Matrix wpada w panikę: rośnie świadomość wśród rodziców i coraz mniej Polaków dobija swoje dzieci szczepionkami

 

mainstream panikuje

Mainstream dostaje białej gorączki: Polacy się budzą i z roku na rok coraz większa rzesza świadomych rodziców odmawia swojego udziału w ludobójczym procederze szczepionkowego holocaustu na własnych dzieciach. Dla takich wieści warto z rana otworzyć nawet „media głównego ścieku”. „Alarmujące dane. Rośnie liczba niezaszczepionych dzieci” – histeryzuje dziś portal Wirtualna Polska.

W 2013 r. było ponad 7,2 tys. niezaszczepionych dzieci, w porównaniu do ok. 5 tys. rok wcześniej – alarmuje prof. Andrzej Zieliński z Zakładu Epidemiologii Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – Państwowego Zakładu Higieny. Koncernianego profesora niepokoi, że wstępne dane NIZP-PZH za 2013 r. wskazują, iż rośnie liczba osób odmawiających obowiązkowych szczepień wynikających z kalendarza szczepień. Wirtualna Polska stosuje tu przy okazji manipulację, określając tak zwany kalendarz szczepień słowem „obowiązujacy”. Otóż tak zwany kalendarz szczepień obowiązuje jedynie Polaków niedouczonych – niedouczonych zarówno w podstawowej wiedzy medycznej, jak i w polskim prawie. Rzetelną wiedzę medyczną na temat szczepień możemy pobrać choćby stąd, jeśli zaś chodzi o polskie prawo, to art. 39 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej stanowi, iż „nikt nie może być poddany eksperymentom naukowym, w tym medycznym, bez dobrowolnie wyrażonej zgody”. O tym zaś, że szczepienia eksperymentem medycznym niewątpliwie są, najlepiej świadczą rokrocznie po cichu wycofywane z obiegu kolejne niebezpieczne szczepionki, nie mówiąc już o tak drastycznych dowodach eksperymentów medycznych, jak śmierć 11 stycznia 2014 roku 6-miesięcznej Basi Łuczyńskiej z Kutna.

Wobec terroru tak zwanego kalendarza szczepień pacjent powinien się również bronić powołaniem się na ustawę z dnia 6 listopada 2008 r. o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta, która w art. 16. stwierdza, iż „pacjent ma prawo do wyrażenia zgody na udzielenie określonych świadczeń zdrowotnych lub odmowy takiej zgody po uzyskaniu informacji”.

mainstream panikuje

W 2013 r. obowiązkowych szczepień odmówiło w Polsce ponad 7,2 tys. rodziców! Najwięcej takich rodziców jest głównie w okolicach Poznania. Jak widać Wielkopolanie zdecydowanie przodują, jeśli chodzi o wzrost poziomu świadomości wśród Polaków. Mentalna odnowa Polski rozpoczyna się więc od Poznania… 🙂

Polska en masse nadal ma jednak jeden z najwyższych w Unii Europejskiej poziom tzw. wyszczepialności sięgający ponad 90 proc. Prof. Andrzej Zieliński świadomie manipuluje opinią publiczną, głosząc w omawianym artykule, iż „masowe stosowanie szczepień zabezpiecza nie tylko dzieci szczepione, ale przez eliminowanie krążących w środowisku drobnoustrojów zmniejsza prawdopodobieństwo zachorowania niezaszczepionych dzieci”. O tym, że szczepionki nie „zabezpieczają” i nigdy niczego nie „zabezpieczały” udowodnił już niejednokrotnie na naszym blogu dr Jerzy Jaśkowski.

Prof. Zieliński zapewnia, że stosowane w Polsce preparaty szczepionkowe są bezpieczne. Bardzo dobrze, niech zapewnia – zostanie niedługo zbiorowo pozwany za narażanie na utratę zdrowia i życia dziesiątek (a może i setek) dzieci w Polsce. Profesor w artykule się wymądrza, że „bardzo ciężkie odczyny poszczepienne, które mogą mieć trwałe skutki zdrowotne, zdarzają się bardzo rzadko; raz na setki tysięcy, a nawet miliony dawek, a więc nie można ich porównywać z częstymi powikłaniami chorób zakaźnych, którym te szczepienia zapobiegają”. Celowo zapomina jednak dodać, że procedura zgłaszania niepożądanych odczynów poszczepiennych została w Polsce tak skutecznie utrudniona i jest tak przez „służbę” zdrowia niemile widziana, że lekarzom zwyczajnie nie opłaca się ich zgłaszanie – z czym od lat w bólu i znoju dzielnie walczy Stowarzyszenie STOP NOP.

Obecnie w Polsce bezpłatne szczepienia – dla zmylenia przeciwnika zwane „obowiązkowymi” – to m.in.: gruźlica, wirusowe zapalenie wątroby typu B (WZW B), błonica, tężec, polio (choroba Heinego-Medina), Haemophilus influenzae typu B (Hib), różyczka, odra i świnka. Ponadto w ograniczonym zakresie, tylko dla tzw. grup ryzyka, są dostępne szczepionki przeciw pneumokokom i ospie wietrznej. Wszystkie zawierają rtęć i całą tablicę innych, zabójczych dla młodego mózgu neurotoksyn.

Na koniec artykułu Wirtualna Polska, wymieniając szczepienia tak zwanym kalendarzem szczepień nieobjęte, ponownie używa w stosunku do niego manipulatorskiego określenia „obowiązkowy”. Kalendarz szczepień nie jest i nigdy nie był „obowiązkowy”. Obowiązkowa była jedynie mainstreamowa zmowa na tego faktu ukrywanie.

(taw)

Omawiany manipulatorski artykuł:

http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Prof-Andrzej-Zielinski-wzrasta-liczba-niezaszczepionych-dzieci,wid,16794262,wiadomosc.html

O niebezpiecznych szczepionkach czytaj również na:

https://tajnearchiwumwatykanskie.wordpress.com/category/szczepionki-zabijaja/

 

Dr Jerzy Jaśkowski: Kolejna nagonka na lekarzy. Dlaczego urzędnicy nie mają sumienia?

chazan

Urzędnicy nie mają sumienia. Wniosek z historii cywilizacji bizantyjskiej jest taki, że kiedy zatrudnienie na posadzie urzędniczej staje się celem, kraj staje na krawędzi upadku. A zdrowie to sprawa zbyt poważna, by zostawiać ją w rękach urzędników…

Od wielu dni trwa nagonka na lekarzy pod pretekstem rzekomego nadużycia pojęcia wolności sumienia. A kto to się nie włączył już do dyskusji, udając eksperta! A kto to już nie zabierał głosu: od indywidualnych celebrytów, do zawodowych dezinformatorów, szczególnie związanych z żydowska gazetą dla Polaków, jak to mówi pan St. Michalkiewicz. W typowy dla żółtego dziennikarstwa sposób postępowania – nie jakość, ale ilość czyni fakty – usiłuje się ogłupić społeczeństwo.

Próbować ustosunkować się do wszelkiego rodzaju dezinformacji nie sposób, zresztą nie o to chodzi. W tym przypadku uwidocznił się cały system azjatyckiej cywilizacji, od turańszczyzny, po cywilizację bizantyjskiej. Wyraźnie widać, skąd pochodzą „nasi” urzędnicy. Przypomnę, że cywilizacja bizantyjska, szczególnie w wydaniu pruskim, to omnipotencja państwa nad obywatelem. „Ty obywatelu, głupi c…u, masz wykonywać wszelkie zalecenia, które my tu, zresztą za twoje, podatnika, pieniądze wymyślamy, abyś był szczęśliwszy. A jak nie jesteś szczęśliwszy, to twoja wina, ponieważ i tak twoje pieniądze wydamy jak będziemy chcieli , i tobie nic do tego”. Taki jest mniej więcej tok rozumowania tych wszelkiej maści darmozjadów na stołkach urzędniczych, od samego początku, to jest od 1944 roku, kiedy do nas przyszli. Obecnie jest to już oczywiście któreś tam z rzędu pokolenie. Przecież po 1990 roku nie nastąpiło odcięcie się od pępowiny, tylko uznano ciągłość państwa, na przykład przejmując długi komunistów.

Poczynając od cywilizacji greckiej, poprzez rzymską i na łacińskiej kończąc, zawsze zdrowie było sprawa indywidualną każdego człowieka. Dopiero wschodnie nacje, w trosce o nasze pieniądze, ufundowały nam coś, co nazwano zdrowiem publicznym. Jak to powtarzam wielokrotnie, publiczne, to są domy, zwane pospolicie burdelami. Jak wiadomo, burdele są doskonale dochodowymi instytucjami dla właścicieli. I stąd właśnie to pojęcie. Otóż przez całe 2500 lat leczenie chorych to była cywilno – prawna umowa pomiędzy pacjentem, a lekarzem, bez wtrącania swoich 3 groszy przez niedouczonego urzędnika. Przecież gdyby taki cokolwiek umiał, to nie siedziałby za biurkiem, tylko leczył ludzi na przykład, naprawiał samochody etc. Nawet w „komunie” lekarz miał prawo wyboru metody leczenia chorego. Dopiero po utworzeniu tzw. Narodowego Funduszu Zdrowia (zapomniano podać jakiego narodu, bo Polska zawsze była wielonarodowa, więc może o to chodzi), nagle jacyś urzędnicy zaczęli tworzyć wytyczne i procedury jak dla debili.

Jak już nie raz podawałem i uzasadniałem, cały ten cyrk ze stowarzyszeniami, Izbami lekarskimi, prawniczymi itd., miał na celu objęcie lepsza kontrolą społeczeństwa, pod pretekstem demokracji. Po to stworzono system grantów, aby ten, kto płaci, miał prawo żądać. Jest to tak oczywiste, że nie wymaga chyba specjalnego uzasadnienia. Wiadomo, że ubóstwo społeczeństwa sprawia, że jedynym, decydującym płatnikiem, jest administracja wszelkiej maści. Chodziło o budowę tzw. piramidy władzy, czyli typowa turańszczyzna. Widzimy to wyraźnie w przypadku NFZ, którego urzędnicy za nic nie odpowiadają, a maja prawo kontroli medycyny i wtrącania się do wszystkiego. Ustawa natomiast mówi, że za „zdrowie” na danym terenie odpowiada NFZ. I jak to się ma do wielomiesięcznych, czy nawet kilkuletnich kolejek chorych, czekających na operację zaćmy, czy ortopedyczną. Nawet z chorobami nowotworowymi czeka się kilka miesięcy. Mogę podawać konkretne fakty!!!

W województwie pomorskim choruje rocznie na rak ponad 17 000 ludzi, umiera ponad 5000 rocznie. A NFZ przeznacza na ich leczenie tylko ok. 100 milionów złotych. Biorąc podawane przez NFZ dane, to koszt leczenia jednego chorego wynosi ok. 200 000 złotych. Sam możesz obliczyć sobie, PT Czytelniku, ilu chorych jest leczonych w jednym województwie, a ilu skazanych na śmierć. I oczywiście dla WAADZY (Jacek Fedorowicz) nie ma to znaczenia. Kogo by tam w NFZ obchodziła Konstytucja. A Ministerstwo Zdrowia (czyjego)? „A co ich to obchodzi, oni muszą zajmować się reklamą i sprzedażą szczepień”. Proszę zauważyć, że taki p. dr Arłukowicz ociera się o wszelkiego rodzaju stanowiska administracyjne i sejmowe od ładnych kilkunastu lat. I co? I nic! Do tej pory nie obchodziło go, że instytucja, której szefuje, nie zrobiła formalnie nic w sprawie podania do publicznej wiadomości miejsc, gdzie mogą odbywać się skrobanki. A powinna albo wyznaczyć takie miejsca albo przekazać sprawę do Ministerstwa Sprawiedliwości, jako kompetentnego w sprawie kata. Jak podał konsultant krajowy z chirurgii dziecięcej, ponad 3000 dzieci umiera rocznie z powodu braku dostępu do operacji, tylko serca. Czy jakikolwiek prokurator zajął się tą sprawą? Tyle zgonów, i cisza? „Chazana wykończyć”, to jest problem! By innym odebrać chęć samodzielnego myślenia. Lekarze mają być trybikami w maszynie robienia pieniędzy przez Big-farm. A nie jakieś tam leczenie.

Czy przypadkiem słyszeliście, Drodzy Czytelnicy, aby chociaż jeden przedstawiciel prawa zabrał w tej sprawie głos i „przyczepił się” do NFZ? A przecież Prokuratura, jak wynika z ustawy, jest odpowiedzialna za przestrzeganie prawa. Takiego prof. Chazana, to od razu stawia w stan oskarżenia. A takiego dyrektora NFZ, to nawet nie śmie ruszyć. Ci wszyscy profesórowie, taki na przykład Wojciech Sadurski, ekspert od konstytucji, ani razu nie zabrał głosu, że NFZ łamie konstytucję, że przecież jeżeli konstytucja daje prawo do właściwej opieki medycznej obywatelom, to czekanie w kolejce na operację zaćmy przez 5 lat, dyskwalifikuje chorego jako pracownika i ponosi on ciężkie straty, które NFZ powinien mu wyrównać! Oczywiście, może, czekając w kolejce, nie doczekać operacji. Wyjątkowo zabawne są uzasadnienia prof. W. Sadurskiego odnośnie niewykonania aborcji przez prof. Bogdana Chazana. Ten Pan pomieszał i poplątał od razu religię z rozdziałem kompetencji państwo – kościół i całą masę innych rzeczy. A przecież jedno z drugim ma niewiele wspólnego. To nie tylko Kościół Katolicki zabrania mordowania nienarodzonych dzieci. Buddyści także uważają mordy za zło. Sprawa mordowania leży w wychowaniu i przyjętej cywilizacji, co powinno być jasne dla profesora prawa. Widzieliśmy to przecież w bestialskich mordach UPA, czy w czasie tzw. rewolucji październikowej. Proponuję zapoznać się z filmem „Czekista”.

Nie wspomnę o tych jednorazowych, na potrzeby „Gazety Wyborczej” ekspertach, którzy nie widzą nic złego w kolejkach do specjalistów, ale zajmują się jednym przypadkiem – sumienia. Te wszystkie odrestaurowane dziennikarki, nagle stające się ekspertami w dziedzinie medycyny i konstytucji, z litości nie wymienię ich nazwisk, nigdy nie zabierały zmasowanego i skoordynowanego głosu w zaniedbaniach i łamaniu prawa i konstytucji przez NFZ. Czy to już samo w sobie nie jest dziwne?

Można by zadać pytanie bezczelne: Za ile to robią? Ale nie jestem taki wredny.

Przykład pierwszy lepszy: to nie lekarze narzucają taki, a nie inny rodzaj badań, jaki wolno wykonać choremu, ale urzędnicy. 95% ludzi w Polsce ma niedobory witaminy D-3. Wie o tym każdy student medycyny, z wyjątkiem urzędników NFZ i Ministerstw. Niedobór witaminy D-3, a właściwie hormonu zawiadującego ok. 3000 genów ( człowiek posiada ok. 30.000 genów) jest odpowiedzialny między innymi za raka piersi u kobiet, raka jajnika, cukrzycę, osłabienie odporności, szczególnie ludzi po 40. roku życia, itd. I zauważ proszę, Szanowny Czytelniku, że mamy kobietę – marszałkę sejmu, uprzednio ministra zdrowia i ona nic o tym nie wie, a głośno krzyczy o dbaniu o interesy kobiet. Te wszelkiej maści sufrażystki, w tej podstawowej dla zdrowia sprawie, biorą wodę w usta i nawet się nie zająkną z trybuny sejmowej, te dziennikarki i Stokrotki, tak walczące z sumieniem, milczą w sprawie witaminy D. A przecież ten niedobór witaminy D-3, to jest nic innego jak eutanazja, wprowadzana tylnymi drzwiami. Stąd przecież ta osteoporoza, a większość starszych osób umiera z powodu powikłań po złamaniu kości. Prowadzone przez nas badania wskazują, że po 50. roku życia u kobiet poziom witaminy D-3 spada nawet poniżej 5ng, a powinien wynosić 50-60 ng. Musisz sam odpowiedzieć sobie na to pytanie, Szanowny Czytelniku, ale musisz także posiadać wiedzę, że w przypadku podniesienia poziomu witaminy D-3 u obywateli do co najmniej 50-60 ng, spora ilość chorób by znikła, na przykład grypa, a na czym zarabiałby przemysł wielkiej farmacji i jego dilerzy? Przecież taka p. Nowicka, tym razem wicemarszałkowa, była oficjalnie dofinansowywana przez organizację aborcyjną Parenthood, której prezes zarabia ok. 300 000 dolarów rocznie (słuszne pytanie: skąd ma tyle forsy?).

Wracając do tematu wolności sumienia. Wszystkich naganiaczy możemy podzielić na dwie grupy. Do pierwszej zaliczyć można tych dezinformatorów, KTÓRZY TWIERDZĄ, ZGODNIE Z CECHAMI CYWILIZACJI BIZANTYJSKIEJ, że lekarz to urzędnik państwowy i musi słuchać i wypełniać procedury, ustalone przez starszych i mądrzejszych. I nic ich nie obchodzą Wyroki Norymberskie, gdzie odrzucono taki tok rozumowania już 70 lat temu. Druga grupa twierdzi co prawda, że lekarz może mieć sumienie, ale w domu. Odrzucam także wszelkie głupoty w rodzaju, że jeżeli lekarz podpisał umowę z NFZ to musi wykonywać jego polecenia. NFZ nie ma żadnych pieniędzy, dysponuje tylko częścią pieniędzy przymusowo zabieranych podatnikowi. A więc nie NFZ jest panem tych pieniędzy tylko SPOŁECZEŃSTWO. NFZ jest tylko wynajętym pracownikiem. Chciałbym się zapytać, jak to się ma do twierdzenia innego urzędnika państwowego, jakim był prof. Zoll? Przecież on twierdził, że wolność sumienia jest prawem podstawowym. W tym czasie żyli zarówno profesor Wojciech Sadurski, jak i marszałka E. Kopacz, co to ziemię do głębokości metra w sejmie przekopywała i te wszystkie inne wydmuszki gazetowe. I co? I nic, żadna nie odważyła się zabrać głosu i zakwestionować wypowiedzi prof, Zolla. Tak więc stare przysłowie: „Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”, sprawdziło się. To nie był ten etap przyzwolenia, by broń Panie Boże, robić nagonkę na profesora Zolla. Z jego poglądami wszyscy się zgadzali. A tera, no, to zupełnie co innego. Tera jest przyzwolenie na łamanie sumienia.

Zupełnie niezrozumiała jest logika profesóra W. Sadurskiego. Pan ten twierdzi, że lekarz to urzędnik i ma wykonywać obowiązki narzucone przez państwo (GW z 04.07.2014). Ale jaki to rzekomo obowiązek narzuciło państwo na lekarzy, który dodatkowo ma wynikać z Konstytucji? Jak mówią prawnicy, od 1997 roku do Konstytucji można się odwoływać bezpośrednio. Nie trzeba żadnych interpretacji i przepisów wykonawczych. Zaraz, zaraz. A w którym to paragrafie konstytucji stoi napisane, że lekarz ma dokonywać aborcji, czyli mordować dzieci. To samo zresztą dotyczy eutanazji, o czym pisałem już przed laty.

Jak świat światem, pojęcie curare oznacza kurowanie, czyli leczenie, a nie uśmiercanie. Jak znam historię ostatnich 2000 lat, to kat był zawsze związany z zawodem, którego, mniej lub bardziej chlubnym, przedstawicielem jest właśnie pan Wojciech Sadurski. Kat – urzędnik państwowy – nigdy nie był związany z moim zawodem. Czyli mamy taką sytuację prawną: profesor prawa widzi w Konstytucji od 1997 roku zapis zezwalający na, nazwijmy to delikatnie, kawałkowanie dzieci w łonie matki, ale zapomina wymienić ten artykuł. No to ja, laik, pytam się, gdzie państwo wywiązało się ze swojego obowiązku? Jeżeli rzeczywiście w Konstytucji znajduje się taki zapis, a twierdzę, że go nie ma, to obowiązkiem ludzi reprezentujących państwo i biorących z kasy podatnika wynagrodzenie, powinno być stworzenie do użytku publicznego listy ludzi w każdym województwie, czy powiecie, którzy wykonują takie zabiegi. To odnosi się także, do tej wszelkiej maści aktorów sceny politycznej, którzy tak beztrosko zabierają głos w tej sprawie

Naprawdę, nie znam ani jednego nazwiska wykonawcy takiego zabiegu, którego mógłbym polecić w województwie pomorskim. Proszę zauważyć, że nie dotyczy to tylko samego rozkawałkowywania. Ale jeżeli ja polecam, to w pewnym sensie biorę odpowiedzialność za dobre wykonanie takiej czynności, czyli brak powikłań. Przecież taka osóbka, w przypadku powikłań, mogłaby mnie oskarżyć, że podałem jej złego specjalistę, bo na przykład dzieliliśmy się forsą. I ciekawe, jaki prawnik podjąłby się mojej obrony w sprawie współudziału w tym niecnym procederze uszkodzenia – powikłania. A jeszcze prokuratura mogłaby stworzyć z nas grupę przestępczą, że jako zorganizowana grupa działaliśmy z chęci zysku! I ile bym czasu i zdrowia stracił.

A ja naprawdę nie znam już nikogo, bo moi koledzy albo już dawno są na emeryturach, albo pomarli, a tzw. młodzieży, nie znam od strony fachowości. Jak pisałem wielokrotnie, już od ponad 20 lat brak polskich czasopism medycznych i ci młodzi lekarze nie mają możliwości pochwalenia się dokonaniami. Czyli ja naprawdę nie wiem, a minister stroi się w arbitra prawa i twierdzi, że ja muszę kogoś wskazać. Na jakiej podstawie? Jest jeszcze inne prawo obowiązujące w Polsce, prawo do prywatności. A jeżeli ten osobnik nie życzy sobie, abym jego nazwisko podawał do publicznej wiadomości? Przecież rząd ustanowił nawet ministerstwo ochrony danych osobowych. A więc, jak mówił stary rabin: „biez wodki nie razbieriòsz”. Typowa prawnicza schizofrenia. A może o to chodzi, aby zawsze mięć na kogoś haka. Wyjątkowo w tej sprawie popisał się prof. Zbigniew Szawarski, filozof, przewodniczący rady naukowej WHC, przewodniczący Komitetu Bioetyki przy PAN. Przypomnę, że podczas pierwszej fazy obrad Okrągłego stołu całkiem poważnie mówiono o konieczności rozwiązania tej komunistycznej instytucji, jaką jest PAN. Ale jak już podkreślałem, ciągłość władzy istnieje. Otóż wypowiadanie się tego człowieka w tej sprawie jest co najmniej nie na miejscu. Po pierwsze, ani on ani inni członkowie tego zgromadzenia nie stają przed problemem, robić, czy nie robić. A usiłują narzucić swoje poglądy innym. Na jakiej podstawie? Kto ich wybrał? Przecież żadnego referendum w tej sprawie nie było. Czyli jest to typowa wydmuszka urzędnicza. Pisałem już o tym, że urzędnicy nie po to tworzą różne komitety, aby te nie potwierdzały ich decyzji. W tym samym czasie, dziwnym zbiegiem okoliczności, ukazał się artykuł w „Medpress” o konieczności podwyżek dla krajowych konsultantów. Nieprawdaż ,że dziwny zbieg okoliczności?

Zresztą, do filozofów to my mamy dziwnego pecha, przykładem jest ta trzódka filozofów z Biłgoraju, jak określa ich pan St. Michalkiewicz.

Jest jeszcze drugi aspekt finansowy tej sprawy. Aby dokonać poronienia, czy to przez podanie środka – trucizny, czy nawet mechanicznego zabiegu, wcale niepotrzebny jest szpital. Można to robić w sądzie. Wystarczy dwa pokoje wydzielić. Nauczenie takiego rzemieślnika to 2-3 tygodnie pracy, a nie 6 lat studiów i kat gotowy. Taniej, szybciej. I jednocześnie zespół sędziów zawodowych może rozstrzygać wszelkie wątpliwości, to znaczy, czy można, czy nie można kawałkować.

Z punktu widzenia medycznego natomiast, wszelkie twierdzenia prawników i innych dezinformatorów dotyczące tej sprawy, są co najmniej zwykłym oszustwem. Jak to już kilkakrotnie opublikowano, każda aborcja wiąże się z rakiem piersi u kobiety, czym więcej aborcji, tym prawdopodobieństwo raka piersi, nierzadko kończącego się śmiercią kobiety, jest większe. W Polsce umiera z powodu raka piersi kilka tysięcy kobiet. To wyobraźmy sobie taką sytuację: kobieta zgłasza się na zabieg, zabieg zostaje przeprowadzony, potem drugi, a potem pojawia się rak piersi i kobieta choruje. Kto jest winien? Kobieta zawsze powie, że nie została właściwie wyedukowana i nic nie wiedziała o możliwości powstania raka. Wystarczy przeprowadzić krótki test uliczny. Żadna z zapytanych młodych kobiet nie wie, że aborcja prowadzi do raka piersi. Nie wspomnę tutaj o dziennikarkach, czy posłankach. Już taką poszkodowaną „papugi” odpowiednio wyszkolą. Vide ta pani od śp. Andrzej Leppera, która idąc w zaparte, po kolei wskazywała na 6-7 facetów, którzy rzekomo byli ojcami jej dziecka, a prokuratura za nasze pieniądze robiła testy DNA. A co dopiero będzie, jak wejdzie w życie ustawa o opodatkowaniu prostytucji? Czyli lekarz podpada od razu pod paragraf kodeksu karnego: „Kto świadomie naraża zdrowie i życie podlega karze, jeżeli robi to z chęci zysku, to…”. No oczywiście, że zrobił to z chęci zysku, ponieważ dostał pieniądze. Innymi słowy, sam nadstawia d..ę do kopania. Pokażcie mi takiego idiotę!

Nie chcę być małostkowy i opierać się na jednym przykładzie (rak) uszkadzania ciała kobiety w czasie aborcji. Każda skrobanka, to od 500 do nawet 750 ml krwi, która dostaje się do jamy brzusznej. Tak krew musi zostać wchłonięta, Wchłanianiu krwi towarzyszy stan zapalny. Stan zapalny może powodować powstawanie zrostów i, nawet po kilku latach, problemy ze strony układu pokarmowego, zaparcia itd. A jaką ja mam gwarancję, że następny „ekspert” od prawa nie uzna tego za celowe działanie i nie będzie chciał mnie oskubać?

Przecież coraz modniejsze są właśnie kancelarie nastawiające się na „odzysk” pieniędzy pod pretekstem złego leczenia, pomimo faktu, że procedury nie wymyślają lekarze, tylko urzędnicy.

Na marginesie, pragnę przypomnieć wszelkiej maści autorytetom, wypowiadającym się w sprawie KOBIET, że wykonywanie zabiegów cięcia cesarskiego zwiększa ryzyko ciąży ektopowej i narodzin martwego dziecka. Czy za to także będzie się karało lekarzy? Bardzo kuriozalna jest sprawa prof. Dębskiego, który jak „maly chlopieć” leci ze zdjęciami do telewizji pochwalić się. Już sam fakt, że telewizja od razu wstawia go do ramówki, potwierdza wersję, że cała sprawa jest ustawiona. Wielokrotnie informowaliśmy różne redakcje TV o wzroście zachorowań na raka w Trójmieście, i nawet redaktor prowadzący wyleciał z pracy za to – a temat został zakazany. Więc w tej sprawie takie pokazywanie jest ewidentnym dowodem, że starsi i mądrzejsi kazali. Pan Prof. Dębski nie tylko złamał podstawowe zasady etyczne, ale i karne, ponieważ nie ma prawa do publicznej wiadomości podawać stanu zdrowia chorego, nawet w sytuacji takiej, jak ta, dopóki nie zostaną ustalone fakty. A jak było wiadomo, sprawą zainteresowała prokuratura. Czyli już przed sprawą chciał wpłynąć na wyrok. Po pierwsze dziecko zostało poczęte in vitro. Dlaczego klinika pana prof. Dębskiego nie publikuje statystyki, jaki procent dzieci in vitro rodzi się z wadami i to jakimi. Zbierałem dane dotyczące urodzeń dzieci z wadami po katastrofie po Czarnobylu w 1986 roku. Nastąpił kilkukrotny wzrost urodzeń dzieci z wadami. W owym czasie junta zabraniała publikacji takich danych, dlatego wydaliśmy RAPORT PO KATASTROFIE, gdzie zamieściliśmy wyniki wszystkich tych badań. Zajadłość junty była taka, że pomimo rozesłania tej publikacji do większości bibliotek wojewódzkich i uczelnianych, raport zniknął, a my mieliśmy kilka włamań. Oczywiście, włamania były robione przez nieznanych sprawców i tylko kartony z książkami ginęły. Prokuratura nagminnie umarzała śledztwa. Chcę przez to powiedzieć, że podstawowym obowiązkiem pracownika naukowego jest informowanie nie tylko kolegów, ale i społeczeństwo, o dostrzeżonych problemach. Jeżeli pan profesor Dębski ukrywa te dane (a szukałem w internecie i nic nie znalazłem żadnych danych o korelacji zapłodnienia in vitro z wadami wrodzonymi w wykonaniu p. prof. Dębskiego. Na pewno źle szukałem. Proszę o pomoc.) to już jest coś nie w porządku. Dlaczego Ministerstwo Zdrowia ma finansować produkcję kalek? Poza tym, odpowiedni paragraf Kodeksu Etyki lekarskiej mówi, że zanim zacznie się jakąkolwiek akcję przeciwko lekarzowi, musi się o tym zawiadomić tego lekarza. I dopiero jego reakcja pozwala na dalsze kroki, na przykład zawiadomienie Izby Lekarskiej. Kodeks nic nie wspomina o odgrywaniu kiepskiej roli w Telewizji. No, chyba że chce się zaistnieć jako celebryta.

Pominę żałosne wystąpienia Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej. Ta Pani już nie jeden raz skompromitowała nie tylko siebie, ale i Izbę. Swoim postępowaniem potwierdza moją tezę, dlaczego powołano Izby lekarskie. Jak twierdziłem i twierdzę, od 1000 lat nie mieliśmy na stołku żadnego przywódcy,który by wiedział na czym polega oświata. Pomimo, że np. Biblioteka Aleksandryjska została założona ponad 1000 lat przed powstaniem państwa polskiego to żadnemu królowi (a może królikowi) nie przyszło do głowy dbać o oświatę poddanych. Wszyscy byli na poziomie „cienkiego Bolka” (Laskowik). I tak pozostało do dnia dzisiejszego, pomimo nadawania sobie całej masy tytułów.

Dr Jerzy Jaśkowski

WolneMedia.net

jj

Rozkład państwa na przykładzie pism Ministerstwa Zdrowia (cz. 4) – Dr Jerzy Jaśkowski

death by vaccinationIan Larsen Gromowski (25.06.2007–10.08.2007) – przeżył 47 dni, ofiara szczepionki przeciw wirusowemu zapaleniu wątroby typu B (WZW B, hepatitis B). Fot. iansvoice.org
W piśmie Ministerstwa Zdrowia podpisanym przez pana magistra Cezarego Rzemka, podsekretarza stanu w tym Ministerstwie, znajdujemy: „Szerzenie się epidemicznych zakażeń i chorób zakaźnych było w przeszłości powodem wysokiej śmiertelności i chorobowości, a także powodowało straty społeczne i ekonomiczne”.

Że nie ma słowa prawdy w tym twierdzeniu, udowodniłem w części 3. Ale można mi zarzucić, że odnoszę się do faktów historycznych, a one niekoniecznie muszą być podane rzetelnie. To prawda, ponieważ najczęściej opisy tych faktów są dokonywane przez tzw. zwycięzców, czyli osoby zarabiające na tych zdarzeniach, obojętnie w jaki sposób. Przykładem ewidentnym jest fakt, że na wypaczaniu historii epidemiologii i tych wszystkich epidemii, zarabia przemysł Wielkiej Farmacji. Przypomnę, że wydawnictwa wydające te wszelkie „historie” żyją z reklam tego przemysłu. I w ten sposób koło się zamyka.

Tak więc zamiast przytaczać opisy starych historii epidemii, podam Państwu proste obserwacje dnia dzisiejszego.

Łatwo zauważyć, że tak naprawdę nie ma obecnie żadnej epidemii w USA. Ostatnia epidemia jaka w tym kraju naprawdę wybuchła, to epidemia w okresie szczepienia żołnierzy w 1940 roku, rzekomą szczepionką przeciwko grypie, przed wyruszeniem na front. Ten jednoznaczny związek: szczepienie – epidemia, kosztował życie ok. 60 000 żołnierzy, zmarłych jeszcze zanim się dla nich wojna zaczęła. Oczywiście, generalicja zamiotła sprawę pod dywan. Wrzucili to do worka „straty wojenne” i wszystko rozpłynęło się na kartach historii. Ale pozostał ślad, że na wojsku testuje się leki.

Otóż, jak obecnie wiadomo, Stany Zjednoczone przeżywają, co najmniej od lat 70-tych, najazd wszelkiej maści emigrantów, mniej, lub bardziej legalnych. Jak podaje prasa amerykańska, ponad 1000 osób dziennie przenika przez zaporę betonową do Teksasu i innych przygranicznych stanów. Generalnie rocznie w ten sposób przenika do Stanów Zjednoczonych ponad 100 000 ludzi. Wśród tych emigrantów jest cała masa nie szczepionych dzieci. Podobno tylko do Teksasu w okresie jednego roku wjechało ponad 47 000 dzieci.

Rządy stanowe – US Border Patrol – nie stosują żadnej kwarantanny, tylko od razu rozwożą tych emigrantów po wielkich miastach, takich ja Hudson, Phoenix, Los Angeles, itd. Emigranci ci żyją w najbardziej prymitywnych warunkach, takich jak podmiejskie slumsy, bez bieżącej wody, toalet. I jak możemy to stwierdzić, obecnie w oczach urzędników CDC, jakoś nie stanowią specjalnego zagrożenia epidemiologicznego. Żadnej epidemii wśród nich od 60 lat nie było. Dziwne, nieprawdaż?

Z drugiej strony, USA jest jednym z najbardziej restrykcyjnych rządów zmuszających do szczepień, nawet bez zgody rodziców, dzieci własnych obywateli. Zmuszanie do szczepień jest obligatoryjne, bez względu na warunki mieszkaniowe, zarobki i wykształcenie rodziców. W Nowym Jorku poszli nawet tak daleko, że na tzw. brodawczaka szczepią wszystkich.

Coś wiec jest tutaj nie tak. Rzekome zagrożenie powinni stanowić nieszczepieni emigranci, żyjący w bardzo podłych warunkach sanitarnych, a nie zdrowi, dobrze odżywieni, żyjący w świetnych warunkach sanitarnych Amerykanie! Sam Teksas wchłania ponad 30 000 emigrantów rocznie i co? I nic! Żadnej epidemii nie ma od 60 lat. Siedlisko wszelkiej „rozpusty”, Los Angeles, cały czas mające problemy z emigrantami, także nie zanotowało żadnej epidemii od 60 lat.

Dlaczego więc Rząd Federalny odmawia edukacji publicznej swoim obywatelom, jeżeli się nie zaszczepili?

Jak podałem w poprzedniej części, USA jest krajem, który wprowadził największą liczbę szczepień dla dzieci i posiada największy współczynnik umieralności niemowląt, z pośród 33 najbogatszych krajów świata. Szeroko reklamowana w 2009 roku świńska grypa AH-1N-1, znana specjalistom od 1976 roku, zamiast „obiecanych” przez Centrum Kontroli Chorób z Atlanty (słynne CDC) 90 000 zgonów, tak naprawdę zanotowało z powodu grypy w całym 2009 roku tylko 18 zgonów, na 320 000 000 obywateli!

Podobnie lokalne epidemie w szkołach w USA występują zawsze w grupach dzieci zaszczepionych w 90-98%. Każdy lekarz wie, że szczepione dziecko jeszcze przez 4-6 tygodni sieje wokoło wirusem. I jak Szanowny Czytelniku wiesz z własnego doświadczenia, żaden Inspektor Sanitarny, czy też Minister, nie nakazuje przetrzymywania takiego zaszczepionego dzieciaka w domu, aby nie wywołał lokalnej epidemii. W ostatnim czasie mieliśmy takich poszczepiennych epidemii kilkadziesiąt.

Czy już samo to nie powinno otworzyć oczu wszelkim urzędnikom? A nie otworzyło! Nadal przelewają pieniądze podatnika do prywatnych kieszeni Wielkiej Farmacji. A problem powinien być jednoznaczny, jeżeli ci brudni, zaniedbani emigranci nie chorują pomimo braku szczepień, braku kwarantanny – czyli nie przywieźli choroby z sobą, to dlaczego oni nie stanowią zagrożenia epidemiologicznego, a czyści, pachnący, świecący Amerykanie stanowią takie zagrożenie dla zdrowia „publicznego”? Jak już pisałem, publiczne to są szalety i domy, pospolicie zwane burdelami.

ZDROWIE ZAWSZE BYŁO SPRAWĄ INDYWIDUALNĄ!!! Jak mówił stary rabe: „Biez wodki nie razbieriòsz”. Aby garstka mogła dobrze żyć, tłumy muszą umierać.

Wyścig z czasem. Jak twierdzą skądinąd często nagłaśniani urzędnicy z CDC [szczególnie przez p. prof. mgr Lidię Brydak], takimi miejscami wybuchu epidemii mogą być np. lotniska. Wyprodukowano nawet filmy straszące i oswajające społeczeństwo z problemem epidemii lotniskowych, z wielkim nakładem kosztów. Na przykład film „12 małp” z Brucem Willisem i Bradem Pittem (a nie są to tani aktorzy) pokazuje, jak to śmiercionośny wirus atakuje społeczeństwo. Jak natomiast te filmy science fiction mają się do rzeczywistości? Ano do tej pory żadne lotnisko nie było punktem wyjścia jakiejkolwiek epidemii. Mieliśmy epidemię cholery na Haiti, ale tę epidemię wywołało WHO. Tak więc pod pretekstem zapobiegania czemuś, co nie istnieje, miliony z pieniędzy podatnika wypływają z budżetu, do kieszeni prywatnych korporacji.

Korporacje te w USA załatwiły sobie w 1986 roku zwolnienie z kosztów opłacania powikłań poszczepiennych. Za powikłania płaci znowu podatnik. I proszę zauważyć, wszelkiej maści instytucje takie jak CDC czy Inspektorzy Sanitarni bardziej interesują się sprzedażą szczepionek aniżeli czystością. W żadnej szkole, szpitalu czy hotelu w Polsce nie można sobie d..y podmyć po defekacji, tylko papierem rozsmarowuje się g…o. Także w żadnej medycznej uczelni nie uczą o konieczności mycia tyłka. A tych profesórów mamy a mamy. Widocznie są stworzeni do wyższych celów. Na marginesie, takie są nienaprawione do dnia dzisiejszego skutki „mordów katyńskich”. W mordach tych zginęło ponad 56% polskich lekarzy. I jak widać, żadnego ministra to nie interesuje, już się przyzwyczaili. Przypomina to pobyt wojsk sowieckich w Polsce: sikali do szuflad, kominków, zresztą podobnie jak królowie francuscy jeszcze w XVI wieku. Dopiero pobyt w Polsce Henryka W. pozwolił im się zapoznać z wychodkami. No i teraz musisz zrozumieć, Szanowny Czytelniku, dlaczego tam, tj. we Francji czy Włoszech, było tyle epidemii. Zresztą bardzo ładnie opisywanych przez ichniejszych poetów.

Podobnie od lat 50. w krajach tropikalnych nie było żadnej epidemii. Takie Indie, Pakistan, czy Tajlandia, mają kanalizację typu rowek uliczny. Z powodu gorąca, woda prawie nie spłukuje nieczystości. Smród jest powszechny wokoło tych ścieków. A epidemii nie ma. Jedyna epidemia wybuchła w Indiach i to dzięki działaniu depopulatora-celebryty Billa Gatesa i jego sekty szczepionkowców. Normalnie w Indiach na polio chorowało ok. 250 dzieci rocznie. Dzięki B. Gatesowi tylko w okresie szczepień zachorowało 41 700 dzieci (inne źródła mówią o 61 500). Czyli typowa epidemia spowodowana przez WHO, podobnie jak parę lat wcześniej na Haiti, czy w Afryce Saharyjskiej, o czym już pisałem.

Nie ograniczając się do USA, na własnym podwórku możemy potwierdzić to samo. Kiedy na początku lat 1990. na Ukrainie zaprzestano wypłat i przez 6-8 miesięcy ludzie nie otrzymywali pieniędzy, to z brudu wystąpiła tam epidemia błonicy. W Polsce w powiatach przygranicznych, pomimo prawie 98% wyszczepialności, także wystąpiła epidemia. Nasz genialny sanepid nie kazał zamykać granicy. Dlaczego? Cała więc filozofia tzw. odporności stada padła na zbity pysk, ale widocznie był za mało zbity, ponieważ do dnia dzisiejszego wszelkiej maści szczepionkowcy nadal powtarzają te bzdury i posługują się pojęciem odporności stada. Ostatnio na przykład dyrektor sanepidu poznańskiego, strasząc ludzi konsekwencjami nieszczepienia.

Widać tu wyraźnie stare przysłowie: czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. No cóż, takich synów Polska ma, jakich jej „nauka sowiecka” wykształcić pozwoliła. Do czego dążą urzędnicy, najlepiej pokazuje film „Windykatorzy” z 2010 roku.

Dr Jerzy Jaśkowski

jerzy.jaskowski@o2.pl

Czytaj również:

Państwo prawa a działania urzędników. Rozkład państwa na przykładzie pism Ministerstwa Zdrowia (cz. 3) – Dr Jerzy Jaśkowski

vaccine

Kontynuując analizę pisma pana mgr Cezarego Rzemka, podsekretarza stanu w Ministerstwie Zdrowia, nie sposób pominąć sprawy najważniejszej w funkcjonowaniu instytucji państwowych. Pisma urzędowe są dokumentem. Jeżeli w dokumencie podaje się nieprawdę, to jest już sprawa karna. Trudno nawet przypuszczać, by w Ministerstwie nie było prawników, znających obowiązujące w POlsce przepisy. Jeżeli więc takie „niedopatrzenie” wyszło z urzędu, to znaczy, że popełniono je świadomie. Przecież nie sposób zakładać, że pracują tam same nieuki.

Poświadczenie nieprawdy – przestępstwo z art. 271 Kodeksu Karnego.

§ 1. „Funkcjonariusz publiczny, lub inna osoba uprawniona do wystawienia dokumentu, która poświadcza w nim nieprawdę co do okoliczności mającej znaczenie prawne, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.

Uzasadnienie

Pan Minister podpisał się pod tekstem, który już na pierwszej stronie [ostatni akapit] stwierdza, że opierając się na art. 68 ust.4 konstytucji Polskiej z dnia 2 kwietnia 1997 roku:

Władze publiczne są zobowiązane do zwalczania chorób epidemicznych, w tym zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi. Szerzenie się epidemiczne zakażenia i choroby zakaźne były w przeszłości powodem wysokiej śmiertelności i chorobowości, a także powodowały straty społeczne i ekonomiczne. Zwalczanie zakażeń i chorób zakaźnych oraz chorób o charakterze społecznym jest możliwe dzięki racjonalnym działaniom w obszarze zdrowia publicznego, podejmowanego przez organ i instytucje państwa” i dalej w tym samych duchu. „Egzekwowanie obowiązku poddawania się szczepieniom w odniesieniu do tych szczepień ochronnych, które są obowiązkowe oraz zapewnienie bezpieczeństwa realizacji szczepień ochronnych”.

Jest to wyjątkowe pomieszanie z poplątaniem, żargonem gazetowym pisane.

Po pierwsze, pomimo, że szczepienia w obecnej formie są stosowane od ponad 200 lat, nie jest znany żaden przypadek choroby zakaźnej, wyeliminowanej poprzez szczepienia. Wręcz przeciwnie. Ostatnie 200 lat dowodzą niezbicie, że epidemie występowały tylko w tych krajach, które bezmyślnie, z chęci zysku, stosowały przymus szczepień. Typowym przykładem jest tutaj Anglia, gdzie już w XIX wieku stosowano kary za uchylanie się od szczepień, a pomimo to właśnie Anglia miała największe liczby zmarłych z powodu epidemii, wywołanych szczepieniami.

To jest tragiczne, że obecnie poziom wiedzy fachowej w śród pracowników Ministerstwa jest poniżej poziomu średnich szkół medycznych. Jest jednoczenie dowodem bezpośrednim upadku oświaty w Polsce, w okresie ostatnich 40 lat.

Powołuję się tutaj na podręcznik, zatwierdzony dla medycznych studiów zawodowych pielęgniarstwa, pismem Ministerstwa Zdrowia i Opieki Społecznej nr NP-51/31/73 z dnia 22 VIII 1973 roku, czyli jeszcze 40 lat temu pracownicy Ministerstwa zdrowia coś o zdrowiu wiedzieli.

Podręcznik ten był wydany przez Państwowe [jeszcze wtedy] Zakłady Wydawnictw Lekarskich. Wydawnictwo to było wśród pracowników medycznych cenione za merytoryczność prezentowanych prac [w odróżnieniu od obecnych prywatnych wydawnictw, które są li tylko i wyłącznie tubami przemysłu farmaceutycznego, o czym świadczą liczne reklamy, zawarte w tych publikacjach].

Podręcznik nosił tytuł : PODSTAWY EPIDEMIOLOGII I KLINIKI CHORÓB ZAKAŹNYCH . Autorem był prof. Zbigniew Anusz.

Jest to jedyny w Polsce, rzetelnie wydany podręcznik chorób zakaźnych i epidemiologii, ponieważ pokazuje dane statystyczne odnośnie zachorowań na poszczególne choroby zakaźne i daty wprowadzenia szczepień. Wyraźnie widać, że brak jakiegokolwiek związku pomiędzy spadkiem zachorowań, a wprowadzeniem szczepień.

O wiele lepszym posunięciem, zamiast podpisywania się pod tego rodzaju pismem, byłoby i wznowienie tego podręcznika i zakupienie go dla wszystkich pracowników Ministerstwa i podległych mu placówek. Oraz przedłużenie zatrudnienia pracownikom po zdaniu egzaminu z zakresu tego podręcznika.

Pan Cezary Rzemek, jako ekonomista, mógłby się pochwalić znacznymi oszczędnościami w budżecie Ministerstwa i poprawą stanu zdrowia społeczeństwa.

Podkreślę, że pomimo olbrzymich pieniędzy wydawanych na reklamy szczepień, na liczną grupę żółtych dziennikarzy oraz na wprowadzanie przymusu szczepień, śmiertelność niemowląt jest największa wśród krajów wymuszających największą liczbę szczepionek.

Na pierwszym miejscu statystyk śmiertelności niemowląt są Stany Zjednoczone, z liczbą 26 szczepionek. Analiza 33 państw tzw. bogatych, wykazała jednoznacznie, że jest wysoka statystycznie korelacja, pomiędzy rosnącą liczbą dawek szczepionki, a zwiększoną śmiertelnością niemowląt [ r=0.992, p= 0.0009].

Wyraźnie widać, że ta podstawowa wiedza jest poza szarymi komórkami pracowników Ministerstwa. A może o to chodzi?

O tym, że szczepienia nie mają żadnego wpływu na zapobieganie chorobom zakaźnym, świadczą nawet poematy epickie, takie jak wszelkiego rodzaju publikacje o okrętach widmach z XIX wieku, kiedy to marynarka angielska wymuszała szczepienia wszelkich podróżnych, a wybuchające na statkach i okrętach epidemie ogałacały je z ludzi.

Podobnie słynna „epidemia grypy hiszpańskiej” [nazwa powstała w 1936 roku, czyli prawie 20 lat po epidemii] wybuchła i została przywleczona do Europy przez żołnierzy amerykańskich, przymusowo szczepionych w 1918 roku. Pierwszymi ofiarami tych dzielnych skądinąd chłopców były prostytutki w mieście portowym Bordeaux.

gardasil-gates-576x300

Najlepszym dowodem braku skuteczności szczepionek jest ostatnia afera znanego celebryty z Microsoftu, Billa Gatesa, który wciskając swoje szczepionki [obecnie zajmuje się także szczepieniami poprzez swoją fundację finansowaną dziesiątkami milionów i organizację – Globalny Sojusz na rzecz Szczepionek, GAVI]. Pan Bill Gates, chcąc uszczęśliwić Hindusów, zafundował im w 2011 roku szczepienia przeciwko polio. W poprzednich latach na polio w Indiach chorowało rocznie ok. 250 dzieci. Po „rewelacyjnym” pomyśle pana Gatesa zachorowało ponad 47 500 dzieci [inne źródła podają, że ponad 61.500]. Przerażeni i zdesperowani rodzice zastrzelili kilku członków tych morderczych ekip i akcja na całe szczęście upadła. Ile na tym interesie zarobił pan B. Gates kroniki nie podają. Koszt produkcji jednej ampułki to 3-4 centy, a koszt sprzedaży do WHO to 2–2.5 dolara.

Reasumując, nie ma żadnych dowodów medycznych, ani naukowych, że szczepienia zahamowały rozwój chorób zakaźnych.

Tak więc podszywanie swoich tez i przykrywanie swojego postępowania artykułem Konstytucji, jest najzwyczajniej w świecie nadużyciem. Skoro bowiem brak jakichkolwiek danych liczbowych o skuteczności szczepień, to nie można dokonywać przeskoku logicznego, z artykułu mówiącego o zwalczaniu epidemii, do stosowania metod nie mających uzasadnienia naukowego.

W ten sam sposób można bowiem powiedzieć, że skoro hałas jest szkodliwy, to należy zlikwidować klaksony w samochodach.

Jedyne epidemie, jakie znamy dokładnie, to epidemie wywołane przez szczepionki. Jak przemysł farmaceutyczny fałszuje dane dotyczące szczepień, najlepiej świadczy sam fakt stawiania na piedestale Jennera, aptekarza jak twierdzą jedni, a lekarza drudzy, który zamordował szczepionką własne dziecko, ale otrzymał ówczesne 500 funtów nagrody, za rzekomo skuteczny lek, zamiast doktora Semmelweisa, który udowodnił związek umierania kobiet z brakiem mycia rąk przez lekarzy. Dr Semmelweis został potępiony przez ówczesne środowisko uniwersyteckie i zmarł w szpitalu psychiatrycznym. Generalnie ten prawdziwy dobroczyńca ludzkości jest współcześnie zupełnie zapomniany. Nie przyniósł żadnej korporacji dochodu.

Kolejne podanie nieprawdy, to cyt. „straty ekonomiczne spowodowane epidemiami” . Jeżeli epidemie były wynikiem szczepień, a takich przypadków są setki, to jak można wrzucać te ekonomiczne straty na karb epidemii, a nie zysków szczepień. Aby nie wgłębiać się w stare dzieje, podam najnowsze przykłady.

Jak wiadomo, DSM – V [ 2005 r.] upraszczając diagnozę, połączył wszystkie typy autyzmu w jedną diagnozę ASD, czyli „Autyzm i zaburzenia ze spektrum autyzmu”.

Otóż jak obliczono na podstawie danych Centrum Kontroli Chorób z Atlanty, koszt leczenia tego stanu chorobowego wynosi ponad 236 miliardów dolarów. Czyli w przeliczeniu na warunki polskie, są to ponad 10-letnie wydatki na NFZ. Obliczenia te odnoszą się do założenia, że tylko 40% chorych nie będzie mogło podjąć samodzielnej egzystencji. W przypadku 60% chorych, kwota ta wzrasta do 262 miliardów dolarów. Pomimo wyraźnej epidemii autyzmu, CDC wydaje miliony dolarów na zatuszowanie sprawy.

Przypomnę, że u dzieci nieszczepionych autyzm stwierdza sie w 1: 10 000 porodów, a u dzieci szczepionych autyzm występuje u chłopców w 1:56 porodów, u dziewcząt w 1: 88 porodów.

Oczywiście w Polsce nie publikuje się odpowiednich danych statystycznych. Po co ludek nad Wisłą ma coś kojarzyć.

Możemy natomiast przez analizę te dane sprowadzić do wielkości charakterystycznych dla Polski.

I tak, liczba mieszkańców USA TO 320 MILIONÓW, A POLSKI to ok. 38 milionów, czyli ok. 8-9 razy mniej.

Odpowiednio kwoty wydatkowane na leczenie autyzmu wynosiłyby około 30 – 35 miliardów dolarów. W USA stosuje się zdecydowanie więcej szczepionek, a więc należy odpowiednio podzielić tę kwotę. W dużym zaokrągleniu, na leczenie autyzmu musimy wydać około 15 do 17 miliardów dolarów. Jest to przy obecnym kursie od 45 do 54 miliardów złotych.

Jest to kwota porównywalna do tej, którą Rząd przeznacza na leczenie wszystkich chorych w całej Polsce. Budżet NFZ wynosi właśnie od 50-60 miliardów złotych.

Innymi słowy, Rząd wymuszając obowiązkowe szczepienia i zwalniając firmy farmaceutyczne z ponoszenia kosztów powikłań, obciąża budżet Polaków kwotą porównywalną z kosztami utrzymania całej służby zdrowia. Oczywiście, zdecydowaną większość tej kwoty płacą rodziny chorych. Brak bowiem jakiegokolwiek programu leczenia tych chorych, opłacanego centralnie. Jak to przedstawiłem w poprzedniej części, Ministerstwo, tak lubujące się w wymyślaniu rozmaitego rodzaju procedur, akurat w przypadku powikłań poszczepiennych nie wydało dyspozycji postępowania, czyli chociażby konieczności robienia badań takich jak CRP, EEG, czy badań immunologicznych.

Mówiąc językiem prostym, Ministerstwo wprowadzając przymus szczepień, wyprowadza z budżetu ponad 100 milionów złotych. Kilka razy więcej wyprowadzają samorządy, a koszty leczenia powikłań stanowią dodatkowy zysk tych samych koncernów farmaceutycznych. Te ponad 40 miliardów, to przecież między innymi koszty leczenia powikłań poszczepiennych, samego tylko ASD. A wiec kółko się kręci.

Nie myśl, Szanowny Czytelniku, że Rząd robi to bezinteresownie. Przecież od sprzedanych leków naliczany jest VAT. A VAT, to przecież nic innego, jak zysk rządu do podziału na… [wpisać właściwe wydatki, na przykład obiadki z ostatniej afery podsłuchowej].

Innymi słowy, z całego pisma wynika przekręt semantyczny, taki rodzaj swoistej socjotechniki.„Głupie ludki i tak się nie zorientują”. Pan Minister uważa, że zwalczanie chorób zakaźnych polega na sprzedaży szczepionek, a nie na higienie osobistej, czystej wodzie, karmieniu ludzi odpowiednią ilością białka, a nie chemią itd.

Starałem się tutaj podać przykłady, których jest o wiele więcej, że tok rozumowania pana Cezarego Rzemka absolutnie nie opiera się na nauce, a tylko na konfabulacjach marketingowych, związanych ze skokiem na kasę społeczną. Przecież Ministerstwo niczego nie wytwarza, a tylko i wyłącznie dzieli wg własnego widzimisię nasze, podatnika pieniądze.

Odrzucam z góry wszelkiego rodzaju dyrdymały sekty wakcynologicznej o nieudowodnieniu związku szczepień z autyzmem. Związek ten już dawno udowodniono. To, że biuletyny przemysłu farmaceutycznego przeznaczone dla lekarzy tego nie podały, o niczym nie świadczy. Podstawowa zasada medycyny bowiem brzmi: „Przede wszystkim nie szkodzić”.

Więc jeżeli zaistniało nawet minimalne podejrzenie o związku szczepień na przykład z autyzmem, to logika nakazuje wstrzymanie szczepień do czasu wyjaśnienia sprawy. Ani nasze, ani żadne inne ministerstwo takich badań nie zleca.

I sam musisz sobie, Szanowny Czytelniku, dopowiedzieć, dlaczego.

Dr Jerzy Jaśkowski

jj

jerzy.jaskowski@o2.pl

Czytaj również:

„Wprost”: Dzieci umierają w Polsce po szczepionkach. Sprawa w prokuraturze

vaccine death

Kilkudziesięciu rodziców z całej Polski domaga się, by prokuratura zbadała sprawę tragicznych powikłań, które u ich dzieci mogły wywołać szczepionki.

Jagoda urodziła się jako wcześniak, ale do czwartego miesiąca rozwijała się zupełnie prawidłowo. Wtedy, zgodnie z planem Ministerstwa Zdrowia, dostała szczepionkę „sześć w jednej”, jedną z najsilniejszych, jakie można zaaplikować niemowlętom. To najczęściej ją polecają lekarze, bo zastępuje kilka innych szczepionek, a zatem zaoszczędza dzieciom nieprzyjemnego kłucia. Jagoda najpierw dostała jedną dawkę, potem drugą. I nagle zaczęły się kłopoty. – Przestała się śmiać, zaczęła się zachowywać, jakby była za szybą. Dzisiaj nie siedzi, nie obraca się, nie chodzi. Stwierdzono u niej wzmożone napięcie mięśniowe. Pięć razy w tygodniu musi mieć rehabilitację, zajęcia na basenie, a lekarze nie potrafią powiedzieć, co tak naprawdę się stało – opowiada Agata Lange, mama dziewczynki.

vaccine_baby_danhatton_flickr

Lange jest jedną z pięćdziesięciorga jeden rodziców, którzy wraz z Ogólnopolskim Stowarzyszeniem Wiedzy o Szczepieniach „Stop NOP” złożyli w warszawskiej prokuraturze zawiadomienie o popełnieniu przestępstw przez resort zdrowia. Chodzi o brak prawidłowej reakcji służby zdrowia na niepożądane odczyny poszczepienne (NOP) u dzieci. Zdaniem stowarzyszenia polscy lekarze ignorują powikłania poszczepienne. Tak wielka akcja antyszczepionkowa to nad Wisłą swoisty ewenement. – Nie walczymy ze szczepieniami jako takimi – podkreśla Justyna Socha, rzeczniczka stowarzyszenia. – Sprzeciwiamy się przede wszystkim szczepionkom skojarzonym, czyli takim, które dają odporność na kilka chorób zakaźnych za pomocą jednego wkłucia. Jak np. MMR (ang. measles-mumps-rubella), trójskładnikowa szczepionka przeciwko odrze, śwince i różyczce [brytyjski naukowiec Andrew Wakefield udowodnił związek szczepionki MMR z autyzmem, wyniki swoich badań opublikował w prestiżowym naukowym czasopiśmie The Lancet – przyp. TAW]. Chcemy, żeby szczepić rozsądnie – mówi Socha.

Rodzice bez pomocy

Bezpośrednim impulsem zbiorowego pójścia rodziców do prokuratury była śmierć sześciomiesięcznej Basi z Kutna, która dostała szczepionkę skojarzoną na sześć różnych chorób.

Basia z Kutna przeżyła tylko 6 miesięcy...
Basia z Kutna przeżyła tylko 6 miesięcy…

Takich drastycznych historii jest – według działaczy stowarzyszenia – znacznie więcej. – Tyle że objawy NOP są od lat przez lekarzy ignorowane – twierdzi Socha. Autorzy zawiadomienia żądają m.in. opracowania nowego systemu zapobiegania powikłaniom poszczepiennym, a także utworzenia specjalnego funduszu odszkodowań dla osób, które ucierpiały z ich powodu, ewentualnie straciły bliskich. Domagają się też utworzenia listy niezależnych od koncernów farmaceutycznych biegłych, którzy wydawaliby opinie w tego typu sprawach przed sądem.

Ta ostatnia sprawa jest szczególnie istotna, bo sprawy związane z NOP są wyjątkowo trudne do zdiagnozowania. Na przykład u Jagody część specjalistów stwierdziła porażenie mózgowe, ale już tomografia nie wykazała w jej mózgu żadnych zmian. – Ilu specjalistów, tyle teorii – wzdycha Lange. Tylko jedna neurolog, u której była, miała odwagę powiedzieć jej wprost, że na jej miejscu nigdy nie podałaby Jagodzie szczepionki „sześć w jednej”. Wytłumaczyła, że większość wcześniaków ma obniżoną odporność. Badania hematologiczne Jagody wykazały, że ona też, i to znacznie. Tyle że wykonano je po podaniu szczepionki, a nie przed nim. – Najbardziej mnie boli, że zostałam z tym wszystkim kompletnie sama. Nie mogę uzyskać odszkodowania, które pokryłoby koszty leczenia i rehabilitacji Jagody. Nie ma też nikogo, kto by przyznał: „Popełniliśmy błąd, ale teraz jesteśmy i chcemy pomóc!” – opowiada mama Jagody.

Państwo Lange mieszkają na wsi pod Łodzią. – U nas to, co powie lekarz, jest święte. Ludzie nie mają dostępu do informacji. Jak w przychodni słyszą, że mają podać dziecku taką czy inną szczepionkę, to nie dyskutują, tylko podają. Nie mają pojęcia o konsekwencjach – opowiada rozżalona Lange. Czy w przyszłości będzie szczepić dzieci? – Tak, bo wierzę, że medycyna idzie do przodu i że szczepienia są potrzebne – zapewnia pani Agata. – Mój mąż co roku zabezpiecza się w ten sposób przed grypą. Chciałabym jednak, żeby w Polsce powstał w tej dziedzinie profesjonalny system. Żeby lekarze nie szczepili zgodnie z anachroniczną rozpiską, ale realnymi potrzebami i możliwościami pacjenta – mówi matka Jagody.

Tajemnica autyzmu

W Stowarzyszeniu Stop NOP działa wielu rodziców, którzy twierdzą, że w wyniku powikłań poszczepiennych ich dzieci cierpią na autyzm.

children-with-autism

Jego związki ze szczepionką są szczególnie trudne do udowodnienia. Bo zaburzenie pojawia się nawet po kilku latach. Tymczasem aby jakiś objaw można było zakwalifikować jako niepożądany odczyn poszczepienny, musi być stwierdzony najdalej cztery tygodnie po szczepieniu.

Autistischer Bub Thinkstock - iStockphoto

Mimo to się uważa, że choroba ta może być skutkiem zatrucia rtęcią, którą zawiera część ze szczepionek stosowanych w Polsce. Przyznaje to coraz więcej autorytetów medycznych, m.in. prof. Maria Dorota Majewska, neurobiolog prowadząca badania nad biologią autyzmu, czy dr Dorota SienkiewiczKliniki Rehabilitacji Dziecięcej Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku. Trudno powiedzieć, ile dokładnie dzieci cierpi na to zaburzenie. Według niektórych specjalistów dotyka ono jedno na 88, a w Stanach Zjednoczonych – nawet jedno na 50 dzieci.

Autyzm to jednak niejedyne negatywne konsekwencje, które mogą być wywoływane przez część szczepionek. Czteromiesięczna Zuzia zmarła w wyniku powikłań kardiologicznych niedługo po zaszczepieniu. Tydzień po jej podaniu przestała jeść, wymiotowała. Rejonowy pediatra i pielęgniarka środowiskowa zapewniali, że jest niemożliwe, aby objawy były związane z NOP. Wspominali o skazie białkowej, przekonywali, że Zuzi po prostu nie smakuje mleko z piersi matki. Po kolejnych siedmiu dniach niejedzenia Zuzia trafiła jednak na OIOM z ciężką niewydolnością serca. Dwa i pół miesiąca później zmarła w szpitalu, czekając na przeszczep. Badania wykluczyły zapalenie mięśnia sercowego i wrodzone wady serca. – W czasie walki o jej zdrowie kardiolodzy, kardiochirurdzy i inni lekarze ogólni wielokrotnie informowali nas, że przyczyną jej stanu może być NOP, ponieważ mieli podobne przypadki. Problem w tym, że związek przyczynowo-skutkowy jest trudny do udowodnienia – twierdzi Karolina Rojek, matka Zuzi.

Serię szczepionek, którą przyjęła Zuzia, wycofano z rynku w lipcu zeszłego roku. Jednak nie ze względu na śmierć dziewczynki, lecz na wadliwą serię leku. – To też jest symptomatyczne. W wielu krajach szczepionki wycofuje się ze względu na powikłania, jakie wywołują u dzieci. U nas co najwyżej dlatego, że substancja jest niehomogeniczna [źle przetrzymywana – red.]. Nigdy nie chodzi o skutki szczepienia – mówi rzeczniczka Stop NOP.

Matka Zuzi postanowiła nie odpuszczać. Zebrała już całą dokumentację medyczną i inne potrzebne dowody, aby dochodzić sprawiedliwości w sądzie. I namawia innych rodziców do podobnych działań, bo wierzy, że tylko tak można wygrać z systemem. Do tej pory w Polsce były tylko dwie sprawy, w których wypłacono odszkodowanie w związku z powikłaniami poszczepiennymi. Jedna w 1963 r., druga w latach 90. Jak podaje „Rzeczpospolita”, w ciągu ostatnich kilku lat wszczęto 12 postępowań o powikłania w związku z NOP. Ponad połowa z nich skończyła się umorzeniem.

Trudność z biegłymi

Jest też ogromny problem z powołaniem biegłych. Lekarze nie widzą związków między śmiercią dzieci a szczepieniami. Tak było w przypadku 18-letniego Tomka Gaickiego, który zmarł krótko po podaniu szczepionki na tężec i błonicę. Gdy Tomek zgłosił się na obowiązkowe szczepienie 18-latków, był zdrowy jak ryba. Nie miał żadnych wrodzonych wad. – Nie chciał zresztą na nie iść, ale sam go namówiłem – opowiada Jarosław Gaicki, ojciec zmarłego chłopaka. Chłopak miał pracować w warsztacie samochodowym. – Gdyby coś mu się stało i by się okazało, że nie jest szczepiony, musiałby płacić karę – wyjaśnia ojciec. Tomek zmarł dwa dni po szczepieniu. W sekcji zwłok napisano, że powodem był obrzęk płuc i mózgu, który spowodował zatrzymanie krążeniowo-oddechowe. Śmierć nastąpiła między 48. a 72. godziną od podania szczepionki. Mógł to być NOP, ale udowodnienie tego po dwóch latach jest dziś bardzo trudne.

gardasil-gates-576x300

– Być może by się udało, gdyby i szczepionka, i dokumentacja medyczna Tomka zostały od razu zabezpieczone przez policję. Tymczasem nikt tego nie dopilnował. W końcu miesiąc po śmierci Tomka sam to wymusiłem na prokurator prowadzącej postępowanie. Okazało się, że papiery leżały w szufladzie w ośrodku zdrowia, każdy miał do nich dostęp – mówi rozżalony pan Jarosław. Wielu rodziców nie próbuje nawet dochodzić sprawiedliwości. Nie ma na to siły, pieniędzy ani czasu. Bo większość pochłania im opieka nad chorymi dziećmi. W dodatku niezgłoszenie NOP przez pierwsze tygodnie po szczepieniu w znacznej mierze utrudnia możliwości prawne dochodzenia od państwa odszkodowań.

Model ze Wschodu

A problem może być naprawdę duży. Polskie niemowlęta w pierwszych 18 miesiącach życia otrzymują 16 obowiązkowych szczepień przeciw dziesięciu chorobom, m.in.: gruźlicy, żółtaczce typu B, błonicy, krztuścowi, tężcowi, polio, odrze, śwince i różyczce. Dodatkowo są zalecane też inne szczepienia, w sumie może być ich nawet 26 w pierwszych dwóch latach życia dziecka. Nic dziwnego, że pojawia się coraz więcej głosów, by tak jak w krajach zachodnich szczepić dzieci od trzeciego czy czwartego miesiąca. U nas obowiązuje ciągle model z bloku wschodniego. Zresztą Polska to wraz z Rumunią i Bułgarią jedyne kraje w Europie, w których wciąż obowiązują tak liczne szczepienia dzieci w pierwszej dobie życia.

– Powtórzę: my nie uważamy się za antyszczepionkowców. Nie chcemy odbierać wyboru nikomu, kto chce szczepić dzieci. Nie mamy ambicji, żeby przekonać maksymalną liczbę rodziców do rezygnacji z tej formy zapobiegania chorobom. Jednak chcemy pełnej informacji, żeby rodzic tych wyborów, które podejmuje, był rzeczywiście świadom. I żeby był poinformowany o ryzyku – mówi Justyna Socha. Stowarzyszenie wielokrotnie próbowało interweniować i u rzecznika praw pacjenta, i u rzecznika praw obywatelskich, bezskutecznie. Efektu nie przyniosły też prośby o interwencje w NIK. – Być może dzięki obecnej akcji w prokuraturze w końcu uda się nam postawić pytanie o to, kto jest odpowiedzialny za to, co się dzieje z naszymi dziećmi – mówi rzeczniczka Stowarzyszenia Stop NOP.

W marcu wstrzymano obrót serią jednej z popularnych szczepionek typu „pięć w jednej”. Przyczyną jest podejrzenie, że nie spełnia wymogów jakości. Rodzice dzieci, które przyjęły dawkę preparatu, są proszeni o obserwowanie dzieci i zgłaszanie lekarzom pierwszego kontaktu wszystkich problemów zdrowotnych.

Artykuł ukazał się w 13/2014 numerze tygodnika „Wprost”   

Izabela Smolińska

i.smolinska@wprost.pl

2100

 

 

 

 

Wprost.pl

Szczepionki kaleczą lub zabijają:

https://tajnearchiwumwatykanskie.wordpress.com/category/szczepionki-zabijaja/