Skąd przez ćwierć wieku brała się siła rażenia „Gazety Wyborczej” i dlaczego przez tyle lat Adam Michnik był w tym kraju bogiem?

Michnik, Kublik, Olejnik, Kiszczak
Michnik, Kublik, Olejnik, Kiszczak

Michnika dopuszczono do wewnątrz, do samego jądra archiwów bezpieki. Najważniejsze materiały do dzisiaj służą szantażowaniu ludzi – mówi działacz opozycji antykomunistycznej Krzysztof Wyszkowski.

GPC: Adam Michnik w wywiadzie opublikowanym w sobotniej [13 września] „Gazecie Wyborczej” powiedział, iż Kiszczak uważał, że gdy ktoś zostaje np. wiceministrem spraw zagranicznych, a był rozpracowywany przez SB, to lepiej spalić jego kwity. Informacja o porządkach w teczkach nie jest nowa. Kiedy pan się o tym dowiedział?

Krzysztof Wyszkowski: Pod koniec maja 1990 r. znajoma niemiecka dziennikarka powiedziała mi, że prof. Jerzy Holzer opowiadał jej podczas przyjęcia, iż widział teczkę Leszka Moczulskiego, wynikało z niej, że był agentem SB. Następnego dnia udałem się do Henryka Samsonowicza (ministra edukacji narodowej w rządzie Tadeusza Mazowieckiego), a sekretarka wygadała się, że istnieje jakaś tajna komisja, w skład której wchodzi m.in. Adam Michnik. Powiedziała też, że minister spraw wewnętrznych Krzysztof Kozłowski poprosił Samsonowicza, żeby zaprosił na spotkanie czterech wytypowanych ludzi do komisji. Typowa podkładka do działań nielegalnych.

Krzyż Wielki Orderu Odrodzenia Polski dla Krzysztofa Kozłowskiego, 2011
Krzyż Wielki Orderu Odrodzenia Polski dla Krzysztofa Kozłowskiego, 2011

Czy pana zdaniem złamano wówczas prawo?

Przez dwa miesiące działała nielegalna komisja, dlatego Samsonowicz i Kozłowski powinni byli zostać pociągnięci do odpowiedzialności karnej. Udostępnili tajne materiały bez odpowiednich zezwoleń.

Mazowiecki, Kiszczak, Michnik, Wałęsa
Mazowiecki, Kiszczak, Michnik, Wałęsa

Skąd pomysł, aby do komisji trafił Adam Michnik?

– Myślę, że Kiszczak i Kozłowski chcieli zapoznać Michnika z potęgą dokumentów SB, a innych ludzi do komisji powołano dla kamuflażu. Wśród nich, jak się okazało, byli agenci SB, więc wszystko zostało „w rodzinie”. Po wybuchu afery z powodu opublikowanej na ten temat notatki w „Tygodniku Solidarność”, komisję zlikwidowano. Po latach Samsonowicz kłamał, mówiąc, że wszystko odbyło się legalnie.

Order Orła Białego dla Henryka Samsonowicza, 2010
Order Orła Białego dla Henryka Samsonowicza, 2010

Michnik mówi, iż Kiszczak przyznał, że niszczono teczki, gdy okazywało się, że dotyczą kogoś z rządu Mazowieckiego. Tłumaczy zaraz, że chodziło jedynie o sprawy obyczajowe, typu zdjęcia z kochanką. Tylko takie teczki palono?

– Wiem, że na przykład w Gdańsku zniszczono albo wyprowadzono ponad 90% materiałów. Jednak oni te dokumenty głównie „prywatyzowali”.

Najważniejsze materiały do dzisiaj służą szantażowaniu ludzi.

Teczki SB

Jaka jest realna wiedza Michnika o zawartości teczek?

– Sęk w tym, że w ramach komisji Michnika dopuszczono go do wewnątrz, do samego jądra archiwów bezpieki, i to w trakcie niszczenia materiałów SB.

Order Orła Białego dla Adama Michnika, 2010
Order Orła Białego dla Adama Michnika, 2010

Z Krzysztofem Wyszkowskim rozmawiał Samuel Pereira

Niezalezna.pl

Krzysztof Wyszkowski
Krzysztof Wyszkowski

Polskojęzyczne media głównego nurtu dezinformacji do dziś są obsadzone i kontrolowane przez dzieci sowieckiej agentury…

resortowe dzieci

Większą część medialnych celebrytów, a także ludzi najbogatszych w Polsce stanowią ludzie wywodzący się z agentury komunistycznej i postkomunistycznej – mówi w rozmowie z portalem wPolityce.pl Ewa STANKIEWICZ, publicystka, reżyser, prezes Stowarzyszenia Solidarni 2010.

wPolityce.pl: Tygodnik „w Sieci”, w obszernym dodatku, publikuje najciekawsze fragmenty „Resortowych dzieci” i wraca do fenomenu tej książki, która stała się bestsellerem dziesięciolecia. W czym pani upatruje przyczynę, że „Resortowe dzieci” wstrząsnęły krajem?

Ewa Stankiewicz: Ta książka pokazała zakulisowe, rzeczywiste mechanizmy, które w dużej mierze kierują polską gospodarką w miejsce wolnego rynku. Chodzi o nieoczywiste, niewidoczne na pierwszy rzut oka metody działania. Takim poważnym mechanizmem jest siatka powiązań osób wpływowych w reżimie komunistycznym, a obecnie ich dzieci, które wpływają na życie polityczne i gospodarcze w Polsce w sposób nieprzejrzysty. To coś zupełnie przeciwnego do liberalnej gospodarki i transparentnej polityki, na co tak chętnie wszyscy się powołują.

resortowe-dzieci

Jaka struktura elit wyłania się z „Resortowych dzieci”?

Widzimy, że czołówka osób wpływowych w Polsce to w dużej mierze są dzieci komunistycznej nomenklatury.

Zarówno osoby opisane w książce, jak i komentatorzy z tzw. mainstreamu zarzucają, że nie można stosować „odpowiedzialności rodzinnej” i win rodziców przerzucać na dzieci…

Tu nie chodzi o obciążanie dzieci winami rodziców. Rodzi się natomiast podstawowe pytanie, czy te dzieci zrobiłyby karierę, gdyby nie ich rodzice. Chodzi o nieuczciwe mechanizmy, które wchodzą w miejsce wolnej konkurencji i wyścigu talentów. Pozytywna selekcja, która powinna następować zgodnie z talentem, energią i umiejętnościami, jest zastąpiona znajomościami. Chcemy wiedzieć, kto był kim nie dlatego, żeby karać. W każdym demokratycznym kraju przejrzystość życia publicznego jest wartością.

Ewa Stankiewicz
Ewa Stankiewicz

Na czym ta przejrzystość powinna polegać?

Każdy normalny obywatel w normalnym kraju chce wiedzieć, kto jest kim wśród osób pełniących publiczne funkcje, mających wpływ na opinię publiczną i podejmujących decyzje wiążące się z wydawaniem publicznych pieniędzy. Powtarzam: w demokracji przejrzystość życia publicznego jest wartością. Jeśli okazuje się, że większą część celebrytów – bo nie mówimy o wyjątkach lecz zjawisku masowym i systemowym – mających wpływ na opinię publiczną, większość gwiazd mediów, a także większość ludzi najbogatszych w Polsce, dysponujących wpływem na gospodarkę, stanowią ludzie wywodzący się z nomenklatury komunistycznej i postkomunistycznej, to jest to niezmiernie niepokojące. Powstaje naturalne pytanie, w jaki sposób ci ludzie zrobili karierę. Czy zawdzięczają tę karierę umiejętnościom, czy jednak, jeśli ma to postać systemową, miejsce w którym się znaleźli jest wynikiem korupcji i zakulisowych powiązań. O tym społeczeństwo powinno wiedzieć.

Książka „Resortowe dzieci” odniosła ogromny sukces, świetnie się sprzedaje, mimo wrogiego nastawienia mainstreamu. Jakie z tego płynie doświadczenie?

Widać, że pomimo olbrzymiej propagandy nie da się zakrzyczeć zdrowego rozsądku. Ludzie są „pałowani” nieuczciwymi powodami, dla których mieliby się nie interesować tym, kto podejmuje decyzje w ich imieniu, kto wpływa na ich opinie w sprawach publicznych. Te powody są na pozór szlachetne, a przez to tym bardziej nieuczciwe. Nie chodzi o odpowiedzialność rodzinną, tylko o to, że rodzice, którzy konstruowali reżim komunistyczny w Polsce, w tej chwili zapewniają kariery swoim dzieciom – poprzez siatkę powiązań, system szantażu, tajne archiwa…

Widać klęskę oficjalnej propagandy?

Sukces „Resortowych dzieci” pokazuje, że manipulowanie i tresowanie opinii publicznej nie przynosi efektu. Ludzie zachowują zdroworozsądkowy odruch. Skoro widzą dziennikarkę, która codziennie wyskakuje z telewizyjnego okienka w prime time’ie i wpływa na to, co myślą Polacy, chcą wiedzieć skąd ona się wzięła. Czy przyszła pewnego dnia, żeby uczestniczyć w ogłoszonym publicznie konkursie i wygrała go, bo była najlepsza? Czy po prostu jej tatuś zadzwonił do kogoś i poprosił, by przyjąć ją do redakcji, bo szefem tej redakcji był jego kolega z SB, albo człowiek, którego ów tatuś prowadził jako oficer prowadzący.

Ta książka jest też kolejnym dowodem na to, że przekaż niezależny, płynący wbrew głównemu nurtowi, nie musi być niszowy…

Myślę, że tendencja w ogóle się odwraca. Coraz większym obciachem staje się tzw. mainstream. Są całe środowiska, gdzie nie wypada wręcz powoływać się na „Gazetę Wyborczą” czy TVN. Niezależny obieg powoli staje się mainstreamem. To droga do normalności. Ale zobaczymy, jak będzie. Mam surową ocenę tego, co dzieje się w kraju. Myślę, że ludzie obecnie rządzący nie oddadzą władzy dobrowolnie.

wPolityce.pl

Ewa Stankiewicz

*Ewa Stankiewicz (ur. 1967) – reżyser, scenarzystka filmowa, dziennikarka i działaczka społeczna, prezes Stowarzyszenia „Solidarni 2010”. Zaangażowana w wieloletni trudny proces ujawniania przyczyn i faktu zamachu smoleńskiego z 10 kwietnia 2010 roku. Autorka m.in. głośnych filmów: „Trzech kumpli” (2008), „Solidarni 2010” (2010) oraz „Lista pasażerów” (2011). Prowadzi bloga EwaStankiewicz.wordpress.com

Sędziowie i prokuratorzy postPRLowscy to największa zorganizowana grupa przestępcza w Polsce. Opozycjonista i więzień polityczny, reżyser Grzegorz Braun, już na wolności

Braun na wolności3

Po odsiedzeniu wyroku za zbyt głośne zamknięcie drzwi, reżyser i dziennikarz Grzegorz Braun został dziś rano, kilka minut po godzinie 9, wypuszczony z więzienia.

Nieco zmizerniały, nieogolony ale epatujący uśmiechem. Zaproponowałem zburzenie tej „Bastylii”, na co zaoponował: – Nie jesteśmy jakimiś tam rewolucjonistami. W tych celach powinni po prostu siedzieć ludzie, dla których są one przeznaczone. Powinni w nich przebywać przestępcy – powiedział.

Grzegorz Braun został ukarany tygodniowym aresztem przez sędzię Dorotę Kropiewnicką z wrocławskiego Sądu Apelacyjnego. Sędzia skazała go za to, że wyszedł przed końcem rozprawy i trzasnął drzwiami. Zdenerwowany reżyser opuścił salę po tym, jak sędzia odrzuciła jego zażalenie na grzywnę, którą ukarał go z kolei sędzia Krzysztof Korzeniewski. Karę wymierzono za to, że Braun nazwał jednego ze świadków „łobuzem”. Sędzia nie pozwolił Braunowi przesłuchać świadka. Tym świadkiem był ekspolicjant Grzegorz Balcerzak – szef grupy operacyjnej, która według relacji samego Brauna doprowadzała go na komisariat siedem lat temu. To w związku z tamtymi wydarzeniami dokumentalista jest oskarżony o pobicie sześciu policjantów.

Braun na wolności2

Dzisiejsza wolność to jednak nie koniec męczeństwa reżysera. W jakim kraju my żyjemy? Sąd Apelacyjny dopiero jutro rozpatrzy zażalenie Brauna na karę aresztu, która… została już odbyta. – Sprawa Grzegorza Brauna to szczególny przypadek. Podczas jego procesu sąd co najmniej trzykrotnie złamał konstytucję oraz Europejską Konwencję Praw Człowieka (…). Gdyby Grzegorz Braun zwrócił się do Strasburga, Polska musiałaby zapłacić mu wysokie odszkodowanie, ponieważ kilkakrotnie zostały złamane jego podstawowe prawa – twierdzi Wiesław Johann, sędzia Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku.

Braun na wolności1

Jutro, 6 sierpnia, o godz. 12 przy ul. Energetycznej 4, sala nr 36, we Wrocławiu odbędzie się więc kolejna z hańbiącego dla polskiego państwa i prawa cyklu rozpraw w tym skandalicznym, 6 lat już trwającym, postPRLowskim serialu. Zachęcamy do licznej obecności na sali rozpraw.

Braun na wolności!

Braun na wolności5

za: Solidarni2010.pl , Niezalezna.pl, wDolnymSlasku.pl

https://tajnearchiwumwatykanskie.wordpress.com/category/grzegorz-braun/

 

Tusk chce zakopać aferę nagraniową i liczy, że wakacje wpłyną na zbiorową amnezję

sprzątaczka

Donald Tusk ma plan: przeczekanie afery. Wszelkie decyzje personalne mają być przesunięte na czas po wakacjach. Co oznacza, że ich właściwie nie będzie. A jeśli nawet, to będą przedstawiane jako takie, które nie mają związku z aferą podsłuchową. Ot, premier zaprezentuje kolejne nowe otwarcie, czyli odpali następny kapiszon. Wakacje mają zmęczyć opinię publiczną i wyciszyć sprawę, bo komu chciałoby się śledzić aferę w środku kanikuły. A po wakacjach znajdzie się coś gorętszego albo posypią się prezenty od władzy, żeby przykryć poaferowe pozostałości.

Opozycja będzie oczywiście „fikać”, żeby sprawy nie zakopano, ale większości zdolnej powołać np. komisję śledczą nie ma szans stworzyć. PO i PSL oraz wolni strzelcy zapewnią bowiem rządowi spokój co najmniej do jesieni. W tym czasie tajne służby zrobią wszystko, żeby nie wybuchły żadne miny. Zresztą już to robią, a poza tym służby są prawie na pewno elementem tej układanki, którą mają zdemaskować, więc różne grupy wewnątrz nich bez większego trudu uzgodnią status quo. A na najbardziej tajnym poziomie, czyli między uprawomocnionymi pośrednikami miedzy władzą a grupą (grupami) interesów dysponującą (dysponującymi) nagraniami, toczą się negocjacje, żeby najważniejsze podsłuchy nie ujrzały światła dziennego.

World Press Photo 2014

Mamy zatem do czynienia z rzeczywistością mafijną, tyle że nikogo nie sposób złapać za rękę, bo mafia tak działa, żeby wyjawienie prawdy nikomu się nie opłacało.

Czyli działa coś, co można nazwać „doskonałym trzymaniem”.

Nawet jeśli lojalne wobec rządu elementy tajnych służb czegoś się na temat istoty nagrań dowiedzą, ich polityczni dysponenci nie pozwolą im swobodnie działać, żeby nie doprowadzić do „kryzysu państwa”. Najpewniej zresztą negocjujący podrzucą jakieś fikcyjne tropy prowadzące na manowce, ale na tyle prawdopodobne i wiarygodne, żeby ta lojalna część służb na długo miała co robić. A potem się okaże, że „nic nie jest takie, jak się państwu zdaje”. Ale na poziomie najważniejszych graczy wszystko będzie już posprzątane i na tyle bezpieczne, żeby wynegocjowane porozumienie zaczęło działać. Szczegółów pewnie nie poznamy nigdy, chyba że znajdzie się jakiś ważny skruszony, którego uda się uchronić przed seryjnym samobójcą, a wtedy wszystko się posypie. Ale szanse na to są naprawdę mizerne.

Finałem negocjacji będzie jakaś forma uwzględnienia interesów tych, którzy aferę „odpalili”, czyli odpowiednie działania ministerstw mających wpływ na prywatyzacje, wielkie przetargi i zlecenia rządowe, przejęcia czy konsolidacje.

Jeśli się inteligentnie takie rzeczy ustawi, nie sposób udowodnić przekrętów, a nawet jeśli coś będzie „śmierdziało”, nie przełoży się to na dowody procesowe. Ujawnienie nagrań, które już poznaliśmy będzie zatem miało spodziewany skutek dla tych, którzy je zdetonowali. Bo przecież zdetonowali je w odpowiedniej formie. Nie mogły być zbyt błahe, żeby zostały poważnie potraktowane jako ostrzeżenie i zaproszenie do negocjacji. Ale jednocześnie te ujawnione nagrania nie dotyczyły niczego, co naruszałoby poważne interesy wielkich graczy, przede wszystkim interesy ekonomiczne.

Po wakacjach premier Tusk ogłosi kolejną kampanię sanacji państwa, która oczywiście nie będzie żadnym przełomem, lecz sposobem konsolidacji władzy.

Jeśli nastąpią jakiekolwiek zmiany personalne, to minimalne – i takie, które nie upokorzą specjalnie ważnych dla PO ludzi, żeby nie doprowadzić ich do desperacji, która byłaby naprawdę groźna. Opozycja, nie mając większości w Sejmie, będzie się miotać, ale właściwie będzie bezradna. Opinia publiczna będzie natomiast od września zwyczajnie przekupywana różnymi gestami i prezentami. Część sfrustrowanych i niezadowolonych z obecnej władzy zapewne zadowoli się prezentami i ich bunt wygaśnie. A ci, którzy nie dadzą się kupić, będą złorzeczyć – ale na ulice są w stanie wyjść właściwie tylko związki zawodowe. Na nich władza jest już jednak uodporniona, a różni użyteczni idioci przedstawiają związkowców jako pasożytów, którzy bronią własnych stołków, co znajduje pewien poklask. Wszystko wskazuje na to, że Donaldowi Tuskowi i tym razem uda się niewielkim kosztem wykiwać społeczeństwo i dotrwać u władzy do jesiennych wyborów w 2015 r. Istnieją jednak czynniki, których nie da się przewidzieć, a które mają związek z poczuciem godności ludzi, nakładającym się na czynniki ekonomiczne.

Po przekroczeniu pewnej granicy upodlenia i odarcia z godności, także wskutek sytuacji ekonomicznej, ludzie nie chcą już pokornie czekać, nie chcą być obojętni. I wtedy chyba nikt nie chciałby być na miejscu władzy, która prowadzi do gniewu ludu. Bo ten gniew może władzę „wystrzelić w kosmos”.

Afera Amber Gold powraca. Powraca i dopada Tuska

tusk amber gold

Afera, która miała swój początek i koniec w mateczniku Platformy, czyli Trójmieście, wróciła, uderzając przede wszystkim w Donalda Tuska. Stało się to za sprawą nagrań, które opublikował „Wprost” i z których jednoznacznie wynika, że premier był ostrzegany przed możliwością popełnienia przestępstwa przez firmę Amber Gold. I tak oto afera, która miała być zapomniana, niespodziewanie wróciła, uderzając bezpośrednio w Donalda Tuska oraz Marka Belkę, prezesa Narodowego Banku Polskiego – pisze w najnowszym numerze „Gazeta Polska”.

To, że afera taśmowa topi Platformę, widać coraz bardziej. Pokazały to m.in. pikujące sondaże – obecnie średnia przewaga PiS nad PO to dwucyfrowy wynik.

– Wszystkie wątki ujawnionych rozmów muszą być wyjaśnione. W oczach Zachodu Polska to coraz bardziej aferlandium. Co chwilę mamy wysyp afer, co utrudnia walkę o stanowiska w UE dla Polaków i znacznie ogranicza tam nasze wpływy. Dlatego tej afery nie pozwolimy zamieść pod dywan – mówi Ryszard Czarnecki, europoseł PiS, wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego.

Zawiadomienie do prokuratury

To właśnie Ryszard Czarnecki wspólnie z Andrzejem Jaworskim sporządzili zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez Marka Belkę.

– Obecny prezes NBP nie zareagował tak, jak przystało na funkcjonariusza publicznego, zgodnie z prawem, i nie ostrzegł Polaków przed tym, co w tej sprawie może się zrodzić. W efekcie mamy wiele pokrzywdzonych osób, które nie mają żadnych szans na odzyskanie pieniędzy zainwestowanych w Amber Gold – podkreśla Andrzej Jaworski, poseł PiS.

„Kilka miesięcy przed faktem zadzwoniłem do Donalda i powiedziałem mu, że sprawa Amber Gold jest dość poważna, że jest to piramida finansowa. Poważniejsza dlatego, że oni są właścicielami tego szybko rozwijającego się OLT Express, że będzie jakaś awantura z tym OLT Expressem” – mówił Marek Belka na spotkaniu ze Sławomirem Cytryckim, szefem jego gabinetu, oraz Bartłomiejem Sienkiewiczem, ministrem spraw wewnętrznych w restauracji Sowa i Przyjaciele. Słowa Belki wypowiedziane podczas kolacji przeczą zapewnieniom Donalda Tuska, że o aferze nic nie wiedział.

W sierpniu 2012 r. podczas swojego wystąpienia w sejmie mówił: „Premier polskiego rządu, mając nawet dość dużą władzę polityczną, nie ma możliwości, nie ma prawa i nie powinien ingerować w decyzje ludzkie wtedy, kiedy ludzie chcą lokować swoje oszczędności, kapitały, nadzieje”.

Parapaństwo

„Państwo polskie praktycznie nie istnieje” – mówił na wspomnianym spotkaniu Bartłomiej Sienkiewicz. Sprawdzając to, co się stało podczas „wyjaśniania” afery Amber Gold, ze smutkiem można stwierdzić, że niestety Sienkiewicz ma rację.

Przygotowany w ubiegłym roku przez Komitet Stabilności Finansowej raport w sprawie Amber Gold był faktycznie aktem oskarżenia skierowanym przeciwko instytucjom państwa, które chroniły aferzystę, zamiast obywateli. Zawiodły prokuratura, Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, sądy, urzędnicy skarbowi. I trudno uwierzyć, że była to jedynie indywidualna akcja szefa Amber Gold, 30-letniego Marcina P., który nadal przebywa w areszcie, podobnie jak jego żona Katarzyna. Do dziś nie wiadomo, co stało się z gigantycznymi pieniędzmi klientów AG wytransferowanymi poprzez firmę aferzysty.

A przecież już w maju 2012 r. bank BGŻ informował Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego, że Amber Gold to przedsięwzięcie przestępcze. Premier nie podjął interwencji ze względu na zbliżające się Mistrzostwa Europy w piłce nożnej. Tajemnicą poliszynela są także inne powody ukrywania afery i działania przez to na szkodę obywateli – m.in. sponsorowanie przez firmę aferzysty filmu Andrzeja Wajdy o Lechu Wałęsie.

Gdy wybuchła afera AG, było niemal pewne, że dopóki trwa rząd Donalda Tuska i władza Platformy Obywatelskiej, nikt, kto faktycznie stoi za aferą, nie poniesienie konsekwencji. Tak też się stało, a uwikłany w sprawę syn premiera wyszedł z tego bez szwanku.

Dorota Kania

Niezalezna.pl

Afery Tuska: https://tajnearchiwumwatykanskie.wordpress.com/category/afery-tuska/