak ten gazowy potentat w ciągu kilku ostatnich lat życia zbliżał się coraz bardziej do wiary chrześcijańskiej. Jak agnostyk uważający, że nie ma dostatecznych dowodów, aby potwierdzić lub zaprzeczyć istnienie Boga, zdecydował się na ślub kościelny, jak czcił w swoim pałacu relikwię, kroplę krwi Jana Pawła II pozostałą na szacie papieża po zamachu dokonanym przez Alego Agcę.

Przez ostatnie lata był schorowany i bardzo cierpiał. Kiedy pewnego dnia zapytałem go o Boga, nie do końca chciał się otworzyć. Innym razem jednak, zwijając się w łóżku z bólu, krzyczał do mnie zirytowany: „Jak można wątpić w istnienie Stwórcy, bez którego trudno byłoby wytłumaczyć istnienie świata”. W jego słowach była szorstkość, ale też pokora wobec autora cudu istnienia. Wyraził jeszcze myśl, że Bóg – Wielki Elektryk – gasi nam światło, kiedy chce.

Wracam do łoża śmierci Wojciecha Jaruzelskiego. Mam prawo sądzić, że byłem ostatnią osobą, która z nim rozmawiała. W dzień po mojej wizycie jego stan zdrowia gwałtownie się pogorszył i nastąpił wylew krwi do mózgu. Od tego czasu był nieprzytomny i częściowo sparaliżowany. Zmarł w 14 dni później po długiej i ciężkiej chorobie nowotworowej, nie odzyskawszy kontaktu z otoczeniem.

Odniosłem wrażenie, że gest pojednania z Bogiem jest dla niego niemałym problemem.

Niestety, myślę, że nigdy się już nie dowiemy, co działo się w jego duszy w „momencie ostatecznym”. Czy przestał mocować się z wątpliwościami, co tam, po drugiej stronie istnieje? Niepewność, szczególnie u schyłku życiowej drogi, może zawsze się pojawić. A jeśli Bóg rzeczywiście egzystuje, to trzeba się liczyć z ryzykiem wiecznego cierpienia. Lęk ma zatem prawo zakłócić spokój umysłu i godne odejście.

W dzień po tym spotkaniu wyjechałem na wyprawę do dżungli ekwadorskiej. Po powrocie ze zdziwieniem przeczytałem zaskakujące relacje. Próbowałem je połączyć z moją ostatnią rozmową z generałem.

Nie potrafiłem zrozumieć doniesienia z 30 maja, czyli z dnia pogrzebu Wojciecha Jaruzelskiego, które przeczytałem na stronie internetowej Ordynariatu Polowego w Polsce. Kanclerz kurii polowej Wojska Polskiego ks. dr Jan Dohnalik informuje (przedruk z KAI), że generał całkowicie świadomie i dobrowolnie poprosił kapelana wojskowego o spowiedź i pozostałe sakramenty. Dodaje, że zgodnie z Kodeksem prawa kanonicznego nie można odmówić pogrzebu kościelnego człowiekowi ochrzczonemu, który przed śmiercią okazał oznaki pokuty, nawet jeśli wcześniej jego życie było dalekie od praktykowania wiary. Dalej mówi: „Potwierdzam z całą pewnością, że w poniedziałek 12 maja, po Mszy Świętej o godz. 15 odprawianej o łaskę pojednania z Bogiem, do generała udał się kapelan, niosąc Najświętszy Sakrament i relikwie św. Jana Pawła II oraz św. Rafała Kalinowskiego, żołnierza powstania styczniowego. Po rozmowie z kapelanem generał w pełni świadomie wyraził wolę pojednania się z Bogiem. Wyspowiadał się, przyjął sakrament namaszczenia chorych i Komunię Świętą. Następnie ucałował relikwie świętych, przyniesione przez kapelana”.

Ksiądz płk Robert Mokrzycki, proboszcz katedry polowej, usprawiedliwiając uroczysty pogrzeb, wspomniał o nawróceniu generała i wzbudzeniu żalu za grzechy: „Spełnił tym samym kanoniczne warunki, aby po długiej drodze znów do swego serca przyjąć Jezusa Chrystusa, w ten sposób dać zewnętrze świadectwo powrotu do źródeł życia, do katolickiej wspólnoty wiary. Dziś Wojciecha Jaruzelskiego, który wielokrotnie publicznie deklarował swoją niewiarę, służył przez lata bezbożnemu, ateistycznemu systemowi ideologicznemu i politycznemu, formalnie możemy traktować jako osobę nawróconą. Stanął on przed Chrystusem, do którego należy «pełne prawo ostatecznego osądzenia czynów i serc ludzkich»”.

Zadzwoniłem do kapelana Marka Kwiecińskiego z pytaniem, czy mógłby rozwiać moje wątpliwości na temat pojednania Jaruzelskiego z Bogiem. Potraktował mnie jak dziennikarza z bulwarowej prasy, nieprzyjemnym, impertynenckim tonem nielicującym z duchownym. Wtedy powtórzyłem pytanie do biskupa Józefa Guzdka. Odpowiedzi udzielił mi notariusz kurii polowej WP ks. płk Zbigniew Kępa, informując, że tę informację znajdę na stronie internetowej wyżej już wspomnianego przeze mnie Ordynariatu Polowego.

Spotkałem zaprzyjaźnionego księdza z diecezji łomżyńskiej. Powiedział mi, że nie bez trudu zdobył się na modlitewny akt prośby o łaskę dla wojującego z Kościołem nieszczęśnika. „Trudno jest mi wymazać stan wojenny z jego biografii. Choć nie znajduję dla tych czynów żadnego usprawiedliwienia, to jednak nie mogłem zapomnieć o mojej boskiej posłudze i rozmijać się z Ewangelią. Ponieważ szczerze modlę się szczególnie za tych, którzy tego najbardziej potrzebują, więc także i w intencji duszy Jaruzelskiego”, wyznał mi szczerze.

Jak było do przewidzenia, uroczystości pogrzebowe wzbudziły wielkie emocje. Incydenty zakłóciły nawet mszę odprawioną w intencji Wojciecha Jaruzelskiego w katedrze polowej Wojska Polskiego, w której uczestniczyli trzej ostatni żyjący prezydenci RP. Dalsza część, złożenie w grobie w kwaterze I Armii WP na Powązkach, odbyła się w majestacie państwa. Bo „trudno, żeby było inaczej w przypadku pogrzebu byłego prezydenta” – tłumaczył doradca Bronisława Komorowskiego profesor Tomasz Nałęcz.

Przemarszowi konduktu towarzyszyły gwizdy, krzyki „hańba!”, rękoczyny i wulgarne wyzwiska przeciwników pochówku autora stanu wojennego z honorami wojskowymi – w asyście orkiestry i kompanii honorowej WP.

Czy nie jest tak, że majestatowi śmierci człowieka towarzyszył swoisty deal? Kościół miał swoją zasługę, bo rozgrzeszył pokutującego grzesznika, takiego, który szkodził wprost Kościołowi, prześladując powoływanych do wojska uczniów seminariów duchownych. Jednocześnie Kościół swoim autorytetem wspierał pogrzeb państwowy i działania Kancelarii Prezydenta. Z takim poręczeniem mogła ona zapewnić ceremonii pogrzebowej państwową pieczęć.

Jak zatem wyglądała słynna spowiedź Jaruzelskiego, który, jak poświadczają dyżurni lekarze i oficerowie BOR-u, u kresu życia nie był przy świadomości, a co najwyżej wydawał od czasu do czasu nieartykułowane dźwięki? Kaznodzieja, który zawłaszczył sobie konwersję generała, nie komentuje tego faktu, zasłaniając się obowiązkiem zachowania dyskrecji.

Według nowego Kodeksu prawa kanonicznego z 1983 roku jednym z ważniejszych zadań stojących przed duszpasterstwem jest większe niż dotychczas wykorzystanie obrzędu odwiedzin chorych połączonego z odpowiednio wcześniejszym głoszeniem słowa Bożego, ukazanie sensu ich cierpienia oraz możliwości zbawczego wykorzystania cierpienia przez złączenie go z cierpiącym Chrystusem. Rytuał wymaga od duszpasterzy, aby tak przygotowywali chorego, że w odpowiednim czasie on sam poprosi o przyjęcie sakramentów: pokuty i pojednania, komunii św. i wreszcie namaszczenia chorych, oraz związanej z tym łaski przebaczenia.

Wdowa po generale, która zapewnia, że jest osobą wierzącą, chociaż niepraktykującą, wyznała mi niedawno: „Jeśli mąż na łożu śmierci wybrał moment łaski, to bardzo dobrze. Cieszę się z tego. Ja zupełnie nie wiem, po co on zawsze tak się upierał przy swoim ateizmie”.

Nigdy się już nie dowiemy, co działo się w jego duszy w „momencie ostatecznym”. Czy przestał mocować się z wątpliwościami.

Wiem dobrze, że ze względu na wylew Wojciech Jaruzelski, nawet gdyby chciał, nie był w stanie wyrazić życzenia przyjęcia sakramentów. Kapłan nie zdążył więc z celebracją w formie nadzwyczajnej, stosowanej w bliskim niebezpieczeństwie śmierci. Kodeks prawa kanonicznego mówi, że nie udziela się sakramentu chorych osobom, które utraciły przytomność, a które nie wykazywały kiedykolwiek pozytywnych dowodów przyjęcia pomocy, jaką daje Kościół. Jednak, jeśli istnieje prawdopodobieństwo, że jako wierzący prosiliby o to, gdyby byli przytomni, można takiego sakramentu udzielić, a to staje się nawet dla osoby, która żyła bezbożnie, istnym filarem zbawienia.

Po rozmowie z generałem mam prawo przypuszczać, że przed przekroczeniem granicy egzystencji takie prawdopodobieństwo oczywiście istniało i kapłan, zgodnie ze swoim sumieniem, to wykorzystał. Niestety, udzielony w ten sposób prawomocny sakrament nie ma nic wspólnego z pokrętną wersją ogłoszoną przez kurię polową WP.

Czułem się w obowiązku złożyć relację ze swojego spotkania z generałem, świadom tego, że prawda nie szkodzi, tylko wyzwala.

Jacek Pałkiewicz
pałkiewicz_jan paweł II
*Jacek Pałkiewicz – autor był uhonorowany przez Benedykta XVI „za wybitny dorobek w promocji człowieka i zaangażowanie w pracę charytatywną oraz edukacyjno-wychowawczą” krzyżem Pro Ecclesia et Pontifice (Dla Kościoła i Papieża)