Kukiz o Wałęsie: „gruba kreska” – dzięki jego kłamstwu

Nie mam niewybaczalnych pretensji o to, że w latach 70. współpracował z SB. Bo musiałbym mieć je do absolutnie wszystkich członków PZPR, ZSL, SD, socjalistycznych związków zawodowych czy organizacji młodzieżowych, milicjantów, wojskowych itd. – ogólnie do wszystkich, którzy współtworzyli komunistyczny System, czyli do kilku milionow Polaków.

Chyba w każdej rodzinie był ktoś taki… Bliższej czy dalszej…

Mam jeden podstawowy zarzut – że brnął i nadal brnie w swoim kłamstwie. Bo w ogromnej mierze dzięki temu kłamstwu, jego „strachom”, powstała „gruba kreska”, która umożliwiła komunistycznym aparatczykom uwłaszczenie się na Państwie i Obywatelach.

Że stał się (a poniekąd i my, bo był dla nas symbolem) przykrywką dla deal’i komunistów i postkomunistów po 1989 roku. Że również w najnowszych czasach dał się wykorzystać nowoplatformie, dawnej nomenklaturze i jej potomkom jako przykrywka do ich „demokracji”.

I najważniejsze – jaką mam pewność, że również po 1980 roku nie wchodził w „szczególne” relacje z komunistami? Skoro tak niewyobrażalnie kłamie?

Pod wczorajszym moim postem dotyczącym Wałęsy jeden z internautów, Tomasz Wrutniak, napisał:

„Lech Wałęsa to ofiara samego siebie. Stworzył fikcyjny świat, w który uwierzył”…

Niestety my również jesteśmy jego ofiarami. Bo bezgranicznie mu wierzyliśmy.

Paweł Kukiz

P.S. Plakat autorski FORIN STUDIO

źródło: fb.com/kukizpawel

Dziewięć lat walki o prawdę historyczną w „wolnej Polsce”. Dlaczego mainstream nie zauważył procesowego zwycięstwa Wyszkowskiego nad Wałęsą?

Wałęsa Wyszkowski

Sytuacja powtarza się nagminnie, trzeba więc ją ciągle pokazywać,  bo media są jednym z filarów demokracji. Jeśli one są chore, szans nie ma żadnych na zbudowanie w państwie zdrowej, pełnej demokracji. Przykre to, że 25 lat po odzyskaniu wśród wielu innych w tym podstawowych swobód obywatelskich, w tym wolności prasy, radia, telewizji, media znowu zakłamują rzeczywistość.

Robią to jak dawniej w czasach PRL według wypróbowanej recepty  socrealistycznej – fakty, o których nie ma w mediach, nie istnieją. Dla obecnej  rzeczywistości charakterystyczne jest, że organ selekcjonujący fakty pełni samo medium. Ktoś powie – słusznie – to przecież naturalne, że każde medium musi samo zdecydować, co bardziej jest, a co mniej ważne, bo przecież każde medium ma ograniczenia przestrzenne lub czasowe. I musi wybrać dla swoich odbiorców rzeczy najważniejsze. Pełna zgoda. Tyle, że waga niektórych wydarzeń jest tak duża, iż ukrywanie ich przed oczami opinii publicznej  staje się fałszowaniem rzeczywistości.

Tak właśnie jest w ukrywaniu przez część mediów maintsreamowych  ostatecznego wyniku niezwykle ważnego procesu, który Lech Wałęsa przegrał z byłym działaczem Wolnych Związków Zawodowych Krzysztofem Wyszkowskim. Proces zaś nie był o przysłowiowy koszyk jabłek. Wałęsa żądał sądowego nakazu przeprosin i materialnego zadośćuczynienia za to, że Wyszkowski nazwał przywódcę „Solidarności” kapusiem SB o pseudonimie „Bolek”. Był to więc nie tylko prywatny proces urażonego Lecha Wałęsy o ukaranie Wyszkowskiego, za nieodpowiedzialne i nieuzasadnione  negatywne stygmatyzowanie lidera „S”, lecz walka o historyczną prawdę. Sprawa ciągnęła się dziewięć lat. W kilku pierwszych etapach tego tasiemcowego procesu Wyszkowski stał zdawałoby się na straconej pozycji. Aż wreszcie, po naprawdę heroicznej walce Wyszkowskiego, kilkakrotnie w ciągu tych dziewięciu lat ciężko chorującego, zapadł wyrok ostateczny, czy jak się popularnie mówi, prawomocny. Nawet Wałęsa nie jest już go w stanie „odkręcić”.

Wałęsa Wyszkowski

Trzeba powiedzieć krótko: Wielkie zwycięstwo prawdy. Choć po grudach. Z drugiej strony ukarane pieniactwo Wałęsy. I próba fałszowania własnej biografii. I to w jaki sposób. Kosztem krzywdzenia  jednej z legend gdańskiej „Solidarności”.

A jednak są media, które tego zdarzenia nie zauważyły albo pominęły, bo nie wydawał im się wystarczająco ważny.

Jerzy Jachowicz

SDP.pl

24.10.2008 WARSZAWA JERZY JACHOWICZ DZIENNIKARZ PISARZFot. Marcin Lobaczewski

Od 8 października 2014 r. można już w świetle prawa i zgodnie z faktami tytułować Lecha Wałęsę TW „Bolkiem”. Legendarny opozycjonista Krzysztof Wyszkowski wygrał 9-letni proces

Wyszkowski

Po ostatecznej porażce sądowej Lecha Wałęsy każdy obywatel ma prawo powiedzieć, że w latach 70. były prezydent był zarejestrowany jako TW „Bolek”, donosił na swoich kolegów i pobierał za to wynagrodzenie – mówi Krzysztof Wyszkowski, legendarny przywódca Wolnych Związków Zawodowych, pozwany przed dziewięciu laty przez Lecha Wałęsę.

Wygrał Pan proces, który wytoczył Panu Lech Wałęsa za nazwanie go TW „Bolkiem”. To oznacza, że byłego prezydenta można już oficjalnie nazywać „Bolkiem”?

– Sąd odrzucił ostatecznie wszelkie roszczenia Wałęsy, jakie zgłaszał w wytoczonym przeciwko mnie procesie. Można go teraz nazywać „Bolkiem” pod pewnymi warunkami. Warto ostrzec opinię publiczną przed takim używaniem tego określenia, któremu sąd będzie mógł przypisać intencję obrażania. Powiedzenie o nim, że był podłym szpiclem, sąd może uznać za nieuprawnioną obelgę. Można mówić o TW „Bolku” z intencją odnoszenia się do prawdy. Po tym wyroku każdy obywatel ma niewątpliwie prawo –zgodnie z aktami sprawy i ustaleniami IPN‑u potwierdzonymi przez sąd – powiedzieć, że Wałęsa był zarejestrowany przez Służbę Bezpieczeństwa pod pseudonimem „Bolek”, donosił na kolegów i pobierał za to wynagrodzenie.

Dlaczego ta sprawa trwała aż dziewięć lat?

– Lech Wałęsa zgłaszał kolejne roszczenia. Dopiero w ubiegłym tygodniu otrzymałem decyzję sądu kończącą całą sprawę. Proces toczył się w trzech miastach: w Gdańsku, Sopocie i Warszawie. Kolejne roszczenia Wałęsy skutkowały pobocznymi sprawami – najpierw o zwrot pieniędzy za opublikowanie na antenie TVN‑u przeprosin, które on sam zamieścił na własny koszt. Po uznaniu przez sąd, że przeprosiny mu się nie należały, w dalszej kolejności Wałęsa domagał się zwrotu kosztów procesowych. Sąd prawomocnie odrzucił to żądanie byłego prezydenta. W końcu sąd nakazał Wałęsie zwrócenie kosztów postępowania drugiej stronie sporu. W finale dziewięcioletniej sprawy Wałęsa jest mi winien ostatecznie 2400 zł.

Krzysztof Wyszkowski wita Lecha Wałęsę w siedzibie tworzącej się „Solidarności” w Gdańsku, 2.09.1980 r. Fot. wzzw.wordpress.com

Po tylu latach wielu ludzi nie pamięta, o co poszło.

– W 2005 r., gdy ówczesny prezes Instytutu Pamięci Narodowej Leon Kieres wręczył Wałęsie dokument świadczący o uznaniu go za osobę pokrzywdzoną w PRL‑u, powiedziałem, że to nadużycie, ponieważ Wałęsa był płatnym tajnym współpracownikiem o pseudonimie „Bolek”. Zgodnie z ustawą o IPN-ie status osoby pokrzywdzonej nie należał się Wałęsie, bo najpierw był działaczem antykomunistycznym, a następnie został agentem. Takim osobom status osób pokrzywdzonych w PRL‑u nie przysługiwał.

Lech Wałęsa, pozywając mnie do sądu, twierdził, że nigdy nie był agentem. Sąd ostatecznie uwolnił mnie od winy, uznając, że zbadałem sprawę dogłębnie i na podstawie rzetelnie przeprowadzonych badań miałem prawo do wygłaszania swoich stwierdzeń pod adresem byłego prezydenta.

Koniec sprawy jest dla Pana pomyślny, ale pozew byłego prezydenta skutkował dolegliwymi konsekwencjami.

– Przede wszystkim to było dziewięć lat wielkich kłopotów. Naraziło mnie to na walkę z sądami, nastawionymi do mnie na ogół wrogo. Było tak w Sądzie Okręgowym w Gdańsku, gdy jedna z sędzi, krzycząc na mnie, odbierała mi głos. Ale przy okazji chcę podziękować wielu prawnikom, którzy przez te lata udzielali mi pomocy. To duża grupa osób, która bezinteresownie udzielała mi bezcennych porad. Wdzięczny jestem również za wsparcie opinii publicznej, szczególnie tych ludzi, którzy zjawiali się na procesach.

Rozmawiał Maciej Marosz

niezalezna.pl

Komentarz Krzysztofa Wyszkowskiego do sądowego wyroku kończącego jego 9-letnie zmagania o rzetelną edukację Narodu w kwestii poznania przez Polaków historycznej prawdy materialnej dotyczącej postaci Lecha Wałęsy:

Ujawnienie Wałęsy jako agenta SB jest dziełem wspólnym

Od chwili, gdy Sąd Okręgowy w Gdańsku poinformował mnie, że proces wytoczony mi przez Lecha Wałęsę w 2005 r. ostatecznie zakończył się oddaleniem tego powództwa, z całego świata otrzymuję gratulacje, pozdrowienia, a nawet podziękowania za ujawnienie prawdy o agenturalności t.w. „Bolka”. Nie mogąc indywidualnie odpowiedzieć na wszystkie wiadomości, tą drogą przekazuję moje serdeczne podziękowania.

Po dziewięciu latach zmagań z przeciwnikiem tak możnym, potężnym, bogatym i mającym jednoznaczne poparcie wielu instytucji państwowych, z wdzięcznością przyjmuję pozdrowienia od tych, których prawda o najnowszej historii Polski cieszy osobiście.

Tym bardziej serdecznie i gorąco wyrażam wdzięczność wszystkim, którzy czynnie – jako adwokaci, radcowie prawni i nieformalni pomocnicy – udzielali mi bezcennej pomocy, bez której kłamstwo bez wątpienia zwyciężyłoby nad prawdą, ponieważ siły postkomunistycznego układu nadal posiadają w wymiarze sprawiedliwości wielkie wpływy. Pamiętając o sędziach, którzy odmawiali mi prawa do obrony, nie zgadzali się na przybranie adwokata, odrzucali postępowanie dowodowe, krzyczeli na mnie i niedopuszczali do głosu, krótko mówiąc, zachowywali się jak funkcjonariusze wypełniający polecenia – jak to określił jeden z nich: „mojego zwierzchnika premiera Donalda Tuska” – mam obowiązek przypomnieć dziś, że sędzia Sądu Okręgowego w Gdańsku Barbara Malak już 31 sierpnia 2010 r. miała odwagę przeciwstawić się tej atmosferze i orzec o oddaleniu pozwu Wałęsy oraz stwierdzić, że dokonałem należytej staranności w badaniu sprawy jego agenturalności.

Poza prawnikami wyrazy szczególnej wdzięczności kieruję w stronę historyków, szczególnie wobec Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka, którzy pracując pod auspicjami Janusza Kurtyki, sporządzili najpełniejsze w dostępnych ówcześnie warunkach kompendium wiedzy o agenturalności Lecha Wałęsy.

Dr Piotr Gontarczyk i prof. Sławomir Cenckiewicz oraz owoc ich wieloletniej archiwalnej kwerendy: książka „SB a Lech Wałęsa”. Fot. Tomasz Gzell/ PAP

Jestem przekonany, że poważny wpływ na ostateczne zwycięstwo miała również postawa opinii publicznej, ponieważ nawet sędziowie-„funkcjonariusze” musieli w swych krętactwach dbać przynajmniej o pozory praworządności, które jednak stawały się skutecznym punktem zaczepienia dla prawników prowadzących moją obronę.

Dlatego, choć zmęczony tym i innymi procesami wytaczanymi mi w III RP za ujawnianie agentury komunistycznych służb specjalnych, z głębi serca dziękuję wszystkim rodakom podzielającym moje przeświadczenie, że

odsunięcie od władzy nad Polską obcej agentury jest warunkiem naszej wolności, demokracji i niepodległości.

Krzysztof Wyszkowski

wyszkowski.com

Znowu ten wrocławski sąd. Powrót do stalinowskich metod sądzenia?

Prześladowca więźnia politycznego Grzegorza Brauna - sędzia Krzysztof KORZENIEWSKI
Sędzia Krzysztof Korzeniewski

Zaiste, gdy analizuje się tę sprawę, to aż chce się odnieść do postępowania sądu pamiętne porównania sędziego Igora Tulei, że postępowanie wymiaru sprawiedliwości „budzi (…) skojarzenia nawet nie z latami 80., ale z metodami z lat 40. i 50. – czasów najgłębszego stalinizmu”. Oby tylko finał był inny niż wtedy, a Grzegorza Brauna nie odwiedził seryjny samobójca, gdy zejdzie do piwnicy po ogórki do obiadu.

Co wolno w Polsce?

Wolno np. nazwać papieża – głowę największego Kościoła na świecie i zarazem głowę suwerennego państwa, z którym Rzeczpospolita utrzymuje stosunki dyplomatyczne – „chu…”.

Wolno zapowiedzieć prezesowi największej opozycyjnej partii i zarazem byłemu premierowi, że zostanie zastrzelony, wypatroszony, a jego skóra będzie wystawiona na sprzedaż.

Wolno nazwać opozycję „watahą” i zapowiedzieć jej „wyrżnięcie”.

Wolno nazwać ludzi modlących się publicznie „kandydatami do kliniki psychiatrycznej”.

Wolno, jak się jest z odpowiedniej rodziny, podpisywać umowy fałszywym nazwiskiem i robić interesy z aferzystą, ewentualnie urządzać szaleńcze jazdy po polskich drogach, łamiąc za jednym zamachem osiemdziesiąt przepisów.

Wolno nazwać profesorem człowieka, który nie ma matury, ma za to dobre stosunki z Niemcami i Żydami.

Wolno podsłuchiwać obywateli bez żadnego powodu.

Wolno lewackim celebrytom używać określeń rasistowskich.

Czego w Polsce nie wolno?

Nie wolno wyśmiewać głupoty prezydenta, który nie umie napisać jednego zdania bez błędów ortograficznych.

Nie wolno nazwać premiera, który głową państwa nie jest „matołem”.

Nie wolno napisać w Internecie, że należałoby się pozbyć premiera, który szkodzi Polsce.

Nie wolno podważyć tego, co mówi premier, zwłaszcza gdy mówi, że w Smoleńsku nie było zamachu.

Nie wolno nazwać homoseksualizmu „odchyleniem od normy”.

Nie wolno nazwać pewnych dziennikarzy duchowymi spadkobiercami KPP, chociaż czołowy ich przedstawiciel pochodzi z rodziny ukraińskich komunistów, a jego brat jest stalinowskim zbrodniarzem.

Nie wolno wytknąć lewackiemu autorytetowi, że w młodości był stalinowskim bandytą.

Nie wolno napisać, jak naprawdę zginął pewien profesor.

Nie wolno ujawniać tego, co mówią politycy, gdy myślą, że nikt ich nie słyszy.

No i przede wszystkim nie wolno kwestionować tego co mówi sędzia, nawet jak mówi głupoty, jest w oczywisty sposób stronniczy i nieobiektywny, a czasem wprost „wynajęty”do załatwienia określonej sprawy w określony sposób.

O tym ostatnim przekonał się na własnej skórze niepokorny reżyser Grzegorz Braun, który kilka dni temu został skazany na siedem dni aresztu, bo sędzia poczuł się urażony jego zachowaniem. O co poszło?

Siedem lat zastanawiania się sądu

Sprawa Grzegorza Brauna przed wrocławskim sądem ciągnie się już od siedmiu lat. W 2008 roku podczas patriotycznej manifestacji we Wrocławiu Grzegorz Braun poprosił (a jeśli nawet zażądał, to zgodnie z przysługującym mu prawem) jednego z policjantów, aby ten się wylegitymował, zanim dokona jego zatrzymania. Funkcjonariusz nawet nie odpowiedział, bowiem jego przełożony miał mu powiedzieć: „Co się będziesz z nim pier..lił”. Po czym reżyser został rzucony na ziemię i skuty kajdankami. „To jest bandytyzm” – ocenił (i nadal tak ocenia). Reżyser złożył wówczas skargę na bezprawne zatrzymanie. Skarga została odrzucona. Wkrótce potem Grzegorz Braun został oskarżony o… pobicie 5 policjantów.

Prześladowany w III RP opozycjonista i więzień polityczny – Grzegorz Braun
Prześladowany w III RP opozycjonista i więzień polityczny – Grzegorz Braun

Gdyby proces (na koszt podatników) nie ciągnął się już 6 lat, całe to oskarżenie byłoby wręcz śmieszne – nawet dziecko nie uwierzyłoby, że jeden mężczyzna może pobić pięciu innych uzbrojonych w pałki i broń ostrą. Ale wrocławski sąd wierzy i od sześciu lat sprawia wrażenie, że usilnie szuka jakiegokolwiek punktu zaczepienia, który pozwoli mu dowieść, że jest to możliwe, jakoby Grzegorz Braun bił funkcjonariuszy policji (po kolei? na wyrywki?), a ci stali i czekali na swoją kolej. Sąd oczywiście nie dostrzegł, że mogło dojść do sfałszowania podstawowych dowodów w sprawie, np. dokumentów policyjnych, z których wynika, że ten sam funkcjonariusz, w tym samym czasie był badany alkomatem i w zupełnie innym miejscu poddawał się obdukcji lekarskiej.

Do pudła!

Za co więc Grzegorz Braun został skazany na więzienie? Cóż, wiele wskazuje, że za to, iż błędy takie wykazuje (chociaż oficjalny powód był oczywiście zupełnie inny). Zdaniem sądu reżyser miał nazwać policjanta – tego, który zatrzymał go 6 lat temu – „bandytą” i „złodziejem”. Reżyser przyznaje, że nazwał go „bandytą”, ponieważ na to wskazywało jego zachowanie podczas zatrzymania w 2008 r. Ale nie nazwał go „złodziejem”. Co gorsza, reżyser zwrócił uwagę na nietypową formę przesłuchania funkcjonariusza wezwanego do sądu w charakterze świadka. Policjant zajrzał do sali, zamienił kilka słów z sędzią, który zapytał tylko, czy coś ma dodania w sprawie. Nie było więc żadnego przesłuchania, a co gorsza – uniemożliwiono oskarżonemu zadanie pytań świadkowi. Tym samym zostały złamane ustawowe prawa oskarżonego. Po tym quasi-przesłuchaniu sąd skazał Brauna na karę grzywny. Co szczególnie ciekawe, wymierzając karę grzywny, powołał się na nazwanie policjanta złodziejem, co nie miało miejsca. Usłyszawszy ów wyrok, Braun i jego adwokat opuścili salę sądową. I właśnie za to – za wyjście z sali – sąd skazał reżysera na 7 dni aresztu. Co na to skazany? „W tej sprawie to ja występuję w obronie wymiaru sprawiedliwości w Polsce i to ja bronię honoru sędziowskiego, który łajdacy poprzebierani za sędziów nieustannie szargają. Obrazą sądu jest to, czego wymiar sprawiedliwości dopuszcza się wobec mnie już siódmy rok” – podsumowuje Braun. Wygląda na to, że to nie koniec historii, bowiem gdy zgodnie z wolą sądu reżyser zgłosił się do wrocławskiego więzienia, został odesłany spod bramy z powodu braku miejsca. Poszedł więc do sądu, który go na areszt skazał, ale stamtąd został odesłany na policję. Zapowiada się, że wędrówka skazanego „od Annasza do Kajfasza” prawdopodobnie jeszcze potrwa. Znając poczynania obecnej władzy, można być niemal pewnym, że miejsce w więzieniu zwolni się tego dnia, kiedy Braun będzie miał ważne spotkanie, będzie kończył jakiś projekt, dokumentował patriotyczną demonstrację, wyjeżdżał na wakacje albo gdy będzie szybko potrzebny jakiś temat zastępczy, żeby odwrócić uwagę od premiera Tuska i jego haratania w gałę, ewentualnie podejrzanych interesów jego latorośli.

Kuriozum w naturze

O tym, że wymiar sprawiedliwości w Polsce jest chory, wiedzą wszyscy, włącznie z głównymi zainteresowanymi. Ale proces Grzegorza Brauna może służyć jako przykład „kuriozum w naturze” – trudno uwierzyć, żeby przez siedem lat sędzia nie mógł połapać się, kto kłamie, a kto mówi prawdę. W dodatku w Polsce sędzia, wydając wyrok, ma m.in. kierować się „zdrowym rozsądkiem”. Warto więc, zapytać, co ze zdrowym rozsądkiem sędziego, z całą powagą przyjmującego oskarżenia o pobicie pięciu policjantów przez jednego intelektualistę. Gdyby tak było, to właściwie należałoby mocno niepokoić się o bezpieczeństwo obywateli – jeśli jeden z nich jest w stanie pobić pięciu ludzi zawodowo związanych do zwalczania przestępczości, to znaczy, że nikt nie jest w tym kraju bezpieczny i właściwie należałoby wszcząć postępowanie dyscyplinarne wobec zwierzchnika, który „pobitych” funkcjonariuszy w ogóle dopuścił do służby.

Cała sprawa, jak wiele innych, zdaje się mieć drugie dno – Grzegorz Braun od lat w bezkompromisowy sposób rozprawia się z tzw. układem, od lat demaskuje „opozycjonistów”, którzy byli TW. To on pokazał prawdę o Lechu Wałęsie, przy czym jego drugi film o nim „TW Bolek” powstał – co za zbieg okoliczności – w 2008 r.! To on jest autorem filmu o gen. Wojciechu Jaruzelskim pt. „Towarzysz Generał” (który zresztą po jednorazowej emisji stał się tzw. półkownikiem, czyli wylądował na cenzorskiej półce). To on obnażył prawdę o polskiej „transformacji”. Zadziwiające, że najwięksi bohaterowie jego filmów – Lech Wałęsa czy gen. Jaruzelski nie odważyli się wystąpić przeciwko niemu na drogę sądową. Nie zrobili tego także różni opozycjoniści, których obnażył jako TW.

Najwyraźniej któryś z tych TW „dał zlecenie” na Brauna. Najwyraźniej stalinowska zasada – dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie – ma się w Polsce świetnie. W przypadku Grzegorza Brauna znalazł się i paragraf i „świadkowie”, i „dokumenty” i sąd, który to wszystko przyjmuje, za to nie ma ochoty rozważyć zastrzeżeń i wniosków oskarżonego. Zaiste, gdy się analizuje tę sprawę, to aż chce się odnieść do postępowania sądu pamiętne porównanie sędziego Igora Tulei, że postępowanie wymiaru sprawiedliwości „budzi (…) skojarzenia nawet nie z latami 80., ale z metodami z lat 40. i 50. – czasów najgłębszego stalinizmu”. Oby tylko finał był inny niż wtedy, a Grzegorza Brauna nie odwiedził seryjny samobójca, gdy zejdzie do piwnicy po ogórki do obiadu.

Aldona Zaorska

„Warszawska Gazeta” nr 30/2014

AlexJones.pl