Prof. Andrzej Nowak: Żyjemy w dwóch gettach: prawicowym i lemingowym

andrzej nowak6

„Żyjemy w dwóch gettach – jedno prawicowe getto, drugie lemingowe getto. Rosja przez swoje lobby stara się pobudzać podziały wewnętrzne w Polsce” — mówi dla portalu Fronda.pl prof. Andrzej Nowak.

Portal Fronda.pl: Historia naszego kraju dobitnie pokazuje, ze Polacy potrafią walczyć o wolność, ale nie potrafią tej wolności wykorzystać. 25 lat temu wyzwoliliśmy się od komunizmu, a stan demokracji w Polsce nadal jest daleki od oczekiwań – czego przykładem ostatnie wybory parlamentarne. Specjaliści od HR powiedzą, ze w indywidualnych zawodach radzimy sobie bardzo dobrze, za to nie umiemy współpracować. A współpraca jest przecież gwarantem kapitału społecznego… Jakie cechy narodowe Polaków sprawiają, ze tak ciężko nam budować wspólnotę?

Prof. Andrzej Nowak: Dużą rolę odgrywają tu uwarunkowania historyczne i położenie geograficzne naszego kraju. Polska leży między dwoma największymi, historycznie od nas starszymi, silniejszymi wspólnotami polityczno-kulturowymi: germańską – niemiecką i wschodniosłowiańską – dziś rosyjską (ale także ukraińską i białoruską). Aby przetrwać między tymi dwoma kamieniami młyńskimi, które od ponad tysiąca lat pracują, żeby zetrzeć wszystko co jest między nimi w proch, trzeba bardzo wytężać siły. Myślę, że nasze przywiązanie do wolności bardzo nam w tym pomogło. To jest mylne wrażenie, że gdybyśmy np. przyjęli sposób myślenia niemiecki albo rosyjski, to wtedy byśmy wygrali. Nie – wtedy byśmy się stali Niemcami albo Rosją. Jeżeli nauczylibyśmy się współpracować na komendę jak mrowisko, to nie bylibyśmy Polską. Te zewnętrzne siły wpływały cały czas i nadal wpływają na to, żeby przekształcać naszą wolność w swawolę, w anarchię. Bo jest oczywiście w wolności pokusa ześlizgnięcia się w anarchię – bezrząd, w którym nie da się istnieć, zwłaszcza w takim otoczeniu geopolitycznym.

Dziedzictwo zaborów, dziedzictwo okupacji niemieckiej, a potem sowieckiej i PRL-u spowodowało, że bardzo obniżył się kapitał społecznego zaufania. Obecnie to dziedzictwo nieufności jest podtrzymywane przez sitwę WSI-PO-PSL. Jeśli zaufanie, to tylko w obrębie struktur mafijnych – ufamy sobie, jeśli należymy do jednej mafii, współpracujemy, żeby sterroryzować resztę.

To jest model zaufania z „taśm prawdy”… Wmawia się nam ten fatalny stereotyp, że albo wolność (czyli anarchia), albo kolaboracja; albo walka o wolność, albo praca nad dobrobytem (bez „niepotrzebnej” niepodległości). Bez wolności nie będzie dobrobytu, bo przecież gospodarka „w tym kraju” jest w takim wypadku organizowana przez czynniki zewnętrzne, których celem nie jest dobrobyt Polaków, tylko dobrobyt korporacji z Monachium, Paryża czy Waszyngtonu.

Chodzi o to, żebyśmy zrozumieli, że nasza wolność, suwerenność powinna skutkować bardziej umiejętnym, efektywnym organizowaniem dobrobytu w kraju; żeby to państwo np. potrafiło lepiej zadbać o bezpieczeństwo energetyczne, żebyśmy nie musieli płacić najwyższej ceny za gaz, jak płacimy w tej chwili Rosji, tylko żebyśmy mogli zdywersyfikować źródła dostaw gazu, wytwarzać więcej własnego z łupków, zatroszczyli się o sensowne wykorzystanie węgla, itd. To właśnie da nam prawdziwą suwerenność.

Warto walczyć o wolność, bo z tego będzie także cieplejsza woda w kranie. Nie wolno mówić, że albo niepodległość, albo ciepła woda w kranie. Bo ostatecznie jeśli powiemy, że niepodległość nie ma nic wspólnego z ciepłą wodą w kranie, to ktoś, kto kontroluje naszą niepodległość, kto nie jest tu w Polsce – może zakręcić i ten kurek. Potrzebna jest i wolność, i kapitał zaufania społecznego, który może się rozwijać bardziej w niepodległym kraju, niż w kraju, którym manipulują inni. Jeżeli nie będziemy nad tym pracowali, to Polska się rozpadnie.

Z historii pamiętamy, że ograniczanie wolności miało zawsze fatalne skutki. To, co zrobił Piłsudski w 1926 r., a zwłaszcza jego następcy po 1935 r. to był fatalny błąd. Nie obroniliśmy się w 1939 r., ale utrwaliły się podziały: na tych, którzy rządzą (sanację) i tych, którzy nie są absolutnie dopuszczeni do rządzenia. Sanacja urościła sobie prawo do myślenia za cały naród i w dużym stopniu wyeliminowała element wolności. Podobnie jak dzisiaj rządy Platformy i PSL-u. To znaczy opozycja jest niewybieralna, nie może nigdy dojść do władzy. Takie założenie stanowi całkowite zaprzeczenie wolności politycznej i powoduje degenerację systemu. Sanacja uzasadniała swoje działania tym, że taki był kontekst międzynarodowy – trzeba ograniczyć wolność, bo prowadzi ona do chaosu. Więc w czasie II wojny światowej przyszedł Sikorski, który powsadzał piłsudczyków do obozów… Polska zaczęła się rozpadać na te dwa obozy.

Dzieje Polski to dzieje walki o wolność?

— Wolność jest najważniejszą wartością polskości, najbardziej fundamentalną. Ta wolność każe nie kłaniać się w państwie w pas przed panem, który traktuje mnie jak poddanego, a nie jak obywatela. Ta wolność, pełna pasji i wzniosłego patosu obrona niepodległości wobec wszystkich zewnętrznych sił, zawsze dodawała nam atrakcyjności w oczach innych narodów (i  bardzo przeszkadzało naszym sąsiadom – Rosji i Niemcom). To powodowało, że do polskości przyszło tylu wybitnych twórców, i to nawet wtedy, gdy nie było Polski jako państwa. W XIX w. tak stał się Polakiem Matejko, Pol (Pohl), Aszkenazy, Tuwim, Leśmian… Ukochali Polskę właśnie poprzez ten patos wolności. Tylko ludzie małego rozumku i małej wiary wyszydzają to jako „polską głupotę”. Bez tej polskiej głupoty, która polega na upieraniu się przy wolności i niepodległości, Polska byłaby nic nie warta. I już by jej dawno nie było. W imię tej wolności „żołnierze wyklęci” po 1945 r. walczyli przeciwko sile, której nie mogli pokonać. W imię tej wolności powstała potem „Solidarność”. Ta wolność odzywa się także teraz, w rozmaitych formach. Na przykład dwa lata temu obserwowałem jak na Rynku krakowskim spotkały się dwie manifestacje – przeciwko ACTA i w obronie TV Trwam. Młodzi i starsi, jedni i drudzy manifestowali w walce o wolność, przełamywali wtedy, choć na chwilę, wmawianą nam przez rządzącą sitwę, wzajemną obcość, to przeciwstawianie „moherów” „młodym wykształconym”. Ci Polacy, którzy dziś zginają głowę, rezygnują z wolności, nie rozumieją jej znaczenia – zdradzili swoje powołanie i swoją historię.

Zdradzamy swoją historię w Unii Europejskiej?

— Najbardziej upadlające jest to, że zginamy głowę u siebie w domu. Jeżeli nie zostanie obalony ten korumpujący Polskę system, który ujawnił się już w całym bezwstydzie w sfałszowanych wyborach samorządowych, to znaczy, że schylamy głowę z coraz większym wstydem, w coraz większym (bo coraz bardziej widocznym) upodleniu, że wolność dla nas nic nie znaczy. W krajach zachodnich Unii Europejskiej można w wyborach przynajmniej oddać głos i mieć nadzieję, że zostanie policzony, sama zasada oddania głosu i niezafałszowania go jest jeszcze przestrzegana. Jeżeli my się zgadzamy, że u nas wolno już wprost fałszować, tak bezczelnie wmawiać nam, że nagle pojawiło się ponad dwa miliony nieważnych głosów, to znaczy, że rezygnujemy nie tylko z wolności, ale i z godności. Bo musimy zaakceptować wtedy nie tylko brak możliwości oddania głosu, ale i oskarżenie o głupotę: tacy durni jesteście „polaczkowie”, że nawet zagłosować nie umiecie – tak wmawiają nam obrońcy obecnego systemu władzy. Ta sytuacja wydaje mi się jeszcze ważniejsza od schylania głowy na arenie międzynarodowej (którego najbardziej upadlającym symbolem była reakcja państwa polskiego na tragedię smoleńską – oddanie śledztwa w ręce prokuratury rosyjskiej, uznawanej powszechnie za najbardziej skorumpowaną i niewiarygodną w skali światowej). Albo zatrzymamy się na tej równi pochyłej i zaczniemy mozolny marsz w górę, albo zsuniemy się w bagno, w którym nie będzie już ani Polski, ani wolności, ani godności.

Patos wolności ścisłe łączy się z pojęciem patriotyzmu i związanej z nim martyrologii. Co roku przy okazji Święta Niepodległości w debacie publicznej toczą się emocjonujące dyskusje nt tego, czy należy jednak zestawiać te dwa pojęcia, czy mówienie o martyrologii ma w ogóle dzisiaj sens. Znany aktor Jerzy Stuhr uważa, ze martyrologia objawia się u Polaków… „skłonnością do bicia”. Jak Pan ocenia tego rodzaju wypowiedzi?

— Tych pojęć nie da się rozdzielić, bo doświadczenie martyrologii jest kluczem do rozumienia patriotyzmu. Bez tych pokoleń, walczących o to, żeby Polska była, Polski by nie było. Tysiące osób zostało zamordowanych w Polsce nawet po II wojnie światowej, w więzieniach UB, dziesiątki tysięcy było poddawanych różnorakim represjom. Pamięć ta budzi przerażenie, niepokój sumienia. Ludzie, którzy walczyli o wartości większe niż ich własne życie, o wolność Polski, powinni być upamiętnieni. Nie chodzi o przywoływanie zbrodni, ale o przywoływanie ofiar. To nam pozwala zobaczyć, że nie wszyscy byli uwikłani w zbrodnie tego okresu, że są prawdziwi bohaterowie. Filozoficzny mistrz Zbigniewa Herberta, Henryk Elzenberg pisał, że ojczyzna, za którą się nie walczy, przestaje być ojczyzną. Patriotyzm każe nam się zastanawiać, jak z własnego życia można poświęcić coś dla sprawy, która nie jest tylko moją prywatną sprawą. Jak skonstruować pojęcie patriotyzmu bez jakiejkolwiek ofiary, bez jakiegokolwiek poświęcenia, bez jakiejkolwiek wspólnoty? Samo to, że się płaci podatki, nie ma jeszcze nic wspólnego z patriotyzmem i postawą obywatelską. To jest obowiązek człowieka, którego organy ścigania powinny ścigać za zaniedbanie obowiązku płacenia podatków. Płaci, bo jest zagrożony prawną karą. Co to ma wspólnego z patriotyzmem?

Jednak dla przeciętnego Polaka tematyka martyrologii wydaje się być niespecjalnie atrakcyjna. Szczególnie dla młodych…

— Tematyka martyrologii we współczesnej kulturze jest nieatrakcyjna z tego powodu, że w ponowoczesnej fazie cywilizacji coraz częściej stajemy się turystami – ludźmi, którzy nie mają stałego miejsca zamieszkania ani stałego punktu przywiązania. Trudno nie ulec tej tendencji, bo współczesne rynki tworzą społeczny nacisk na to, żeby ludzie nie mieli stałej tożsamości. Bowiem ludzie o stałej tożsamości mają również stałe, stabilne potrzeby, a rynki chcą kreować człowieka, który ma wciąż nowe potrzeby, sztuczne, które nie wynikają z jego naturalnych uwarunkowań. Żebyśmy codziennie wyrzucali nie tylko wczoraj kupione rzeczy i nabywali nowe, ale żebyśmy codziennie wyrzucali także naszą tożsamość – i kupowali sobie wciąż nową. Tego rodzaju ćwiartowanie stałej tożsamości powoduje, że poddawani takiej obróbce przez kulturę masową i przez ten pośpiech cywilizacyjny ludzie coraz mniej skłonni są obracać się wstecz, żeby pójść na groby swoich przodków, żeby odczuć wdzięczność wobec tych, którym zawdzięczają: życie, kulturę, język, cały dorobek kulturowy i cywilizacyjny. Tymczasem nie potrafimy się rozwijać, dojrzewać, poznawać świata, jeżeli nie widzimy i świata, i swojego w nim miejsca jako kontynuacji.

Kultura to uprawianie, systematyczna praca, wzbogacanie nie tylko w wymiarze materialnym, ale i duchowym. Nie da się niczego uprawiać, kultywować bez pamięci, bez ciągłości. Jeżeli co chwilę jesteśmy kimś nowym, to nie możemy uprawiać żadnej systematycznej pracy, w której kumuluje się bogactwo duchowe. Bogactwa duchowego nie da się zdobyć jednym skokiem, to jest praca pokoleń i praca całego życia, tego nie można kupić. Jeżeli przyjmiemy taką perspektywę, że wolność ma polegać na uwolnieniu się do ciężaru tożsamości, od więzi łączących nas z poprzednimi pokoleniami, potraktujemy to jako balast, to w ten sposób odrzucimy wraz z tym balastem całą kulturę, która odróżnia nas od zwierząt. W stolicy Czech, Pradze, jednego z dwóch najbardziej zateizowanych krajów w Europie, obok Albanii, ok. 80 proc. pochówków odbywa się na zasadzie całopalnej, a 50 proc. prochów nie jest nieodbierana przez bliskich. To jest arcypragmatyczny przykład zerwania z kulturą przodków… Do czego to prowadzi?

Szansą na przywrócenie bohaterom miejsca w pamięci historycznej jest edukacja. Nie służą temu takie działania rządzących jak wyrzucanie lekcji historii ze szkól czy lektur z kanonu języka polskiego.

— Edukacja jest szansą, bo w jednolitym systemie edukacyjnym możemy odbierać jeszcze wspólny przekaz. Kultura masowa już nas nie łączy. W PRL-u sytuacja pod względem jedności przekazu kulturowego była dużo łatwiejsza niż obecnie. Był wspólny zestaw faktów i można się było wokół niego spierać. Teraz nie ma wspólnego zestawu faktów, bo każdy odbiera co innego (za pośrednictwem internetu, Facebooka, jednego czy kilku spośród kilkuset dostępnych kanałów telewizji). Tym, co mogłoby pozostać ostatnim wspólnym mianownikiem, jest już tylko edukacja. W III RP w latach 90. wraz z rozdzieleniem nauki kultury na lekcjach języka polskiego od nauki historii dokonała się prawdziwa zbrodnia na duchu wspólnoty obywatelskiej. Wcześniej utrzymywana była synchronizacja, tzn. jeżeli przerabiamy na historii wiek XVI, to mamy renesans na języku polskim, jak średniowiecze, to średniowiecze. Teraz mamy jakieś bloki tematyczne. Program języka polskiego to już zupełna groteska. Tu wprost brak elementarnej logiki, jeśli uczy się najpierw o Gombrowiczu, a potem o Sienkiewiczu: przecież Gombrowicz był odpowiedzią na Sienkiewicza, a nie odwrotnie! To zakłócenie ciągu historycznego poprzez zerwanie więzi między nauką historii a nauką kultury na lekcjach polskiego, spowodowało, że przekaz szkolny przestał odgrywać rolę identyfikacyjną, rolę podtrzymującą wspólnotę kulturową.

Poza tym następuje systematyczne obniżanie poziomu wymagań. W ministerstwie oświaty przyjęto założenie, że młody człowiek nie będzie czytał lektur. Musimy walczyć o edukację, popierając taką frakcję polityczną, która będzie dawała nadzieję na zmianę tego systemu.

Osobnym problemem jest brak nasycenia kultury masowej atrakcyjną ofertą edukacyjną.

  • Wojna 1920 r., być może największe zwycięstwo Polski od czasów bitwy pod Grunwaldem, „odfajkowana” została jednym koszmarnym filmem pt. „1920 Bitwa Warszawska”;
  • „Krzyżaków” wystarczyło zrobić 53 lata temu, żeby twierdzić, że już więcej nie trzeba do tego wracać…;
  • Adamie Mickiewiczu nie ma żadnego filmu biograficznego;
  • nic o tak atrakcyjnym dla miłośników rycerskich walk temacie jak opowieść o losach Zawiszy;
  • nic o Monte Cassino;
  • nic o Kochanowskim i cudzie polskiej kultury renesansowej;
  • żadnego serialu o Jagiellonach (o ileż piękniejszy mógłby być od tego o Tudorach);
  • żadna powieść Józefa Mackiewicza nie została sfilmowana, a każda jest gotowym scenariuszem filmowym.

I tak dalej, i tak dalej. Może warto by naciskać na Polski Instytut Sztuki Filmowej, żeby częściej filmować klasykę, np. co kilka lat, jak robi to BBC?

Przywiązania do wartości narodowo-patriotycznych nie widać w postawach przedstawicieli elit politycznych. Uda się to zmienić?

— Dziś, aby istnieć w polityce, trzeba być coraz bardziej celebrytą. Skrócenie wyobraźni politycznej powoduje, że politycy uzależniają swoje działania od wyników sondaży, dlatego bardzo trudno zdecydować się na politykę, która może się okazać niepopularna w danym czasie, ale która jest ważna z punktu widzenia długofalowego interesu obywateli. Aby poprawić jakość funkcjonowania elity politycznej, trzeba formułować dalekosiężne cele kulturowe, polityczne, demograficzne, etc. Polityka prorodzinna powinna być potraktowana priorytetowo, a nie jako niepotrzebny wydatek. Teraz może będziemy odczuwali ten wydatek, ale jeżeli nie zdecydujemy się na ten krok, za 10 lat możemy mieć więcej emerytów niż pracujących. Trzeba również wciągać opinię publiczną do namysłu nad poważnymi sprawami. Niestety media, zwłaszcza elektroniczne odgrywają dziś odwrotną rolę – liczy się ta najkrótsza perspektywa. Obserwujemy ostatnio coraz większe nasycenie mediów  rożnego rodzaju kampaniami, które mają odciągnąć Polaków od naprawdę ważnych spraw. Niedawno słuchaliśmy o zamordowanej Madzi z Sosnowca, później znów cała opinia publiczna skupiała się na poczynaniach Adama Hofmana – tak jakby nic innego na świecie i w polskiej polityce się nie działo. Szkoda, że politycy podporządkowują się tym tendencjom, zamiast walczyć o jakieś forum spotkania z obywatelami, w którym byłaby możliwa bardziej dojrzała rozmowa oraz o przywrócenie funkcji publicznej telewizji obecnie z nazwy tylko publicznej, bo to ona dziś najbardziej tabloidyzuje stosunki między sferą polityczną a sferą społeczną. Historia Madzi jest klasycznym przykładem pornografii emocjonalnej, która jest pojawia się w każdym dzienniku telewizyjnym w postaci kącika współczucia dla kolejnych ofiar. Miejsce tego rodzaju pornografii na pewno nie jest w dzienniku telewizyjnym. Nie może być tak, że emocjonalność zasłoni racjonalną refleksję nad naszymi sprawami publicznymi. Trzeba próbować odzyskać publiczną telewizję. Telewizja publiczna powinna być miejscem, gdzie będziemy rozliczać polityków z ich najważniejszej funkcji, jaką jest służba dobru wspólnemu, a to można próbować czynić tylko z perspektywy wieloletniej. Nie da się najważniejszym sprawom służyć tylko w wymiarze sondażowym.

Można niestety odnieść wrażanie, ze główną misją mediów jest dziś utrwalanie podziałów ideowych miedzy głównymi obozami politycznymi. Także „prawicowe” media nie są wolne od tych tendencji.

— To, ze istnieją podziały ideowe i polityczne jest normalne, jednak zabójcze jest to, że nie ma już przestrzeni spotkania. Żyjemy w dwóch gettach – jedno prawicowe getto, drugie lemingowe getto. „Ciemnogród” i „Lemingrad”. Problemem nie są różnice tych dwóch wspólnot, ale brak porozumienia między nimi, jakiegokolwiek kontaktu. Ktoś, kto czyta „Gazetę Wyborczą” nie przeczyta „W Sieci” czy „Gazety Polskiej” – i odwrotnie. Rosja przez swoje lobby stara się pobudzać podziały wewnętrzne w Polsce, żeby nigdy te dwa „getta” nie zetknęły się i nie stworzyły wspólnoty politycznej, obejmującej i dużą część lemingów i dużą część „moherów”, połączonych wspólną sprawą – polskiej wolności, polskiego dobrobytu. Trzeba przezwyciężyć próg strachu jednego getta przed drugim, tworzyć możliwości spotkania we wspólnym rozpoznaniu rzeczywistości. To nie może być spotkanie w pół drogi. Prawda nie leży pośrodku. Trzeba jednak wyjść „drugiej stronie” naprzeciw. Tego wymaga od nas chrześcijańska misja i tego wymaga od nas potrzeba obywatelska. Kto „z drugiej strony” ją zrozumie, ten się z nami spotka. W Polsce.

Rozmawiała Emilia Drożdż

Fronda.pl

 

Reklamy

„Powstanie warszawskie z innej strony” – mało znany tekst Józefa Mackiewicza o Powstaniu Warszawskim

 .
Powstanie Warszawskie 1944

Przypominamy tekst Józefa Mackiewicza „Powstanie warszawskie z innej strony”, który został opublikowany w 1947 r. w „Wiadomościach”. Warto go przeczytać choćby z jednego tylko powodu – tak zdroworozsądkowej analizy Powstania Warszawskiego trudno doszukać się u współczesnych historyków i publicystów. Bo Mackiewicz nie ocenia, Mackiewicz właśnie analizuje. I wyciąga wnioski.

Nasze publicystyczno-literackie pamiętnikarstwo wojenne ma w sobie coś z opowieści Gogola „Wij”. Krąg zarysowany kredą święconą, poza który sami sobie nie pozwalamy wykroczyć. Stąd deptanie na miejscu w otoczeniu licznych „tabu”, zamykających umowne horyzonty. W takim kręgu obraca się m.in. temat powstania warszawskiego, który wciąż nie schodzi ze szpalt i prawdopodobnie przez długi czas nie zejdzie. Żadne jednak z ujęć tego tematu nie będzie całkowite, dopóki nie będzie wolno mówić o pewnych sprawach. Tymczasem wszechstronna ocena ostatniej bitwy o Warszawę jako o stolicę suwerennej Polski musi wyjść z założenia właśnie tej suwerenności, tzn. uznania, że najeźdźca sowiecki (jeżeli nawet przyjmiemy, że nie był gorszy) był równy najeźdźcy niemieckiemu. Od czasu do czasu wyrwie się to komuś, ale zazwyczaj odskakuje się od tego prostego stwierdzenia w pląsach i ukłonach, a koniec końców, Bogiem a prawdą, nikt nie dał dokładnej definicji: czy Sowiety są naszym wrogiem, czy wrogiem nie są? Są najeźdźcą, czy nie? Odebrały nam niepodległość, czy nie odebrały? Czy „Kraj” to jest „Polska”, czy tylko obca okupacja? Czy panowie Mikołajczyk-Bierut-Osóbka-Cyrankiewicz to quislingi, czy też jakieś pośrednie zjawisko: mieszanina „dobrej woli” z agentem NKWD, według fantastycznej recepty rosyjskiego kawału: „smies popa s wiełosipiedom”?

Sytuację tę zrodził sofizmatyczny termin „sojusznik naszych sojuszników”, nadany Związkowi Sowieckiemu jeszcze w r. 1943. Ta nieszczera i dziwaczna definicja mści się na nas do dziś.

Jeżeli natomiast wyjdziemy z założeń prostych, jasnych, ogólnie zrozumiałych i za „dobrych przedwojennych czasów” powszechnie przyjętych, określających mianem wroga każdego, kto najeżdża naszą ojczyznę, to i na powstanie warszawskie będziemy mogli popatrzeć obydwoma oczami, a nie, jak dotychczas, przymrużając jedno dyskretnie.

Powstanie warszawskie 4_30

Na tej fatalnej sytuacji r. 1944 trudno zrozumieć, dlaczego ogół Polaków potępia akcję, której najoczywistszym celem było restytuowanie suwerennej stolicy z suwerennymi władzami i suwerennym wojskiem, wtedy, gdy rzecz ta była łatwa do zrobienia? Jeden wróg odchodził, drugi nadchodził. Pomiędzy tych dwóch wrogów wstawić niepodległy skrawek, ba, centrum Polski! Co w tym było głupiego albo zbrodniczego? Oczywiście, że nic, gdyby sprawę można było jasno postawić. Złożyło się jednak tak, że jeden z wrogów nie tylko odchodził, ale dogorywał. Natomiast tym drugim, który nadchodził, były Sowiety. A zatem ostrze akcji samo przez się skierowane by być musiało przeciwko nim. „Skandal!” „To by nas kompromitowało w oczach demokracji!”… Umówiono się zatem, żeby powstanie przedstawić w innym świetle, i w ten sposób spaczono jego sens od początku do naszych dni.

powstanie_warszawskie_wiki_13

A jak położenie wyglądało naprawdę?

Odwrót armii niemieckiej był w pełnym toku. W ostatnich dniach lipca osiągał swój punkt szczytowy, a wraz z nim nieuchronny bałagan. O żadnej mobilizacji mężczyzn pod pretekstem robienia fortyfikacji nie było mowy. Głośniki radiowe nadały surowy rozkaz, aby „wszyscy zdolni od lat 16 itd.” zgłosili się z łopatami na wyznaczonym szeregu punktów zbornych, skąd ludzi zabiorą ciężarówki. Byli przekonani, że nie zjawi się nikt. Tymczasem tu i ówdzie poprzychodziło po kilkadziesiąt osób. Sam widziałem, jak na wyznaczonym m.in. pl. Narutowicza zebrało się ok. 70 (!) ludzi z łopatami, którzy daremnie czekali na przyjazd samochodów. Jednego z takich naiwnych spotkałem jeszcze o 11.30 na ulicy Filtrowej, gdy wracał z łopatą zniechęcony i zawiedziony (obiecano przecie wyżywienie i zapłatę).

Powstanie warszawskie 1_221

W piątek i sobotę okna pobrzękiwały od dalekiej kanonady. Radio Londyn nadało wiadomość, że marszałek Rokossowski przeniósł swą kwaterę w orbitę widoczności Warszawy, i że stamtąd spogląda gołym okiem na stolicę Polski. 30 lipca al. Jerozolimskimi wycofywały się ostatnie tabory niemieckie, a później zaczęły iść czołgi za Wisłę. Na ulicach wisiały nie zrywane obwieszczenia delegatury podziemnej. Żałuję, że nie miałem aparatu, gdyż sfotografowałbym następujący dokument historyczny. Na rogu Brackiej i Widok, wokół obwieszczenia Delegatury Rządu, naklejonego na słupie, zebrał się tłum ludzi. W tłumie tym stało czterech „granatowych” policjantów i dwóch żołnierzy Wehrmachtu. Była 10 rano. Żołnierze ci pytali o drogę, a zwabieni zbiegowiskiem, zainteresowali się, co plakat zawiera, i odeszli następnie obojętnie. O 11 byłem na Pradze. Niemcy palili dworce i składy, jak się normalnie pali przed oddaniem terenu w ręce wroga.

6_1375187368

Powracając, na moście Kierbedzia zauważyłem, że jakiś spotniały kolejarz krzyknął do samochodu, którym jechali z Pragi (widocznie z frontu) kurzem okryci żołnierze:

— Wie weit?!

Żołnierz, pokazując dwa razy po dziesięć palców, odkrzyknął:

— Zwanzig Kilometer!

31 lipca z jednego tylko Dworca Zachodniego usuwano resztki wagonów. Nie było już ani porządku, ani kontroli. Każdy, kto chciał, mógł siadać i jechać bez żadnej przepustki. W takich warunkach powstanie, które wybuchło dopiero 1 sierpnia po południu, mogło liczyć na zupełny sukces i minimalne straty, co najwyżej w potyczkach z cofającymi się strażami tylnymi. Formalnie, przed świtem, Warszawa wyzwolona by była przez wojska polskie, a wkraczającego nowego najeźdźcę powitałyby suwerenny sztandar, zatknięty w suwerennej, wolnej stolicy. Otóż tego bolszewicy chcieli uniknąć za wszelką cenę. Czy można się było spodziewać takiego ich stanowiska? Do pewnego stopnia tak. Na czym więc polegał błąd w rachunku powstańców, który doprowadził do straszliwej katastrofy Warszawy?

powstanie_warszawskie_1

Nie wiem, czy w ogóle można tu mówić o błędzie w rachunku logicznym. Bo jeżeli można było się spodziewać, że takie stanowisko zajmą Sowiety, niepodobieństwem było przewidzieć bezmiar zaślepionej, zaciętej tępoty Hitlera. Nawet po wszystkich doświadczeniach okupacji, nawet po zetknięciu się z tymi szaleństwami maniaka, który zatracił wszelkie poczucie rzeczywistości, nawet po tym całym krwawym tańcu epileptycznej polityki na ziemiach naszych i nie naszych. Jakkolwiek sytuacja Niemiec była już wtedy beznadziejna, to choćby dlatego, że czepiały się one rozpaczliwie każdej pozostałej jeszcze możliwości, powinny się były uchwycić oburącz okoliczności, że na drodze marszu Armii Czerwonej stawała suwerenna Polska, nie uznawana i znienawidzona przez Sowiety. Że powstała możliwość nowych incydentów i powikłań w obozie sojuszniczym. W każdym razie z punktu interesu niemieckiego nic nie przemawiało za utrzymaniem ogniska powstania na tyłach swego frontu, a wszystko za pozostawieniem go oko w oko z Armią Czerwoną. Nawet gdyby z tego zetknięcia nie miało być chleba… Manewr Rokossowskiego był tak przejrzysty co do swego celu, iż nie mogli go nie spostrzec Niemcy. Rzecz była oczywista, nie podlegająca dyskusji.

powstanie_warszawskie_warszawa_pamieta_sierpien_640x0_rozmiar-niestandardowy

Znam osobiście ludzi o głośnych i patriotycznych nazwiskach, którzy próbowali pośredniczyć w sprawie pozostawienia przez władze niemieckie zbytecznej broni. Pośrednictwo to zostało odrzucone, zarówno przez stronę niemiecką, jak polską. Z jednej strony emocjonalna zaciekłość przeważała nad interesem politycznym, z drugiej obawa przed cieniem nawet „współpracy” przeważała nad obawą i troską o dobro ojczyzny.

Krew, zalewająca oczy Hitlera, pomieszała mu resztę rozsądku. Wiadomo już dziś, że Warszawa to była jego osobista sprawa, jego „Angelegenheit”. W ten sposób, najmniej oczekiwany i nieprawdopodobny, podobnie jak w r. 1939, odnowił się antypolski pakt sowiecko-niemiecki, nie pisany wprawdzie i nie podpisany, ale niemniej namacalny, a bardziej krwawy. Hitler nazwał zupełnie słusznie powstanie „drugim Katyniem”. Gdyż podobnie jak pierwszy, doszedł do skutku wyłącznie w interesach sowieckich, z tą tylko różnicą, że wykonany nie rękami enkawudzistów, ale Niemców. Był to z ich strony obłęd dosłowny i, doprawdy, trudno jest winić kierowników powstania, że go nie przewidzieli.

111970_1255077365_be92_p

Charakterystyczne jest to, że dotychczas nie została poddana poważniejszej analizie raptowna zmiana stanowiska niemieckiego przy końcu powstania. A przecież rzecz rzucała się w oczy. Skreśleni zostali przez cenzurę „die polnischen Banditen”; powstańcom przyznano prawa armii regularnej. Wiadomo również, że wymaszerowujące po kapitulacji oddziały Armii Krajowej witano orkiestrą, i że gen. Bora zaproszono na liczne rozmowy, podczas których wysłuchiwać miał nowych propozycji. Oczywiście zrobiono to wszystko niezgrabnie, za późno i wciąż z tym tępym uporem i brutalną „herrenvolkowością”, która charakteryzowała politykę hitlerowską, a która odzierała wszystkich ich sojuszników z postawy suwerennej godności i spychała do roli posłusznych rabów, w rodzaju bałtyckich i ukraińskich oddziałów SS. Z tego punktu widzenia nie jest ważne, czy gen. Bór podczas tych rozmów pił herbatę, jak chce prasa bolszewicka, czy jej nie pił. Propozycje niemieckie odrzucił kategorycznie – i słusznie: gdyż w tym położeniu nie przedstawiały one żadnej rzeczywistej korzyści dla Polski. Ale ta kardynalna wolta w stanowisku niemieckim potwierdza w całej rozciągłości fakt, że gdy minął atak prywatnego szału Hitlera, odsłonił się zarys innej drogi, po której mniej więcej potoczyć by się winny wypadki, gdyby Hitler podobnym atakom szału nie podlegał i był w stanie kalkulować. Niewątpliwie przebieg powstania wyglądałby wtedy inaczej.

Naturalnie słowo „gdyby” nie jest w rozważaniach nad wypadkami minionymi słowem popularnym. Nie znaczy to jednak, ażeby dla zdobycia popularności wyzbywać się rozsądku. Cała sprawa powstania zwekslowana jest dziś na jednotorową propagandę i przedstawiana w ten sposób, jakby chodziło o to, że garstka bezbronnych szaleńców rzuciła się w niepoczytalnym stanie podniecenia i patriotyzmu na opancerzonego kolosa i za straty, jakie wywołała skutkiem swej lekkomyślności, powinna ponieść odpowiedzialność. Tak wcale nie było.

17

Powstanie warszawskie spowodowało potworne straty materialne. Straty te są do powetowania. Nie do powetowania są straty w zabytkach, dziełach sztuki, pomnikach itd. Co się tyczy strat w ludziach, wyglądają one inaczej, niż to przedstawia powszechnie przyjęta wersja. Himmler, ażeby odstraszyć Polaków od prób nowej akcji zbrojnej, oświadczył, że liczba ofiar wynosi ćwierć miliona. Dla tych samych celów bolszewicy podtrzymali tę cyfrę. Z naszej strony próbowano ją nawet wyśrubować do – trzystu tysięcy! Jeden z najznakomitszych polskich statystów wojennych, który był w powstaniu (nie mogę wymienić nazwiska ze względu na jego obecny [1947 r. – przyp. taw] pobyt w kraju), utrzymywał, że straty Armii Krajowej łącznie z ludnością cywilną w żadnym wypadku nie przekraczają pięćdziesięciu tysięcy.

Tadeusz "Bór" Komorowski po spotkaniu z SS-Obergrupenführerem Erichem von dem Bach-Zelewskim w jego kwaterze w Ożarowie Mazowieckim 4.10.1944 r.
Tadeusz „Bór” Komorowski po spotkaniu z SS-Obergrupenführerem Erichem von dem Bach-Zelewskim w jego kwaterze w Ożarowie Mazowieckim 4.10.1944 r.

W świetle tego wszystkiego trudno mówić o „błędzie” gen. Bora, który dał do niego hasło. Zastrzeżenie mogłoby budzić raczej jego obecne [1947 r. – przyp. taw] stanowisko. Gen. Bór przebywał w Ameryce i kilku krajach Europy i wszędzie, gdzie mówił albo udzielał wywiadów podkreślał, jak to Polacy wspomagali Armię Czerwoną w akcji, a jej dowódców podejmowali w Polsce śniadaniami i bankietami. Trudno zaprzeczyć, że w tradycji przywykliśmy do innych zwyczajów, które zresztą utrzymywane są w większości krajów. Nie zwykło się wrogów podejmować śniadaniami, gdy wkraczają, by odebrać terytorium i niepodległość. Toteż wydaje się, że niejeden cudzoziemiec, mniej zorientowany w subtelnościach politycznych labiryntów Polski, może wyrazić zdziwienie w taki np. sposób: „Skoroście im tak pomagali w opanowaniu własnego kraju i podejmowali śniadaniami na powitanie, dlaczego się skarżycie, że u was pozostali?!”.

Józef Mackiewicz
Józef-Mackiewicz
Józef Mackiewicz (1902-1985)

dscf1475-113638