Nie ma ani jednego Powstańca Warszawskiego, który by twierdził, że Powstanie Warszawskie było bez sensu. Bohaterstwo 44 – czyli ile kosztuje honor narodu?

Bohaterstwo 44

To było dawno temu. Pamiętam warszawski świat mojego dzieciństwa: zawsze gwarne i wypełnione dziećmi podwórko osiedla na Rudawce, szkołę numer 159 z boiskiem, na którym latem i zimą spędzaliśmy czas od rana do nocy, zapach drzew, pór roku i chleba pieczonego na patyku na łąkach koło Wojskowego Instytutu Medycyny Lotniczej, pamiętam, jak wyglądali moi nauczyciele, sąsiedzi i przyjaciele. Te wspomnienia z dawnych lat są bardzo bogate. Czasami słyszę jeszcze głosy moich kolegów z dzieciństwa. Lasek na Kole był naszym polem bitewnym. Marzyliśmy o tym, by stać się mężczyznami, dzielnymi, honorowymi, jak Powstańcy Warszawscy – i wierzyliśmy, że wspaniale byłoby oddać życie za swój kraj, jak Oni – i że lepiej umrzeć, niż stracić twarz…

Powstanie Warszawskie „od zawsze” było dla mnie najważniejszym wydarzeniem, zdecydowanie ponadhistorycznym, które mnie kształtowało i poruszało do głębi. Jako dla warszawiaka z wielopokoleniowej warszawskiej rodziny, który w dodatku całe swoje dzieciństwo i młodość przeżył tuż obok Cmentarza Komunalnego na warszawskich Powązkach, największej powstańczej nekropolii, Powstanie Warszawskie było powodem do zadumy nad tragicznym losem mojego miasta i moich przodków, ale jednocześnie powodem do wielkiej dumy z ich poświęcenia i bohaterstwa. Bo nie ma w historii nowożytnej miasta, które miałoby bardziej tragiczną, ale też bardziej bohaterską kartę…

Rozmowy o Powstaniu Warszawskim z jego uczestnikami rozpocząłem jako mały chłopiec, gdy każdego roku 1 sierpnia byłem zaprowadzany przez rodziców na pobliski Cmentarz Powązkowski, by spotkać się z uczestnikami tamtych wydarzeń. Gdy dorosłem, na spotkania te i rozmowy chodziłem już sam – a później ze swoimi dziećmi. I tak rok po roku powiększałem wiedzę o Powstaniu Warszawskim – jego przyczynach, przebiegu i skutkach – o źródła najlepsze z możliwych: o relacje wprost od uczestników wydarzeń.

We wszystkich tych odnotowanych przez dziesiątki lat relacjach – absolutnie we wszystkich!!! – zawsze pobrzmiewał jeden ton: nie było takiej siły, która latem 1944 roku mogła zmusić tamtych chłopców i tamte dziewczęta do stania z bronią u nogi. By to zrozumieć, musiałem odbyć właśnie te setki spotkań i rozmów z Bohaterami. Trzeba było ich usłyszeć, gdy opowiadali, jak przez 5 długich lat nie było w Warszawie ani jednego dnia bez ulicznych łapanek, publicznych egzekucji, mordowania dniem i nocą – tylko za to, że Polak był Polakiem. Jak po pięciu latach wyniszczania, jakiego nie doznało żadne inne miasto w okupowanej przez Niemców Europie, nie było już w Warszawie ani jednej rodziny, która nie straciłaby kogoś (najczęściej wielu) z bliskich. Trzeba było usłyszeć o niemieckiej pogardzie i nienawiści, o tym, jak wyjście po zakupy było podróżą w nieznane i często kończyło się w Palmirach, na Pawiaku lub w Oświęcimiu. Trzeba było usłyszeć te słowa, że woleli zginąć, niż pozwolić oprawcom na dalsze bezkarne mordowanie – bo przecież do tego sprowadzał się rozkaz Niemców o stawieniu się, pod karą śmierci, wszystkich mężczyzn pomiędzy 16 a 65 rokiem życia, do kopania fortyfikacji obronnych. W Warszawie latem 1944 roku nikt nie miał wątpliwości, że chodzi o to, by tych ludzi zebrać w jedno miejsce, a następnie wywieźć i wymordować. Na to wszystko nałożył się niezwykły klimat przełomu lipca i sierpnia 1944 roku. Pomimo setek odbytych wcześniej z Powstańcami rozmów, zrozumiałem to tak naprawdę dopiero jako dojrzały już człowiek przed kilku laty, gdy rozmawiałem z profesorem Witoldem Kieżunem, który ostatnio wspominał Powstanie w znanej już rozmowie z Krzysztofem Ziemcem.

http://vod.tvp.pl/audycje/publicystyka/prawde-mowiac/wideo/prof-witold-kiezun-03082014/16299164

Ta relacja, w moim przekonaniu, pointuje dyskusję o sensie Powstania Warszawskiego, bo tłumaczy, skąd wzięła się heroiczna postawa Powstańców Warszawskich, która dla każdego Polaka powinna być symbolem nie „obłędu”, o nie! – lecz bohaterstwa, które na zawsze winno odcisnąć ślad na polskiej świadomości!

Byliśmy przekonani, że trzeba walczyć o wolność, nawet jeśli mielibyśmy zginąć, choćby po to, by po pięciu latach bestialstwa ukarać zbrodniarzy. Powstanie musiało wybuchnąć, było koniecznością. Ci, którzy dziś twierdzą inaczej, nie wiedzą, co mówią. Jakie były ówczesne realia? My od dawna przygotowywaliśmy się do Powstania, które miało wybuchnąć, gdy Niemcy będą się wycofywać. Tak było ustalone. Jednocześnie sowieckie radio nawoływało: „Warszawiacy, Armia Czerwona jest tuż. Ruszajcie do walki. Pomożemy wam.” Sytuacja była taka, że 100 tysięcy warszawiaków miało wydaną karę śmierci. Każdy mężczyzna pomiędzy 16 a 65 rokiem życia, którego pochwyciliby Niemcy, mógł zostać rozstrzelany na miejscu. A rozkazu o Powstaniu jak nie było, tak nie ma. Zaczęliśmy między sobą rozmawiać, że z rozkazem czy bez, trzeba się będzie jakoś bronić. Pojawiły się nawet głosy, że nasze dowództwo chyba nas zdradziło. Co robić? Tylko patrzeć, jak zaczną nas mordować, jednego po drugim. A my mamy tak stać i czekać? Byliśmy zrozpaczeni. 30 lipca dowiedzieliśmy się o tajnym niemieckim rozkazie. Wszyscy niemieccy cywile 2 sierpnia rano mieli być przygotowani do ewakuacji. Nasze dowództwo natychmiast się o tym dowiedziało. Sprawa była jasna. Zrozumieliśmy, że 2 sierpnia ewakuują Niemców i wtedy wymordują nas. Otoczą poszczególne dzielnice, wyciągną z domów ludzi w sile wieku i ich rozstrzelają, a pozostałą ludność wysiedlą. W związku z tym rozkaz wybuchu Powstania był koniecznością. Zwłaszcza, że pierwsze czołgi radzieckie pojawiły się na Pradze. Wyglądało na to, że można było liczyć na atak Rosjan na Warszawę. Po pięciu latach bezkarnego mordowania, niszczenia, podłości i pogardy mogliśmy wreszcie stanąć z Niemcami twarzą w twarz i podjąć walkę. My naprawdę wierzyliśmy w to, że jest jedna tylko rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenna – i nie jest nią życie. Wierzyliśmy, że tą rzeczą jest honor

— mówił profesor Kieżun.

Myślę, że gdyby wszyscy rozumieli to słowo – honor – jak rozumie je profesor Witold Kieżun i jego pokolenie, dyskusja o sensie Powstania Warszawskiego byłaby bezprzedmiotowa.

Zastanówmy się, czym jest honor narodu i czy można zmierzyć jego wartość?

Tak, jak na osobowość pojedynczego człowieka składa się wiele cech, ale szczególnie ciekawe są te, które dotyczą indywidualnej historii życia każdego z nas, tak na temperament narodu składa się wiele cech, ale szczególnie znaczące są te, które dotyczą historii narodu. Gdyby pokusić się o dokonanie analizy historycznej narodu polskiego, tak jak dokonuje się analizy historii pojedynczego człowieka, obejrzelibyśmy film z następującym scenariuszem: od zamierzchłych czasów przywiązanie do wartości narodowych było dla Polaków źródłem zdolności do najwyższych poświęceń. Zwycięstwa nad często liczniejszym i silniejszym wrogiem, Bitwa pod Grunwaldem i Odsiecz Wiedeńska, zrywy narodowe w okresie zaborów i zatrzymanie na Wiśle pochodu bolszewików idących na podbój Europy, to jedynie wybiórcze przykłady tej zdolności, której apogeum przypada na okres po odzyskaniu niepodległości z przeszło wiekowej niewoli. Od tego momentu Polska rzuci się w wir nadrabiania straconego czasu, rozwinie się gospodarczo, wybuduje COP i nowoczesny port w Gdyni, przeprowadzi budowę systemu monetarnego i odzyska prestiż na arenie międzynarodowej. Jednocześnie ogromny nacisk położony zostanie na kształtowanie kośćca moralnego, na propagowanie – w szkołach, książkach, mass mediach – postaw honorowych. W efekcie w okresie poprzedzającym wybuch II wojny światowej, w dobie, gdy sąsiedzi Polski poddają się baz walki a sojusznicy chowają głowę w piasek, minister spraw zagranicznych Józef Beck wygłosi niezapomniane przemówienie: „Pokój jest rzeczą cenną i pożądaną. Nasza generacja wykrwawiona w wojnach na pewno na okres pokoju zasługuje. Ale pokój, jak prawie wszystkie sprawy tego świata, ma swoją cenę, wysoką ale wymierną. My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę. Jest jedna tylko rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenna. Tą rzeczą jest honor” – a później, przez pięć kolejnych lat, cały naród dawać będzie dowód bezprzykładnego w dziejach heroizmu, którego tragiczną, ale jakże piękną i bohaterską, bezprecedensową w polskiej historii pointą, będzie Powstanie Warszawskie…

Czy zatem traktując kulturę, tradycję i ciągłość historyczną jako konfigurację zachowań przekazywanych z pokolenia na pokolenie, a także przyjmując że jako Polacy, mamy z innymi Polakami wspólnych przodków, a więc i wspólne kulturowe dziedzictwo (a co za tym idzie wspólne, wyrosłe na gruncie temperamentu narodowego i obyczaju, wady i zalety), możemy przyjąć, że stanowimy naród ludzi honorowych, zdolnych dla honoru do najwyższych poświęceń? W oparciu o fakty historyczne można zgodzić się, że pewne narody są bardziej predysponowane do postaw honorowych niż inne, co widać na przykładzie zderzenia postaw– skrajnie przecież różnych – Czechów i Polaków z okresu II wojny światowej. Te różnice postaw nie wzięły się jednak znikąd.

W latach trzydziestych w Polsce i w Czechach działały inne mechanizmy społeczne i kulturowe. W polskich domach i szkołach, w polskim filmie i teatrze, w polskich mediach lansowany był wzorzec Polaka-patrioty, polska młodzież była wychowywane w duchu ogromnego patriotyzmu, a w obronie honoru Polaka żaden koszt nie był zbyt duży. A zatem nawiązując do utrwalonych wzorców ja, jako Polak, musiałem zachować się honorowo, bo tak zachowaliby się bohaterowie moich książek, moi przodkowie, którzy walczyli na wojnie w 1920, moi szkolni koledzy, ludzie których znałem. Tymczasem wychowanie młodzieży czeskiej dalekie było od lansowania tak patriotycznych i honorowych postaw i być może gdyby w okresie międzywojennym czeska młodzież była wychowywane podobnie do polskiej, inna byłaby postawa Czechów w obliczu zagrożenia agresją i później, pod niemiecka okupacją. Reasumując nie jest tak, że jeden naród to naród urodzonych bohaterów, a drugi to naród tchórzy. Jest natomiast tak, że określona kultura, ciągłość historyczna oraz określone wzorce lansowane w danej kulturze predysponują do bohaterstwa, dzielności i postaw honorowych, bądź nie. Wychowanie do tego, by zawsze zachowywać się honorowo, to proces wieloetapowy, który zaczyna się w dzieciństwie. Kultura, wzorce, stereotypy – wszystkie te dane przekazywane z pokolenia na pokolenia jako element zgromadzonej przez społeczeństwo wiedzy sięgają głęboko, jak folklor. Są pierwszym i najpotężniejszym źródłem informacji tak o własnej jak o innych grupach społecznych. Rodzice, którzy w znacznej mierze przesądzają o zaspokojeniu poznawczych potrzeb dziecka, są w pierwszych latach dominującymi, a niekiedy wyłącznymi modelami zachowań honorowych lub nie, co sprawia, że dzieci – które błyskawicznie chłoną wiedzę – muszą przejmować ich zachowania. Drugim obok rodziców czynnikiem wywierającym wpływ na postawy dzieci są teksty literackie i z czasopism dziecięcych. – Pokażcie bajki i opowiadania, jakich słucha najmłodsze pokolenie, a dowiecie się, jak będzie wyglądało społeczeństwo za trzydzieści lat – mówią psychologowie społeczni. Przygotowany przez rodziców „materiał” podlega „obróbce” w procesie nauczania. Dochodzą kolejne osoby obdarzone autorytetem: nauczyciele, wychowawcy, księża, autorzy książek, bohaterowi filmów, programów tv – które odciskają piętno na postawach młodych ludzi. Jeżeli zachowana jest ciągłość, jeżeli postawy odnośnie np. postaw honorowych propagowane przez rodziców są spójne z tym, czego nauczają szkolni wykładowcy, o czym się czyta i co lansują media, to tak „prowadzona” młodzież wyrośnie na pokolenie ludzi honorowych, którzy tę wartość będą cenić najwyżej – bardziej niż życie.

Nie bez przyczyny takim – honorowym – pokoleniem była właśnie młodzież wychowywana w Polsce międzywojennej, kształtowana na przykładach bohaterów Sienkiewicza. „My wszyscy z niego” – mówił kapitan Władysław Raginis, który wraz ze swoim przyjacielem porucznikiem Stanisławem Brykalskim, niczym bohaterowie żywcem przeniesieni z kart Trylogii, Ketling i Wołodyjowski, złożyli pod Wizną przysięgą, że prędzej zginą, niż cofną się o krok – i tej przysięgi dotrzymali…

W wymiarze ludzkim Powstańcy Warszawscy przegrali. Podobnie, jak przegrali obrońcy polskich Termopilów: kapitan Władysław Raginis i porucznik Stanisław Brykalski. Podobnie, jak przegrały tysiące innych Bohaterów Września 1939 roku.

Ale czy wszyscy Oni naprawdę przegrali?

Czy – biorąc pod uwagę współczesne realia – przegranym jest ktoś, kto w sytuacji, gdy kilku osiłków napastuje staruszkę w autobusie, zamiast spoglądać za okno, stanie w jej obronie i straci przy tym zdrowie lub nawet życie?

Czy tacy ludzie są ofiarami „obłędu”, jak chcą niektórzy?

Odpowiadam: jeżeli tak, jeżeli bohaterstwo, poświęcenie i honor mają być obłędem, a tchórzostwo, koniunkturalizm, cwaniactwo i brak honoru wartością, jeżeli na tym ma się opierać ten świat, to chyba lepiej nie żyć w takim świecie!

Bohaterowie Powstania Warszawskiego dokonali wyboru w zgodzie z wartościami, w jakie wierzyli, w zgodzie z wiarą, że choć – po ludzku rozumując – życie jest wartością najwyższą, to jednak istnieje coś więcej niż tylko życie.

To byli ludzie, którzy potrafili pięknie żyć i pięknie umierać.

Myślę sobie, że ci, którzy tego nie rozumieją i podważają sens poświęcenia Bohaterów, nie potrafiliby ani jednego, ani drugiego.

Wojciech Sumliński

Wojciech Sumliński*Wojciech Sumliński (ur. 1969) — dziennikarz, publicysta, autor książek: „Kto naprawdę go zabił?” [o ks. Jerzym Popiełuszce], „Teresa, Trawa, Robot. Największa operacja komunistycznych służb specjalnych”, „Z mocy bezprawia” [o mafijnej, całkowicie zinfiltrowanej przez tajne służby obcych państw, Trzeciej RP], „Z mocy nadziei. Thriller, który pisze życie” [o prześladowanym przez służby specjalne mafijnej III RP dziennikarzu śledczym] oraz przygotowywanej na wrzesień książki „Lobotomia 3.0” [o zorganizowanej przez państwo polskie w powiązaniu z tajnymi służbami strategii blokowania śledztwa i mataczenia w sprawie najgłośniejszego i najbardziej tajemniczego morderstwa w powojennej Polsce, jakim było bestialskie zabójstwo ks. Jerzego Popiełuszki].

wPolityce.pl

Poznaj losy młodych powstańców, ich codzienne zmagania, nadzieje i myśli, jakie towarzyszyły im podczas tych 62 dni walk.

Kup audiobook: „Wspomnienia z Powstania Warszawskiego”(CD mp3).

Nagranie obejmuje 60 opowiadań autorstwa Gustawa Gerarda Grackiego pseudonim „Junek”, uczestnika Powstania Warszawskiego.

Reklamy

Podkulone nogi ofiar – odkrycie masowego grobu na warszawskim Służewie

ekshumacje

Podkulone nogi, ugięte ramiona, ciała rzucane bezładnie do dołów. Wczoraj na cmentarzu na warszawskim Służewie IPN podjął pierwsze szkielety. To trzej młodzi mężczyźni.

– To są na pewno osoby zamordowane, tak samo jak te, które widzieliśmy na Łączce – relacjonuje prof. Krzysztof Szwagrzyk.

Wczoraj wykopano pierwsze szkielety ofiar UB i Informacji Wojskowej [niechlubna poprzedniczka WSI – przyp. taw]. To drugie co do wielkości miejsce, gdzie komuniści grzebali ofiary swojego terroru z lat 1945-1956. Profesor Krzysztof Szwagrzyk, który kieruje projektem naukowo-badawczym „Poszukiwania nieznanych miejsc pochówku ofiar terroru komunistycznego z lat 1944-1956”, uważa, że jest to wielkie pole grzebalne ofiar komunizmu w Polsce.

Prace wykopaliskowe trwają od dwóch dni, oprócz IPN jest w nie zaangażowana Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa oraz Ministerstwo Sprawiedliwości.

Nie wiadomo jeszcze, kim byli ludzie, których szczątki wczoraj odkryli archeolodzy, kiedy zmarli i w jaki sposób zostali zamordowani. Odpowiedź na te pytania przyniosą dopiero badania genetyczne, które będzie prowadzić ekipa dr. Andrzeja Ossowskiego.

Pewne jest, że to ofiary komunistycznych represji. – Wykopujemy pierwszą jamę grobową, w której mamy trzech młodych mężczyzn wysokiego wzrostu. Trudno ocenić, ile ciał się w niej znajduje – relacjonuje prof. Szwagrzyk, który spodziewa się, że grób do wieczora zostanie odsłonięty w całości.

Ofiary na pewno zostały zamordowane. – To taki sam widok, jaki spotykaliśmy na Powązkach, a więc

szczątki są ze sobą splecione i rzucone bezładnie do dołu. Ugięte nogi, ugięte ramiona. Widać, że temu rzucaniu ciał do jamy grobowej musiał towarzyszyć pośpiech

– opowiada historyk.

Badania wykopaliskowe mają zweryfikować informacje, według których może tam spoczywać od kilkuset do tysiąca osób.

Masowy grób ofiar komunistycznych represji, cmentarz na ul. Wałbrzyskiej w Warszawie, 1 lipca 2014 r.
Masowy grób ofiar komunistycznych represji na cmentarzu przy ul. Wałbrzyskiej na warszawskim Służewie, 1 lipca 2014 r.

Odkrywki prowadzone są w miejscach wolnych, a więc chodnikach, przy wejściach i bokach alejek. Nie ma jednak wątpliwości, że szczątki więźniów leżą też pod współczesnymi grobami. Tak jak na Łączce z wydobytych na Wałbrzyskiej szkieletów zostanie pobrany materiał DNA, który pozwoli sporządzić indywidualne profile genetyczne. Najpierw jednak konieczne jest ustalenie płci, wieku, długości ciała. Tym zajmą się lekarze z Zakładu Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.

IPN apeluje do krewnych ofiar terroru komunistycznego o zgłaszanie się do obecnych na służewskim cmentarzu naukowców, którzy pobiorą materiał genetyczny niezbędny do analizy porównawczej.

Na Służewie prowadzony jest dopiero pierwszy etap prac. Jego celem, oprócz odkrycia szczątków, jest również określenie wielkości obszaru badanego pola.

Ekipa działa na bazie różnego rodzaju materiałów archiwalnych i – tak jak w przypadku kwatery „Ł” na warszawskich Powązkach – zdjęć lotniczych.

W ramach projektu, w wyniku ekshumacji prowadzonych w latach 2012-2014, w kwaterze „Ł” cmentarza Wojskowego na Powązkach odnaleziono szczątki prawie 200 ofiar terroru komunistycznego. Byli wśród nich m.in. mjr Zygmunt Szendzielarz „Łupaszko” oraz mjr Hieronim Dekutowski „Zapora”. W tym czasie odkrywano szczątki ofiar komunistycznych represji w Białymstoku. Na odkopanie czekają jeszcze pozostałe ofiary z Łączki, teraz przyszła kolej na odnalezienie kolejnych bohaterów, których ciała pogrzebano przy ul. Wałbrzyskiej w Warszawie.

Maciej Walaszczyk

NaszDziennik.pl

Masowy grób ofiar komunistycznego terroru na ul. Wałbrzyskiej (Służew) w Warszawie – prof. Krzysztof Szwagrzyk

szwagrzyk

„Szukamy ludzi, których zabito za walkę o niepodległość Ojczyzny. Bezapelacyjnie należy im się nasza wdzięczność i pamięć. Powinniśmy szukać ich szczątków, wydzierać je spod chodników czy innych miejsc, gdzie wcześniej je zbezczeszczono przez wrzucenie do dołów, zasypanie i polanie wapnem” – z prof. Krzysztofem SZWAGRZYKIEM, historykiem IPN kierującym pracami zespołu poszukującego szczątków ofiar terroru komunistycznego z lat 1945-1956, rozmawia Magdalena Pachorek

Magdalena Pachorek: Instytut Pamięci Narodowej wczoraj rozpoczął prace poszukiwawczo-archeologiczne na cmentarzu przy ulicy Wałbrzyskiej w Warszawie, na którym skrycie pogrzebano skazańców z lat 1945-1956. Dlaczego dopiero teraz zdecydowano o zainicjowaniu badań?

Prof. Krzysztof Szwagrzyk: – W ramach realizacji projektu „Poszukiwanie miejsc pochówku ofiar terroru komunistycznego 1944-1956” prowadzonego przez IPN staramy się dokumentować miejsca, gdzie w tamtym okresie grzebano ich ciała.

s1

Odbywało się to w utajnionych i w większości nieznanych do dziś miejscach: na cmentarzach i w pobliżu cmentarzy, w pobliżu siedzib aparatu bezpieczeństwa, w lasach i na poligonach wojskowych.

W tej chwili w całym kraju badanych jest kilkadziesiąt takich terenów, z tym że są one na różnym etapie przygotowań. Wśród nich są takie, na których jesteśmy w stanie rozpocząć prace ziemne, ale są też takie, które jeszcze muszą zostać poddane pewnym pracom sprawdzającym. Dopiero po dokładnym sprawdzeniu terenu podejmujemy decyzje, kiedy możemy takie miejsce przebadać.

Jeżeli chodzi o cmentarz przy ulicy Wałbrzyskiej, to został on już udokumentowany w sposób absolutnie wystarczający w oparciu o to, co dotychczas udało się ustalić.

W pewnym fragmencie jest on zajmowany przez kwaterę więzienną, gdzie w latach 40. mogło zostać pochowanych nawet około tysiąca osób. Wśród nich może być wielu Żołnierzy Niezłomnych

– ludzi straconych, zamordowanych, zmarłych nie tylko na ul. Rakowieckiej, ale także w innych więzieniach, aresztach i obozach istniejących wówczas na terenie Warszawy.

MP: Jak będą przebiegać prace na służewskim cmentarzu?

KS: – Prowadzimy działania sondażowe w dostępnych nam miejscach. Proszę pamiętać, że dawne pole więzienne zostało przeznaczone do ponownych pochówków, zatem mamy tutaj setki współczesnych pomników. W związku z tym obszar do poszukiwań jest dla nas bardzo ograniczony, ale staramy się wykorzystać każdą wolną przestrzeń, żeby prowadzić prace ziemne.

W tej chwili mamy założone trzy sondaże, na których pracujemy. Myślę, że każdy dzień będzie przynosił kolejne odkrycia. Dzisiaj znaleźliśmy co najmniej jeden grób masowy, który ukazał nam się w pierwszym sondażu. Obecnie staramy się to miejsce pogłębić i doprowadzić do odkrycia całej płaszczyzny, żebyśmy następnie mogli rozdzielić splątane z sobą szczątki i odpowiednio je przebadać.

Masowy grób ofiar komunistycznych represji na cmentarzu przy ul. Wałbrzyskiej na warszawskim Służewie, 1 lipca 2014 r.
Odkrywanie masowego grobu ofiar komunistycznego terroru na cmentarzu przy ul. Wałbrzyskiej na warszawskim Służewie, 1 lipca 2014

Po znalezieniu szczątków są one bardzo dokładne badane przez specjalistów z zakresu medycyny sądowej i antropologów oraz dokumentowane w postaci rysunków i fotografii. Następnie są przenoszone do polowego laboratorium, gdzie poddaje się je bardzo szczegółowym badaniom lekarskim, zostaje pobrany i zabezpieczony materiał genetyczny, po czym szczątki są składane do trumienek. Za jakiś czas dzięki pobranemu materiałowi genetycznemu będzie można potwierdzić czyjąś tożsamość, a w dalszej perspektywie pochować odnalezione przez nas szczątki. W każdym wypadku procedura jest taka sama. Nasze prace potrwają od dwóch do trzech tygodni.

MP: W prace poszukiwawczo-archeologiczne włączają się również wolontariusze. Kim są osoby, które zdecydowały się poświęcić swój wolny czas na poszukiwanie szczątków ofiar?

KS: – Rzeczywiście wielu wolontariuszy włącza się w nasze działania. Są to młodzi ludzie, którzy przyjechali z różnych miejsc kraju, żeby mieć osobisty udział w szukaniu miejsc pochówku ofiar terroru komunistycznego. Pomagają nam harcerze, kibice Legii Warszawa, Śląska Wrocław, studenci oraz osoby pracujące. Postawa tych osób jest niezwykle budująca – są zainteresowane historią swojej Ojczyzny i chętni do bezpośredniego badania jej dziejów. Zresztą nie jest to odosobniony przypadek. Zawsze kiedy informujemy o rozpoczęciu kolejnych prac archeologicznych w danym miejscu, zgłasza się do nas bardzo dużo młodych ludzi, którzy chcą zaangażować się w prowadzone przez nas poszukiwania.

MP: Dlaczego, Pana zdaniem, jako społeczeństwo nie możemy się poddawać w poszukiwaniu szczątków ofiar terroru komunistycznego z lat 1945-1956?

KS: – Oczywiście takie badania muszą być prowadzone, ponieważ

szukamy ludzi, których zabito za walkę o niepodległość Ojczyzny. Bezapelacyjnie należy im się nasza wdzięczność i pamięć. Powinniśmy szukać ich szczątków, wydzierać je spod chodników czy innych miejsc, gdzie wcześniej je zbezczeszczono przez wrzucenie do dołów, zasypanie i polanie wapnem.

łączka

Obowiązkiem nas wszystkich jest doprowadzenie tego, żeby zostały one wydobyte i przeniesione w godne miejsce. Naszym zadaniem jest upamiętnienie ofiar terroru komunistycznego oraz umożliwienie ich rodzinom zapalenie świeczek na ich rzeczywistych grobach, a nie w miejscach symbolicznych.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Magdalena Pachorek

NaszDziennik.pl