4 czerwca 1992 – zamach polskojęzycznej sowieckiej agentury na rząd Jana Olszewskiego. Ci sami ludzie poprzez wpływy rządzą do dziś

wyszkowski

Ta akcja spowodowała zwarcie szeregów funkcjonariuszy komunistycznych służb specjalnych. Oni wtedy zobaczyli, że albo będzie wolność i demokracja, albo – oni. Wiedzieli, że wolność i demokracja jest dla nich zagrożeniem, bo doprowadzi do zakończenia ich politycznych karier. Cały ten obóz współpracujący kiedyś tajnie z komunistami zaczął działać jawnie nad umocnieniem fundamentów Okrągłego Stołu. W efekcie Kwaśniewski został prezydentem na 10 lat i te interesy zostały zabezpieczone – o wydarzeniach nocy z 4 na 5 czerwca 1992 roku mówi legenda „Solidarności” Krzysztof Wyszkowski.

Niezalezna.pl: 23 lata temu doszło do tzw. nocnej zmiany. Był pan doradcą premiera Jana Olszewskiego. 4 czerwca 1992 roku chcieliście zrobić w Sejmie lustrację, mówiąc wprost – zerwać z komunizmem. Jednak to rząd Olszewskiego upadł, a nie komuna…

– Nie udało się, bo nie doceniliśmy agentury. Obliczałem ich ilość w Sejmie na około 60 i tylu wówczas ujawniono. Dziś wiadomo, że było ich dużo więcej. Wydawało nam się wówczas, że część archiwów została zniszczona i bardzo wielu ludzi, którzy wtedy odgrywali decydującą rolę w Polsce, zostało pominiętych, a inni zostali nastraszeni, że rząd Jana Olszewskiego zamierza przeprowadzić lustrację i nastąpił bunt. Tam była szeroka koalicja począwszy od Mazowieckiego, Tuska…

Dlaczego tamta lustracja, choć była tak potrzebna wolnej Polsce – nie udała się?

– Dotknęła wielu ludzi i wielu interesów – nie tylko tych z Sejmu i Senatu, ale ludzi mediów, ludzi związanych z komunizmem. „Wyborcza” straszyła. Mówiono więc o wyrzuceniach z pracy, nadchodzącej zemście, czy mającej nadejść fali samobójstw.

Rozpętano histerię tylko po to, aby tamtą lustrację zatrzymać. IPN do teraz nie opracował listy agentów, którzy decydowali przy Okrągłym Stole o kształcie III RP. Generał Kiszczak wiedział, kogo bierze do rozmów z kręgów tzw. opozycji konstruktywnej. On miał ich papiery, ich teczki. Dawna SB zadbała o bezpieczeństwo swojej agentury. Tak zwana lista Macierewicza zawierała nazwiska mniej niż połowy stanu agentury, która wówczas funkcjonowała w Sejmie.

Jakie przyniosło to skutki dla późniejszego funkcjonowania naszego kraju?

– Ta akcja spowodowała zwarcie szeregów funkcjonariuszy komunistycznych służb specjalnych. Oni wtedy zobaczyli, że albo będzie wolność i demokracja, albo – oni.

Wiedzieli, że wolność i demokracja jest dla nich zagrożeniem, bo doprowadzi do zakończenia ich politycznych karier.

Cały ten obóz współpracujący kiedyś tajnie z komunistami zaczął działać jawnie nad umocnieniem fundamentów Okrągłego Stołu. W efekcie Kwaśniewski został prezydentem na 10 lat i te interesy zostały zabezpieczone. To był czas, kiedy jeszcze częściowo można było uratować majątek narodowy, ale

agentura i ludzie związani z mediami stanowili siłę oporu w celu utrwalenia systemu postkomunistycznego.

Jak działa dziś ten system?

– Nadal ogranicza naszą wolność. Trzyma wielu ludzi w szachu. Polacy w 1989 roku wzięli udział w wyborach, bo chcieli zarwać z komunizmem, ale okazało się, że 4 czerwca 1992 roku elity obroniły postkomunizm.

JW, niezalezna.pl

 

Skandaliczny przedruk na Onecie. Niemiecki Onet.pl bez słowa komentarza przedrukowuje manipulatorski tekst z „New York Timesa” o przywracaniu w Polsce pamięci o Żołnierzach Niezłomnych

1

Skandaliczny przedruk na Onecie. Niemiecki polskojęzyczny Onet.pl bez słowa komentarza przedrukowuje manipulatorski tekst z żydowskiego „New York Timesa” o  przywracaniu w Polsce pamięci o Żołnierzach Niezłomnych. Powszechnie wiadomo, jak środowiska i narodowości od zawsze nieżyczliwe Polsce odnoszą się do wszelkich prób budzenia się świadomości narodowej (nie nacjonalistycznej) w naszym kraju, ale stopień manipulatorskiego kunsztu bijący z omawianego artykułu można porównać jedynie do propagandowego majstersztyku – wpisującego się również dokładnie w ten sam nurt wieloletniego konsekwentnego, precyzyjnie ukierunkowanego, zmasowanego medialnego przekazu – narracji o słynnych już na cały świat „polskich obozach śmierci” i Polakach jako największych na planecie barbarzyńcach.

Już sam tytuł artykułu Unearthing a Barbarous Past in Poland („Odgrzebywanie barbarzyńskiej przeszłości w Polsce”, na język polski przetłumaczony przez Onet w złagodzonym brzmieniu jako „Brutalna przeszłość wychodzi z ziemi”) i cykl wizualnych slajdów pod nim wymownie sugeruje obcojęzycznym i odrębnym od nas kulturowo czytelnikom bardzo prosty przekaz: „popatrzcie, to, o czym będziemy tu mówić, zgotowali Polakom sami Polacy; zobaczcie, jak wychodzi spod ziemi ich własne barbarzyństwo, ich barbarzyńska przeszłość; i my – społeczeństwo cywilizowane – musimy o tym mówić”. Ilustrujące tekst bardzo sugestywne zdjęcia, rodem jak z najczarniejszej amerykańskiej kroniki kryminalnej, zdają się wymownie potwierdzać ważkość objawionej prawdy zawartej w samym przekazie tekstowym. Zdjęcia w oryginalnej wersji wyglądają tak:

7

7

8

3

6

Ale przejdźmy do samego artykułu i fotografii zasugerowanych przez Onet (dostosowanych już do tubylczego odbiorcy i nie kojarzących się aż tak bezpośrednio, jak to było celem oryginalnego artykułu – z pospolitymi cywilnymi zbrodniczymi patologiami w Stanach Zjednoczonych). Oto omawiany artykuł z bieżącymi komentarzami [w nawiasie kwadratowym] Tajnego Archiwum Watykańskiego, gdyż bez tych komentarzy oryginalny tekst jest zwykłą propagandową wrzutą pod z góry upatrzoną tezę:

Zbigniew Kulikowski stanął nad kruszącym się brzegiem błotnistego dołu, na którego dnie trójka ludzi cierpliwie oczyszcza pożółkłe kości z kilku splecionych ze sobą szkieletów [misterne budowanie atmosfery grozy]. Nieco ponad rok sporadycznie prowadzonych tutaj prac ekshumacyjnych doprowadziło do wydobycia szczątków ponad 280 osób pochowanych w masowych grobach, ofiar nazistów, sowietów [broń Boże nie Niemców i nie Rosjan!] i polskiej bezpieki [„polskiej” bezpieki, która w 37% składała się z żydowskich komunistycznych zbrodniarzy]. Wtem jeden z mężczyzn w białym kombinezonie ochronnym podbiega do towarzyszy, z trudem łapiąc oddech [no, zaraz się zacznie…]. W ogrodzie położonym na tyłach bloków mieszkaniowych, zbudowanych na terenie należącym niegdyś do liczącego sobie ponad sto lat więzienia [niezaznaczenie, że w przypadku „analizowanego” tu tematu chodzi nie o zwykłe cywilne więzienie, lecz o komunistyczną UB-cką katownię, jest skrajną manipulacją, w domyśle sugerującą polsko-polskie cywilne bratnie porachunki], znaleziono więcej zwłok, informuje. Słysząc to Kulikowski, prokurator badający tę sprawę, chwyta się za głowę. – To już nie zwykły cmentarz. Tu są pola śmierci – podsumowuje [w domyśle: „polskie pola śmierci”].

W kraju takim jak Polska, gdzie wrogie wojska i ideologie pozostawiły po sobie katalog najstraszliwszych okrucieństw XX wieku, ponura przeszłość raz po raz daje o sobie znać, a demokratyczne [demokracja chyba po rosyjsku, bo wybory są całkowicie poza społeczną kontrolą, a od lat jest mnóstwo dowodów ich nierzetelnego przeprowadzania, a nawet manipulacji i jawnych fałszerstw] polskie społeczeństwo musi radzić sobie z coraz to nowymi makabrycznymi odkryciami [termin „makabryczny” pasuje raczej do pospolitych zbrodni cywilnych, a nie do regularnej wojskowej eksterminacji narodu, eksterminacji o znamionach ludobójstwa, z jaką niewątpliwie mamy tu do czynienia]. Szczątki ofiar były dotąd odnajdywane w wielu sekretnych [„sekretna” to może być romantyczna schadzka w ogrodzie; nie „sekretnych” lecz systemowo i metodycznie „utajnianych”] mogiłach rozsianych po całym kraju, również w Białymstoku, jednak nigdy dotąd nie było ich tak dużo i nie świadczyły o tak niesłychanej brutalności [i znów, „brutalność” kojarzy się raczej z patologicznym mężem katującym swą bezbronną żonę; w tym wypadku wypadałoby raczej mówić o „zbrodniczości” – i to „zbrodniczości systemu”].

W pewnym sensie prace ekshumacyjne prowadzone na terenie zakładu karnego w Białymstoku – założonego przez cara w 1912 roku i działającego do dziś z liczbą 680 osadzonych – tyleż mówią o polskiej przeszłości co o teraźniejszości. Wydobywane z masowych mogił ofiary nie ginęły tylko podczas wojny z rąk nazistów czy sowietów [Niemców, Rosjan], o których Polacy mają wyrobione i jak najgorsze zdanie [no jasne, że miłujemy miłością nigdy nieodwzajemnioną naszych jedynych „wybawicieli”], lecz zostały zamordowane przez swoich, już po wojnie [tak, tak, zupełnie nikt nie rzucił nas w Jałcie i Poczdamie Stalinowi na pożarcie i jak najbardziej sami sobie – barbarzyńcy – zgotowaliśmy ten los]. To Polacy zgładzeni przez Polaków [co za bratobójczy naród, ci Polacy]. Dlatego rozliczenie ich losów będzie dla narodu nad Wisłą skomplikowanym zadaniem [tak, weźcie przykład z waszych braci Niemców i Rosjan – nigdy nieskalanych i zawsze miłujących pokój].

W czasach rozkwitu nacjonalistycznych ideologii w wielu miejscach w Europie można mieć obawy, czy skrajnie prawicowe polskie partie nie spróbują wykorzystać ostatnich makabrycznych odkryć dla własnych celów [oczywiście nikt w Polsce nie słyszał o skrajnie lewicowych polskich i niemieckich partiach, napadających w dniu polskiego Święta Niepodległości 2011 na polskich policjantów oraz na defilujące Nowym Światem grupy rekonstrukcyjne w mundurach z epoki]. O większości białostockich ofiar można z całą pewnością powiedzieć, że należały do antykomunistycznego podziemia. Tymczasem polscy radykałowie z prawej strony sceny politycznej [po lewej stronie sceny politycznej o żadnych radykałach mowy oczywiście być nie może] chętnie mówią o „opuszczonych” żołnierzach [w polskiej nomenklaturze historycznej funkcjonuje wypracowane już od dawna sformułowanie na określenie ofiar zbrodniczego reżimu komunistycznego: Żołnierze Niezłomni lub Żołnierze Wyklęci], antykomunistycznych partyzantach, których pamięć została, jak twierdzą, zmieciona pod dywan w imię budowania kapitalistycznego bogactwa [tak „twierdzą”, bo tak jest].

Wielu Polaków wolałoby uniknąć drobiazgowego badania przeszłości [nie wiadomo, kogo autor ma na myśli, chyba jednak nie o Polakach tu mowa, bo Polak bez przeszłości nie jest Polakiem lecz Ełrobotem]. Potworne znaleziska, o których prasa donosiła od lipca ubiegłego roku, nie przyciągnęły większej uwagi [na pewno nie polskojęzycznych korporacyjnych mediów powiązanych z ogólnoświatowym medialnym kartelem], choć mordercy i ich ofiary mogły być przecież krewnymi ludzi przemieszczających się co dzień pobliską, ruchliwą ulicą Kopernika. – O tym się nie mówi – zauważa Maciej Białous, socjolog z Uniwersytetu w Białymstoku i autor badania na temat społecznych postaw mieszkańców Białostocczyzny. – Takie tematy nie pojawią się w codziennych rozmowach. Niektórzy ludzie nic na ten temat nie wiedzą, innych to nie obchodzi, jeszcze inni chcą o tym zapomnieć [świadomość historyczna „narodu z resztek” to osobny temat na pracę doktorską].

Ekshumacje w białostockim więzieniu są skutkiem 10 lat pracy Marcina Zwolskiego, historyka z Instytutu Pamięci Narodowej. Zwolski oraz inni naukowcy badający powojenne zbrodnie na północnym wschodzie Polski mieli z początku otrzymywać pogróżki, a w ich okna celowano cegłami [oczywiście robiła to – jak zawsze dysząca powszechną nienawiścią i jak zwykle „skrajnie radykalna” – polska prawica]. Nawet teraz, gdy urodzone po wojnie pokolenie dożywa późnej starości, dociekliwość na temat tego, co się naprawdę stało, budzi niechęć. – Wielu ludzi sądzi, że bezpieczniej w ogóle na ten temat nie rozmawiać – zauważa Zwolski. – Niektórzy mogą mieć obawy, czy nie dowiedzą się w ten sposób czegoś złego o swoich rodzinach albo o swoich sąsiadach.

„Teren śledztwa. Wstęp wzbroniony”, głosi napis na parkanie ogradzającym błotniste pole. Ogród został ogołocony z trawy i drzew. Usunięto chlewnię i dwa silosy należące niegdyś do więziennych zabudowań. Pozostawiono jedynie niewielki drewniany domek, kiedyś miejsce odpoczynku strażników, wzniesiony nad piwniczką, gdzie znaleziono szczątki trzech kolejnych ciał. – Do moich zadań należy ustalenie płci, wieku, wzrostu ofiar, wszelkich danych, które mogłyby nam podpowiedzieć, jak oni wyglądali i w jaki sposób zmarli – mówi Iwona Teul, antropolożka zajmująca się w tej chwili kompletowaniem układanki z odnalezionych kości. – Proszę bardzo, to pęknięte żebro. A tutaj widać, że tej osobie wybito zęby trzonowe – wyjaśnia [no tak, Polnische Banditen].

Badane właśnie szczątki nie noszą śladów kuli, jak te leżące na sąsiednim stole, nie zdradzają też oznak niedożywienia [bo generalnie Polacy raczej nie dożywiają swoich dzieci], jak dziecięce kości przechowywane w sąsiednim pojemniku. Zanim Teul zakończy pracę, pobierze jeszcze próbki materiału DNA, który przekaże do sąsiedniego pokoju genetykowi Andrzejowi Ossowskiemu. Ten wprowadzi informacje do narodowej bazy danych dotyczących ofiar przemocy [komunistycznej przemocy; „komunistycznej” robi drobną różnicę, nie?], by porównać je z próbkami pobranymi od osób, które straciły bliskich na wojnie. Przy odrobinie szczęścia może się udać skojarzyć jakąś parę. – Dotąd przeprowadziliśmy 40 identyfikacji – twierdzi Ossowski. – Mamy jeszcze przed sobą wiele pracy.

Zanim rozpoczęto ekshumacje w Białymstoku, Zwolski poświęcił dziesięć lat życia na studiowanie archiwów polskiego podziemia, analizowanie dokumentów wojskowego wywiadu, materiałów sądowych, dzienników prowadzonych przez strażników więziennych. Na tej podstawie może podejrzewać, jak wielu ludzi tutaj zginęło i dlaczego pochowano ich w tajemnicy. – [Autorzy zbrodni – dopisek Onetu; pominięcie podmiotu w zdaniu oryginalnego tekstu jest celowe; w przeciwnym wypadku autor musiałby użyć określeń niepasujących mu do z góry założonej przez niego tezy] Nie życzyli sobie, by ktokolwiek czcił pamięć tych zmarłych – uważa badacz.

Zabijanie zaczęło się jeszcze we wrześniu 1939 roku, kiedy wojska radzieckie przekroczyły granicę Polski, by zająć wschodnią część tego kraju. Naukowcy dysponują listą około stu nazwisk ludzi, których wtrącono wtedy do więzienia, a potem uznano za zaginionych, gdyż ich ciała nie spoczęły na pobliskich cmentarzach. Wśród ofiar znaleźli się miejscowi urzędnicy, żołnierze, oraz wszyscy ci, którzy im pomagali. Między rokiem 1941 a 1944 przyszła pora na nazistów i wtedy mordowanie nabrało tempa. – Wiemy o przynajmniej 6000 ludzi, którzy zginęli na Białostocczyźnie. Większość z nich stracono i pogrzebano w lasach – mówi Zwolski. Wybito wtedy większość miejscowych Żydów – pozostałych wywieziono do obozów koncentracyjnych.

Pozostali, w tym wielu najznamienitszych obywateli, trafili do białostockiego aresztu śledczego, gdzie przetrzymywano ich jako zakładników. Dwudziestu kilku ludzi usłyszało wyroki śmierci, innych – od 200 do 300 osób – zabito bezceremonialnie bądź pozostawiono na pewną śmierć w dziesiątkowanych przez tyfus celach.

Znacznie mniej wiadomo o zabijaniu, jakie miało tutaj miejsce tuż po wojnie, za rządów komunistycznych proradzieckich władz. Około 250 wyroków śmierci udokumentowano i większość skazanych spoczywa prawdopodobnie w obrębie więzienia. Można jednak podejrzewać, że wiele osób stracono, nie pozostawiwszy po tym śladów w dokumentacji. – Obawiam się, że nigdy nie ustalimy, ilu tych ludzi naprawdę było – przyznaje Zwolski.

W połowie lat 50. więźniów mordowano w czterech ścianach, najprawdopodobniej w piwnicach należących do gmachu administracji zakładu karnego – bo teren ogrodu był teraz widoczny z okien zbudowanych w pobliżu bloków mieszkaniowych. – Oto jak to wszystko się odbywało – opowiada major Wojciech Januszewski, który na pracy w białostockim więzieniu spędził 20 lat, a przy obecnym śledztwie służy jako oficer łącznikowy. – Więźniów przeprowadzano przez podwórze do głównego budynku, a następnie do piwnicy. Wtedy podjeżdżał tu samochód z tajniakami w czarnych płaszczach. Pozostawiali pojazd z włączonym silnikiem, wchodzi do środka, strzelali skazańcom w głowę i szybko opuszczali więzienie – relacjonuje. W 1956 roku, po zmianie kursu w radzieckiej polityce, mordowanie ustało [historyczna bzdura, polskich bohaterów nadal zajadle ścigano; ostatniego Żołnierza Niezłomnego, Józefa Franczaka ps. „Lalek”, komunistyczna bezpieka dopadła dopiero w roku 1963!].

Wykopaliska tuż za terenem aresztu śledczego. Na zdjęciu szkielet kilkuletniego dziecka

Tymczasem prokurator Kulikowski przedziera się przez pole w ubłoconych butach. Trzech z jego ludzi właśnie walczy z twardym gruntem między dwoma ozdobnymi krzewami posadzonymi w sąsiedztwie nowoczesnego apartamentowca z czerwonymi balkonami. Nad ich głowami ktoś przed chwilą rozwiesił pranie [bezduszni „polscy bandyci”]. Kulikowski najpierw patrzy na rząd ogródków, a później na rozkopany teren ekshumacji parę metrów dalej, w stronę dawnego więzienia. Pozostało im jeszcze tak wiele nieruszonego terenu do przeszukania. – To miejsce jest jak muzeum wojny, upamiętniające nonsens, jakim jest wojna – zauważa. – Ci ludzie najpierw byli sprawcami mordów, a potem sami zostali zamordowani. Jedna chora ideologia zastąpiła drugą [tak, znamy to, jednych „polskich bandytów” słusznie zastopowali drudzy „polscy” bandyci…].

Jeśli ktoś przebrnął przez ten gęsty od komentarzy i w sumie bardzo ciężki (ciężar gatunkowy) tekst, można tylko pogratulować. Myślę jednak, że warto było, bo skala manipulacji medialnych na temat Żołnierzy Niezłomnych jest w Polsce (i – jak widzimy – na świecie) nadal pokaźna, a żadne polskie niezależne medium odnieść się bardziej krytycznie do tego artykułu dotychczas nie raczyło. Artykuł i jego analiza semantyczna może być z powodzeniem wykorzystana na ćwiczeniach z przedmiotu Manipulacje Medialne na wydziałach dziennikarstwa, socjologii i politologii.

Komentarz TAW do manipulatorskiego artykułu Ricka Lymana dostępnego na:

NYTimes.com

Onet.pl

Żołnierze Niezłomni:

https://tajnearchiwumwatykanskie.wordpress.com/category/zolnierze-niezlomni/

Manipulacja świadomością ludzi:

https://tajnearchiwumwatykanskie.wordpress.com/category/manipulacja-swiadomoscia-ludzi-2/

Przywrócić tożsamość szczątkom Żołnierzy Niezłomnych. Prof. Krzysztof Szwagrzyk o poszukiwaniu grobów ofiar komunistycznego terroru w Polsce – audycja w Polskim Radiu

Szwagrzyk_15.10.2014

– Zanim rozpoczniemy prace ekshumacyjne, wiemy, kogo poszukujemy, znamy dokładną historię lokalnego aparatu represji i sposób, w jaki dana osoba została uśmiercona – o poszukiwaniu szczątków ofiar komunistycznego reżimu opowiada w radiowej Dwójce prof. Krzysztof Szwagrzyk.

– Wszędzie tam, gdzie były siedziby Urzędu Bezpieczeństwa, gdzie było KBW [KorpusBezpieczeństwa Wewnętrznego], gdzie były więzienia i obozy, mordowano ludzi, a następnie ukrywano ich szczątki, zamazując ślady pochówku. Dziś musimy do nich dotrzeć  mówił prof. Krzysztof Szwagrzyk, pełnomocnik prezesa Instytutu Pamięci Narodowej ds. poszukiwań miejsc pochówku ofiar terroru komunistycznego, w rozmowie z Hanną Marią Gizą.

Skala jest ogromna, bo mowa jest o szczątkach tysięcy żołnierzy i ludzi związanych z Polskim Państwem Podziemnym, uśmierconych przez komunistyczne władze.

Jednym z najsłynniejszych masowych grobów, badanych przez IPN jest tzw. kwatera na Łączce na Powązkach, do której wrzucano ciała zamordowanych w latach 1948-56 w areszcie przy ul. Rakowieckiej w Warszawie oraz siedzibie Urzędu Bezpieczeństwa i Informacji Wojskowej – dowódców i żołnierzy Armii Krajowej. Innym badanym od niedawna miejscem jest Cmentarz Garnizonowy w Gdańsku, gdzie odnaleziono szczątki Danuty Siedzikówny ps. „Inka” i Feliksa Selmanowicza ps. „Zagończyk”.

Inka_ Zagończyk_szczątki

Inka_szczątki1

Inka_szczątki2

Inka_szczątki3

Inka_szczątki

"Inka" (1928-1946)
„Inka” (1928-1946)

 

Feliks Selmanowicz "Zagończyk" został rozstrzelany wraz z "Inką" w podziemiach gdańskiego aresztu śledczego przy ul. Kurkowej
Feliks Selmanowicz „Zagończyk” został rozstrzelany wraz z „Inką” w podziemiach gdańskiego aresztu śledczego przy ul. Kurkowej

Prof. Krzysztof Szwagrzyk opowiadał, że poszukiwanie grobów bohaterów polskiego podziemia przypomina pracę detektywistyczną, i że do celu doprowadzić może najdrobniejszy szczegół.

– Ogromnie pomocny w naszych pracach, jeśli chodzi o Gdańsk, był dr Waldemar Kowalski, historyk gdański, który odnalazł w tutejszym archiwum państwowym wyjątkowy dokument. Było to pismo naczelnika więzienia przy ulicy Kurkowej skierowane do wdowy po Feliksie Selmanowiczu. Pisał w nim, że zwłoki Feliksa Selmanowicza zostały pochowane na Cmentarzu Garnizonowym w Gdańsku. Nie widziałem żadnego powodu, żeby naczelnik więzienia w roku 1946 mógł celowo wprowadzać w błąd wdowę po więźniu – wyjaśniał gość audycji.

Dzięki kolejnym strzępom informacji udało się namierzyć kwaterę, w której znaleziono szczątki innych żołnierzy zamordowanych przez gdański oddział UB. Prof. Krzysztof Szwagrzyk podkreślał, że choć jego zespół dokłada wszelkich starań, by zidentyfikować każdą z osób pochowanych w grobie, to nie zawsze będzie to możliwe.

– Jeśli ktoś nie miał rodzeństwa albo nie założył rodziny, nie miał dzieci, jeżeli nie wiemy, gdzie są pochowani jego rodzice, wówczas jesteśmy bezradni, bo nie możemy posiąść materiału genetycznego do porównań.

Więcej na ten temat – w nagraniu audycji [kliknąć w odpowiednią ikonkę na stronie]:

http://www.polskieradio.pl/8/3664/Artykul/1260048,Przywrocic-tozsamosc-szczatkom-zolnierzy-niezlomnych

(bch, pg)

PolskieRadio.pl

Żołnierze Niezłomni:

https://tajnearchiwumwatykanskie.wordpress.com/category/zolnierze-niezlomni/

Prof. Krzysztof Szwagrzyk o pracach na „Łączce”: Bohaterowie spoczywają pod twórcami stanu wojennego

 .
łączka1

– Podobnie jak miliony Polaków poczułem rozgoryczenie, a nawet ból, że żyjemy w państwie, w którym kaci nie tylko nie stają przed sądem – a jeżeli stają, to są uniewinniani – to jeszcze kiedy dożywają swoich dni, chowani są z honorami wojskowymi. Te sytuacje niestety się powtarzają – powiedział  w rozmowie z Tadeuszem Płużańskim prof. Krzysztof Szwagrzyk, pełnomocnik prezesa IPN ds. poszukiwania nieznanych miejsc pochówku ofiar reżimu komunistycznego. Wywiad ukazał się w „Super Expressie”.

Komentując pochówek z honorami wojskowymi Wacława Krzyżanowskiego, który żądał kary śmierci dla Ireny Siedzikówny „Inki”, Szwagrzyk podał też inny przykład pochówku komunistycznego zbrodniarza z honorami: „Kiedy w 2008 r. zmarł mjr Mieczysław Widaj – sędzia, który wydał ponad sto wyroków śmierci – jemu także przygotowano asystę wojskową. Gdyby nie nagłośnienie tych sytuacji przez media, zbrodniarze byliby chowani z honorami. Tymczasem to nie media i nie historycy powinni informować, kto jest katem. To obowiązek państwa, które już dawno powinno wprowadzić odpowiednie przepisy”.

łączka

Po pogrzebie Wacława Krzyżanowskiego minister obrony narodowej Tomasz Siemoniak zdymisjonował odpowiedzialnych za przyznanie asysty honorowej oskarżycielowi Danuty Siedzikówny „Inki”. Dowódcą garnizonu Koszalin był dowódca 8. Koszalińskiego Pułku Przeciwlotniczego płk dypl. Zbigniew Zalewski, zaś komendantem tego garnizonu – oficer prasowy pułku kpt Zbigniew Izraelski. Obaj trafią do rezerwy kadrowej.

szwagrzyk

szwagrzyk2

Profesor Szwagrzyk powiedział w „Super Expresie” o poszukiwaniach na cmentarzu w Gdańsku szczątków „Inki” i Feliksa Selmanowicza „Zagończyka”: „we wrześniu br. odnaleźliśmy szczątki umieszczone w jednym dole – bardzo młodej kobiety z dwukrotnie przestrzeloną czaszką i nieco starszego od niej mężczyzny. Zostali pochowani w trumnach bez wieka. Wiemy skądinąd, że „Inka” została stracona razem z „Zagończykiem” i – wszystko na to wskazuje – zostali gdzieś razem pochowani. Do tej pory udało nam się potwierdzić szczegóły antropologiczne – wiek, wzrost, stan uzębienia i charakterystyczne przestrzeliny. Czekamy teraz na wyniki badań genetycznych”.

łączka

Szwagrzyk nawiązał też do poszukiwań na cmentarzu na Służewiu, które zakończyły się skandalem: – Tam w ciągu dziesięciu dni naszych działań potwierdziliśmy, że znajdują się szczątki więźniów z czasów stalinowskich. Doszło potem do interwencji policji i prokuratury, które zajęły te szczątki i przekazały je do zakładu anatomii. Nie wiem, jaki jest wynik postępowania prokuratury Warszawa-Mokotów. (…) Ani przez moment nie wątpiłem, że ustalenia prokuratury będą takie same jak naszych specjalistów – że są to szczątki ofiar komunizmu. Szkoda tylko czasu i niepotrzebnych złych emocji, które towarzyszyły naszym pracom. Wszystko można było zrobić inaczej. Jestem przekonany, że to kwestia miesiąca, dwóch, kiedy ta sprawa wróci do prokuratury IPN – powiedział historyk.

łączka6

Szwagrzyk powiedział też o kontynuacji dalszych prac na „Łączce”, gdzie odnaleziono już szczątki 196 więźniów: – Ciągle oczekujemy na ten najważniejszy moment, a więc na trzeci etap działań ekshumacyjnych na „Łączce”, który pozwoli nam na wydobycie szczątków ok. 90 więźniów, znajdujących się cały czas pod współczesnymi grobami. Na pewno nie stanie się to – z powodów oczywistych – zimą. Musi się to stać w roku następnym. Nie mogę sobie bowiem wyobrazić sytuacji, że będziemy słyszeć o jakichkolwiek trudnościach. Myślę też, że cierpliwość społeczna w tej sprawie osiągnęła pewną granicę. Żadne przeszkody, które istnieją w tym zakresie, nie są na tyle poważne, żeby nie można ich było pokonać. Trzeba jednak woli, determinacji i rzeczywistej chęci działania, a nie mnożenia kolejnych problemów – powiedział.

"Pod tymi grobami leżą Żołnierze Wyklęci"
„Pod tymi grobami leżą Żołnierze Wyklęci”

Co blokuje dalsze prace na „Łączce”? – Najważniejszym powodem jest fakt, że w latach 1982-1984, czyli pod osłoną stanu wojennego, władze komunistyczne uznały, że należy tam – na miejscu potajemnych pochówków więźniów – wyznaczyć pole dla zasłużonych działaczy komunistycznych. W krótkim czasie postawiono prawie 200 pomników tych ludzi. Problem polega na tym, jaką formułę, także prawną, przyjąć, aby doprowadzić do wydobycia szczątków więźniów. Powiedzmy jednak, że na Powązkach więźniów chowano także w innych kwaterach – B, C, F, F2, F3. Tu w ostatnich latach spoczęli twórcy stanu wojennego – mówi Szwagrzyk i pytany o nazwiska dodaje: – To na przykład gen. Florian Siwicki.

Warto wspomnieć, że gen. Florian Siwicki to PRL-owski minister obrony narodowej, trzeci, po Jaruzelskim i Kiszczaku, twórca stanu wojennego, pochowany w marcu 2013 roku. Według Szwagrzyka na ekshumację w Polsce czeka jeszcze co najmniej kilkanaście tysięcy ofiar komunizmu.

Niezalezna.pl

Do dziś żyjemy w PRL-u:

https://tajnearchiwumwatykanskie.wordpress.com/2014/10/13/plk-waclaw-krzyzanowski-prokurator-morderca-sadowy-danuty-siedzikowny-inki-zostal-dzis-pochowany-z-honorami-wojskowymi-i-orderami-na-poduszkach/

Żołnierze Niezłomni:

https://tajnearchiwumwatykanskie.wordpress.com/category/zolnierze-niezlomni/

Czy stacjonujące na terenie naszego kraju wojsko, zwane polskim, rzeczywiście jest polskie, skoro honoruje funkcjonariuszy zbrodniczego systemu, a nie obrońców wolnej i niezawisłej ojczyzny?

inka_danuta_siedzikowna

Asysta honorowa dla kata „Inki”. Ministerstwo Obrony Narodowej ośmiesza się, udając, że nie wiedziało wcześniej o planowanej wojskowej asyście honorowej przy pochówku byłego prokuratora Wacława Krzyżanowskiego, który w 1946 r. zażądał kary śmierci dla 17-letniej Danuty Siedzikówny „Inki”.

W Koszalinie odbył się wczoraj pogrzeb stalinowskiego prokuratora płk. Wacława Krzyżanowskiego, który w 1946 r. oskarżał żołnierzy oddziału mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”: Danutę Siedzikównę i Feliksa Selmanowicza. Żegnano go z honorami wojskowymi.

„W dniu 10 października 2014 r. odszedł od nas na zawsze nasz Kochany, Wspaniały Tatuś, Teść, Dziadek i Pradziadek, płk WP w st. spoczynku, prawnik Wacław Krzyżanowski, weteran II wojny światowej, Sybirak, inwalida” – można było przeczytać w nekrologu zamieszczonym w „Głosie Koszalińskim”.

Szkopuł w tym, że wiele osób zapamiętało pułkownika Krzyżanowskiego zupełnie inaczej. W 1946 r. był oskarżycielem posiłkowym w pokazowym procesie 17-letniej Danuty Siedzikówny „Inki”, dla której zażądał kary śmierci. Sanitariuszce z oddziału „Łupaszki” zarzucił udział w „bandzie”, nielegalne posiadanie broni i wydanie rozkazu zastrzelenia dwóch wziętych do niewoli funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa.

Scena z filmu
Scena z filmu „Inka 1946. Ja jedna zginę”, reż. Natalia Koryncka-Gruz

Dziewczyna została skazana na śmierć 3 sierpnia i zastrzelona 28 sierpnia 1946 r. wraz z Feliksem Selmanowiczem „Zagończykiem” w więzieniu przy ul. Kurkowej w Gdańsku.

W tym czasie prokurator Krzyżanowski sporządził też akt oskarżenia przeciwko Heinzowi Baumannowi, 19-letniemu gdańskiemu Niemcowi, który upolował sarnę ze znalezionej w lesie broni. Mięsem podzielił się z rodziną i mieszkającymi w jego domu Polakami. Wpadł wskutek donosu. Krzyżanowski oskarżył Baumana o nielegalne posiadanie broni i prowadzenie działalności wywrotowej, mającej na celu oderwanie Gdańska od Polski. Mężczyzna został rozstrzelany 9 sierpnia 1946 roku.

Bez uprawnień kombatanta

Wacław Krzyżanowski to pierwszy stalinowski prokurator, któremu Instytut Pamięci Narodowej postawił zarzuty przed sądem, oskar- żając go o udział w komunistycznej zbrodni sądowej. Został jednak uniewinniony zarówno przez sąd I, jak i II instancji, który stwierdził, że nie można jednoznacznie ustalić, jaką rolę Krzyżanowski odegrał w procesach Baumana i „Inki”.

Historyk Piotr Szubarczyk przypomina, że Krzyżanowski stwierdził z początku, że co prawda wnioskował 3 sierpnia 1946 r. przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Gdańsku o karę śmierci dla „Inki”, ale nie miał nic wspólnego ze sprawą, że „wcisnęli” mu papiery na korytarzu. Później okazało się, że kłamał.

– IPN ustalił, że był oskarżycielem „Inki” i że wnioskowanie o śmierć przychodziło mu nadzwyczaj łatwo – mówi Szubarczyk.

Krzyżanowski żądał też kary śmierci dla 16-letniego polskiego chłopca z Gdańska, który przechowywał broń w piwnicy. Skończyło się na „wyroku” 15 lat więzienia.

– Sprawa Krzyżanowskiego miała ruszyć w sądzie od nowa, ale pojawił się „doktor dobra rada”, który wyrobił mu papiery chroniące przed koniecznością stawiennictwa. „Państwo prawa” uznało sprawę za zakończoną – mówi Szubarczyk.

Prawomocną decyzją kierownika Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych Krzyżanowski został jednak pozbawiony uprawnień kombatanckich, choć do końca życia pobierał świadczenia „inwalidy wojennego”, przez lata żył nieniepokojony w Koszalinie.

Haniebna przeszłość prokuratora Krzyżanowskiego nie przeszkodziła w wystawieniu mu na pogrzebie asysty honorowej Wojska Polskiego.

Jak wyjaśnia w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” kapitan Zbigniew Izraelski z Garnizonu Wojska Polskiego w Koszalinie, poprosił o nią Związek Żołnierzy Wojska Polskiego z Koszalina. Wniosek o asystę wpłynął do Garnizonu Koszalin w dniu pogrzebu Krzyżanowskiego, a tę błyskawicznie mu przyznano.

– W dniu dzisiejszym wpłynął do nas pisemny wniosek. Nie znając przeszłości, tylko że jest zarejestrowany w Związku Żołnierzy jako pułkownik, wystawiliśmy tę asystę honorową, nie wiedząc w ogóle o tym, że jest to prokurator Krzyżanowski – tłumaczy się kpt. Izraelski.

Pytany, czy przeszkodą w wystawieniu asysty nie powinien być fakt, że Wacław Krzyżanowski został wcześniej pozbawiony uprawnień kombatanckich, oficer odparł, że „o uprawnieniach kombatanckich jednostki wojskowe nic nie wiedzą”.

– My wiemy tylko, czy ma stopień wojskowy, czy został go pozbawiony, a tu nic takiego nie było. Wniosek złożono, argumentując – i to jest prawda – że żołnierz został do Wojska Polskiego wcielony w 1943 r., był uczestnikiem bitwy pod Lenino i zmarł w wieku 95 lat. Jednostka wojskowa, która wystawiała asystę honorową, zrobiła to zgodnie z przepisami na wniosek pozarządowej organizacji weteranów – mówi kpt. Izraelski. Na pogrzebie, jak twierdzi, nie było przedstawicieli Garnizonu Koszalin.

– Wojsko Polskie po raz kolejny zostało w ten sposób upodlone –kwituje obecność wojskowej asysty na pogrzebie stalinowskiego prokuratora Piotr Szubarczyk.

Historyk zaznacza, że Krzyżanowski nigdy nie był oficerem Wojska Polskiego. – Walczył w wojsku sowieckim, polskojęzycznym, nazywanym nie wiadomo czemu „ludowym”, dowodzonym przez oficerów sowieckich. W całej historii wojska „ludowego” przewinęło się przez jego szeregi ok. 22 tys. oficerów sowieckich, jak mówią najnowsze ustalenia naukowe – stwierdza Szubarczyk.

– Sowieccy politrucy nauczyli go pogardy dla wrogów „władzy radzieckiej”, jak ci z Lasu Katyńskiego, wychowali na komunistycznego zbrodniarza. To, że był sybirakiem, dodatkowo go obciąża, poznał bowiem zbrodniczą naturę systemu, a mimo to służył mu, współuczestnicząc w zabijaniu niewinnych ludzi – dodaje nasz rozmówca.

– Przed 4 laty Krzyżanowski był bohaterem skandalu. Do Koszalina przyjechała delegacja władz białoruskich, wręczając mu medal za zasługi wojenne. Ludzie Łukaszenki oświadczyli, że pamiętają o swoich kombatantach, nawet jeśli ci żyją poza granicami kraju. Krzyżanowski medal przyjął. Warto pamiętać, że jedno ze świąt państwowych Białorusi przypada 17 września, w rocznicę wyzwolenia od „jaśniepanów polskich” – przypomina Piotr Szubarczyk.

„Wstyd. Zażądałem wyjaśnień od dowódcy Garnizonu Koszalin, który podjął taką decyzję” – skomentował całą aferę na Twitterze minister obrony Tomasz Siemoniak.

NaszDziennik.pl

Od 8 października 2014 r. można już w świetle prawa i zgodnie z faktami tytułować Lecha Wałęsę TW „Bolkiem”. Legendarny opozycjonista Krzysztof Wyszkowski wygrał 9-letni proces

Wyszkowski

Po ostatecznej porażce sądowej Lecha Wałęsy każdy obywatel ma prawo powiedzieć, że w latach 70. były prezydent był zarejestrowany jako TW „Bolek”, donosił na swoich kolegów i pobierał za to wynagrodzenie – mówi Krzysztof Wyszkowski, legendarny przywódca Wolnych Związków Zawodowych, pozwany przed dziewięciu laty przez Lecha Wałęsę.

Wygrał Pan proces, który wytoczył Panu Lech Wałęsa za nazwanie go TW „Bolkiem”. To oznacza, że byłego prezydenta można już oficjalnie nazywać „Bolkiem”?

– Sąd odrzucił ostatecznie wszelkie roszczenia Wałęsy, jakie zgłaszał w wytoczonym przeciwko mnie procesie. Można go teraz nazywać „Bolkiem” pod pewnymi warunkami. Warto ostrzec opinię publiczną przed takim używaniem tego określenia, któremu sąd będzie mógł przypisać intencję obrażania. Powiedzenie o nim, że był podłym szpiclem, sąd może uznać za nieuprawnioną obelgę. Można mówić o TW „Bolku” z intencją odnoszenia się do prawdy. Po tym wyroku każdy obywatel ma niewątpliwie prawo –zgodnie z aktami sprawy i ustaleniami IPN‑u potwierdzonymi przez sąd – powiedzieć, że Wałęsa był zarejestrowany przez Służbę Bezpieczeństwa pod pseudonimem „Bolek”, donosił na kolegów i pobierał za to wynagrodzenie.

Dlaczego ta sprawa trwała aż dziewięć lat?

– Lech Wałęsa zgłaszał kolejne roszczenia. Dopiero w ubiegłym tygodniu otrzymałem decyzję sądu kończącą całą sprawę. Proces toczył się w trzech miastach: w Gdańsku, Sopocie i Warszawie. Kolejne roszczenia Wałęsy skutkowały pobocznymi sprawami – najpierw o zwrot pieniędzy za opublikowanie na antenie TVN‑u przeprosin, które on sam zamieścił na własny koszt. Po uznaniu przez sąd, że przeprosiny mu się nie należały, w dalszej kolejności Wałęsa domagał się zwrotu kosztów procesowych. Sąd prawomocnie odrzucił to żądanie byłego prezydenta. W końcu sąd nakazał Wałęsie zwrócenie kosztów postępowania drugiej stronie sporu. W finale dziewięcioletniej sprawy Wałęsa jest mi winien ostatecznie 2400 zł.

Krzysztof Wyszkowski wita Lecha Wałęsę w siedzibie tworzącej się „Solidarności” w Gdańsku, 2.09.1980 r. Fot. wzzw.wordpress.com

Po tylu latach wielu ludzi nie pamięta, o co poszło.

– W 2005 r., gdy ówczesny prezes Instytutu Pamięci Narodowej Leon Kieres wręczył Wałęsie dokument świadczący o uznaniu go za osobę pokrzywdzoną w PRL‑u, powiedziałem, że to nadużycie, ponieważ Wałęsa był płatnym tajnym współpracownikiem o pseudonimie „Bolek”. Zgodnie z ustawą o IPN-ie status osoby pokrzywdzonej nie należał się Wałęsie, bo najpierw był działaczem antykomunistycznym, a następnie został agentem. Takim osobom status osób pokrzywdzonych w PRL‑u nie przysługiwał.

Lech Wałęsa, pozywając mnie do sądu, twierdził, że nigdy nie był agentem. Sąd ostatecznie uwolnił mnie od winy, uznając, że zbadałem sprawę dogłębnie i na podstawie rzetelnie przeprowadzonych badań miałem prawo do wygłaszania swoich stwierdzeń pod adresem byłego prezydenta.

Koniec sprawy jest dla Pana pomyślny, ale pozew byłego prezydenta skutkował dolegliwymi konsekwencjami.

– Przede wszystkim to było dziewięć lat wielkich kłopotów. Naraziło mnie to na walkę z sądami, nastawionymi do mnie na ogół wrogo. Było tak w Sądzie Okręgowym w Gdańsku, gdy jedna z sędzi, krzycząc na mnie, odbierała mi głos. Ale przy okazji chcę podziękować wielu prawnikom, którzy przez te lata udzielali mi pomocy. To duża grupa osób, która bezinteresownie udzielała mi bezcennych porad. Wdzięczny jestem również za wsparcie opinii publicznej, szczególnie tych ludzi, którzy zjawiali się na procesach.

Rozmawiał Maciej Marosz

niezalezna.pl

Komentarz Krzysztofa Wyszkowskiego do sądowego wyroku kończącego jego 9-letnie zmagania o rzetelną edukację Narodu w kwestii poznania przez Polaków historycznej prawdy materialnej dotyczącej postaci Lecha Wałęsy:

Ujawnienie Wałęsy jako agenta SB jest dziełem wspólnym

Od chwili, gdy Sąd Okręgowy w Gdańsku poinformował mnie, że proces wytoczony mi przez Lecha Wałęsę w 2005 r. ostatecznie zakończył się oddaleniem tego powództwa, z całego świata otrzymuję gratulacje, pozdrowienia, a nawet podziękowania za ujawnienie prawdy o agenturalności t.w. „Bolka”. Nie mogąc indywidualnie odpowiedzieć na wszystkie wiadomości, tą drogą przekazuję moje serdeczne podziękowania.

Po dziewięciu latach zmagań z przeciwnikiem tak możnym, potężnym, bogatym i mającym jednoznaczne poparcie wielu instytucji państwowych, z wdzięcznością przyjmuję pozdrowienia od tych, których prawda o najnowszej historii Polski cieszy osobiście.

Tym bardziej serdecznie i gorąco wyrażam wdzięczność wszystkim, którzy czynnie – jako adwokaci, radcowie prawni i nieformalni pomocnicy – udzielali mi bezcennej pomocy, bez której kłamstwo bez wątpienia zwyciężyłoby nad prawdą, ponieważ siły postkomunistycznego układu nadal posiadają w wymiarze sprawiedliwości wielkie wpływy. Pamiętając o sędziach, którzy odmawiali mi prawa do obrony, nie zgadzali się na przybranie adwokata, odrzucali postępowanie dowodowe, krzyczeli na mnie i niedopuszczali do głosu, krótko mówiąc, zachowywali się jak funkcjonariusze wypełniający polecenia – jak to określił jeden z nich: „mojego zwierzchnika premiera Donalda Tuska” – mam obowiązek przypomnieć dziś, że sędzia Sądu Okręgowego w Gdańsku Barbara Malak już 31 sierpnia 2010 r. miała odwagę przeciwstawić się tej atmosferze i orzec o oddaleniu pozwu Wałęsy oraz stwierdzić, że dokonałem należytej staranności w badaniu sprawy jego agenturalności.

Poza prawnikami wyrazy szczególnej wdzięczności kieruję w stronę historyków, szczególnie wobec Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka, którzy pracując pod auspicjami Janusza Kurtyki, sporządzili najpełniejsze w dostępnych ówcześnie warunkach kompendium wiedzy o agenturalności Lecha Wałęsy.

Dr Piotr Gontarczyk i prof. Sławomir Cenckiewicz oraz owoc ich wieloletniej archiwalnej kwerendy: książka „SB a Lech Wałęsa”. Fot. Tomasz Gzell/ PAP

Jestem przekonany, że poważny wpływ na ostateczne zwycięstwo miała również postawa opinii publicznej, ponieważ nawet sędziowie-„funkcjonariusze” musieli w swych krętactwach dbać przynajmniej o pozory praworządności, które jednak stawały się skutecznym punktem zaczepienia dla prawników prowadzących moją obronę.

Dlatego, choć zmęczony tym i innymi procesami wytaczanymi mi w III RP za ujawnianie agentury komunistycznych służb specjalnych, z głębi serca dziękuję wszystkim rodakom podzielającym moje przeświadczenie, że

odsunięcie od władzy nad Polską obcej agentury jest warunkiem naszej wolności, demokracji i niepodległości.

Krzysztof Wyszkowski

wyszkowski.com

68 lat temu komunistyczny Urząd Bezpieczeństwa aresztował „Inkę”. Kilkanaście dni później została skazana na śmierć, a jej szczątków nie odnaleziono do dziś…

Inka

Danuta Siedzikówna została aresztowana dokładnie 68 lat temu – 20 lipca 1946 r. i osadzona w gdańskim więzieniu. Służyła wówczas w szwadronie ppor. Zdzisława Badocha „Żelaznego”, który podlegał pod oddział Łupaszki. Jako sanitariuszka i łączniczka uczestniczyła w akcjach przeciwko NKWD i UB.

Po aresztowaniu została poddana ciężkiemu śledztwu i po kilkunastu dniach skazana na karę śmierci przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Gdańsku. W akcie oskarżenia znalazły się zarzuty udziału w związku zbrojnym, mającym na celu obalenie siłą władzy ludowej oraz mordowania milicjantów i żołnierzy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Zarzucono jej m.in. nakłanianie do rozstrzelania dwóch funkcjonariuszy UB podczas akcji szwadronu „Żelaznego” w Tulicach pod Sztumem.

Jak pisał Piotr Szubarczyk z IPN w Gdańsku,

Wyrok śmierci na sanitariuszkę był komunistyczną zbrodnią sądową, zarazem aktem zemsty i bezradności gdańskiego UB (od którego realnie zależał wyrok) wobec niemożności rozbicia oddziałów mjr. „Łupaszki”. Szwadron „Żelaznego”, w którym służyła „Inka”, był szczególnie znienawidzony przez gdański WUBP z powodu licznych, udanych akcji na placówki UB, m.in. brawurowy rajd przez powiaty starogardzki i kościerski 19 V 1946 r., podczas którego opanowano kilka posterunków milicji i placówek UB, likwidując sowieckiego doradcę PUBP w Kościerzynie, kilku funkcjonariuszy UB i ich konfidenta.

W grypsie z więzienia przesłanym siostrom Siedzikówna napisała:

Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba.

Zdanie to – według historyków – nie tylko odnosi się do przebiegu śledztwa, lecz także do odmowy podpisania przez „Inkę” prośby o ułaskawienie. Prośbę taką do prezydenta Bolesława Bieruta skierował za nią jej obrońca. Bierut nie skorzystał z prawa łaski.

Prokurator Wacław Krzyżanowski, który dla 17-letniej dziewczyny zażądał kary śmierci, był oskarżany przez Instytut Pamięci Narodowej o udział w zbrodniach komunistycznych, jednak dwukrotnie został uniewinniony przez sąd.

Danutę Siedzikównę zabił 28 sierpnia 1946 r. o godz. 6.15 strzałem w głowę dowódca plutonu egzekucyjnego z KBW. Wcześniejsza egzekucja z udziałem żołnierzy się nie udała. Żaden nie chciał zabić „Inki”, choć strzelali z odległości trzech kroków. Miejsce pochowania jej ciała pozostaje nieznane.

wPolityce.pl

Czytaj także:

http://wpolityce.pl/historia/199748-dowodca-plutonu-podszedl-by-ja-dobic-wtedy-ona-krzyknela-niech-zyje-lupaszko-za-kilkanascie-dni-rozpoczynaja-sie-poszukiwania-inki

https://tajnearchiwumwatykanskie.wordpress.com/2014/05/17/inka-1946-ja-jedna-zgine/

Podkulone nogi ofiar – odkrycie masowego grobu na warszawskim Służewie

ekshumacje

Podkulone nogi, ugięte ramiona, ciała rzucane bezładnie do dołów. Wczoraj na cmentarzu na warszawskim Służewie IPN podjął pierwsze szkielety. To trzej młodzi mężczyźni.

– To są na pewno osoby zamordowane, tak samo jak te, które widzieliśmy na Łączce – relacjonuje prof. Krzysztof Szwagrzyk.

Wczoraj wykopano pierwsze szkielety ofiar UB i Informacji Wojskowej [niechlubna poprzedniczka WSI – przyp. taw]. To drugie co do wielkości miejsce, gdzie komuniści grzebali ofiary swojego terroru z lat 1945-1956. Profesor Krzysztof Szwagrzyk, który kieruje projektem naukowo-badawczym „Poszukiwania nieznanych miejsc pochówku ofiar terroru komunistycznego z lat 1944-1956”, uważa, że jest to wielkie pole grzebalne ofiar komunizmu w Polsce.

Prace wykopaliskowe trwają od dwóch dni, oprócz IPN jest w nie zaangażowana Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa oraz Ministerstwo Sprawiedliwości.

Nie wiadomo jeszcze, kim byli ludzie, których szczątki wczoraj odkryli archeolodzy, kiedy zmarli i w jaki sposób zostali zamordowani. Odpowiedź na te pytania przyniosą dopiero badania genetyczne, które będzie prowadzić ekipa dr. Andrzeja Ossowskiego.

Pewne jest, że to ofiary komunistycznych represji. – Wykopujemy pierwszą jamę grobową, w której mamy trzech młodych mężczyzn wysokiego wzrostu. Trudno ocenić, ile ciał się w niej znajduje – relacjonuje prof. Szwagrzyk, który spodziewa się, że grób do wieczora zostanie odsłonięty w całości.

Ofiary na pewno zostały zamordowane. – To taki sam widok, jaki spotykaliśmy na Powązkach, a więc

szczątki są ze sobą splecione i rzucone bezładnie do dołu. Ugięte nogi, ugięte ramiona. Widać, że temu rzucaniu ciał do jamy grobowej musiał towarzyszyć pośpiech

– opowiada historyk.

Badania wykopaliskowe mają zweryfikować informacje, według których może tam spoczywać od kilkuset do tysiąca osób.

Masowy grób ofiar komunistycznych represji, cmentarz na ul. Wałbrzyskiej w Warszawie, 1 lipca 2014 r.
Masowy grób ofiar komunistycznych represji na cmentarzu przy ul. Wałbrzyskiej na warszawskim Służewie, 1 lipca 2014 r.

Odkrywki prowadzone są w miejscach wolnych, a więc chodnikach, przy wejściach i bokach alejek. Nie ma jednak wątpliwości, że szczątki więźniów leżą też pod współczesnymi grobami. Tak jak na Łączce z wydobytych na Wałbrzyskiej szkieletów zostanie pobrany materiał DNA, który pozwoli sporządzić indywidualne profile genetyczne. Najpierw jednak konieczne jest ustalenie płci, wieku, długości ciała. Tym zajmą się lekarze z Zakładu Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.

IPN apeluje do krewnych ofiar terroru komunistycznego o zgłaszanie się do obecnych na służewskim cmentarzu naukowców, którzy pobiorą materiał genetyczny niezbędny do analizy porównawczej.

Na Służewie prowadzony jest dopiero pierwszy etap prac. Jego celem, oprócz odkrycia szczątków, jest również określenie wielkości obszaru badanego pola.

Ekipa działa na bazie różnego rodzaju materiałów archiwalnych i – tak jak w przypadku kwatery „Ł” na warszawskich Powązkach – zdjęć lotniczych.

W ramach projektu, w wyniku ekshumacji prowadzonych w latach 2012-2014, w kwaterze „Ł” cmentarza Wojskowego na Powązkach odnaleziono szczątki prawie 200 ofiar terroru komunistycznego. Byli wśród nich m.in. mjr Zygmunt Szendzielarz „Łupaszko” oraz mjr Hieronim Dekutowski „Zapora”. W tym czasie odkrywano szczątki ofiar komunistycznych represji w Białymstoku. Na odkopanie czekają jeszcze pozostałe ofiary z Łączki, teraz przyszła kolej na odnalezienie kolejnych bohaterów, których ciała pogrzebano przy ul. Wałbrzyskiej w Warszawie.

Maciej Walaszczyk

NaszDziennik.pl

Masowy grób ofiar komunistycznego terroru na ul. Wałbrzyskiej (Służew) w Warszawie – prof. Krzysztof Szwagrzyk

szwagrzyk

„Szukamy ludzi, których zabito za walkę o niepodległość Ojczyzny. Bezapelacyjnie należy im się nasza wdzięczność i pamięć. Powinniśmy szukać ich szczątków, wydzierać je spod chodników czy innych miejsc, gdzie wcześniej je zbezczeszczono przez wrzucenie do dołów, zasypanie i polanie wapnem” – z prof. Krzysztofem SZWAGRZYKIEM, historykiem IPN kierującym pracami zespołu poszukującego szczątków ofiar terroru komunistycznego z lat 1945-1956, rozmawia Magdalena Pachorek

Magdalena Pachorek: Instytut Pamięci Narodowej wczoraj rozpoczął prace poszukiwawczo-archeologiczne na cmentarzu przy ulicy Wałbrzyskiej w Warszawie, na którym skrycie pogrzebano skazańców z lat 1945-1956. Dlaczego dopiero teraz zdecydowano o zainicjowaniu badań?

Prof. Krzysztof Szwagrzyk: – W ramach realizacji projektu „Poszukiwanie miejsc pochówku ofiar terroru komunistycznego 1944-1956” prowadzonego przez IPN staramy się dokumentować miejsca, gdzie w tamtym okresie grzebano ich ciała.

s1

Odbywało się to w utajnionych i w większości nieznanych do dziś miejscach: na cmentarzach i w pobliżu cmentarzy, w pobliżu siedzib aparatu bezpieczeństwa, w lasach i na poligonach wojskowych.

W tej chwili w całym kraju badanych jest kilkadziesiąt takich terenów, z tym że są one na różnym etapie przygotowań. Wśród nich są takie, na których jesteśmy w stanie rozpocząć prace ziemne, ale są też takie, które jeszcze muszą zostać poddane pewnym pracom sprawdzającym. Dopiero po dokładnym sprawdzeniu terenu podejmujemy decyzje, kiedy możemy takie miejsce przebadać.

Jeżeli chodzi o cmentarz przy ulicy Wałbrzyskiej, to został on już udokumentowany w sposób absolutnie wystarczający w oparciu o to, co dotychczas udało się ustalić.

W pewnym fragmencie jest on zajmowany przez kwaterę więzienną, gdzie w latach 40. mogło zostać pochowanych nawet około tysiąca osób. Wśród nich może być wielu Żołnierzy Niezłomnych

– ludzi straconych, zamordowanych, zmarłych nie tylko na ul. Rakowieckiej, ale także w innych więzieniach, aresztach i obozach istniejących wówczas na terenie Warszawy.

MP: Jak będą przebiegać prace na służewskim cmentarzu?

KS: – Prowadzimy działania sondażowe w dostępnych nam miejscach. Proszę pamiętać, że dawne pole więzienne zostało przeznaczone do ponownych pochówków, zatem mamy tutaj setki współczesnych pomników. W związku z tym obszar do poszukiwań jest dla nas bardzo ograniczony, ale staramy się wykorzystać każdą wolną przestrzeń, żeby prowadzić prace ziemne.

W tej chwili mamy założone trzy sondaże, na których pracujemy. Myślę, że każdy dzień będzie przynosił kolejne odkrycia. Dzisiaj znaleźliśmy co najmniej jeden grób masowy, który ukazał nam się w pierwszym sondażu. Obecnie staramy się to miejsce pogłębić i doprowadzić do odkrycia całej płaszczyzny, żebyśmy następnie mogli rozdzielić splątane z sobą szczątki i odpowiednio je przebadać.

Masowy grób ofiar komunistycznych represji na cmentarzu przy ul. Wałbrzyskiej na warszawskim Służewie, 1 lipca 2014 r.
Odkrywanie masowego grobu ofiar komunistycznego terroru na cmentarzu przy ul. Wałbrzyskiej na warszawskim Służewie, 1 lipca 2014

Po znalezieniu szczątków są one bardzo dokładne badane przez specjalistów z zakresu medycyny sądowej i antropologów oraz dokumentowane w postaci rysunków i fotografii. Następnie są przenoszone do polowego laboratorium, gdzie poddaje się je bardzo szczegółowym badaniom lekarskim, zostaje pobrany i zabezpieczony materiał genetyczny, po czym szczątki są składane do trumienek. Za jakiś czas dzięki pobranemu materiałowi genetycznemu będzie można potwierdzić czyjąś tożsamość, a w dalszej perspektywie pochować odnalezione przez nas szczątki. W każdym wypadku procedura jest taka sama. Nasze prace potrwają od dwóch do trzech tygodni.

MP: W prace poszukiwawczo-archeologiczne włączają się również wolontariusze. Kim są osoby, które zdecydowały się poświęcić swój wolny czas na poszukiwanie szczątków ofiar?

KS: – Rzeczywiście wielu wolontariuszy włącza się w nasze działania. Są to młodzi ludzie, którzy przyjechali z różnych miejsc kraju, żeby mieć osobisty udział w szukaniu miejsc pochówku ofiar terroru komunistycznego. Pomagają nam harcerze, kibice Legii Warszawa, Śląska Wrocław, studenci oraz osoby pracujące. Postawa tych osób jest niezwykle budująca – są zainteresowane historią swojej Ojczyzny i chętni do bezpośredniego badania jej dziejów. Zresztą nie jest to odosobniony przypadek. Zawsze kiedy informujemy o rozpoczęciu kolejnych prac archeologicznych w danym miejscu, zgłasza się do nas bardzo dużo młodych ludzi, którzy chcą zaangażować się w prowadzone przez nas poszukiwania.

MP: Dlaczego, Pana zdaniem, jako społeczeństwo nie możemy się poddawać w poszukiwaniu szczątków ofiar terroru komunistycznego z lat 1945-1956?

KS: – Oczywiście takie badania muszą być prowadzone, ponieważ

szukamy ludzi, których zabito za walkę o niepodległość Ojczyzny. Bezapelacyjnie należy im się nasza wdzięczność i pamięć. Powinniśmy szukać ich szczątków, wydzierać je spod chodników czy innych miejsc, gdzie wcześniej je zbezczeszczono przez wrzucenie do dołów, zasypanie i polanie wapnem.

łączka

Obowiązkiem nas wszystkich jest doprowadzenie tego, żeby zostały one wydobyte i przeniesione w godne miejsce. Naszym zadaniem jest upamiętnienie ofiar terroru komunistycznego oraz umożliwienie ich rodzinom zapalenie świeczek na ich rzeczywistych grobach, a nie w miejscach symbolicznych.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Magdalena Pachorek

NaszDziennik.pl