NowoczesnaPL to formalina po nieboszczce Platformie. Młodzież tego nie kupi

nowoczesnapl

Jeżeli NowoczesnaPL w ogóle wystartuje w wyborach, to wróżę jej jakieś 3-4% poparcia. Oferta Ryszarda Petru może przemówić do grupki tłustych kotów, a tych jest w Polsce może 1-2%.

Jeżeli za jakiekolwiek kryterium przyjąć podatek dochodowy płacony według stopy 32%, to dostajemy trochę ponad pół miliona ludzi, z czego ogromna część to nie żadni krezusi, ale trochę lepiej zarabiający mieszkańcy większych miast i przedstawiciele wolnych zawodów.

Krezusi zresztą podatku w Polsce w ogóle nie płacą

(dlatego absurdem są lewicowe postulaty wprowadzenia specjalnej stopy podatkowej dla „najbogatszych”). Dorzućmy do tego niewielką grupkę zniechęconych wyborców PO oraz dawnych wyborców Palikota, u którego podobały im się akcenty gospodarcze, a nie światopoglądowe. Gdyby jednak ugrupowanie Ryszarda Petru miało komuś zagrażać, to znacznie bardziej Platformie niż PiS.

Nowe stare

Ja z NowoczesnąPL mam problem nieco podobny do tego z kolejnymi tworami firmowanymi przez Janusza Korwin-Mikkego:

Petru z kolegami sprzedaje ludziom podróbę, nazywając ją liberalizmem. Efekt jest taki jak przy sprzedaży butów skleconych z odpadków, opatrzonych logo znanej firmy, które rozpadną się po pierwszym deszczu: wyrabianie marce złej opinii.

Inicjatywa ekonomisty przychodzącego z samego centrum świata banków i korporacji ma tyleż wspólnego z autentycznym liberalizmem, co ja z Krytyką Polityczną. Niestety, ludziom wbije się do głowy skojarzenie: Petru–banksterzy–liberałowie.

Liberalizm

Czy w Polsce po 1989 roku był kiedykolwiek prawdziwy liberalizm? Owszem, było coś, co go przypominało, na początku lat 90., zanim wolność gospodarczą zaczęły krępować kolejne koncesje, przepisy, normy i zanim zdusiła ją siatka rozmaitych interesów, promowanych przez rządzących. Najbliżej prawdziwego liberalizmu była epoka sprzed błyszczących nowych wieżowców i nowej wersji chłoporobotników, czyli pracowników korpo; czas pogardzanych dzisiaj bazarowych szczęk i w miarę równego pola gry dla wszystkich. To był liberalizm, choć na pewno dopiero dojrzewający. Niestety, jego rozwój został bardzo skutecznie zduszony.

Jakie są niezbędne składniki liberalizmu? Przede wszystkim równość podmiotów w sensie identycznych zasad gry oraz równości wobec wymiaru sprawiedliwości, który musi być sprawny i szybki. Nikt nie może być uprzywilejowany, do każdego władza muszą podchodzić identycznie. Dotyczy to również relacji między klientami a sprzedającymi towary lub usługi. Preferencje w rodzaju specjalnych stref ekonomicznych czy ulg dla jakiegoś rodzaju podmiotów są zaprzeczeniem idei liberalnej.

Ale liberalizm to także odpowiedzialność wobec wspólnoty i wartości. Wiele wskazujących na to passusów znajdziemy u Adama Smitha. W Polsce rozumiał to szczególnie dobrze śp. Mirosław Dzielski, a kontynuatorem tej myśli był także już niestety nieżyjący Krzysztof Dzierżawski. Liberalizm gospodarczy oparty o wartości chrześcijańskie – tak to widział i tak postulował Dzielski – oznacza bycie wobec siebie fair. Wyklucza cwaniactwo czy żerowanie na cudzym nieszczęściu. Oczywiście ludzie nie są aniołami i dlatego potrzebne są silne instytucje państwa, które w razie potrzeby będą gotowe szybko wymusić właściwe postępowanie.

Liberalizm po PO-lsku

Ile w takim razie ma wspólnego z liberalizmem to, co widzimy dookoła siebie? Zgoła nic. W świecie dziesiątków tysięcy przepisów, które pozwalają urzędasom w każdej chwili zniszczyć właściwie dowolny biznes i inicjatywę (chyba że jej właściciel jest żoną Sławka Nowaka albo kimś w porównywalnej sytuacji i z porównywalnymi powiązaniami),

trwa rywalizacja o to, kto kogo sprawniej i bardziej bezczelnie oszuka. Uczestniczą w niej i właściciele biznesów, i ich pracownicy, i klienci. Nie dlatego, że taka jest natura Polaków, ale dlatego, że takie postępowanie wymusza na nich i skłania ich do niego

system.

Świat wielkich korporacji, których nieskrępowana i nierzadko rabunkowa działalność na polskim rynku jest uzależniona od kumpelskich relacji z rządzącymi, ma tyle wspólnego z liberalizmem co Korea Północna z demokracją.

Kim jest Ryszard Petru i kto za nim stoi?

Problem z panem Petru i jego towarzyszami jest taki, że w większości przychodzą ze środka tego patologicznego układu. Petru, przez lata główny ekonomista BPH, potem także w BRE Banku i PKO BP, korzystał osobiście ze szczególnej pozycji banków w Polsce,

opartej choćby – by podać jeden, za to uderzający przykład – na instytucji bankowego tytułu egzekucyjnego, dopiero niedawno obalonego orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego.

Bankowy tytuł egzekucyjny był jednym z najjaskrawszych dowodów na nierówność podmiotów w grze rynkowej.

Ciekawie byłoby spytać Petru, jaka była jego opinia w tej sprawie.

W kwestii kredytów we frankach, gdzie państwo ewidentnie nie dopełniło swoich obowiązków, a banki żerowały na niewiedzy klientów, Petru stał twardo po stronie bankowo-państwowego układu.

Formalina

Na konwencji brylowali również m.in. samorządowcy, czyli ludzie pracujący za publiczne pieniądze, a także przedstawicielka periodyku „Kultura Liberalna”, Karolina Wigura. „Kultura Liberalna” jest tak liberalna, że regularnie wnioskuje do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego o dotacje, a kiedy ich nie dostaje, uruchamia swoich przyjaciół z Jackiem Żakowskim na czele, żeby ministerstwo (skutecznie) postawić do pionu.

Osiem punktów programowych, które można znaleźć na stronie NowoczesnejPL, to ogólniki, choć pod niektórymi mógłbym się spokojnie podpisać. Tyle że

to już było – dokładnie to samo głosiła w 2007 roku Platforma.

Teraz głosi to Petru, a gdzieś za jego plecami pojawia się Balcerowicz. Problem w tym, że obaj wyrastają wprost z układu, który robił coś dokładnie przeciwnego. W mijającej kampanii obaj – Petru i Balcerowicz – ustawili się w roli twardych sojuszników dotychczasowego porządku.

Ich publiczna aktywność nie miała wiele wspólnego z promocją prawdziwego liberalizmu, za to powielała tezy rządzącej partii o „strasznym PiS-ie” i „szaleńcu Kukizie”.

Owszem, chciałbym, żeby w polskiej polityce istniała partia liberalna z prawdziwego zdarzenia. Jest potrzebna. Ale gdybym miał jej zaufać, to musieliby ją tworzyć ludzie choćby ze środowiska Centrum im. Adama Smitha, przechowujący dziedzictwo myśli Mirosława Dzielskiego.

Młodzi, nie dajcie się nabrać

Petru i jego ruch to podróba, do której pasuje świetnie złośliwe określenie „partia bankierów”. Nie dajmy się nabrać.

Łukasz Warzecha

warzecha

 

 

 

*Łukasz Warzecha – dziennikarz, publicysta, autor książek.

wPolityce.pl

 

Rząd groteski narodowej – analiza Łukasza Warzechy

rząd Kopacz

No dobrze, pośmialiśmy się – bo trudno się nie śmiać, kiedy na Politechnice Warszawskiej pod wodzą Ewy Kopacz niespodziewanie pojawiają się następcy Monty Pythona (którzy mają szansę na prześcignięcie pierwowzoru) – ale jednak sprawa jest poważna, bo ten groteskowy rząd ma przez najbliższy rok sprawować w Polsce władzę. Warto się więc nad tym kabaretem pochylić.

Niestety, pierwsza ogólna konkluzja, jaka przychodzi na myśl, to ta, że – jakkolwiek fatalnie może to zabrzmieć – przy obecnym rządzie pani Kopacz rząd Donalda Tuska był hiperprofesjonalny. Dotyczy to także – o zgrozo! – ministra spraw zagranicznych.

Dla wszystkich jest już chyba jasne, że klucze w doborze nowych ministrów były dwa. Po pierwsze – opanowanie frakcyjnych podziałów w PO; po drugie – klucz towarzyski, czyli psiapsiółki pani Kopacz. W żadnym wypadku nie było mowy o kryterium kompetencji, bo tak się składa, że z rządu wylecieli relatywnie najlepsi ministrowie, zastąpieni przez ludzi niemających pojęcia o powierzonych im dziedzinach. Dlaczego tak? Po pierwsze – ponieważ o wiele słabsza od Tuska Ewa Kopacz musi żonglować posadami, aby uzyskać jako taki spokój w swoim ugrupowaniu.

Tusk mógł sobie pozwolić na stosowanie innych metod, dzięki czemu swoje kolejne gabinety układał z częściowym choćby uwzględnieniem kompetencji szefów resortów, rozumianej przynajmniej jako ogólne zorientowanie w danej dziedzinie. Kopacz tego luksusu nie ma. I – po drugie – może wierzyć w medialną ochronę, która miałaby maskować nawet najgorsze potknięcia jej podopiecznych. Czy tę ochronę poza „Gazetą Wyborczą” znajdzie, to inna sprawa.

Sama pani premier zaprezentowała się podczas pierwszej konferencji nie tyle od najgorszej strony, co od swojej strony naturalnej. Innej nie ma. Kopacz taka po prostu jest: mało inteligentna, niesamodzielna umysłowo, pretensjonalna, nierozumiejąca ani znaczenia, ani wydźwięku własnych słów.

Mieczów ci u nas dostatek, ale i to przyjmiemy...
Mieczów ci u nas dostatek, ale i to przyjmiemy…

To zwykła prowincjonalna lekarka, rzucona na wodę o wiele dla niej zbyt głęboką. Przy czym w tym wypadku słowo „prowincjonalny” nie oznacza pochodzenia z prowincji w dosłownym znaczeniu tego słowa, ale specyficzny stan umysłu.

Sposób, w jaki kandydatka na premiera postanowiła zaprezentować swoich współpracowników – skrajnie infantylny i żenujący – pozwala wyciągnąć wnioski na temat przygotowania i charakteru pani Kopacz. Widać zatem, że nie panuje ona nad materią podwójnie. Po pierwsze – nie potrafi przedstawić swoich ludzi choćby udając, że mają jakieś rzeczywiste kompetencje, ale robi to, jakby – tu celne porównanie Aleksandry Jakubowskiej – przedstawiała członków szkolnego samorządu. Ten infantylny rys osobowości byłej marszałek Sejmu napawa niepokojem. Po drugie – co bardzo ciekawe – jest kompletnie nieporadna piarowo, czyli nie radzi sobie w dziedzinie, która była naturalnym środowiskiem samego Tuska. Po trzecie wreszcie – jest najzwyczajniej w świecie mało inteligentna. Inteligencja bowiem oznacza, że ma się świadomość sposobu, w jaki się mówi, znaczenia własnych słów i potrafi się przewidywać sposób, w jaki zostaną odebrane. Sposób przedstawienia ministrów został zapewne wcześniej zaplanowany i może nawet można było – nie rezygnując z nieco familiarnej i luźnej formy – z tym scenariuszem wygrać. Problem leży jednak nie w samym pomyśle, ale w pani premier.

Jak już w innym miejscu pisałem – z próżnego i Salomon nie naleje, a Ewa Kopacz jest pod względem potencjału piarowego próżnią doskonałą. Widać to było również w przypadku wątku kobiecego, który pani premier wtrąciła kilkakrotnie, zwłaszcza w swojej bełkotliwej i szkodliwej wypowiedzi na temat konfliktu rosyjsko-ukraińskiego. Nietrudno domyślić się założeń tej gry: opiekuńcza kobieta kontra stetryczały lider opozycji; złośliwość kontra kobieca łagodność; do tego wzięcie feministek pod włos. I znów – może i ta narracja miałaby jakieś szanse powodzenia, gdyby nie osoba, która ma w niej odgrywać główną rolę.

Oczywiście merytorycznie jest to postawa nie do obrony. W gruncie rzeczy Kopacz staje się największym wrogiem feministek, bo jej narrację należy odczytywać jako próbę uzasadniania miękkości i nieporadności właśnie płcią.

Z punktu widzenia interesu państwa zaś jest to już kompletny dramat. Wygłaszając swoje dziwaczne słowa o Ukrainie i stosunku Polski do konfliktu, Kopacz dowiodła, że – po pierwsze – nie ma pojęcia, o czym mówi; po drugie – że albo nie zdaje sobie sprawy, albo nie interesuje jej i nie bierze pod uwagę, że każde słowo dotyczące tak istotnego strategicznie tematu jest natychmiast analizowane w kilku ważnych stolicach, a jeśli tylko można – podchwytywane przez zagraniczne media w swoich celach. Nie inaczej stało się i tym razem.

Jaka by nie była przyczyna takiego jej postępowania, jest to świadectwo skrajnej nieodpowiedzialności. I można się obawiać, że dalej będzie tak samo albo gorzej. Warto też zauważyć, że linia, którą Kopacz wyznaczyła swoją wypowiedzią, różni się zasadniczo od kursu wyznaczanego dotąd przez Sikorskiego i samego Tuska.

Przyjrzyjmy się ministrom. Ostali się ci najfatalniejsi, jak Biernat, Kluzik-Rostkowska czy Arłukowicz. Odeszli ci względnie najmniej źli.

Schetyna

Zamiana Sikorskiego na Schetynę brzmi jak dowcip. Sprawa była prosta – Schetynę trzeba było gdzieś w rządzie umieścić, prawdopodobnie dlatego, że Kopacz przy swojej słabości nie mogła sobie pozwolić na to, aby pozostawał poza kontrolą, a biorąc go do rządu, spełniała zarazem postulaty prezydenta. Poza tym jakakolwiek rządowa posada daje możliwość odpalenia źle sobie radzącego szefa resortu, a powód znajdzie się zawsze. Tym łatwiej, im mniej resort jest dopasowany do zdolności człowieka.

Lew salonowy i nieustraszony pogromca wściekłej watahy - Radosław Sikorski. Jeszcze bez laski
Lew salonowy oraz nieustraszony pogromca wściekłej watahy – Radosław Sikorski. W oczekiwaniu na laskę

Jeśli czas Sikorskiego się skończył, na jego miejsce można było znaleźć kilka osób z dyplomatycznym obyciem, które przecież i tak realizowałyby strategię PO, ale czyniłyby to w miarę profesjonalnie. I takie sondowanie wśród byłych szefów MSZ się odbywało, ale spełzło na niczym. Schetyna dostał więc to, co było do wzięcia, bez względu na swoje predyspozycje. Teraz napiszę coś strasznego: uważałem Sikorskiego za fatalnego ministra spraw zagranicznych, ale przy Schetynie Sikorski jawi się jako tytan dyplomacji. Sikorski prowadził politykę dla Polski fatalną, charakterologicznie był na to stanowisko absolutnie nieodpowiedni, miał jednak przynajmniej potencjał środków, dzięki którym w rzadkich porywach mógł dla Polski coś załatwić: znajomości, rozpoznawalność na salonach, znakomity angielski. Czyli warsztat dyplomaty.

Postawienie na jego miejscu Schetyny w takiej sytuacji międzynarodowej, w jakiej się znajdujemy, to jak posadzenie za sterami samolotu, któremu kończy się paliwo, ślusarza od śrubek. Ale tak wynikało z politycznej układanki, wobec której interes państwa został uznany za nieistotny.

Com ostawił, ostawiłem...
Gdy odchodzę, się nie smucę. Gdy Róg zabrzmi, to powrócę…

Tusk zabiera z sobą do Brukseli wiceministra spraw zagranicznych Piotra Serafina, zatem jakąś nadzieję na to, że MSZ nie wejdzie w całkowity dryf, daje jedynie nowy minister ds. europejskich, czyli zdymisjonowany Rafał Trzaskowski, dotąd minister cyfryzacji i administracji.

Kolejna względnie dobrze oceniana osoba, były (dobrze oceniany) polski eurodeputowany, który zrezygnował z mandatu, aby wejść do rządu. Na jego miejsce przyszedł Andrzej Halicki, którego kompetencje w dziedzinie informatyzacji i cyfryzacji sprowadzają się do umiejętności korzystania z tableta. Tymczasem to – nie wspominając o administracji – sfera bardzo trudna, trzeba się ścierać z problematyką milionowych przetargów i obsługą systemów informatycznych, które wciąż działają fatalnie. Ciekaw jestem, co nowy minister mógłby nam na przykład powiedzieć na temat spopularyzowania i przede wszystkim dostosowania do potrzeb obywateli systemu ePUAP. O ile w ogóle wie, co to takiego.

Andrzej Halicki - batman piaru; potrafi udowodnić, że garb wcale nie musi być cechą konstytutywną wielbłąda
Andrzej Halicki – batman piaru; potrafi udowodnić, że garb wcale nie musi być cechą konstytutywną wielbłąda

Ale Halicki musiał do rządu wejść, bo tak kazała logika wewnątrzpartyjna. „No to na co tam rzucimy Andrzejka?”. „Dajmy go na cyfryzację i administrację, Trzaskowskiemu się da kopa, to szczyl jest, nie liczy się”.

Biernacki, Królikowski

Marek Biernacki w tandemie z Michałem Królikowskim również radził sobie jako tako z powierzoną mu materią. Cezary Grabarczyk, „który kocha ludzi” na jego miejscu to dowcip.

Być może jednak największym dowcipem w nowym rządzie jest pani Piotrowska w jednym z najtrudniejszych, najbardziej skomplikowanych resortów, gdzie kapitulowali nieporównanie poważniejsi od niej gracze.

Teresa Piotrowska
Teresa Piotrowska

Powierzenie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych przez Ewę Kopacz swojej koleżance, której polityczne doświadczenie jest, delikatnie mówiąc, mizerne, musiało wywołać w Komendzie Głównej Policji i innych strukturach podległych MSW salwy rubasznego śmiechu.

Z punktu widzenia ludzi służb mianowanie tej pani na szefa resortu siłowego musi wyglądać tak, jakby ministra nie było. Obywatelom wróży to jednak jak najgorzej, bo wraz z wyznaczeniem pani Piotrowskiej wszelka kontrola nad policją, strażą graniczną czy pożarną staje się fikcją. Bartłomiej Sienkiewicz, owszem, był postacią groteskową, ale nie można mu było odmówić inteligencji. Jego następczyni, była bydgoska wojewoda… cóż…

Siemoniak i stronnictwo prezydenta ma takie zaufanie w NATO, że o strategicznych decyzjach z Polską w roli głównej dowiaduje się dopiero w momencie ich ogłoszenia
Minister Siemoniak i całe stronnictwo prezydenta ma takie zaufanie w kierownictwie NATO, że o strategicznych decyzjach dotyczących Polski, a z Rosją w tle, dowiaduje się dopiero w momencie ich ogłoszenia! O czym nam to mówi?…

Jedynym jaśniejszym punktem w obecnym gabinecie może być nowy wicepremier – Tomasz Siemoniak, nadal minister obrony. Oczywiście jego nowa rola nie wzięła się z faktu, że pani premier ma świadomość własnych ograniczeń. To trybut na rzecz Pałacu Prezydenckiego. Można jednak mieć nadzieję, że Siemoniak, który intelektualnie przewyższa znacznie średnią nowego rządu, a z racji funkcji musiał mieć świadomość szerszego kontekstu, w jakim funkcjonuje nasze państwo, będzie w stanie jakoś sytuację ratować.

Mamy zatem rząd groteski narodowej. Jak sięgnąć pamięcią w dzieje III RP, nie było jeszcze na stanowisku premiera osoby tak intelektualnie płytkiej.Wszyscy dotychczasowi premierzy – Mazowiecki, Bielecki, Suchocka, Olszewski, Cimoszewicz, Oleksy, Kaczyński, Tusk, Belka, Miller – niezależnie od ich politycznej afiliacji i poglądów, byli ludźmi ogarniającymi skomplikowaną materię rzeczywistości w stopniu wystarczającym do kierowania dużym państwem. Lekarka z Radomia jest tu wyjątkiem, co słychać przy okazji każdej jej wypowiedzi. Polska oczywiście i ten kabaret jakoś przetrzyma. Zwłaszcza że można mieć nadzieję, iż nie potrwa on dłużej niż rok. Nie łudźmy się jednak, że kabaretowe rządy pozostaną bez wpływu na stan i pozycję naszego państwa. I dlatego nie wolno zapominać, że ostateczną odpowiedzialność za taki stan rzeczy oraz za skład rządu ponosi nie rozhisteryzowana prowincjonalna pani doktor, ale Donald Tusk.

Przy tej okazji trzeba też wspomnieć o opozycji. Jej odpowiedź na montypythonowski rząd jest, jak na razie, raczej cicha. To może się zmienić, ale jest też świadectwem słabego przygotowania. Jarosław Kaczyński wielokrotnie wypowiadał się przeciwko stworzeniu gabinetu cieni. Tymczasem gdyby taki gabinet istniał, odpowiedź mogłaby być sprawna i natychmiastowa.

Afera podsłuchowa to finalna faza scenariusza rozbiorowego – Grzegorz Braun

grzegorz braun

Kolejnym etapem będzie już niezadługo odpalenie tzw. kryzysu finansowego, bo i w finansach trzeba stwierdzić wyraźnie, że to nie żaden kryzys, tylko rezultat działań międzynarodowych lichwiarzy, będących w istocie właścicielami Polski. To dla nich i na nich obecnie pracują Polacy przywiązani niczym chłopi pańszczyźniani każdy do swoich kredytów. Ci lichwiarze w dowolnym momencie, według swego uznania proklamują po prostu bankructwo państwa polskiego, a co gorsza – doprowadzą wcześniej do sytuacji, że Polacy nawet nie będą takiego państwa żałowali. Z reżyserem Grzegorzem BRAUNEM rozmawia Aldona Zaorska

Czy zaskoczyła Pana treść nagranych rozmów, czy wręcz przeciwnie – po rządzie Tuska trudno było oczekiwać czegokolwiek innego?

Zaskoczony treścią tych nagrań może być tylko ktoś, kto nie zdaje sobie sprawy, na jakim świecie żyje. Żyjemy w świecie demokracji, która właśnie w takich okolicznościach odkrywa swoje paskudne oblicze. Rządzi nami byle kto i nie wiadomo kto. Przecież ci ludzie, którzy nam się w tych rozmowach tak szeroko prezentują nie mogą być uważani za szczyt władzy w naszym kraju. To są amatorzy i gówniarze. Problem w tym, że nie jesteśmy w stanie się zorientować, kto ich zatrudnił w charakterze marionetek. Prawdziwi właściciele Tuska, Sikorskiego, Belki czy Grasia ciągle chowają się za kulisami tego teatru. Jednocześnie są zbyt profesjonalni, żeby się ujawniać. Chcę podkreślić – obecna sytuacja to nie jest kryzys demokracji, przeciwnie to jest norma demokracji.

Co jest najważniejsze w całej podsłuchowej aferze?

Cała ta sprawa jest w sposób drastyczny i katastrofalny niszcząca dla państwa polskiego. Myślę, że niezależnie od tego, kto podsłuchiwał, kto nagrywał, kto przekazywał, a kto publikuje, niezależnie od tego, jakie autorzy i uczestnicy tej autodemaskacji systemu mieli cele i oczekiwania, to rezultatem jest przede wszystkim dalsza totalna destrukcja państwa polskiego, porównywalna wyłącznie pod względem rozległości skutków z zamachem smoleńskim 2010 r. I być może o to właśnie chodzi – nie skupiając się na tym, kto te nagrania zamówił i kto operację sprawnie przeprowadził, i jakie kanały zostały wykorzystane do puszczenia tego w obieg – muszę powiedzieć, że rzecz doskonale mieści się w scenariuszu rozbiorowym państwa polskiego. Mogę powołać się na to, że w ciągu minionych lat szereg razy wyrażałem przypuszczenie, że w tym scenariuszu rozbiorowym jako nieodzowny musi się pojawić element spektakularnej kompromitacji państwa polskiego zarówno na arenie międzynarodowej, jak i wobec własnych obywateli. No i mamy taki element.

O co więc chodzi?

Z jednej strony o wyizolownie państwa polskiego na arenie międzynarodowej, tak żeby było zdane na łaskę i niełaskę scenarzystów, którzy mają w ręku nasze losy, a z drugiej – o taką kompromitację Polski w oczach jej własnych obywateli, żeby – kiedy już przyjdzie (a przyjdzie niedługo) faza finalna instalacji na naszym terytorium zrębów alternatywnego tworu państwowego połączonego z odebraniem narodowi polskiemu suwerenności na jego własnym terytorium – żeby wówczas znaczna część obywateli zniechęconych do własnego państwa, rozczarowanych, pełnych goryczy i pogardy wobec tych, którzy tworzą tę atrapę fasady państwowości, przyjęła z ulgą, a może nawet z radością alternatywne rozwiązania polityczne, które w dodatku zostaną przedstawione jako scenariusz ratunkowy dla Polski.

Czyli afera podsłuchowa to kolejne zdarzenie z całego ciągu zaplanowanych zdarzeń. Jaki więc będzie kolejny etap?

Sądzę, że kolejnym etapem będzie już niezadługo odpalenie tzw. kryzysu finansowego, bo i w finansach trzeba stwierdzić wyraźnie, że to nie żaden kryzys, tylko rezultat działań międzynarodowych lichwiarzy, będących w istocie właścicielami Polski. To dla nich i na nich obecnie pracują Polacy przywiązani niczym chłopi pańszczyźniani każdy do swoich kredytów. Ci lichwiarze w dowolnym momencie, według swego uznania proklamują po prostu bankructwo państwa polskiego, a co gorsza doprowadzą wcześniej do sytuacji, że Polacy nawet nie będą takiego państwa żałowali.

I co wtedy?

Wówczas pojawią się „dobroczyńcy” „zbawiciele” i „wielcy przyjaciele Polaków” którzy zaproponują programy naprawcze, restrukturyzację finansów państwa, będącą w istocie jeszcze mocniejszym uwikłaniem Polaków w piramidę finansową, w której zresztą już tkwimy. Myślę, że do zalegitymizowania tego wszystkiego będzie potrzebne jednoczesne odpalenie kryzysu politycznego o charakterze militarnym, może nawet wojennym. Chociaż pan minister Sienkiewicz i jego koledzy dawno już wylecą z roboty, ale szykowany przez nich aparat państwa policyjnego, z którym już mamy do czynienia, zostanie użyty do pacyfikacji resztek narodu.

To jest pewna ironia tej sytuacji, że wątek finansowy, który pojawił się w rozmowach pierwszoplanowych finansistów, reprezentujących w Polsce interesy owych lichwiarskich banków, mógł paradoksalnie przyczynić się do ujawnienia całej afery. Bo czy przypadkiem ci ludzie, posuwając się do prób emisji większej ilości papierowego pieniądza, czym usiłowali być może podreperować swoją bieżącą sytuację, nie popełnili największego grzechu, próbując dokonać tego bez porozumienia z gangsterami, którzy mają ich los w swoim ręku? W każdej mafii największym przestępstwem jest przecież okradanie swoich bossów. Być może do tego w Polsce doszło – może tych nowych banknotów wydrukowali nieco więcej niż starych – więc międzynarodowe konsorcjum lichwiarzy upomniało się po prostu o swoje.

Wątek finansowy nie jest tu jedyny…

Nie jest. Mamy tu także politykę zagraniczną. Oczywiście przywódcy państw na świecie orientują się lepiej niż my, kim w istocie są takie kreatury, jak minister Sikorski. Oni przecież mają kompletne dossier tego człowieka i świetnie wiedzą że jest to człowiek tak niepoważny, skoro np. gotów był używać swojej rządowej karty płatniczej, żeby nią regulować należności za różne uciechy świadczone mu za granicą. Do jego wad, jak się okazuje, należy również nieprzezorna gadatliwość. Jego właściciele i międzynarodowa opinia na najwyższym szczeblu świetnie się w tym orientują.

Jaki jest więc cel tych nagrań?

Mają ostatecznie wytrącić polskiej polityce, ktokolwiek będzie nią kierował, możliwość prowadzenia poważnych rozmów z poważnymi partnerami. Z całego tego spektaklu ma wypłynąć jeden wniosek państwo polskie nie jest partnerem do jakichkolwiek poważnych rozmów i ustaleń, bo jeśli nawet zostaną zawarte, to prędzej czy później zostaną wypaplane i będzie można sobie o nich poczytać w prasie bulwarowej.

Ale nagrania te dają szansę opozycji. Notowania PiS rosną…

Być może istnieje też taki wariant scenariusza rozbiorowego, w którym mieści się nawet powierzenie na jakiś czas zewnętrznych znamion władzy politykom pełniącym obowiązki patriotów. Być może dlatego też ta akcja podsłuchowa została odpalona, że właśnie przychodzi na to pora. Może trzeba dopuścić patriotów do władzy po pierwsze po to, żeby w czasie kryzysu finansowego znalazły się kozły ofiarne, na które będzie można zwalić za niego winę, a po drugie -żeby to nie kompletnie skompromitowani gangsterzy i złodzieje z Platformy Obywatelskiej, tylko patrioci z Prawa i Sprawiedliwości wystąpili w charakterze żyrantów pewnych rozwiązań, które do finalizacji scenariusza rozbiorowego są również konieczne. Być może to właśnie patrioci są potrzebni do tego, żeby podżyrować zaangażowanie Polski w konflikt wojenny, w wyniku czego zostanie przeprowadzony jakiś np. transfer uchodźców do Polski na większą skalę, za którym pójdzie np. zmiana prawa.

W tej aferze celowo są rozmywane najważniejsze problemy, czyli np. nie podejmuje się tematyki rozmów, tylko kwestię legalności nagrań, nie tego, kto i co mówi, tylko tego, kto nagrał. Polacy mają nie zauważyć scenariusza, o którym Pan mówi, a politycy nie zdają sobie sprawy, jak bardzo są pionkami w tej grze? A może chodzi o to, że chcą po prostu zrealizować własne interesy i odwracają w ten sposób od nich uwagę opinii publicznej?

Pewnie zachodzą tu wszystkie wymienione przez Panią czynniki. W każdej tego typu operacji na górze są wielkie plany, a na dole własne, partykularne interesy. Jedno nie wyklucza drugiego i trzeciego jednocześnie. Sądzę jednak, że uczestnicy tej afery są „za krótcy” żeby tak długofalową operację przeprowadzić i odpalić w ramach zwykłych gangsterskich rozrachunków. Myślę więc, że rzeczywiście na polskiej szachownicy pionki przestawiają możni tego świata. Myślę, że równie dobra jest hipoteza, że mamy efekty przestawienia wajchy przez imperium amerykańskie, jaki i hipoteza, że to Rosjanie ze swojej strony wajchę przeciągają, żeby utrudnić życie Amerykanom. Wszystko to jest równie prawdopodobne. Oczywiście ten scenariusz rozbiorowy jest rozwojowy i ulega modyfikacjom niemalże „ze sceny na scenę” ale priorytety muszą być i będą zachowane. Natomiast jak ostatecznie przebiegnie, wiedzą tylko ci, którzy go piszą.

Czyli kto?

Ja nazywam finalny efekt tego scenariusza kondominium rosyjsko-niemieckim pod żydowskim zarządem powierniczym. Do tego to wszystko zmierza i aktualne konwulsje państwa polskiego idealnie do niego pasują. To najlepsza odpowiedź, jaką mam, na pytanie o autorów tego scenariusza.

Nie ma Pan wrażenia, że zamiast informacji mamy coraz więcej dezinformacji? W pierwszych doniesieniach była mowa o fachowcach wysokiej klasy, być może nawet z obcego wywiadu i profesjonalnym sprzęcie. Teraz o spisku trzech kelnerów i zwykłym dyktafonie. Ktoś powiedział za dużo i rozpaczliwie próbuje to teraz odkręcić, przy okazji robiąc z Polaków idiotów?

„Spisek kelnerów” czy nawet „baronów węglowych” – to są teorie tyle samo warte, co wersja, w której Oswald sam strzelał do Kennedy’ego, a Rywin działał na własną rękę. Ale oczywiście na poziomie lokalnym, krajowym, skoro okazuje się, że „dziennikarze śledczy” i „kelnerzy” znają się z pewnym „biznesmenem” z Legnicy – to trudno nie zastanowić się nad udziałem w tej kombinacji gangu Grzegorza Schetyny. Ja nie przypuszczam, żeby ktokolwiek na Dolnym Śląsku mógł od lat prosperować w interesach bez autoryzacji ze strony „układu wrocławskiego” Że ten układ jest przez międzynarodowych graczy wciąż poważnie obstawiany, to nie ulega wątpliwości. Przypominam, że w ostatniej dekadzie w warszawskiej prasie, także zwanej niezależną pojawiały się przymiarki Schetyny do roli„mocnego człowieka” który jaki jest, każdy widzi, ale on przynajmniej zrobi z tym wszystkim porządek. Więc może brany jest pod uwagę i taki wariant pośredni.

Jaki?

Wspomina się o tzw. rządzie fachowców. Ja nie wykluczałbym, że do takiej roli szykowani są ludzie właśnie z okolic Wrocławia. Proszę np. zwrócić uwagę na towarzystwo spod znaku Kongresu Obywatelskiego – to dość mglista inicjatywa, dość luźne forum, ale wiadomo np., że służy ono do lansowania się m.in. takich ludzi, jak Mateusz Morawiecki, szef Banku Zachodniego. Jego nazwisko już parę lat temu było wymieniane na giełdzie kandydatów do rządu. A zatem nie zdziwiłbym się, gdyby pojawił się on jutro przynajmniej w szeroko rozumianym zapleczu tzw. „rządu technicznego” On, a może jeszcze i pan Zbigniew Jagiełło z PKO? Takie zaplecze mogłoby gwarantować płynne przejście od „rządu technicznego” do „rządu fachowców”o silnie patriotycznym profilu. Co ci akurat finansiści mają wspólnego z „układem wrocławskim”? Otóż mają w biografiach – podobnie zresztą jak Schetyna – piękną kartę, tj. działalność w „Solidarności Walczącej”. To jest chyba ostatnia taka piękna, jeszcze niezgrana karta, którą nasi scenarzyści zdecydują się być może wreszcie włączyć do gry właśnie np. do zalegitymizowania Schetyny. Warto odnotować dyskretne lansowanie tej legendy, za pomocą np. świeżej publikacji książkowej o„SW” Problem w tym, że to jest legenda mocno załgana i jeśli ktoś zechce na niej budować nowe państwo, to warto żeby najpierw przenicował łżebiografie takich właśnie graczy jak Schetyna.

Naprawdę proszę zachować daleko posuniętą ostrożność w zachwycaniu się czymkolwiek, co pochodzi z Wrocławia i okolic.

O historycznych uwarunkowaniach, o tym, że jest to teren najsilniej spenetrowany i najgłębiej nasycony agenturą jeszcze w czasach, gdy stacjonowały tam sztaby Północnej Grupy Wojsk Armii Czerwonej. Tamtejsze elity – wyżej wymienionych nie wyłączając – były wyłaniane i selekcjonowane, a co najmniej bacznie monitorowane przez takich fachowców, jak np. tow. płk Putin, który stacjonując w pobliskim Dreźnie, patronował od tamtej strony, także po linii STASI narodzinom „układu wrocławskiego”

Nota bene – Wrocław przewidziany jest niewątpliwie na jedną ze stolic regionalnych owego „kondominium” o którym wyżej wspominałem. Co zresztą wcale nie wyklucza możliwości, że na jakiś czas wam tu w Księstwie Warszawskim może nawet zostawią trochę Polski – na miarę skansenu albo rezerwatu indiańskiego.

Może taki rząd, odwołujący się do legendy „Solidarności Walczącej” to nie taka zła perspektywa?

Może. Ja tylko stwierdzam fakt: i ten układ tworzą ludzie głęboko uwikłani i uzależnieni od centrów zawiadowczych zlokalizowanych poza terytorium Polski. I dlatego, obawiam się, nie będą w stanie nawet gdyby chcieli – odwrócić generalnego trendu. Mogą więc zostać wykorzystani jako pożyteczni żyranci na przejściowym etapie. Dają oni, z punktu widzenia naszych zewnętrznych scenarzystów, pełną rękojmię bezpieczeństwa – nie mają bowiem w gruncie rzeczy żadnych poważniejszych koncepcji antysystemowych. W każdym razie to właśnie wynika np. ze znanych mi wystąpień na forum Kongresu Obywatelskiego czy z lektury prasy związanej ze środowiskiem „SW” To są jakieś „republikanizmy” całkowicie niegroźne dla lichwiarzy – bo uznające etatystyczne status quo. Albo działania na niwie „polityki historycznej” – ważne i skądinąd sympatyczne – ale mieszczące się w granicach właśnie owego wyżej przywołanego rezerwatu dla Polaków. Ja jestem sceptyczny wobec tych naszych „republikanów” także dlatego, że projektują oni porządek państwowy wedle zasad masonerii – porządek, w którym tradycja narodowa i tradycja katolicka może nawet będą tolerowane, ale mają stać w kącie i nie mieszać się do polityki, podczas gdy pryncypia ustanowione w lożach Paryża, Londynu czy Berlina będą transmitowane na Polskę.

Czy więc możliwa jest jakakolwiek realna zmiana?

W obecnej sytuacji każda próba realnych zmian systemowych, np. próba zaprowadzenia w Polsce naprawdę wolnego rynku i wyprowadzenia Polaków z piramidy finansowej (MFW) zostanie łatwo spacyfikowana po rozpętaniu w mediach na całym świecie„kampanii antyfaszystowskiej” której głównym hasłem będzie „ratowanie demokracji” w Polsce. Ale to nie znaczy, że nie należy takich planów snuć i takich oczekiwań wyrażać Bo sytuacja przecież się zmieni i to szybciej niż się spodziewamy.

Wracając do „afery podsłuchowej”- może chodzi o ukrycie pod podsłuchami większej afery. W jej tle całkowicie przepadły takie informacje jak komisja sejmowa nt. dochodów Kwaśniewskiego czy nowelizacja prawa dokonana przez rząd, dzięki której Polska będzie wypłacała świadczenia emerytalne nawet 50 tys. ocalałych Żydów, ich małżonkom, a nawet dzieciom zamieszkującym poza naszym krajem z tytułu szkód doznanych ze strony nazistów i bolszewików na ziemiach polskich w czasie wojny i okresu stalinowskiego. Internauci wprost zastanawiają się, jak wielki przekręt zostanie pod nią ukryty. A może powrót do tematu nielegalnych dochodów Kwaśniewskiego (komisja sejmowa) i obecna afera taśmowa to wojna o schedę po Jaruzelskim? Może jest to po prostu wojna sierot po żydokomunie z wojskówką, czyli układu z Magdalenki? Mają rację?

To są bardzo trafne spostrzeżenia i oczywiście one tworzą bardzo istotny kontekst tego, co się dzieje. Może być i tak. Ale jak powiedziałem wyżej – niezależnie od tego, jak prowadzą między sobą swoją rozgrywkę ci miejscowi łajdacy, to tak szeroko zakrojonych działań z międzynarodowym rezonansem medialnym nikt z nich nie poważyłby się przeprowadzić, nie mając autoryzacji ze strony swoich właścicieli. Na tę rozgrywkę musiała dać przyzwolenie przynajmniej część ośrodków zagranicznych zawiadujących polską sceną polityczną. Widać to szczególnie po tym, że orkiestra pudeł rezonansowych, jaką tworzą postpeerlowskie media, zaczęła nagle grać na inne nuty. Możemy obserwować, jak zasłużeni funkcjonariusze frontu ideologicznego, wytrawni propagandyści w rodzaju Moniki „Stokrotki” Olejnik i jej kolegów, wykorzystują tę okazję po to, żeby się uwiarygodnić na nowy etap. Ich buńczuczne wypowiedzi i nagłe zniesienie taryfy ulgowej, jaką do tej pory stosowali wobec warszawskiej władzy, pozwala przypuszczać, że właśnie do wielu wysokich funkcjonariuszy frontu ideologicznego dotarły już nowe rozkazy i że potępiając działania rządu Tuska i ABW, po prostu je wykonują.

A pomijając już aspekt ich zachowania – jak ocenia Pan akcję ABW w siedzibie„Wprost”?

Dlaczego ta akcja słabo im poszła? Być może wycofanie się funkcjonariuszy ABW wynikło z tego, że po wkroczeniu do redakcji natknęli się w niej na funkcjonariuszy wyższych rangą, starszych stopniem, godniejszych funkcją i pełniących bardziej odpowiedzialne role, np. role „dziennikarzy śledczych”? Taka myśl się nasuwa. Muszę jednak przyznać, że mnie śmiech pusty ogarnia, kiedy przyglądam się temu spektaklowi, w którym etatowi propagandyści i dezinformatorzy opinii publicznej przyjmują pozy obrońców wolnego słowa i państwa prawa. To żałosne. Mniej śmieszne w całej tej sytuacji jest to, że te pozy biorą za dobrą monetę także dziennikarze pełniący obowiązki prawicowo-patriotycznych. I tak różne kanapy z salonu warszawskiego podpierają się wzajemnie, bo nikt tu nikomu na dłuższą metę krzywdy nie chce zrobić. Dlatego bardziej od tych funkcjonariuszy mierzi mnie „dziennikarstwo niepokorne” tych ludzi, którzy z dziennikarzami jawnie gadzinowymi de facto przyjmują jednolity front. Tacy ludzie jak Janke, Warzecha, Zaręba – to nie są dziennikarze, którzy by o czymkolwiek istotnym opinię publiczną kiedykolwiek poinformowali – to są zawodowi „moderatorzy” dyskursu publicznego, którzy rano są funkcjonariuszami „GWiazdy śmierci” a po południu są bardzo niezależni i niepokorni w PoRoninie. Trzeba, żeby w tej sytuacji odbiorcy zastosowali należyty dystans i krytycyzm, także w stosunku do tych, którzy po stronie obozu patriotycznego angażują się w tę akcję.

Dlaczego?

Ponieważ ani się obejrzymy, jak być może na gruzach rządu Tuska (którego lata sprawowania władzy zostaną przykładnie skrytykowane i potępione – niczym „błędy i wypaczenia” Stalina w referacie Chruszczowa) ukonstytuuje się pod szyldem jakiegoś rządu fachowców pierwsza administracja całkiem nowego projektu politycznego, który ostatecznie wyprostuje ścieżkę prowadzącą do kondominium rosyjsko-niemieckiego pod żydowskim zarządem powierniczym.

Tusk zapowiada, że nie ustąpi i kompletnie lekceważy zdanie Polaków. Co więc powinniśmy teraz zrobić?

Być może Tusk i Komorowski nie zostali jeszcze dokładnie poinformowani, co mają myśleć, mówić i jakie działania podjąć i dlatego zajmują takie a nie inne stanowisko. Ale wystarczy jedna rozmowa, by je zmienili. Kiedy Donald Tusk został poinstruowany, że ma nie brać udziału w wyborach prezydenckich, to się temu szybciutko podporządkował, więc i teraz zrobi to, co mu jego właściciele polecą. Zobaczymy, jakie będą te polecenia. To się wkrótce okaże.

Jeśli Polacy nie znajdą obrońców w elicie politycznej, w której być może w ostatniej chwili obudzą się jakieś instynkty patriotyczne, albo nie będzie to siła wystarczająca, aby mogli się obronić przed inwazją i instalacją tego nowego projektu na terytorium Polski, to trzeba, aby wyzbywając się złudzeń, ale nie wyzbywając ducha, okopali się tam, gdzie kto może, nie dali się pozabijać ani bardziej obrabować.

Trzeba po prostu starać się dotrwać w jakiej takiej kondycji do czasu, gdy ukonstytuowanie się w Polsce suwerennej władzy będzie możliwe. A o kondycję trzeba dbać – najlepiej realizując program: KOŚCIÓŁ–SZKOŁA–STRZELNICA. Na tych łamach polecałem go już parokrotnie. Teraz przypomnę tylko, że w Polsce mamy ponad 10 tys. parafii. Gdyby choć tylko w co dziesiątej z nich Tradycja katolicka (ta przez wielkie „T” pisana) była kultywowana, gdyby choć w co dziesiątej powstała własna polska szkoła z salą lub terenem do ćwiczeń strzeleckich, wówczas – kiedy przeminie ta zawierucha, której właśnie w tej chwili kolejny podmuch odczuwamy – państwo polskie będzie miało się z czego podnieść. A co dziś? Nie dać się sprowokować, nie podejmować tej gry w czasie wybranym przez przeciwnika. Jeśli teraz ktoś będzie chciał Polaków wyciągnąć „na Majdan” – to proszę najpierw sprawdzić. Nie zniechęcam nikogo do aktywności obywatelskiej, jednak sądzę, że akcyjność w tej sprawie oderwana od programu Kościół–Szkoła–Strzelnica łatwo może zostać przejęta przez naszych scenarzystów. A zatem – działajmy, ale profesjonalnie, żadnej amatorszczyzny. Angażujmy się, owszem, w bieżącą grę polityczną – przede wszystkim zadbajmy o patriotyczną bazę w naszych lokalnych wspólnotach: 1050 POLSKICH SZKÓŁ I STRZELNIC W 1050 PARAFIACH NA 1050-LECIE CHRZTU POLSKI.

Rozmawiała Aldona Zaorska

Padre.info.pl za”Warszawska Gazeta” nr 26/2014

https://tajnearchiwumwatykanskie.wordpress.com/category/afery-tuska/