Od 8 października 2014 r. można już w świetle prawa i zgodnie z faktami tytułować Lecha Wałęsę TW „Bolkiem”. Legendarny opozycjonista Krzysztof Wyszkowski wygrał 9-letni proces

Wyszkowski

Po ostatecznej porażce sądowej Lecha Wałęsy każdy obywatel ma prawo powiedzieć, że w latach 70. były prezydent był zarejestrowany jako TW „Bolek”, donosił na swoich kolegów i pobierał za to wynagrodzenie – mówi Krzysztof Wyszkowski, legendarny przywódca Wolnych Związków Zawodowych, pozwany przed dziewięciu laty przez Lecha Wałęsę.

Wygrał Pan proces, który wytoczył Panu Lech Wałęsa za nazwanie go TW „Bolkiem”. To oznacza, że byłego prezydenta można już oficjalnie nazywać „Bolkiem”?

– Sąd odrzucił ostatecznie wszelkie roszczenia Wałęsy, jakie zgłaszał w wytoczonym przeciwko mnie procesie. Można go teraz nazywać „Bolkiem” pod pewnymi warunkami. Warto ostrzec opinię publiczną przed takim używaniem tego określenia, któremu sąd będzie mógł przypisać intencję obrażania. Powiedzenie o nim, że był podłym szpiclem, sąd może uznać za nieuprawnioną obelgę. Można mówić o TW „Bolku” z intencją odnoszenia się do prawdy. Po tym wyroku każdy obywatel ma niewątpliwie prawo –zgodnie z aktami sprawy i ustaleniami IPN‑u potwierdzonymi przez sąd – powiedzieć, że Wałęsa był zarejestrowany przez Służbę Bezpieczeństwa pod pseudonimem „Bolek”, donosił na kolegów i pobierał za to wynagrodzenie.

Dlaczego ta sprawa trwała aż dziewięć lat?

– Lech Wałęsa zgłaszał kolejne roszczenia. Dopiero w ubiegłym tygodniu otrzymałem decyzję sądu kończącą całą sprawę. Proces toczył się w trzech miastach: w Gdańsku, Sopocie i Warszawie. Kolejne roszczenia Wałęsy skutkowały pobocznymi sprawami – najpierw o zwrot pieniędzy za opublikowanie na antenie TVN‑u przeprosin, które on sam zamieścił na własny koszt. Po uznaniu przez sąd, że przeprosiny mu się nie należały, w dalszej kolejności Wałęsa domagał się zwrotu kosztów procesowych. Sąd prawomocnie odrzucił to żądanie byłego prezydenta. W końcu sąd nakazał Wałęsie zwrócenie kosztów postępowania drugiej stronie sporu. W finale dziewięcioletniej sprawy Wałęsa jest mi winien ostatecznie 2400 zł.

Krzysztof Wyszkowski wita Lecha Wałęsę w siedzibie tworzącej się „Solidarności” w Gdańsku, 2.09.1980 r. Fot. wzzw.wordpress.com

Po tylu latach wielu ludzi nie pamięta, o co poszło.

– W 2005 r., gdy ówczesny prezes Instytutu Pamięci Narodowej Leon Kieres wręczył Wałęsie dokument świadczący o uznaniu go za osobę pokrzywdzoną w PRL‑u, powiedziałem, że to nadużycie, ponieważ Wałęsa był płatnym tajnym współpracownikiem o pseudonimie „Bolek”. Zgodnie z ustawą o IPN-ie status osoby pokrzywdzonej nie należał się Wałęsie, bo najpierw był działaczem antykomunistycznym, a następnie został agentem. Takim osobom status osób pokrzywdzonych w PRL‑u nie przysługiwał.

Lech Wałęsa, pozywając mnie do sądu, twierdził, że nigdy nie był agentem. Sąd ostatecznie uwolnił mnie od winy, uznając, że zbadałem sprawę dogłębnie i na podstawie rzetelnie przeprowadzonych badań miałem prawo do wygłaszania swoich stwierdzeń pod adresem byłego prezydenta.

Koniec sprawy jest dla Pana pomyślny, ale pozew byłego prezydenta skutkował dolegliwymi konsekwencjami.

– Przede wszystkim to było dziewięć lat wielkich kłopotów. Naraziło mnie to na walkę z sądami, nastawionymi do mnie na ogół wrogo. Było tak w Sądzie Okręgowym w Gdańsku, gdy jedna z sędzi, krzycząc na mnie, odbierała mi głos. Ale przy okazji chcę podziękować wielu prawnikom, którzy przez te lata udzielali mi pomocy. To duża grupa osób, która bezinteresownie udzielała mi bezcennych porad. Wdzięczny jestem również za wsparcie opinii publicznej, szczególnie tych ludzi, którzy zjawiali się na procesach.

Rozmawiał Maciej Marosz

niezalezna.pl

Komentarz Krzysztofa Wyszkowskiego do sądowego wyroku kończącego jego 9-letnie zmagania o rzetelną edukację Narodu w kwestii poznania przez Polaków historycznej prawdy materialnej dotyczącej postaci Lecha Wałęsy:

Ujawnienie Wałęsy jako agenta SB jest dziełem wspólnym

Od chwili, gdy Sąd Okręgowy w Gdańsku poinformował mnie, że proces wytoczony mi przez Lecha Wałęsę w 2005 r. ostatecznie zakończył się oddaleniem tego powództwa, z całego świata otrzymuję gratulacje, pozdrowienia, a nawet podziękowania za ujawnienie prawdy o agenturalności t.w. „Bolka”. Nie mogąc indywidualnie odpowiedzieć na wszystkie wiadomości, tą drogą przekazuję moje serdeczne podziękowania.

Po dziewięciu latach zmagań z przeciwnikiem tak możnym, potężnym, bogatym i mającym jednoznaczne poparcie wielu instytucji państwowych, z wdzięcznością przyjmuję pozdrowienia od tych, których prawda o najnowszej historii Polski cieszy osobiście.

Tym bardziej serdecznie i gorąco wyrażam wdzięczność wszystkim, którzy czynnie – jako adwokaci, radcowie prawni i nieformalni pomocnicy – udzielali mi bezcennej pomocy, bez której kłamstwo bez wątpienia zwyciężyłoby nad prawdą, ponieważ siły postkomunistycznego układu nadal posiadają w wymiarze sprawiedliwości wielkie wpływy. Pamiętając o sędziach, którzy odmawiali mi prawa do obrony, nie zgadzali się na przybranie adwokata, odrzucali postępowanie dowodowe, krzyczeli na mnie i niedopuszczali do głosu, krótko mówiąc, zachowywali się jak funkcjonariusze wypełniający polecenia – jak to określił jeden z nich: „mojego zwierzchnika premiera Donalda Tuska” – mam obowiązek przypomnieć dziś, że sędzia Sądu Okręgowego w Gdańsku Barbara Malak już 31 sierpnia 2010 r. miała odwagę przeciwstawić się tej atmosferze i orzec o oddaleniu pozwu Wałęsy oraz stwierdzić, że dokonałem należytej staranności w badaniu sprawy jego agenturalności.

Poza prawnikami wyrazy szczególnej wdzięczności kieruję w stronę historyków, szczególnie wobec Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka, którzy pracując pod auspicjami Janusza Kurtyki, sporządzili najpełniejsze w dostępnych ówcześnie warunkach kompendium wiedzy o agenturalności Lecha Wałęsy.

Dr Piotr Gontarczyk i prof. Sławomir Cenckiewicz oraz owoc ich wieloletniej archiwalnej kwerendy: książka „SB a Lech Wałęsa”. Fot. Tomasz Gzell/ PAP

Jestem przekonany, że poważny wpływ na ostateczne zwycięstwo miała również postawa opinii publicznej, ponieważ nawet sędziowie-„funkcjonariusze” musieli w swych krętactwach dbać przynajmniej o pozory praworządności, które jednak stawały się skutecznym punktem zaczepienia dla prawników prowadzących moją obronę.

Dlatego, choć zmęczony tym i innymi procesami wytaczanymi mi w III RP za ujawnianie agentury komunistycznych służb specjalnych, z głębi serca dziękuję wszystkim rodakom podzielającym moje przeświadczenie, że

odsunięcie od władzy nad Polską obcej agentury jest warunkiem naszej wolności, demokracji i niepodległości.

Krzysztof Wyszkowski

wyszkowski.com

Reklamy

Jacy naprawdę są Niemcy? Oto ich prawdziwy stosunek do nazizmu: spośród 6,5 tys. esesmanów z KL Auschwitz, którzy przeżyli wojnę, skazano w RFN 29 osób, a w NRD – 20

Niemiecki tygodnik „Der Spiegel” nazywa „hańbą” niezdolność niemieckiego wymiaru sprawiedliwości do osądzenia i ukarania zbrodniarzy hitlerowskich w okresie powojennym. Większość wdrożonych w 2013 roku śledztw też zakończy się – zdaniem tygodnika – fiaskiem.

„Der Spiegel” przypomina, że Centralny Urząd ds. Ścigania Zbrodni Nazistowskich w Ludwigsburgu skierował w zeszłym roku do niemieckich prokuratur łącznie 30 nowych spraw przeciwko byłym strażnikom obozów koncentracyjnych. W lutym bieżącego roku policja przeszukała mieszkania 14 byłych esesmanów z Auschwitz, a trzech z nich – w wieku od 88 do 94 lat – aresztowała.

Pół roku po tamtej akcji policyjnej widać, że nadzieja, iż dzięki wysiłkowi podjętemu w ostatniej chwili masowy mord w Auschwitz zostanie przynajmniej częściowo ukarany, była złudzeniem – czytamy w obszernym materiale będącym wiodącym tematem najnowszego wydania „Spiegla”.

Niemal co tydzień zawieszane są kolejne postępowania ze względu na śmierć podejrzanych, ich niezdolność do uczestniczenia w procesie lub pomyłek śledczych. Jeden z rzekomych strażników nie należał do ekipy z Auschwitz, inny był już wcześniej ukarany przez polski sąd. Aresztowani w Badenii-Wirtembergii i Meklemburgii byli strażnicy są już od dawna w domu

– piszą autorzy. Liczba przypadków, w których prowadzone jest na poważnie śledztwo, stopniała do ośmiu; wyjątkowo niegodny rozdział powojennej historii Niemiec zdaje się zmierzać ku końcowi – podsumowuje „Der Spiegel” ostatnią falę postępowań przeciwko byłym zbrodniarzom.

„Der Spiegel” nazywa całą powojenną historię prawnych rozliczeń z hitlerowskimi zbrodniami „hańbą”. Powołuje się na badania historyka Andreasa Eichmuellera, który obliczył, że spośród 6,5 tys. esesmanów służących w Auschwitz i którzy przeżyli wojnę, skazano w RFN – 29, a w NRD – 20.

Jak twierdzą autorzy materiału, ściganie i ukaranie zbrodniarzy zakończyło się fiaskiem nie dlatego, że politycy czy prawnicy rzucali ludziom dążącym do rozliczeń kłody pod nogi, lecz z powodu obojętności Niemców po 1945 r. Zwracają uwagę na wyniki ankiety przeprowadzonej przez Amerykanów w październiku 1945 r., z której wynika, że 20% Niemców identyfikowało się z polityką Hitlera wobec Żydów, a kolejne 19% uważało ją za przesadzoną, lecz zasadniczo słuszną.

„Der Spiegel” przypomina o znaczeniu rozpoczętego w grudniu 1963 r. procesu frankfurckiego przeciwko pracownikom obozu koncentracyjnego Auschwitz, zaznaczając, że sędziowie uczestniczący w rozprawach otrzymywali pogróżki i byli szykanowani.

Prokuratorowi Fritzowi Bauerowi nie udało się jednak przeforsować stanowiska, że Holokaust nie był sumą wielu zabójstw, lecz jednym czynem. Przyjęcie tej interpretacji oznaczałoby, że każdy strażnik obozu mógłby być oskarżony o morderstwo, bez konieczności udowadniania jego osobistej winy.

Odrzucenie tej tezy było przyczyną wielu późniejszych skandali. W jednym z procesów w 1982 r. oskarżony były strażnik tłumaczył, że przywożeni do KL Auschwitz Żydzi nie wiedzieli, jaki czeka ich los, i nie zamierzali uciekać, dlatego nie można skazać go za uniemożliwianie im ucieczki.

„Der Spiegel” publikuje też wywiad z jednym ze strażników, wobec których prokuratura umorzyła ostatnio postępowanie. Pochodzący z Serbii Jakob W. był skazany w 1948 r. przez sąd w Polsce. 19-letni wówczas folksdojcz – student architektury spod Belgradu – pełnił od 1942 r. przez dwa i pół roku służbę jako strażnik w KL Auschwitz. W rozmowie z dziennikarzami 91-letni były strażnik zapewnia, że nikogo nie zabił. Nie czuje się też winny.

Zostawialiśmy Żydom resztki naszego chleba

– mówi, dodając, że z więźniami „zawsze uprzejmie rozmawiał” i nikogo nie bił…

(Slaw/PAP)

źródło: https://wpolityce.pl/swiat/210799-niemcy-przyznaja-ze-zle-poszlo-im-osadzenie-zbrodni-ich-matek-i-ojcow-to-hanba

Czytaj również: