Książka Jürgena Rotha obnaża matactwa w sprawie zamachu smoleńskiego – wywiad z posłem Jackiem Światem

roth

wPolityce.pl: Był Pan obecny na Konferencji na UKSW dotyczącej tragedii smoleńskiej. Co Pan sądzi o przedstawionych tam nowych ustaleniach?

Jacek Świat, poseł, mąż poległej w Smoleńsku Aleksandry Natalli-Świat: – Generalnie konferencja była bardzo ciekawa, ponieważ było to coś nowego. Konferencja była interdyscyplinarna, ponieważ miała zarówno aspekt socjologiczny, jak i dotyczący stanu mediów, a przy tym zawierała bardzo osobiste refleksje rodzin ofiar. No i wreszcie było wystąpienie ekspertów, którzy przedstawili swoje najnowsze ustalenia, powstałe już po jesiennej konferencji smoleńskiej. Niewątpliwie ważnym wydarzeniem było wyemitowanie wywiadu z Jürgenem Rothem. Sprawa ta była już wprawdzie znana, ponieważ pojawiała się w mediach od kilku dni, to jednak są to ustalenia przełomowe. Obecnie czekamy na książkę Rotha, w której wszystkie przedstawione przez niego tezy będą szczegółowo wyjaśnione i przedstawione bardziej precyzyjnie. W niej też będą przedstawione wszystkie dokumenty dotyczące tej kwestii, dzięki czemu będzie się im można bliżej przyjrzeć. Bez wątpienia było to jednak wydarzenie bardzo ważne.

Jürgen Roth
Jürgen Roth (ur. 1945) – niemiecki publicysta, dziennikarz śledczy, reportażysta

Z jakich jeszcze aspektów sprawa ustaleń pana Rotha budzi tyle emocji?

Po raz pierwszy sprawa smoleńska wykracza poza granice Polski i Rosji i staje się tak naprawdę sprawą międzynarodową. Oczywiście abstrahuję od naszych wysiłków podejmowanych w Parlamencie Europejskim, aby tę sprawę nagłośnić i umiędzynarodowić. Teraz, co ważne, zajął się tym ktoś, kto nie jest w żaden sposób związany z Polską, nie ma w naszym kraju żadnych interesów, i zrobił to z czystej badawczej ciekawości. Myślę, że nasza prokuratura powinna bezwzględnie wystąpić do strony niemieckiej o udostępnienie tych dokumentów, z zapytaniem, czy nie ma również jakichś innych, o podobnej treści. To może bowiem oznaczać bardzo istotny przełom.

Polscy śledczy wydają się być pewni swoich ustaleń. Dlaczego nie szukają dotąd pomocy na Zachodzie?

– Nawiasem mówiąc, mamy tutaj do czynienia z potężnym zderzeniem narracji. Ponieważ to, co zaprezentowano na konferencji Naczelnej Prokuratury Wojskowej, jest krokiem wstecz, w stronę raportu Anodiny. A z drugiej strony

mamy zapowiedź dużej rewelacji, która może wszystko wywrócić do góry nogami. To pokazuje, jak markowane jest nasze śledztwo i jak bardzo podporządkowane jest jednej tezie, gdzie wszystko próbuje się zamieść pod dywan,

zrzucając winę na tych, których i tak w żaden sposób nie można pociągnąć do odpowiedzialności.

Najbardziej jednak podczas wczorajszej konferencji wybiło się stwierdzenie, że od teraz, mówiąc o Smoleńsku, nie da się uciec od słowa „wybuch”.

– Przez ostatnie dwa lata wydawało się, że trudno będzie o jakiś przełom, bez dostępu do materiałów, które mogą mieć, i najpewniej mają, służby specjalne NATO, a ściślej Stanów Zjednoczonych. Oczywiście są też na pewno różne materiały w Rosji, ale te wiadomo, że są dla nas niedostępne. A tutaj z niespodziewanej strony przychodzi taka rewelacja i ta sprawa musi mieć dalszy ciąg. Wydaje mi się więc niemożliwe, żeby jej nie miała. I to zarówno w sferze medialnej, jak i w sferze badawczej oraz w sferze politycznej. Myślę, że to wybuchnie jednak dopiero za jakiś czas, kiedy ukaże się już książka Rotha, najpierw po niemiecku, a następnie z polskim tłumaczeniem.

Może się zdarzyć jednak tak, że publikacja Jurgena Rotha może zostać w naszym kraju przez główne media przemilczana. Sam autor już podkreślał, że był zszokowany, jak potraktowały go mainstreamowe środki przekazu w Polsce.

– Krajobraz polskich mediów bardzo odbiega od standardów wolnego zachodniego świata, gdzie media kształtowały się długie lata, z jednej strony na zasadzie wolnej gry rynkowej, ale również wolnej gry idei.

U nas przechył mediów w stronę władzy jest porażający. Tak samo porażające jest uzależnienie wiodących mediów od władzy, np. poprzez przekazywanie pieniędzy publicznych w formie reklam lub ogłoszeń. Ponadto prasa lokalna w naszym kraju ma praktycznie jednego właściciela i to zagranicznego.

To jest istne kuriozum, na które nie pozwoliłby sobie żaden cywilizowany kraj. Więc ja się wcale nie dziwię zdziwieniu pana Rotha. Miał do tego zdziwienia pełne prawo, bo zapewne nie sądził, że spotka się w unijnym kraju ze standardami białoruskimi czy rosyjskimi.

Z posłem Jackiem Światem rozmawiał Łukasz Sianożęcki

wPolityce.pl

jacek świat

Piloci rządowego TU-154M nie lądowali „na siłę”. Prokuratura wojskowa obala tezy kancelarii premiera

Samolot prezydenckiBiegli stwierdzili, że nie ma żadnych podstaw do tego by formułować tezę, że piloci TU-154M chcieli lądować za wszelką cenę. Opinia o stanie psychoemocjonalnym członków załogi rządowego samolotu nie będzie uzupełniana. – Przyczyną katastrofy nie był wybuch na pokładzie maszyny, ale błędy pilotów, zaniedbania ich dowódców – wielokrotnie twierdził Maciej Lasek z rządowego zespołu przy kancelarii premiera Donalda Tuska.

„Nasz Dziennik” dowiedział się również, że Prokuratura Wojskowa dopiero po dwóch latach od katastrofy smoleńskiej otrzymała profile psychologiczne pilotów tupolewa. Śledczy uznali wtedy, że biegli z Kliniki Psychiatrii i Stresu Bojowego Wojskowego Instytutu Medycznego w Warszawie mają uzupełnić przygotowany wcześniej dokument. Prokuratura nie podała jednak, jakie elementy opinii mają być uzupełnione.

Artykuł 210 kodeksu postępowania karnego mówi, że do uzupełnienia opinii może dojść, gdy „jest niepełna lub niejasna‚ albo gdy zachodzi sprzeczność w samej opinii”. W lipcu 2013 roku ppłk. Janusz Wójcik powiedział w wywiadzie dla „ND”, że w ocenie prowadzącego śledztwo, pewne elementy opinii wymagają uzupełnienia z tych właśnie przyczyn. – O zakresie, w jakim opinia będzie uzupełniana, nie informujemy – dodał.

Okazuje się jednak, że prokuratorzy uznali, że rezygnują z opinii uzupełniającej. Portret psychologiczny przygotowany przez Wojskowy Instytut Medyczny jest miarodajny – ustalił „Nasz Dziennik”. Eksperci WIM opinię przygotowali opierając się o relacje personelu nieistniejącego dziś 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego.

– Z ekspertyzy wynika jednoznacznie, że piloci cieszyli się dobrą opinią wśród kolegów. Biegli stwierdzili przy tym, że nie ma żadnych przesłanek pozwalających na formułowanie tezy, jakoby załoga tupolewa chciała lądować za wszelką cenę – czytamy w opisie badań.

Polscy eksperci nie dochodzą jednak to tych samych wniosków co rosyjski Międzypaństwowy Komitet Lotniczy. MAK uznał bowiem, że obecność w kabinie pilotów osoby trzeciej, strach przed konsekwencjami w przypadku niewylądowania w Smoleńsku, jak również brak doświadczenia i umiejętności miały wpływ na podejmowanie decyzji i na stan psychiczny dowódcy. Te tezy podważyli polscy śledczy.

Tu-154-ktastrofa-SmoleńskProkuratura oczekuje na opinię krakowskiego Instytutu Ekspertyz Sądowych. Do końca lipca tego roku śledczy mają otrzymać kolejne dwa opracowania, które dotyczą nagrania z samolotu Jak-40 oraz zapisu rozmów z wieży lotniska w Smoleńsku. Rosjanie uważają, że na katastrofę nie miały wpływu działania personelu naziemnego. Jednak chaotyczne działanie i małe doświadczenie w sprowadzaniu na ziemię samolotów o gabarytach zbliżonych do TU-154M wytknęła kontrolerom rosyjskim już komisja Millera.

„Obsłudze wieży zarzucono «brak samodzielności w działaniu, unikanie odpowiedzialności, brak jednoznacznych decyzji o konieczności zamknięcia lotniska w związku z utrzymującymi się warunkami atmosferycznymi poniżej minimum lotniska i błędy w precyzyjnym naprowadzaniu samolotu» oraz «utratę świadomości sytuacyjnej». Błędy Rosjan uznano za «mające wpływ» na zdarzenie lotnicze” – czytamy w gazecie.

http://niezalezna.pl/55646-piloci-rzadowego-tu-154m-nie-ladowali-na-sile-prokuratura-obala-tezy-kancelarii-premiera

O Zamachu Smoleńskim czytaj również na:

https://tajnearchiwumwatykanskie.wordpress.com/category/zamach-smolenski-2/

Szokujący wywiad z prof. Wiesławem Biniendą: „Od prokuratorów usłyszałem, że ich zadaniem jest służenie grupie, która nie życzy sobie, aby prawda ujrzała światło dzienne”

Binienda

Panie Profesorze, jest Pan osobą o ugruntowanej pozycji w środowisku naukowym – choć media, te same media które jeszcze niedawno przekonywały nas o wyjątkowo złowrogiej roli generała Błasika w locie samolotu TU-154M, wciąż wolą przedstawiać Pana jako naukowca nie znanego nikomu. Czy przypomina Pan sobie moment, w którym dziekan Wydziału Inżynierii Cywilnej uniwersytetu w Akron, redaktor naczelny kwartalnika naukowego „Journal of Aerospace Engineering” wydawanego przez ASCE, laureat wielu nagród – w tym przyznawanych przez NASA – zaczął być przedstawiany w mediach nad Wisłą jako osoba kompletnie niewiarygodna, niemal człowiek znikąd?

Prof. Wiesław Binienda: Z chwilą przedstawienia pierwszej symulacji uderzenia skrzydła w brzozę, media nad Wisłą głównego nurtu z furią uderzyły we mnie kampanią nienawiści i dyskredytacji mojej osoby. Nawet Prezydent Polski nie mógł powstrzymać się od ataku, określając mnie jako „egzotycznego naukowca”. Liczne szeregi płatnych sługusów władzy zaczęły zasypywać mnie, administrację mojej uczelni, moich kolegów z NASA i ASCE, a nawet moich doktorantów i studentów emailami, których celem było zdyskredytowanie mnie w ich oczach, czyli zaszkodzenie mi w USA i zniszczenie mnie w oczach opinii publicznej w Polsce. Dzięki Bogu, okazało się, że pomimo ich wielkiego wysiłku, moja reputacja jest na tyle dobrze ugruntowana, że nie byli w stanie zaszkodzić mi w moim zawodowym środowisku. Polakom w Polsce pozostawiam decyzję, czy ulegną neo-stalinowskiej propagandzie, czy będą w stanie wyrobić sobie własną opinię na podstawie rzetelnych informacji, jakie mogą znaleźć na stronie internetowej mojej uczelni odnośnie mojego dorobku naukowego oraz badań jakie przeprowadziłem w sprawie katastrofy smoleńskiej.

Choć to sprawa na pewno dla Pana nieprzyjemna, to chcielibyśmy poprosić o rozwinięcie. 2 lata przed katastrofą został pan laureatem stowarzyszenia Polish Engineering Association, a więc został Pan uznany przez Polonię za wybitnego naukowca amerykańskiego polskiego pochodzenia. Kto i w jaki sposób zrobił wiele, by wszystkie Pana osiągnięcia i wyróżnienia przedstawić w zupełnie innym świetle? Pojawił się wszak cały zespół ludzi, którzy nagabywali przeciwko Panu wszystkich w Pana środowisku, w tym Pana przełożonych, włącznie z prezydentem Pana uczelni…

To jest ciekawe pytanie również dla mnie, kto tak naprawdę inspiruje tę kampanię agresji i nienawiści przeciwko mnie, oraz przeciwko wszystkim moim kolegom współpracującym z Zespołem Parlamentarnym kierowanym przez Pana Ministra Macierewicza. Z analizy sytuacji widać, że bierze w tym udział rząd za pośrednictwem propagandystów Pana Laska, prokuratura wojskowa oraz główne media z GW na czele. Wiemy już, że osoby takie jak Lasek, Setlak i im podobni są sowicie opłacani za blokowanie prawdy o katastrofie smoleńskiej. Mam jednak wrażenie, że istnieje pewne centrum dowodzenia, które przygotowuje argumentację, jak najskuteczniej nas uderzyć, by ludzie przestali nas słuchać oraz planuje strategię działania i czas uderzenia.

W tym samym czasie kiedy polskie środowiska broniące rosyjskiej wersji katastrofy smoleńskiej nas niszczyły, środowiska polonijne takie jak wspomniane przez Pana Polish Engineering Association czy Kongres Polonii Amerykańskiej na stan Illinois, a ostatnio Fundacja Kościuszkowska, wyrazili swoje uznanie dla mojego dorobku naukowego i pracy społecznej dla Polski. Jestem im wdzięczny, że nie ulegli presji i byli w stanie samodzielnie ocenić fakty.

Krytyka Pańskich ustaleń w sprawie katastrofy smoleńskiej płynie od osób, które nie mogą pochwalić się jakąkolwiek ekspertyzą lub doświadczeniem w Pana dziedzinie, czyli badaniami nad wytrzymałością materiałów i konstrukcji. Prosił Pan wielokrotnie o weryfikację Pańskich wyników przez osoby posiadające choćby tylko zbliżone do Pana doświadczenie i dorobek naukowy. Z jakim skutkiem?

Tak, mamy po tamtej stronie astrofizyka, który uzurpuje sobie wszechwiedzę we wszystkich dziedzinach możliwych. Jednak, kiedy przyjechałem na spotkanie Klubu Gazety Polskiej do Toronto, na które on został zaproszony, to wolał uciec, niż stanąć twarzą w twarz ze mną przed publicznością ze swoimi argumentami. Najwyraźniej jego argumenty są na tyle „relatywistyczne”, że jest w stanie je prezentować jedynie w mediach głównego nurtu, mając u boku tych, którzy kierują zwalczaniem prawdy.

Tymczasem wyniki moich prac dotyczących katastrofy smoleńskiej zostały opublikowane w renomowanym międzynarodowym piśmie technicznym, które – zanim przyjęło tę pracę do druku – poddało mój artykuł szczegółowej recenzji przez co najmniej trzech naukowców z mojej dziedziny.

Chyba niestety nie doczekam się konfrontacji moich wyników badań z ludźmi pana Laska, którzy posiadaliby choćby zbliżoną do mojej ekspertyzę i podobny dorobek naukowy czy doświadczenie. Nie ma takich osób w grupie pana Laska. Dlatego pozostają im tylko pomówienia, personalne ataki, propaganda i mydlenie oczu. Nigdy nie wyślą swych prac na międzynarodowe konferencje do USA czy do naukowych pism technicznych, gdzie ich wywody poddane byłyby obiektywnej ocenie niezależnych fachowców.

Warto chyba przypomnieć konferencję w Pasadenie, na którą zapraszał Pan trzy lata temu swoich krytyków. Nie przyjechał nikt, by przed międzynarodowym gremium wybitnych specjalistów pokazać, jak rzekomo nieprofesjonalne są Pańskie badania. Został Pan wysłuchany przez 200 naukowców z całego świata. Nikt z nich Pana badań do dziś nie zakwestionował. Czemu tak się stało?

Minęło już kilka lat od mojego zaproszenia do Pasadeny, gdzie wykazałem, że ja nie mam nic do ukrycia i poddaję się ocenie międzynarodowych ekspertów. Praca, jaką wykonuję, mieści się w mojej dziedzinie, wykonuję ją razem z zespołem doktorantów i studentów, którzy w wyniku tej pracy otrzymują tytuły doktorskie i magisterskie z uczelni. Komisja złożona z sześciu profesorów i ekspertów NASA zatwierdza i podpisuje się pod każdą taką obronioną pracą. Uczciwość i rzetelność takich prac i ich wyników jest zagwarantowana w takim systemie.

Po drugiej stronie mamy artykuły pisane przez propagandzistów. Na przykład w marcu 2014 roku mieliśmy kolejną odsłonę “Operacji Binienda”. Redaktor Setlak opublikował artykuł we własnej gazecie, a następnie umieścił w Internecie wywiad z panią Kublik i oboje odwiedzili wiodące media z oszczerczą kampanią przeciw mnie. Wszystkie te przedsięwzięcia, włącznie z kolejnym tytułowym hasłem propagandowym „Błędy Biniendy”, to następna odsłona prymitywnego i bezceremonialnego ataku wymierzonego przeciwko mnie. Na podstawie tej akcji można przeprowadzić kolejne studium manipulacji.

Przykładowo, pan Setlak w swym artykule oburza się, że zrobiłem symulację upadku pionowego kadłuba nie biorąc pod uwagę wektora prędkości poziomej. Przy tym wraz panią Kublik bezczelnie ignorują i w ogóle nie wspominają o tych fragmentach mojej prezentacji, na których pokazuję uderzenia kadłuba z wektorami prędkości poziomej zgodnymi z danymi zawartymi w raportach MAK i Millera. Zawierały one cztery symulacje całego samolotu uderzającego w ziemię z prędkościami podanymi w oficjalnych raportach, w wersjach z kolami do góry i do dołu oraz pod kątami 10 i 30 stopni. Najwyraźniej propagandziści rządowi zakładają, że ich odbiorcy nigdy nie pofatygują się, by sprawdzić moje prezentacje, więc mogą kłamać w żywe oczy.

Naczelna Prokuratura Wojskowa opublikowała jakiś czas temu stenogram z Pańskiego przesłuchania. Ów stenogram posłużył do kolejnych medialnych ataków na Pana. Ta sama prokuratura, która bliskim ofiar tragedii 10 kwietnia szczędzi dostępu do podstawowych informacji o okolicznościach śmierci ich bliskich, w Pana przypadku okazała się niezwykle transparentna i ujawniła zeznania wszystkich trzech profesorów. Dlaczego tak się stało?

Rzeczywiście, nasze zeznania zostały ujawnione natychmiast po kontrolowanym przecieku do GW. Okazało się wówczas, że prokuratura wojskowa potrzebowała naszych zeznań nie po to, aby wyjaśnić i włączyć wyniki naszych badan do materiału dowodowego w sprawie katastrofy smoleńskiej, ale wyłącznie po to, aby tych niepokornych naukowców skompromitować i zniszczyć. W ten sposób chciano unieważnić w oczach opinii publicznej wyniki naszych badań. Już w trakcie przesłuchania stało się dla mnie jasne, że przesłuchujący mnie prokuratorzy nie byli zainteresowani ani moimi badaniami, ani ich wynikami. Było oczywiste, że to przesłuchanie miało służyć do jakiegoś innego celu, ale wtedy nie wiedziałem jeszcze do jakiego. Wkrótce okazało się, że przygotowywano specjalną skoordynowaną akcję przeciwko nam – akcję, którą Nasz Dziennik określił jako “Operacja Binienda”. Rozpoczęła się ona w szczególną rocznicę – 17 września 2013 roku – słynnym artykułem pani Kublik pt. „Sklejałem modele samolotów”. Był to wyrafinowany, skoordynowany atak Gazety Wyborczej, we współpracy z prokuraturą wojskową i przy szerokim zaangażowaniu mediów głównego nurtu. Celem tego ataku było skompromitowanie i zdyskredytowanie mnie oraz wszystkich naukowców prowadzących niezależne badania w sprawie katastrofy smoleńskiej.

Ciekawy jest mechanizm tej manipulacji. Otóż nie mogąc znaleźć chociażby jednego słowa w moich zeznaniach, którymi można byłoby próbować mnie skompromitować, posłużono się metodą zastępczą. Pani Kublik skonstruowała szyderczy tytuł parafrazując wypowiedzi innych profesorów, a następnie na stronie tytułowej GW umieściła ten tytuł z moim zdjęciem na pierwszym miejscu w ten sposób, że wypowiedź tytułowa została przypisana właśnie mnie. Ta manipulacja miała za zadanie ośmieszyć wszystkich niezależnych naukowców, posługując się moją osobą jako najbardziej znanym przedstawicielem niepokornych naukowców. Hasła typu „sklejałem modele” czy „widziałem wybuchy”, które propagandzistka Kublik wymyśliła, były nadawane przez rządowe media do milionów Polaków przez wiele jesiennych wieczorów i głęboko zakodowały się w podświadomości wielu z nich. Twórcy tej esbeckiej operacji niszczenia niezależnych głosów musieli być zadowoleni z jej wyników, gdyż w kolejną szczególną rocznicę – 13 grudnia 2013 roku – wynagrodzili autorkę tego paszkwilu, zbudowanego na jawnym kłamstwie i ewidentnym przestępstwie, pierwszą nagrodą Grand Press w kategorii najlepszego newsa roku 2013.

Pan profesor Paweł Artymowicz, przedstawiany w mediach jako specjalista od analiz rozpadu skrzydła samolotu TU-154, gościem prokuratury wojskowej był tak jak i Pan. Tyle, że na własną prośbę. Żandarmeria wojskowa nie niepokoiła (jak było to w Pana przypadku) także rodziny pana Artymowicza. Więcej – prośby dziennikarzy o upublicznienie stenogramu z tego spotkania spełzły na niczym. Z całkiem pokracznych wyjaśnień prokuratury wojskowej wynika, że akurat ta rozmowa nie była protokołowana. Niedługo potem dowiedzieliśmy się, że brat pana profesora Artymowicza został biegłym prokuratury wojskowej. Czy chciałby to Pan w jakikolwiek sposób skomentować?

Chyba nie ma co więcej tutaj komentować.

Czego Pan, jako ekspert, oczekiwałby od prokuratorów wojskowych, nieustannie zasłaniających się tajemnicą postępowania? Jakich danych w pracach, które Pan podejmuje, szczególnie Panu brakuje? Rozumiem, że apelował Pan o dostęp do informacji, które przyjęło się nazywać „danymi wrażliwymi”, przy okazji tragicznych wypadków?

Przy okazji przesłuchania w Prokuraturze Wojskowej dowiedziałem się, że zadaniem prokuratorów jest służenie grupie, która nie życzy sobie, aby prawda ujrzała światło dzienne. Panowie referenci jasno to powiedzieli mnie i mojej żonie na koniec naszego spotkania. Po nieetycznych atakach na wszystkich trzech profesorów, którzy zeznawali przed prokuraturą wojskową, a które były zorganizowane przez prokuraturę i Gazetę Wyborczą we wrześniu 2013 roku, straciłem jakąkolwiek nadzieję, że możemy dowiedzieć się czegokolwiek rzetelnego od przedstawicieli polskiej prokuratury wojskowej. Proszę zauważyć, że “Operacja Binienda” z 17 września 2013 roku została zbudowana wyłącznie na podstawie faktu, że dobrowolnie zgłosiłem się do prokuratury z nadzieją na możliwość dialogu.

Musimy więc poczekać. Mam nadzieję, że przyjdą czasy zmian, kiedy będziemy mogli połączyć siły i środki dla dobra Polski. Teraz koncentruję się na przekazaniu prawdy o tragedii smoleńskiej opinii publicznej na całym świecie. Mam ku temu doskonałą okazję, gdyż zostałem powołany w USA jako doradca Prezydenckiej Rady Ekspertów do spraw Nauki i Techniki.

26 września 2013 roku Prezydent Obama powołał Komitet Wykonawczy Partnerstwa Zaawansowanych Technologii Przemysłowych (Advanced Manufacturing Partnership Steering Committee 2.0), którego zadaniem jest przygotowanie strategii rozwoju wysokich technologii w najważniejszych dziedzinach przemysłu amerykańskiego, w drodze zacieśnienia współpracy między przemysłem, ośrodkami badawczo-naukowymi oraz związkami zawodowymi.

Do Komitetu Wykonawczego zostało zaproszonych kilkanaście najważniejszych amerykańskich firm przemysłowych, takich jak Northrop, Grumman, Honeywell, Alcoa, Dow Chemical, Siemens oraz kilka uczelni, w tym Berkeley, Georgia Tech, MIT, jak również moja uczelnia, Uniwersytet Akron. Do wzięcia udziału w pracach Komitetu Wykonawczego z mojej uczelni zostało zaproszonych trzech profesorów. Przyznam, że czuję się zaszczycony, iż znalazłem się w tej grupie, szczególnie, że zostałem poproszony o konsultację w zespole opracowującym strategię rozwoju w dwóch tematach: w dziedzinie analizy wielkich modeli i wizualizacji danych (Big Data, Analytics & Visualization) oraz w dziedzinie obliczeń i symulacji komputerowych najbardziej zaawansowanych technologii (High Performance Computing).

Czy eksperci biorący udział w pracach tego komitetu wykonawczego wiedzą coś na temat katastrofy smoleńskiej?

Kilka dni temu brałem udział w posiedzeniu zespołu innowacji zaawansowanych technologii przemysłowych. Obok mnie siedziała przedstawicielka National Science Foundation, a wokół nas koledzy profesorowie oraz przedstawiciele czołówki przemysłu amerykańskiego. W pewnym momencie rozmowa zeszła na temat mojej pracy w sprawie katastrofy smoleńskiej. Przedstawiłem im kilka faktów oraz najważniejsze rezultaty mojej pracy, które przeczą oficjalnym wnioskom raportów MAK i KBWL. Jeden z kolegów wspomniał, jak samoloty wbijały się w stalowe konstrukcje WTC. Pani z NSF skonkludowała: „a w Smoleńsku samolot nie mógł przeciąć nawet brzozy”, i wszyscy siedzący przy stole wybuchli szczerym śmiechem. Po takim odbiorze wiem, że nie muszę nic więcej mówić.

Dziękuję za rozmowę.

Blog-n-roll.pl

O Zamachu Smoleńskim czytaj również na:

https://tajnearchiwumwatykanskie.wordpress.com/category/zamach-smolenski-2/

Jak Putin od lat szachuje Tuska, czyli co polskie władze zrobiły ws. Smoleńska

tusk-putinDonald Tusk i Władimir Putin na lotnisku Siewiernyj kilkanaście godzin po zamachu smoleńskim 10.04.2010 r. (fot. wSieci)

Dlaczego śledztwo smoleńskie prowadzi Rosja, a Polska jest w roli „proszącego o opinie prawne”? Dlaczego podwładni Władimira Putina wciąż mają i nie chcą oddać wraku rządowego samolotu i innych dowodów w postępowaniu? Wbrew narracji, którą przez cztery lata pieczołowicie konstruował rząd, nie są to pytania z zakresu „czy powinniśmy wypowiedzieć Rosji wojnę?”. To kwestia suchych faktów, ustaleń, umów, decyzji.

1. Śledztwo w rękach Rosji

Wybór konwencji chicagowskiej odbył się w trakcie osobistej rozmowy Donalda Tuska i Władimira Putina. Kancelaria premiera na pytanie o jakikolwiek dokument w tej sprawie stwierdziła w kwietniu 2011 r., że takiego nie ma. Czytaj: decyzję podjęto „na gębę”. Wcześniej rząd odmawiał odpowiedzi na pytanie, na jakiej podstawie prawnej prowadzone jest dochodzenie ani dlaczego polskie władze nie wystąpiły do Rosjan o wspólne śledztwo.

2. Porozumienie z 1993 r.

W maju 2010 r. dziennik „Rzeczpospolita” ujawnił, że Polskę i Rosję łączy porozumienie, które umożliwia wspólne badanie katastrof lotniczych. 7 lipca 1993 r. podpisano polsko-rosyjskie porozumienie w sprawie ruchu samolotów wojskowych i wspólnego wyjaśniania katastrof. Dokument przewiduje współpracę obu krajów w takich przypadkach. Porozumienie jak dotąd nie zostało wypowiedziane, a jego art. 11 brzmi: „wyjaśnienie incydentów lotniczych, awarii i katastrof spowodowanych przez polskie wojskowe statki powietrzne w przestrzeni powietrznej FR lub rosyjskie wojskowe statki powietrzne w przestrzeni powietrznej RP prowadzone będzie wspólnie przez właściwe organy polskie i rosyjskie”.

Prezes Rady Ministrów, którym w 2010 r. był i wciąż jest Donald Tusk, wybrał jednak konwencję chicagowską. I tak do śledztwa ws. katastrofy samolotu wojskowego tupolewa wybrano dokument dotyczący lotów cywilnych. Konwencję, dodajmy, która nie daje pokrzywdzonemu państwu praktycznie żadnych możliwości działania. Dlaczego? Ponieważ w zwykłych lotach cywilnych główny spór odbywa się między przewoźnikiem a ubezpieczycielem. O tym polski rząd mógł wiedzieć już po kilku godzinach, ma od analiz prawnych odpowiednie instytucje i specjalistów chociażby w resortach: obrony narodowej, sprawiedliwości i spraw zagranicznych. Przed wylotem z Warszawy do Smoleńska Tusk mógł być w pełni przygotowany do rozmowy z Putinem. Niestety zajęty był wtedy tym, by prześcignąć kolumnę z Jarosławem Kaczyńskim, który jechał tam do zmarłego brata.

Z kim konsultował się w tej sprawie Donald Tusk i jakie były stanowiska wstępne, przygotowywane na spotkanie z Putinem? Tego nie wiemy, bo kancelaria premiera ujawnić takich informacji nie zamierza. Wiemy jedno: jak zapewniał akredytowany polskiego rządu przy MAK, płk. Edmund Klich, i co sam Tusk przyznał – decyzję o wyborze konwencji podjął osobiście Donald Tusk. I nawet jeśli uznać, że Tusk podjął błędną decyzję, której żałuje, to dlaczego nie podjął później tej dobrej i nie zwrócił się do Rosji o realizację treści porozumienia z 1993 roku? A jak stwierdziła prof. Genowefa Grabowska z Katedry Prawa Międzynarodowego Publicznego i Prawa Europejskiego Uniwersytetu Śląskiego, mógł. – To porozumienie nie upoważnia strony do szczegółowych porozumień. Wystarczy powołać się na ten dokument i zwrócić się do drugiej strony o jego realizację. Porozumienie to mówi, że strony będą współpracować, a nie, że ustalą procedury współpracy – tłumaczyła w rozmowie z „Rz” już cztery lata temu.

3. Zwrot Polsce śledztwa

6 maja 2010 r. gdy Prawo i Sprawiedliwość przygotowało projekt uchwały o przekazanie nam przez Rosję śledztwa, koalicja rządząca razem z lewicą zagłosowała przeciw. Donald Tusk, uzasadniając swoją decyzję, odrzucał artykuł konwencji chicagowskiej przywoływany przez opozycję, mówiący o możliwości przekazania części lub całości śledztwa przez państwo, na którego terytorium wydarzyła się katastrofa, państwu, do którego należał samolot. Jak tłumaczył, dotyczy on jedynie sytuacji, gdy dane państwo nie ma możliwości przeprowadzenia dochodzenia i zawsze ten wniosek jest składany przez państwo, na którego terytorium doszło do katastrofy. Groził przy tym, że poparcie projektu PiS opóźni rosyjskie śledztwo, a poza tym: „nie ma żadnych problemów z dotarciem do materiałów dochodzenia”.

Trudno bronić takiej postawy premiera, bo trudno tłumaczyć odrzucenie uchwały, która miałaby wysoką rangę, bo przyjęta byłaby przez polski parlament wybrany w wyborach bezpośrednich (nie tak jak rząd już przez posłów). Krótko mówiąc: tak jednoznaczny sygnał Sejmu nie mógłby być zlekceważony przez Rosję i organizacje międzynarodowe. Ale abstrahując od tego faktu, zatrzymajmy się na chwilę przy argumentacji Tuska. Jak mógł zgodzić się na propozycję Władimira Putina o procedowaniu na podstawie konwencji chicagowskiej, wiedząc, że zostawia śledztwo Rosjanom, a więc jeśli ktoś „nie będzie miał możliwości przeprowadzenia dochodzenia”, to Polska? Jak wynika z jego własnych słów, musiał mieć świadomość, że mając takie trudności i tak nie będzie mógł nic zrobić w tej sprawie.

Może nie chciał, bo celem było nie rozdrażnianie Putina? Oddajmy głos rosyjskim dysydentom. W liście do Donalda Tuska z maja 2010 r. stwierdzili, że: „Trudno się pozbyć wrażenia, że dla rządu polskiego zbliżenie z obecnymi władzami rosyjskimi jest ważniejsze, niż ustalenie prawdy w jednej z największych tragedii narodowych. Wydaje się, że polscy przyjaciele wykazują się pewną naiwnością, zapominając, że interesy obecnego kierownictwa na Kremlu i narodów sąsiadujących z Rosją państw nie są zbieżne”.

4. Zwrot polskiej własności

Wrak rządowego tupolewa, czarne skrzynki, zakodowane telefony, broń i pozostały sprzęt wojskowych będących na pokładzie samolotu. To tylko część dowodów, których odzyskanie od początku było problemem dla polskiej prokuratury. Dla koalicji rządzącej to problem nie jest, skoro 13 kwietnia 2012 r. w trakcie głosowaniem nad wnioskiem o „zobligowania władz Federacji Rosyjskiej do oddania Polsce dowodów katastrofy z dnia 10 kwietnia 2010 roku” PO, PSL i wszystkie lewicowe partie głosowały przeciw.

Mało kto wie, że polska prokuratura nie tylko nie ma możliwości otrzymania dowodów w sprawie, ale też nie ma możliwości ustalenia, na jakim etapie jest śledztwo w Rosji. Oddajmy głos prokuraturze wojskowej, która kilka dni temu na konferencji prasowej odniosła się do tego wątku. – Podstawową formą komunikacji jest kierowanie wniosków o pomoc prawną, które wielokrotnie kierowaliśmy w tym zakresie, powtarzając swoje postulaty. (…) konwencja nie przewiduje dzielenia się informacjami ze śledztwa. Rosjanie nie dzielą się z nami informacjami – stwierdził płk Ireneusz Szeląg na pytanie „Gazety Polskiej Codziennie”. Innymi słowy Rosjanie mataczą w śledztwie, niszczą dowody, nie oddają nam naszej własności, tłumacząc, że śledztwo wciąż trwa. Polskiej strony nawet to nie interesuje, bo jak tłumaczą wojskowi, nie wiedzą, „czy Rosjanie nie chcą”, tylko oni „po prostu się nie dzielą” wiedzą na temat tego, na jakim w ogóle etapie jest postępowanie.

Podsumowując powyższe, jedynie najważniejsze punkty, możemy stwierdzić, że jako państwo – na własną odpowiedzialność – jesteśmy „w lesie”. Rosja robi, co chce, przy pełnym przyzwoleniu polskich władz, a kto protestuje przeciwko takiemu stanowi rzeczy, otrzymuje z automatu łatkę „pisior”.

„W obliczu tego narodowego dramatu jesteśmy razem, złączeni troską o losy naszej Ojczyzny (…). Doszło do największej tragedii w powojennej historii Polski” – tak brzmi fragment oświadczenia posłów i senatorów z 13 kwietnia 2010 r. ze wspólnego posiedzenie izb Sejmu i Senatu. Warto dziś po czterech latach spytać: Dlaczego po największej tragedii w najnowszej historii, doszło do największej kompromitacji polityczno-prawnej w wyjaśnianiu tej sprawy i największej nienawiści wobec tych, którzy na to zwracali uwagę?

Decyzje, które zostały podjęte od dnia katastrofy smoleńskiej, sprawiły, że Polska może jedynie występować w stosunku do Rosji w roli łagodnego petenta, który potrafi być ostry jedynie w stosunku do wewnętrznej opozycji. Radosław Sikorski od lat świetnie się czuje w takiej roli, a nawet można powiedzieć się do niej „przyzwyczaił”. W marcu 2012 r. mówił, że „myśli, że druga rocznica tragedii byłaby bardzo dobrym momentem na ogłoszenie pozytywnej decyzji” ws. zwrotu wraku, a dwa dni temu już całkowicie się wycofał i mówiąc o Rosji, stwierdził, że „będziemy musieli się przyzwyczaić, że taki to już kraj”.

Sorry, taki mamy rząd, takiego mamy ministra.

Samuel Pereira

źródło: http://niezalezna.pl/53951-co-polskie-wladze-zrobily-ws-smolenska-czyli-jak-putin-od-lat-szachuje-tuska-fakty

Zamach w Smoleńsku

Leszek Szymowski_Zamach w Smoleńsku

5 odsłon kompromitacji Komisji Millera

pancerna brzoza

To co napisałem poniżej, wiem z oficjalnych odpowiedzi doktora Laska na pytania senatorów Prawa i Sprawiedliwości.

Kompromitacja pierwsza: bez żadnych podstaw rozgrzeszyli rosyjskich kontrolerów.

Owszem, zarzucili im wprowadzenie w błąd pilotów, że byli na kursie i na ścieżce, ale natychmiast ich usprawiedliwili – napięcie emocjonalne, rozproszenie uwagi, niska asertywność wobec przełożonych… Czyżby Komisja siedziała w głowach kontrolerów i wie, że to było napięcie i rozproszenie uwagi? Skąd pewność, że w tym szaleństwie na wieży nie było metody?

Kompromitacja druga: nie zmierzyli brzozy ani wbitych w nią odłamków.

Na oko ustalili, że złamanie brzozy nastąpiło na wysokości 5,1 metra, podczas gdy prokuratura ustaliła, ze było to 6,66 metra. Nie zmierzyli też ułamanego wierzchołka brzozy, nie znają jego długości ani masy. Uznali, że to było niepotrzebne. No, oczywiście, jak ktoś ma gotową tezę i dopasowuje do niej raport, to nic nie jest mu potrzebne, ani wrak, ani czarne skrzynki, ani pomiar brzozy.

Nie zmierzyli też odłamków wbitych w brzozę. Lasek napisał w odpowiedzi, ze były trzy kawałki ze skrzydła długości kilkunastu centymetrów i szereg (szeregowo się wbiły?) mniejszych fragmentów. Brak dokładnych pomiarów wskazuje, że i ten dowód został zlekceważony. Lasek nie wyjaśnił też, skąd pewność, że odłamki zostały wbite przez samolot, a nie młotkiem. I skąd bez pomiarów wiedzieli, że te wbite kawałki pasowały do ubytków ze skrzydła?

A przecież od brzozy miała się zacząć destrukcja samolotu. Jak można było tak beztrosko potraktować kluczowe dowody?

Kompromitacja trzecia: nawet nie zmierzyli ułamanego skrzydła i nie wiedzą, ile sił nośnych utracił tupolew!

Lasek, dociskany kilkakrotnie do ściany przez senatorów, napisał, że urwany fragment skrzydła miał co najmniej 18 metrów kwadratowych. Co najmniej…, a co najwyżej? Komisja nie wie, bo go nie zmierzyła.

Nie zmierzyła, w związku z czym nie wie też, ile sił nośnych utracił tupolew. Lasek napisał, że co najmniej 10 procent. Co najmniej…, a co najwyżej? To są czyste kpiny przecież!

Kompromitacja czwarta: nie przeprowadzili badań fizycznych, czy brzoza mogła uciąć skrzydło, a skrzydło – brzozę.

Mimo wielokrotnych pytań senatorów PiS, ani Miller, ani Lasek nie wskazali, kto i kiedy obliczył siły działające na brzozę i na skrzydło, kto i kiedy naukowo ustalił, że brzoza ucięła skrzydło, a skrzydło równocześnie ucięło brzozę. Nie wskazali, bo nikt tego nie badał, nikt tego nie obliczał. Chała i tandeta, a nie badanie katastrofy!

Kompromitacja piąta i największa: nie przeprowadzili żadnych obliczeń aerodynamicznych!

Mam to od Laska na piśmie. Całe to gadanie o beczce, czy półbeczce, którą tupolew miał wykonać po utracie części skrzydła, nie jest poparta żadną nauką ani wiedzą. Jest wytworem fantazji członków Komisji Millera. Nie mają w tym zakresie żadnych badań, nikt tego u nich nie obliczał.

Jak walnęło, to się urwało, jak się urwało, to się obróciło, spadło i rozbiło – tyle mają do powiedzenia wybitni specjaliści Komisji Millera w sprawie aerodynamiki katastrofy!

Raport Komisji Millera to cenny dowód. W procesie o poświadczenie nieprawdy i karygodne niedopełnienie obowiązków.

Musi kiedyś dojść do takiego procesu…

Janusz Wojciechowski

wPolityce.pl