Czym się różnią wybory w Polsce od wyborów w krajach cywilizowanych? — analizuje dr Grzegorz Kostrzewa-Zorbas

syriza

Dziesięć godzin od zamknięcia lokali wyborczych potrzebowała Grecja, aby obliczyć i podsumować około 99 procent głosów oddanych w wyborach parlamentarnych, zatem przełożyć wolę narodu na nowy układ sił politycznych i dać podstawę do tworzenia koalicji rządzącej i rady ministrów.

Głosowanie, liczenie i sumowanie głosów oraz publikacja wyników – przez internet w czasie rzeczywistym, nie na wymęczonych i tragikomicznych konferencjach prasowych – odbyło się szybko, sprawnie, skutecznie, przejrzyście i bez budzenia żadnych wątpliwości. Niemożliwe?

Wcześnie rano po dniu głosowania, gdy stało się bardzo prawdopodobne, że zwycięska lewicowa [antysystemowa — przyp. TAW] partia SYRIZA nie będzie mieć większości absolutnej w parlamencie, zaczął rozmowy koalicyjne lider tej partii z potencjalnym koalicjantem – prawicową partią Niezależni Grecy. Wyborca i każdy obywatel wstając i włączając internet, telewizję lub radio, albo kupując gazetę do porannej kawy, od razu wiedział, że politycy nie śpią po hucznych wieczorach wyborczych, lecz bez chwili zwłoki tworzą – mimo podziałów – rząd dla kraju. Niemożliwe?

Lider partii Niezależni grecy Panos Kammenos z liderem partii SYRIZA Aleksisem Ciprasem
Lider partii Niezależni Grecy Panos Kammenos z liderem partii SYRIZA Alexisem Tsiprasem

Tsipras_Kammenos

Przed dwunastą w południe rozmowy zakończono i koalicję utworzono. Zasiadając do popołudniowego obiadu w stylu tradycyjnym lub wcześniejszego lunchu w stylu globalnym, Grecy mieli nowy rząd, chociaż jeszcze bez wielu szczegółów programowych i personalnych. Partia lewicowa i partia prawicowa nie zawahały się – mimo tysiąca różnic ideologicznych – przed kompromisem i współrządzeniem dla realizacji wspólnych najwyższych priorytetów: umocnienia niepodległości państwa, zmiany polityki makroekonomicznej oraz zmiany stosunków z władzami Unii Europejskiej i Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Wewnątrz żadnej z koalicyjnych partii nie zerwała się burza oskarżeń o zdradę, nieczystość, herezję i schizmę. Nie ma ani zwykłych bluzgów, ani strategii wojny kulturowej. Niemożliwe?

„Demokracja” nie jest jedynym pojęciem pochodzącym z Grecji. Także – pojęcia „ekonomia” i „kryzys”. Ale również – „strategia”, „polityka” i „etyka”. Oraz – „system” i „technologia”.

Przypominać światu to wszystko – i dużo więcej – dzisiejsza Grecja potrafi, gdy…

się budzi.

Ważna inicjatywa społeczna: Nie pozwolimy na zniszczenie kart wyborczych, czyli dowodów rzeczowych największego w demokracji przestępstwa: sfałszowania wyborów. Sprawdź, gdzie zgłosić protest

protest-wyborczy

Jest pytanie do prawników i naukowców specjalizujących się w badaniach kryminalistycznych o ocenę wątpliwości dotyczących tego, że np. dostawiano krzyżyki. Analiza grafologiczna, sprawdzenie tuszu powinny wykazać, czy krzyżyk został postawiony tym samym długopisem — mówi w rozmowie z portalem wPolityce.pl Piotr Trudnowski z Klubu Jagiellońskiego, koordynator akcji ProtestWyborczy.pl

wPolityce.pl: Do 31 grudnia, zgodnie z obowiązującym prawem wyborczym, mają być zniszczone karty do głosowania. Czy to oznacza, po tej dacie sprawa wyborów będzie ostatecznie „pozamiatana”, bo znikną dowody ewentualnych nieprawidłowości i fałszerstw?

Piotr Trudnowski: W tej chwili wszystko zależy od dwóch rzeczy. Po pierwsze – od ilości złożonych protestów wyborczych, które można składać do 1 grudnia i może je składać każdy wyborca. Złożenie protestu wyborczego sprawia, że ten termin 31 grudnia (zniszczenie kart – red.) w danym okręgu nie obowiązuje. Wszędzie tam, gdzie zostaną złożone protesty, termin zniszczenia kart zostanie przesunięty do 30 dni po uprawomocnieniu wyroku ws. protestu wyborczego.

Piotr Trudnowski, Klub Jagielloński

W okręgach, gdzie nie będzie protestów, karty bezwzględnie zostaną zniszczone?

— Tak. Zgodnie z przepisami następuje to 30 dni po terminie składania protestów wyborczych, który upływa 1 grudnia. Przygotowaliśmy apel do ministra kultury, który podpisał rozporządzenie ws. sposobu przekazywania, przechowywania i udostępniania dokumentów z wyborów, o zmianę tego aktu lub wydanie przepisów wewnętrznych zatrzymujących niszczenie kart.

niszczarka_

Dlaczego odpowiednie instytucje państwowe, łącznie z PKW, same nie występują o zablokowanie niszczenia kart?

— Zaczęliśmy te działania w przekonaniu, że w tej chwili ze strony administracji państwowej mamy do czynienia z lekceważeniem powagi sytuacji, w której setki tysięcy ludzi jest przekonanych o wystąpieniu nieprawidłowości wyborczych, a jednocześnie z drugiej strony opozycja nie wykorzystuje tego rodzaju skutecznych środków nacisku. Dlatego organizacje pozarządowe, środowiska think tank mają obowiązek reagowania. Wyszliśmy z założenia, że wykorzystywanie ram prawnych jest najbardziej skuteczną, bo niekwestionowaną przez nikogo formą działania. Dlaczego z własnej inicjatywy nie dzieje się to na scenie politycznej czy wśród urzędników, tego nie wiemy. Naszą petycję podaliśmy do wiadomości szefów klubów parlamentarnych, prezesa NIK i innych aktorów życia publicznego. Zwracamy uwagę na poważną sytuację prawną, na którą nikt z nich – mimo, że powinien – dotychczas nie zwrócił uwagi. Stąd publiczna forma wezwania ministra kultury i szefa Krajowego Biura Wyborczego do działania. Gdy karty zostaną zniszczone, będzie można zapomnieć o wiarygodnych analizach dotyczących prawidłowości wyborów.

niszczarka

Czego można dowiedzieć się z kart, które w tej chwili są spakowane w zapieczętowanych workach?

— Przede wszystkim można wyczytać podstawową informację, jak wyglądały nieważne głosy. W związku z szeroko omawianym problemem, że Kodeks wyborczy nie zobowiązuje członków komisji wyborczej do odnotowywania tego, jaką formę ma głos nieważny, czy jest to pusta kartka, czy wielokrotny krzyżyk, nie mamy obecnie tych informacji, które były dostępne przy wszystkich poprzednich wyborach.

CZYTAJ WIĘCEJ: Cuda na urną zaczęły się… w Senacie: po cichu wycięto obowiązek rozliczania głosów nieważnych

W związku z tym, jeżeli ktokolwiek miałby przeprowadzić analizę nieważnych głosów – np. naukowcy, organizacje pozarządowe – to musi mieć dostęp do wszystkich kart. Przeprowadzenie analizy wszystkich kart wydaje się bardzo trudne do przeprowadzenia, ale nawet punktowe badanie ma ogromne znaczenie, a będzie niemożliwe, jeżeli karty zostaną zniszczone. To rzecz podstawowa – opracowanie statystyki głosów nieważnych, której nie ma. Jest też pytanie do prawników i naukowców specjalizujących się w badaniach kryminalistycznych o ocenę wątpliwości dotyczących tego, że np. dostawiano krzyżyki. Analiza grafologiczna, sprawdzenie tuszu powinny wykazać, czy krzyżyk został postawiony tym samym długopisem.

Uchronienie kart przed zniszczeniem jest więc pierwszą i podstawową rzeczą, którą trzeba zrobić, by wyjaśnić wątpliwości dotyczące wyborów?

— Na pewno to bardzo ważne. A głównym działaniem, które sprawi, że karty nie będą zniszczone jest składanie protestów wyborczych. Analiza kart dokonana przez socjologów, statystyków czy grafologów, jeśli protesty wyborcze nie będą składane, będzie wiedzą stricte naukową. Bardzo ważną dla opinii publicznej, dzięki której obywatele będą mieli przekonanie, czy wybory były, czy nie były uczciwe. Ale jeżeli chodzi o samą ważność wyborów, to kluczowe jest składanie protestów. Bo tylko i wyłącznie sądy mogą podważyć ważność głosowania w konkretnym okręgu.

Jest postulat PiS i SLD, żeby skrócić kadencję nowych organów samorządowych i powtórzyć wybory…

— Oczywiście, tylko to nie odpowiada na pytanie, czy wybory były przeprowadzone prawidłowo, czy nieprawidłowo. Jeżeli nic w sprawie wyborów się nie stanie, to 30% Polaków, jak wyszło w sondażu, nadal będzie przekonanych, że wybory były sfałszowane. A jeżeli zostanie skrócona kadencja sejmików, to inne 30% będzie przekonanych, że unieważniono wyniki prawidłowych wyborów. Należy więc przede wszystkim wyczerpać do końca drogę prawną.

Śledź RAPORT z przebiegu wyborów! Kliknij i bądź na bieżąco

Rozmawiał Jerzy Kubrak

wPolityce.pl

Klub-Jagielloński

Fałszerstwo się dokonało. Albo w Exit Polls, albo w lokalach wyborczych

dziadki

Po wieczornej konferencji prasowej członków PKW wiadomo już, że nie żyjemy w normalnej demokracji. Jeszcze wczoraj można było pisać o potrzebie natychmiastowej reanimacji, dziś pacjentka trafiła do kostnicy i tylko cud może ją jeszcze ożywić.

Wpakowała ją tam, rzecz jasna, nie tylko PKW, ale i władza, która nadal woli rżnąć głupa niż wziąć odpowiedzialność za kształt polskiej demokracji i kondycję państwa. Brak wyników procentowych poszczególnych komitetów wyborczych, brak podania do wiadomości publicznej zestawienia poparcia dla poszczególnych partii to dowód skrajnej bezczelności już nie tylko „leśnych dziadków”, ale i wszelkich organów państwowych. To gest Kozakiewicza pokazany polskiemu społeczeństwu. PKW tłumaczyła dziś, że nie może podać procentowych wyników, bo to „ogrom liczenia”. Kiedy kilku dziennikarzom udało się przebić przez narrację np. człowieka z Radia Zet, który w pierwszym pytaniu na konferencji chciał dowiedzieć się, jaki był przebieg… „zajść w PKW”, nagle… podano procentowe wyniki. Nagle „ogrom liczenia” udało się opanować w pół godziny! Ktoś najwyraźniej uznał, że to jednak „przegięcie” – informować wyłącznie o największej liczbie mandatów dla PO, a nie podać tej najprostszej wiadomości, że wybory wygrało PiS. Tak wyglądają demokratyczne standardy w III RP.

Okazało się, że wyniki badań exit polls nijak nie odpowiadają (po raz pierwszy w historii!) ostatecznemu rozkładowi mandatów w samorządach: 179 dla PO, 169 dla PiS, 159 dla PSL, 28 – dla SLD. Wniosek jest prosty – albo Polacy wprowadzali ankieterów w błąd, albo wyniki wyborów zostały sfałszowane. Politologom, którzy wciąż, jak nawiedzeni, próbują nas przekonać, że ludzie najpierw oddawali głosy nieważne, zaznaczając krzyżyki na kilku listach, a potem mówili ankieterom „Głosowałem na PiS”, radzę ochłonąć. Dlaczego bowiem głosujący na PSL podawali ankieterom informacje prawdziwe? Skąd taki „przepływ” głosów z PiS (wobec exit polls – strata ok. 4 proc.) na PSL (wobec exit polls – zysk ok. 7 proc.)? Wyborcy PiS nie wiedzieli, na kogo w istocie zagłosowali? Kto to kupi?

Przypomniałem już dziś na Twitterze, że po wprowadzeniu w 1981 roku w Polsce stanu wojennego wielu przyzwoitych ludzi porzuciło PZPR, nie chcąc przykładać ręki do Jaruzelskiego szamba. Czy dziś znajdą się tacy w szeregach PO i PSL? Bo że mamy w kraju dziennikarzy stricte reżimowych, którzy nawet na widok egzekucji ulicznych będą dowodzić, iż to wina wiatru, który zniósł kule zawodników trenujących na strzelnicy, to już wiemy. Pisałem też niedawno, z ciężkim sercem, o sprostytuowaniu się części dziennikarzy z kilku stacji telewizyjnych i tytułów prasowych. Dziś mam ochotę zacytować jedną z popularnych kiedyś wśród młodzieży hip-hopowych piosenek, z refrenem „Hip, hip, k… przez duże K!”. To dziś już hymn części mainstreamowych politruków.

Z ostatniej chwili: Jacek Żakowski w TVN24 właśnie stwierdził, że „okrzyki, iż wybory trzeba powtórzyć, bo zostały sfałszowane, to jest Białoruś!”. A gdy poprawiono go, że tak krzyczeć na Białorusi nie można, bo się za to idzie siedzieć, funkcjonariusz propagandy odparł: „Ale mi chodzi o to, co było wcześniej. To jest rusko-białoruska tradycja!”. Czyli – w Związku Radzieckim krzyczano o fałszowaniu wyborów. Niech mi ktoś z Państwa wytłumaczy – jak można z tak otumanionym nienawiścią człowiekiem, plotącym takie bzdury, jeszcze o czymkolwiek rozmawiać?

Frustracja obecnej władzy jest zrozumiała. Trzeba by udawać głuchego i ślepego, żeby klaskać polskiej „demokracji”

 

Jak to państwo działa widoczne jest gołym okiem. Nieudolność goni fuszerki, amatorszczyzna i bezradność przeradzają się w ślepy odwet przy użyciu przemocy. Na tej zasadzie od długiego czasu działają wszystkie agendy państwowe. Mające rzekomo dbać o porządek i bezpieczeństwo obywateli, gwarantować przestrzeganie prawa. Zamiast tego same świadomie łamią prawo. Prokuratura, służby specjalne, policja.

Zjawisko to nasiliło się za rządów Platformy.  A swoje apogeum osiągnęło, gdy na jedną z najważniejszych osób w państwie wyrósł człowiek od ponad lat 20 związany z tajnymi służbami, Bartłomiej Sienkiewicz. To pod jego kierownictwem zdarzyło się, podajże po raz pierwszy od słynnych wydarzeń marcowych z 1968 roku, aby policja i tajne służby wkroczyły na teren uniwersytetu. Po blisko 25 latach wolności przeżyliśmy to samo rozwydrzenie tajnych służb w obronie dawnego rzezimieszka komunistycznego Zygmunta Baumana. Ten pozornie potężny szef MSW nie potrafił obronić nawet samego siebie przed nielegalnymi podsłuchami.

Wściekłość stępiła mu do tego stopnia rozum i instynkt samozachowawczy, że nasłał zbirów z ABW, aby przemocą odebrali dziennikarzom nagrania świadczące o daleko posuniętej degeneracji polskich elit związanych z władzą. Teraz jego linię realizują ci, którzy po nim pozostali i którzy przyszli na jego miejsce.

Sienkiewicza nie ma, ale bezprawie obowiązuje. Wielu komentatorów działania policji wobec dziennikarzy, którzy rejestrowali na użytek opinii publicznej okupację sali konferencyjnej PKW, porównują do sposobu postępowania znienawidzonej milicji obywatelskiej w czasach PRL-u. Prezydent Bronisław Komorowski od kilku miesięcy przy każdej okazji podkreśla wielkie osiągnięcia polskiej wolności po 25 latach od jej uzyskania. Trzeba by udawać głuchego i ślepego, żeby móc  przyklasnąć zachwytom prezydenta nad polską demokracją. Wybitnym dowodem tych wolnościowych praktyk w państwie prawa jest zatrzymanie dziennikarzy w czasie ich zawodowych i społecznych obowiązków. Polska przestaje być europejskim krajem, kiedy gwałci wolność mediów. A Kopacz uważa, że tracimy europejskość nie zgadzając się na ideologię gender. Dziś jest znowu jak w dawnych, PRL-owskich czasach policja ma uprawnienia do wysuwania oskarżeń bezpośrednio do sądu i karać w trybie przyspieszonym, jak się kiedyś mówiło „z bomby”. W ten sposób, będąc stroną w konfliktach np. z dziennikarzem może nawciskać w oskarżeniu co chce. Staje się niepodważalną prokuraturą.  Gdzie my jesteśmy? Jak media mają pełnić swą rolę kontrolna wobec władzy.

Byłem przekonany, że zatrzymanie dwójki dziennikarzy przez policję było przypadkowe i nastąpiło w wyniku tumultu i chaosu jaki miał miejsce po wkroczeniu do budynku PKW sił policyjnych. Zdawało mi się, że kiedy tylko policja ustali, że ma do czynienia z dziennikarzami, przeprosi ich i natychmiast wypuści. Teraz już wiem, jak wielka była moja naiwność. Zrozumiałem, że tak jak kiedyś mówiło się, że MSW jest zbrojnym ramieniem partii, to dziś wystarczy do ostatniego słowa dopisać tylko rządzącej. A reszta pozostaje bez zmian.

Jerzy Jachowicz

24.10.2008 WARSZAWA JERZY JACHOWICZ DZIENNIKARZ PISARZFot. Marcin Lobaczewski

 

SDP.pl

Wybory do Parlamentu Europejskiego zostały sfałszowane i są nielegalne. Serwery wyborcze u kolegi Tuska. Lista cudów nad urną

Marcin Artur Jabłoński2
Kilka tygodni przed eurowyborami serwery Krajowego Biura Wyborczego przeniesiono do firmy Exatel, której prezesem w marcu 2014 r. został Marcin Jabłoński, wcześniej wiceszef MSW w rządzie Donalda Tuska oraz członek KLD i PO. Wiceprezesem Exatela jest od niedawna syn Władysława Bartoszewskiego, sekretarza stanu w Kancelarii Premiera.

Tegoroczne wybory do Parlamentu Europejskiego upłynęły pod znakiem licznych wyborczych skandali: łamania procedur, nieprawidłowości w liczeniu głosów, ogromnej liczby nieważnych głosów. Poważne wątpliwości budził też elektroniczny system sumowania głosów i przesyłu danych, zwłaszcza że w wielu komisjach to informatyk akceptował – bądź nie – dane umieszczane później w protokołach wyborczych.

Łącza i serwery u byłego wiceszefa MSW

Wybory do Parlamentu Europejskiego odbyły się 25 maja 2014 r. Kilka tygodni wcześniej, na początku maja, serwery Krajowego Biura Wyborczego przeniesiono do serwerowni firmy Exatel SA. Firma ta została również niedługo przed eurowyborami wyłoniona w przetargu jako operator łączy internetowych KBW. Informację tę potwierdził Romuald Drapiński, wicedyrektor Zespołu Prawnego i Organizacji Wyborów KBW ds. Informatycznego Systemu Wyborczego. – Serwery KBW, które były dotychczas usytuowane w firmie ATM, zostały z początkiem maja przeniesione do serwerowni Exatela – powiedział Drapiński.

Exatel jest niemal w całości własnością Polskiej Grupy Energetycznej, kontrolowanej przez skarb państwa – więc na pozór przekazanie jej serwerów KBW i nadzoru nad wyborczymi łączami internetowymi jest zrozumiałą decyzją. Zwolennikiem zlecenia Exatelowi obsługi wyborów był m.in. Jerzy Urbanowicz, zmarły w 2012 r. autor głośnego raportu o możliwości ingerowania Rosji w proces wyborczy w Polsce.

Problem polega jednak na tym, że w marcu 2014 r. – a więc dwa miesiące przed wyborami – dotychczasowego prezesa Exatelu Wojciecha Pomykałę zastąpił na tym stanowisku Marcin Jabłoński, polityk rządzącej Platformy Obywatelskiej. Jabłoński przez lata należał do Kongresu Liberalno-Demokratycznego, Unii Wolności, a później do PO. Dwukrotnie startował z list partii Donalda Tuska do sejmu (w 2001 r. i 2005 r.) i raz do Parlamentu Europejskiego (2004 r.). W latach 2008–2010 był marszałkiem województwa lubuskiego, a w 2011 r. Donald Tusk powierzył mu stanowisko wojewody lubuskiego. W marcu 2013 r. Jabłoński trafił do MSW, gdzie został wiceministrem ds. policji i BOR. To właśnie on odpowiadał za policyjne zabezpieczenie ostatniego Marszu Niepodległości, który zakończył się atakiem na rosyjską ambasadę. Według wielu komentatorów była to rządowa prowokacja wymierzona w opozycję.

marcin jabłoński2
Marcin Artur Jabłoński (ur. 1965)

Jabłoński to nie jedyna osoba powiązana z rządem, która trafiła tuż przed eurowyborami do Exatelu. W maju 2014 r. wiceprezesem Exatelu został Władysław Teofil Bartoszewski, syn Władysława Bartoszewskiego, sekretarza stanu w Kancelarii Premiera Tuska, od wielu lat deklarujący wrogość wobec PiS.

teofil b.– Z jednej strony to dobrze, że obsługę wyborów powierzono firmie państwowej, a nie prywatnej. Ale obsadzenie Exatela ludźmi związanymi z obozem PO, i to niedługo przed wyborami, niepokoi. Jeśli pojawią się jakiekolwiek uzasadnione zastrzeżenia co do prawidłowości procesu wyborczego w obszarze, za który odpowiedzialny był Exatel, winę za to ponosić będzie rząd Donalda Tuska – mówi Antoni Macierewicz, poseł PiS, były szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego.

Czy system przyjmie głosy?

W poniedziałek pełnomocnik wyborczy komitetu PiS skierował do Sądu Najwyższego protest wyborczy przeciwko ważności wyborów do Parlamentu Europejskiego. Liczne udokumentowane przykłady łamania przepisów wyborczych zebrał powołany przez tę partię zespół ds. monitorowania wyborów kierowany przez poseł Annę Sikorę.

Najgłośniejszy przypadek pogwałcenia kodeksu wyborczego został uwieczniony na nagraniu przedstawiającym wydarzenia po zakończeniu wyborów w komisji, której lokal znajdował się w warszawskiej Szkole Głównej Handlowej. Po godz. 21 głosy z tej komisji zapakowane zostały przez część członków komisji do worków, a następnie wyniesione z lokalu komisji i włożone do bagażnika prywatnego auta. Wcześniej nie wywieszono protokołu przy wejściu do siedziby komisji, choć według przepisów powinno się to zrobić niezwłocznie po przeliczeniu głosów. Rozliczenie kart do głosowania nastąpiło przez wrzucenie worków do piwnicznego okienka, bez sprawdzenia ich zawartości. Co ciekawe, osobie, która nagrywała film, tłumaczono, że sporządzone protokoły przed wywieszeniem ich w ogólnie dostępnym miejscu musi zatwierdzić… informatyk! Dlaczego? – Nie wiemy, czy system przyjmie to, co policzyliśmy – powiedział autorowi filmu członek warszawskiej komisji. W oczekiwaniu na przybycie informatyka część członków komisji spacerowała po warszawskich ulicach z workami, w których znajdowały się głosy. PKW takie działania komisji nazwała „niewątpliwym naruszeniem przepisów”.

Bartłomiej Misiewicz z PiS ujawnił, że do podobnych zdarzeń – wynoszenia głosów bez wywieszenia protokołu – doszło w kilkudziesięciu komisjach w całym kraju, m.in. w powiecie krakowskim (gminy Skawina, Liszki, Skała), w Żywcu (woj. śląskie) i w Kętrzynie (woj. warmińsko-mazurskie). PKW nie wyjaśniła, jaką rolę odgrywają w procesie wyborczym informatycy i dlaczego „system” może głosów nie przyjąć.

Podczas eurowyborów miały też miejsce inne nieprawidłowości, np. w Okręgowej Komisji Wyborczej nr 1 w Warszawie wyproszono na półtorej godziny – bez podania podstawy prawnej – męża zaufania komitetu PiS. – Ponadto w całej Polsce z lokali wyborczych wyniesiono 1755 kart do głosowania, co jest niedozwolone. W komisji nr 469 w Warszawie wyniesiono aż 400 sztuk ostemplowanych kart do głosowania – mówi Bartłomiej Misiewicz.

Grzegorz Wierzchołowski

http://niezalezna.pl/56005-serwery-wyborcze-u-kolegi-tuska-lista-cudow-nad-urna

O sfałszowanych wyborach do Parlamentu Europejskiego czytaj również na:

https://tajnearchiwumwatykanskie.wordpress.com/2014/05/30/wybory-do-pe-zostaly-sfalszowane-sprawa/