Znaj proporcją, mocium panie, czyli medialne manipulacje rządowych mediów

tvn

Jak trzeba to żółty pasek TVN24 może być bardzo duży. Wczoraj [7.11.2014] był trzykrotnie większy niż w chwili, kiedy ujawniono aferę taśmową czy hazardową.

Światło dzienne ujrzała bowiem GIGANTYCZNA afera trzech posłów PiS, którzy próbowali przytulić około 5 tys. zł. Postawa naganna. Należy wyciągnąć konsekwencje. Widać jednak wyraźnie, że idą wybory i media rządowe muszą się wykazać. Stąd „wydania specjalne”, olbrzymie „żółte paski” i „alerty”. W takich okolicznościach, aby nam się w głowach nie poprzewracało od tej wielkiej afery, przypomnijmy dla jej właściwej percepcji wcześniejsze przekręty ekipy rządowej, które kosztowały polskich podatników dziesiątki miliardów złotych.

  • Afera hazardowa (szacowane straty na 12 mld zł);
  • Afera taśmowa (Belka–Sienkiewicz Gate; utrata zaufania do instytucji państwowych);
  • Afera stoczniowa (kilkaset milionów zł straty);
  • Afera stadionowa (kilkaset milionów zł straty);
  • Afera autostradowa (kilkaset milionów zł straty);
  • Afera z informatyzacją MSW (kilkaset milionów zł straty);
  • Afera z budową gazoportu w Świnoujściu oraz dostawami gazu z Kataru (około 1 mld zł straty);
  • Afera z opóźnioną publikacją ustawy ograniczającej możliwości transferowania podatków do rajów podatkowych przez Rządowe Centrum Legislacji (około 3 mld zł straty);
  • Afera z niekorzystną umową gazową (najdroższy gaz w Europie – około 2 mld zł straty rocznie);

(…)

  • Afera 3 posłów PiS, którzy w podróż służbową do Madrytu zamiast jechać samochodem, polecieli samolotem (szacunkowa strata ok. 5 tys. zł – suma zwrócona).

[8.11.2014 r.]

Niewygodne.info.pl

Polskojęzyczne media głównego nurtu dezinformacji do dziś są obsadzone i kontrolowane przez dzieci sowieckiej agentury…

resortowe dzieci

Większą część medialnych celebrytów, a także ludzi najbogatszych w Polsce stanowią ludzie wywodzący się z agentury komunistycznej i postkomunistycznej – mówi w rozmowie z portalem wPolityce.pl Ewa STANKIEWICZ, publicystka, reżyser, prezes Stowarzyszenia Solidarni 2010.

wPolityce.pl: Tygodnik „w Sieci” w obszernym dodatku publikuje najciekawsze fragmenty „Resortowych dzieci” i wraca do fenomenu tej książki, która stała się bestsellerem dziesięciolecia. W czym pani upatruje przyczynę, że „Resortowe dzieci” wstrząsnęły krajem?

Ewa Stankiewicz: Ta książka pokazała zakulisowe, rzeczywiste mechanizmy, które w dużej mierze kierują polską gospodarką w miejsce wolnego rynku. Chodzi o nieoczywiste, niewidoczne na pierwszy rzut oka metody działania. Takim poważnym mechanizmem jest siatka powiązań osób wpływowych w reżimie komunistycznym, a obecnie ich dzieci, które wpływają na życie polityczne i gospodarcze w Polsce w sposób nieprzejrzysty. To coś zupełnie przeciwnego do liberalnej gospodarki i transparentnej polityki, na co tak chętnie wszyscy się powołują.

resortowe-dzieci

Jaka struktura elit wyłania się z „Resortowych dzieci”?

Widzimy, że czołówka osób wpływowych w Polsce to w dużej mierze są dzieci komunistycznej nomenklatury.

Zarówno osoby opisane w książce, jak i komentatorzy z tzw. mainstreamu zarzucają, że nie można stosować „odpowiedzialności rodzinnej” i win rodziców przerzucać na dzieci…

Tu nie chodzi o obciążanie dzieci winami rodziców. Rodzi się natomiast podstawowe pytanie, czy te dzieci zrobiłyby karierę, gdyby nie ich rodzice. Chodzi o nieuczciwe mechanizmy, które wchodzą w miejsce wolnej konkurencji i wyścigu talentów. Pozytywna selekcja, która powinna następować zgodnie z talentem, energią i umiejętnościami, jest zastąpiona znajomościami. Chcemy wiedzieć, kto był kim nie dlatego, żeby karać. W każdym demokratycznym kraju przejrzystość życia publicznego jest wartością.

Ewa Stankiewicz
Ewa Stankiewicz

Na czym ta przejrzystość powinna polegać?

Każdy normalny obywatel w normalnym kraju chce wiedzieć, kto jest kim wśród osób pełniących publiczne funkcje, mających wpływ na opinię publiczną i podejmujących decyzje wiążące się z wydawaniem publicznych pieniędzy. Powtarzam: w demokracji przejrzystość życia publicznego jest wartością. Jeśli okazuje się, że większą część celebrytów – bo nie mówimy o wyjątkach, lecz zjawisku masowym i systemowym – mających wpływ na opinię publiczną, większość gwiazd mediów, a także większość ludzi najbogatszych w Polsce, dysponujących wpływem na gospodarkę, stanowią ludzie wywodzący się z nomenklatury komunistycznej i postkomunistycznej, to jest to niezmiernie niepokojące. Powstaje naturalne pytanie, w jaki sposób ci ludzie zrobili karierę. Czy zawdzięczają tę karierę umiejętnościom, czy jednak, jeśli ma to postać systemową, miejsce w którym się znaleźli, jest wynikiem korupcji i zakulisowych powiązań. O tym społeczeństwo powinno wiedzieć.

Książka „Resortowe dzieci” odniosła ogromny sukces, świetnie się sprzedaje, mimo wrogiego nastawienia mainstreamu. Jakie z tego płynie doświadczenie?

Widać, że pomimo olbrzymiej propagandy nie da się zakrzyczeć zdrowego rozsądku. Ludzie są „pałowani” nieuczciwymi powodami, dla których mieliby się nie interesować tym, kto podejmuje decyzje w ich imieniu, kto wpływa na ich opinie w sprawach publicznych. Te powody są na pozór szlachetne, a przez to tym bardziej nieuczciwe. Nie chodzi o odpowiedzialność rodzinną, tylko o to, że rodzice, którzy konstruowali reżim komunistyczny w Polsce, w tej chwili zapewniają kariery swoim dzieciom – poprzez siatkę powiązań, system szantażu, tajne archiwa…

Widać klęskę oficjalnej propagandy?

Sukces „Resortowych dzieci” pokazuje, że manipulowanie i tresowanie opinii publicznej nie przynosi efektu. Ludzie zachowują zdroworozsądkowy odruch. Skoro widzą dziennikarkę, która codziennie wyskakuje z telewizyjnego okienka w prime time’ie i wpływa na to, co myślą Polacy, chcą wiedzieć, skąd ona się wzięła. Czy przyszła pewnego dnia, żeby uczestniczyć w ogłoszonym publicznie konkursie i wygrała go, bo była najlepsza? Czy po prostu jej tatuś zadzwonił do kogoś i poprosił, by przyjąć ją do redakcji, bo szefem tej redakcji był jego kolega z SB albo człowiek, którego ów tatuś prowadził jako oficer prowadzący.

Ta książka jest też kolejnym dowodem na to, że przekaz niezależny, płynący wbrew głównemu nurtowi, nie musi być niszowy…

Myślę, że tendencja w ogóle się odwraca. Coraz większym obciachem staje się tzw. mainstream. Są całe środowiska, gdzie nie wypada wręcz powoływać się na „Gazetę Wyborczą” czy TVN. Niezależny obieg powoli staje się mainstreamem. To droga do normalności. Ale zobaczymy, jak będzie. Mam surową ocenę tego, co dzieje się w kraju. Myślę, że ludzie obecnie rządzący nie oddadzą władzy dobrowolnie.

źródło: http://wpolityce.pl/polityka/208056-polecamy-wyjatkowy-dodatek-do-wsieci-stankiewicz-czy-oni-zrobiliby-kariere-gdyby-nie-ich-rodzice

Ewa Stankiewicz

*Ewa Stankiewicz (ur. 1967) – reżyser, scenarzystka filmowa, dziennikarka i działaczka społeczna, prezes Stowarzyszenia „Solidarni 2010”. Zaangażowana w wieloletni trudny proces ujawniania przyczyn i faktu zamachu smoleńskiego z 10 kwietnia 2010 roku. Autorka m.in. głośnych filmów: „Trzech kumpli” (2008), „Solidarni 2010” (2010) oraz „Lista pasażerów” (2011). Prowadzi bloga EwaStankiewicz.wordpress.com

TVN traci tysiące widzów – miażdżący spadek oglądalności po konformistycznej prezentacji afery taśmowej

tvn manipulacje

TVN – komórka wiadomych służb ds. Dezinformacji Polaków ostro pikuje. Polacy zaczynają się powoli budzić. „Fakty” TVN – sztandarowy program dezinformacyjny dla lemingów odnotował w czerwcu, obok „Panoramy”, największą stratę widowni. W porównaniu do czerwca 2013 r. „Fakty” straciły prawie 13 proc. widzów!

„Fakty” ogląda już mniej widzów niż „Teleexpress” i „Wiadomości”.

Jak informuje portal WirtualneMedia.pl – oglądalność audycji w czerwcu 2014 r. zmalała o 12,87 proc. (366 tys. widzów) w porównaniu do ubiegłego roku i wyniosła 2,48 mln osób. Udział „Faktów” w rynku wyniósł jedynie 22,69 proc., choć przed rokiem było to 28,33 proc.

TVN

Przypomnijmy, że w dniu, w którym po raz pierwszy poinformowano o aferze taśmowej, dla TVN publikacja „Wprost” nie była ciekawym tematem. Zamiast tego w serwisie TVN24 o godz. 15 obejrzeliśmy m.in. rozmowę o „spalaczach tłuszczu” i letnim odchudzaniu, relację z pokazów „monster trucków” we Wrocławiu oraz „wstrząsający” materiał dotyczący agresywnych szczurów.

manipulation-television-brainwashing-frith

O godz. 15:30 podano co prawda informacje z Ukrainy i Iraku, ale jeszcze ważniejszym tematem była warszawska Parada Równości. Do rozmowy o tej ostatniej sprawie zaproszono nawet politologa dr. Norberta Maliszewskiego, który ubolewał nad tym, jak wielkim problemem w Polsce jest nietolerancja wobec homoseksualistów. O publikacji „Wprost” poinformowano dopiero o godz. 15:42, podkreślając, że tygodnik „Wprost” „nie jest w stanie zweryfikować autentyczności nagrań”. Materiał był jednak krótki, a po więcej informacji odesłano telewidzów… na portal internetowy tvn24.pl.

Niezalezna.pl, WirtualneMedia.pl

aa-propaganda-bernays-quote-300x152

Sitwa, „służby” i przyjaciele…

sowa

W restauracji Sowa i Przyjaciele, ulubionym lokalu rosyjskich dyplomatów i polityków Platformy Obywatelskiej, w saloniku VIP-ów najważniejsi urzędnicy państwowi prowadzili poufne rozmowy, które zostały nagrane. Część z nich opublikował tygodnik „Wprost”; wiadomo jednak, że stenogramów i nagrań jest znacznie więcej. Ta sytuacja ma szerszy wymiar: Tusk nigdy nie był tak słaby jak dzisiaj, a to jest z kolei na rękę Bronisławowi Komorowskiemu, który walczy o przejęcie wpływów w Platformie.

– Nie jest ważne, kto nagrał, bo przy dzisiejszej technice może to zrobić praktycznie każdy. Prawidłowe pytanie brzmi, w jakim celu to zrobiono i dlaczego prokuratura nie wszczyna postępowania, które objęłoby wszystkich członków rządu – mówi gen. Zbigniew Nowek, były szef Urzędu Ochrony Państwa, następnie Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i wiceszef Biura Bezpieczeństwa Narodowego za czasów prezydentury prof. Lecha Kaczyńskiego.

Gen. Nowek uważa, iż nie można wykluczyć żadnej hipotezy, łącznie z tą, że jeden z ministrów może być szantażowany. Jeżeli są informacje, że jest więcej nagrań niż te, które opublikowano, należy sprawdzić, czy którykolwiek z członków Rady Ministrów zrobił coś, co mogłoby zostać wykorzystane przez szantażystów. W tej chwili tak bowiem można odczytać ten sygnał: przekazaliśmy dziennikarzom część nagrań, ale jest ich więcej i możemy z nich zrobić użytek. Niewykluczona jest także hipoteza walki o wpływy np. w polityce – komentuje gen. Nowek.

vip-room

Jego zdaniem zawiodły służby kontrwywiadowcze. – Jeżeli zamontowano w restauracji podsłuch, to bez problemu można było tam też umieścić ładunek wybuchowy. Po tragedii smoleńskiej rządzący przekonywali nas, że służby specjalne działają prawidłowo, że zdały egzamin. Teraz widać, jak naprawdę działają mówi były szef ABW.

Nagrania zostały zrobione w restauracji położonej na warszawskim Mokotowie, blisko najważniejszych urzędów w państwie oraz ambasady rosyjskiej. Rosyjskich dyplomatów nasi rozmówcy widzieli tu wielokrotnie. Ze strony internetowej właściciela lokalu Roberta Sowy (znanego m.in. z występów w telewizji TVN i Radiu Zet) możemy się dowiedzieć o organizowanych przez niego prestiżowych eventach – m.in. galach i bankietach.

W ostatnich trzech latach przygotował on m.in. catering dla Lotto w Pałacu w Wilanowie, catering dla gości loży biznesowych oraz sekcji Gold i Silver Stadionu Legii podczas meczu Polska–Francja – bankiet dla Legii Warszawa,  Bal Przymierza Rodzin z udziałem prezydenta Bronisława Komorowskiego i prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz, Dni Polskie w Brukseli i 80-lecie banku PKO BP SA.

Stenogramy, które się nie ukazały

Poza opublikowanymi nagraniami są także zapisy innych rozmów, m.in. szefa CBA Pawła Wojtunika z wicepremier i minister infrastruktury Elżbietą Bieńkowską oraz szefa NIK Krzysztofa Kwiatkowskiego z biznesmenem Janem Kulczykiem, który niedawno kupił akcje państwowej firmy Ciech [firma znana z produkcji współczesnego Cyklonu B czyli śmiercionośnych, ludobójczych substancji, które są codziennie rozpylane nad naszymi głowami (tzw. chemtrails) – przyp. taw].

Rozmowy te także zostały nagrane w restauracji Sowa i Przyjaciele; podobnie jak w poprzednich przypadkach, wykonano również fotografie. Na zdjęciach widać postacie wchodzące do lokalu – nie są to stop-klatki z zainstalowanych w pobliżu kamer, lecz zdjęcia wykonane aparatem fotograficznym. To oznacza, że osoby, które je robiły, wiedziały doskonale o terminie spotkania oraz o tym, kto jest umówiony. Do zwyczajów ludzi z rządu Donalda Tuska należy prowadzenie ważnych, poufnych rozmów przy drogim obiedzie, zwykle za kilka tysięcy złotych.

Według nieoficjalnych informacji, rozmowa, która miała miejsce pomiędzy Pawłem Wojtunikiem a Elżbietą Bieńkowską, dotyczyła kar unijnych, które nam grożą m.in. za infoaferę, którą szef CBA nazwał „największą aferą w historii”. W lutym tego roku okazało się, że Unia Europejska zablokowała Polsce wypłatę 488 mln euro na realizację projektów informatycznych. Wstrzymanie refundacji dotyczyło wydatków programu „Innowacyjna gospodarka”. Sytuacja nie zmieni się do momentu uzyskania przez Unię całkowitej pewności, że polskie władze podjęły kroki niezbędne do identyfikacji i wycofania faktur zagrożonych oszustwami. „Infoafera może zniweczyć plany Bieńkowskiej” – alarmowała na początku br. „Rzeczpospolita”, w której m.in. czytamy: „Zważywszy, że e-projekty, jak i wszystkie inne inwestycje dotowane przez UE z budżetu na lata 2007–2013, muszą być rozliczone do końca 2015 r., oznacza to, że z uratowaniem tych pieniędzy mogą być nie lada problemy, bo prawdopodobieństwo, że sąd do tego czasu wyda wyrok w sprawie infoafery, jest naprawdę znikome. I nawet Bieńkowska nie pomoże, bo sprawa jest rozwojowa, cały czas się toczy i kiedy się zakończy – nie wiadomo. A potem będzie etap sądowy. Ile on potrwa, tego nie wie nikt, ale niemożliwe się wręcz wydaje, aby sąd orzekł przed końcem 2015 roku”.

Tuż przed wybuchem afery podsłuchowej posłowie przegłosowali, że nie będzie komisji śledczej badającej infoaferę – sprawa po raz kolejny została zamieciona pod dywan.

Rzecznik CBA Jacek Dobrzyński potwierdził, że doszło do spotkania jego szefa z wicepremier Bieńkowską. – Spotkanie szefa CBA z wicepremier Elżbietą Bieńkowską odbyło się w miejscu publicznym, było spotkaniem oficjalnym, umówionym przez sekretariaty z inicjatywy pani wicepremier. Jest naturalne, że szef CBA Paweł Wojtunik w ramach swoich zadań służbowych spotyka się z wieloma osobami i nie ma w treści tych rozmów nic nagannego. Jestem spokojny i w tym przypadku nie obawiam się niczego niewłaściwego – stwierdził rzecznik CBA w sobotę, gdy na stronie internetowej „Wprost” ukazały się fragmenty artykułu na temat afery podsłuchowej.

W podobnym tonie wypowiedział się rzecznik prasowy NIK Paweł Biedziak. W przesłanym Polskiej Agencji Prasowej oświadczeniu napisał, że w czasie rozmowy z Janem Kulczykiem szef NIK poinformował go, iż ze swoimi problemami przedsiębiorca powinien zgłosić się do innych organów państwa.

Dlaczego wicepremier polskiego rządu Elżbieta Bieńkowska i szef CBA Paweł Wojtunik oraz szef NIK Krzysztof Kwiatkowski i najbogatszy Polak Jan Kulczyk spotykali się w prywatnej restauracji na obiedzie? Na to pytanie żaden z rzeczników nie odpowiedział. Nie wiadomo też, z jakich funduszy zapłacono za te spotkania – czy były to środki własne, czy też państwowe pieniądze przeznaczone np. na wydatki reprezentacyjne. Nie jest także jasne, kto miałby to sprawdzić – szef CBA, który z urzędu powinien się tym zająć, sam uczestniczył w takim obiedzie.

Wzmocniony Komorowski

Po ukazaniu się stenogramów Bronisław Komorowski wykazał daleko idącą powściągliwość. W jego imieniu wypowiedziała się szefowa prezydenckiego biura prasowego Joanna Trzaska-Wieczorek, oznajmiając, że „prezydent czeka na wyjaśnienie”. Symptomatyczne było zachowanie prezydenckiego doradcy Tomasza Nałęcza. Zaraz po publikacji w internetowym wydaniu „Wprost”, w wywiadzie dla portalu Tomasza Lisa stwierdził:

„Cała historia brzmi nieprawdopodobnie, to próba znalezienia sensacji. Ktoś nie miał tematu i sobie wymyślił takie nagrania. Wygląda mi to na próbę ratowania nakładu pisma. Jestem przeciwko nagrywaniu ludzi, którzy poszli coś zjeść. Tego rodzaju praktyki trzeba traktować z oburzeniem i przymrużeniem oka”.

Dzień później Nałęcz mówił coś zupełnie  innego: „Dziennikarz zaskoczył mnie w środku lasu podczas spaceru z psem” – stwierdził prezydencki doradca. Później przyznał, iż nagrania są „kompromitacją naszego państwa”, a „sprawa musi być wyjaśniona”.

W czasie gdy przez Polskę przetaczało się „podsłuchowe tornado”, Bronisław Komorowski gościł z oficjalną wizytą na Węgrzech. Pozwoliło mu to uniknąć wypowiedzi w tej kwestii, ale – jak zauważają niektórzy komentatorzy – sytuacja jest dla niego wymarzona. Od dawna tajemnicą poliszynela jest jego szorstka przyjaźń z Tuskiem, który – jak twierdzi otoczenie premiera – zastanawia się nad startem w przyszłorocznych wyborach prezydenckich. Informacja ta krąży w kuluarach sejmu od pierwszych dni czerwca. Tusk spodziewa się porażki w wyborach parlamentarnych, a prezydentura pomogłaby mu utrzymać część władzy i wpływów.

Na taką sytuację nie jest przygotowany Komorowski, który chce walczyć o drugą kadencję, ale do tego potrzebne mu są struktury PO i silne poparcie partii. Mocno osłabiony Tusk jest dla obecnego prezydenta idealnym prezentem – przy pomocy m.in. Grzegorza Schetyny może po swojemu poukładać Platformę. Kolejnym elementem tej rozgrywki są służby – to właśnie Donald Tusk i Bartłomiej Sienkiewicz (odpowiedzialny za nowelizację ustawy o ABW) chcą pozbawić prezydenta jakiegokolwiek wpływu na służby specjalne. Ostro sprzeciwia się temu gen. Stanisław Koziej, szef prezydenckiego Biura Bezpieczeństwa Narodowego, który już zapowiedział, że jeżeli te kontrowersyjne zapisy zostaną uchwalone przez sejm, prezydent nie podpisze nowelizacji ustawy o ABW.

Dlatego – jak komentują nieoficjalnie  niektórzy politycy PO – publikacja „Wprost” trafiła się Komorowskiemu jak ślepej kurze ziarno.

Ludzie służb

Tygodnik „Wprost” opublikował nagrania i stenogramy rozmów pomiędzy prezesem Narodowego Banku Polskiego Markiem Belką, Sławomirem Cytryckim, szefem jego gabinetu, oraz Bartłomiejem Sienkiewiczem, ministrem spraw wewnętrznych. Kolejne rozmowy odbyły się pomiędzy Andrzejem Parafianowiczem, byłym szefem wywiadu skarbowego, Sławomirem Nowakiem, byłym ministrem transportu, oraz Dariuszem Zawadką, byłym szefem GROM-u.

– Ci ludzie czuli się całkowicie bezkarni, o czym świadczy sposób i tematyka prowadzonych przez nich rozmów – komentuje Antoni Macierewicz, wiceprezes PiS, twórca kontrwywiadu wojskowego. Jego zdaniem obecne służby specjalne są kompletnie zdemoralizowane.

Rozmowy zostały nagrane w prywatnej restauracji, a najciekawsze jest to, że niemal wszyscy ich uczestnicy (poza Sławomirem Nowakiem) byli związani ze służbami specjalnymi.

Marek Belka w archiwach służb specjalnych figuruje jako kontakt operacyjny komunistycznego wywiadu o pseudonimie „Belch” – podpisał tzw. instrukcję wyjazdową i zobowiązanie do zachowania w tajemnicy kontaktów z funkcjonariuszami wywiadu PRL-u. Z kolei Sławomir Cytrycki, absolwent studiów ekonomicznych w Leningradzie w ZSRS i wicedyrektor gabinetu Wojciecha Jaruzelskiego w czasie jego prezydentury, figuruje w dokumentach IPN jako kontakt operacyjny „Ritmo”.

Bartłomiej Sienkiewicz to narybek służb III RP – do Urzędu Ochrony Państwa trafił zaraz po jego utworzeniu. Po odejściu z UOP pracował m.in. w Ośrodku Studiów Wschodnich.

Andrzej Parafianowicz, uważany za jednego z najbliższych współpracowników byłego szefa ABW Krzysztofa Bondaryka, od lat zajmował się tematyką bezpieczeństwa. Pracował m.in. w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji jako wicedyrektor w Krajowym Centrum Informacji Kryminalnej (1999–2000), w czasach gdy Bondaryk był wiceszefem MSWiA. Po objęciu władzy przez PO jesienią 2007 r. Parafianowicz został podsekretarzem stanu w Ministerstwie Finansów, obejmując funkcję generalnego inspektora informacji finansowej, generalnego inspektora kontroli skarbowej i pełnomocnika rządu ds. zwalczania nieprawidłowości finansowych na szkodę Rzeczypospolitej Polskiej lub Unii Europejskiej.

Dorota Kania, Niezalezna.pl

Aferalna III RP:

https://tajnearchiwumwatykanskie.wordpress.com/category/afery-tuska/