Grzegorz Braun: Nie pozwolę na żydowskie roszczenia względem Polski

braun

W razie usunięcia z serwisu You Tube LINK do źródła w archiwum TVP:

http://vod.tvp.pl/audycje/publicystyka/polityka-przy-kawie/wideo/27042015/19558158

niebezpieczne-zwiazki-bronislawa-komorowskiego

http://www.swiatksiazki.pl/ksiazki/niebezpieczne-zwiazki-bronislawa-komorowskiego-wojciech-sumlinski-4507923/

lasy komor

lasy komorowski

Wykład z cyklu korepetycje dla lemingów. Polska jako rekompensata dla Żydów. Grzegorz Braun analizuje sytuację międzynarodową

braun

Imperium amerykańskie nie włącza istnienia suwerennego państwa polskiego do swojej racji stanu — uważa Grzegorz Braun, który w rozmowie z Agnieszką Piwar szczegółowo analizuje międzynarodową sytuację oraz zbliżającą się, według niego, wojnę między światowymi mocarstwami. W tych rozgrywkach deserem dla Żydów ma być właśnie Polska.

Wielokrotnie wyrażał Pan przekonanie, że państwo polskie nie istnieje, a na naszym terytorium kosztem narodu polskiego realizowany jest całkiem inny projekt polityczny…

— Owszem, tak to nazywam: „KONDOMINIUM ROSYJSKO-NIEMIECKIE POD ŻYDOWSKIM ZARZĄDEM POWIERNICZYM” – to jest scenariusz da nas przewidziany. Przez kogo? Przez międzynarodowe konsorcjum naszych tradycyjnych zaborców i okupantów. Że Moskwa i Berlin robią wszystko, by zgodnie układać wzajemną współpracę – to widać gołym okiem. Byłoby pół biedy, gdyby oba te kraje sięgały do głębi swych własnych najwspanialszych tradycji. Ale jedni i drudzy upierają się czerpać bardzo płytko – horyzonty ich racji stanu zakreślają więc z jednej strony Piotr i Katarzyna do spółki ze Stalinem, a z drugiej – paru kolejnych Fryderyków i Bismarck ze Stresemannem. Że ta współpraca jest ostatecznie zawsze po naszym trupie – to wiadomo z historii.

Dlatego trafna była wstępna diagnoza pana premiera Jarosława Kaczyńskiego, który przed paru laty wspominał właśnie o istnieniu „kondominium rosyjsko-niemieckiego” na naszym terytorium. Ja jednak czuję się w obowiązku tę diagnozę twórczo rozwinąć i uzupełnić o „żydowski zarząd powierniczy”. Bo jeśli dostrzegamy, że na post-peerelowskiej scenie politycznej działają niemal ostentacyjnie: partia ruska i partia pruska, to zachowując uczciwość intelektualną musimy też zauważyć partię interesów żydowskich. To jest oczywiście ten słoń w menażerii, którego większość uczestników życia publicznego usilnie stara się nie zauważać. Czemu? Bo jest oczywistym, że to w sposób szczególny zagraża śmiercią – co najmniej cywilną. Tymczasem bez uwzględnienia tego kluczowego, śmiem twierdzić, elementu, wszelkie dalsze dywagacje tracą spójność.

Wydaje się jednak, że dążenia Niemiec i Rosji do podporządkowania sobie Polski są nie do pogodzenia z silną obecnością USA w Europie Środkowej – ten konflikt interesów, to chyba dla nas okoliczność pomyślna?

— Owszem, z jednej strony recydywa paktu Ribbentropp–Mołotow jest projektem priorytetowym zarówno dla Moskwy, jak i Berlina – i chodzi tu dziś nie tyle o wspólne plany militarne, ile o pakt gospodarczy, który był również podstawą sojuszu Hitlera ze Stalinem. Im chodzi zawsze o to samo – o wzajemną transfuzję rosyjskich surowców i niemieckich technologii. Z drugiej strony Amerykanie, chcąc zachować rolę „wujka” na kontynencie europejskim, muszą utrzymać rolę głównego i nieodzownego arbitra w Europie Środkowej. Dlatego m.in. zdecydowali się tak energicznie wkroczyć na Ukrainie – czego tu szerzej nie omówię.

Zauważę tylko, że wobec wszystkich tu wymienionych graczy (zarówno Rosji z Niemcami, jak i USA) Żydzi mogą uchodzić za najlepszego mediatora i rzecznika międzynarodowego kompromisu, przy czym mogą się powoływać na bardzo solidne argumenty z historii. Nie było wszak bardziej lojalnych i konsekwentnych rzeczników niemczyzny na ziemiach polskich niż Żydzi, którzy tradycyjnie okazywali się lepszymi Prusakami od samych junkrów pruskich (co możemy prześledzić na licznych przykładach z historii: od afery Lehmanna 1721 po np. żydowski pogrom Polaków w Buku 1848). A z drugiej strony nie było na ziemiach polskich elementu silniej rusyfikującego, a zatem deopolonizującego, niż Żydzi-litwacy (patrz np.: uwagi Józefa Piłsudskiego „Do towarzyszy socjalistów żydów” czy inicjatywa Wolnego Miasta Białegostoku 1918). Jednych i drugich łączyła powszechna obojętność – w momentach próby posunięta do otwartej wrogości – wobec sprawy polskiej.

W momentach dziejowej próby diaspora żydowska orientowała się z jednoznacznym dystansem wobec polskich aspiracji państwowych – tak było zawsze, gdy ważyła się sprawa istnienia i kształtu ustrojowego Rzeczypospolitej.

Nie szukając już przykładów z poprzednich stuleci, widzimy zawsze to samo: w latach 1918-21 (we Lwowie czy w Wersalu, a potem nawet w polskim Sejmie Żydzi walczą z zasadą suwerenności Polaków na własnym terytorium); w roku 1939-40 (elity żydowskie w znacznej większości traktują państwo polskie jako upadłe, swój los wiążąc wyłącznie z władzami okupacyjnymi, inwestując czy to w projekt sowietyzacji, czy gettoizacji, tak czy inaczej wypowiadając lojalność państwu polskiemu); i poczynając od roku 1944 (gremialnie opowiadając się za sowietyzacją Polski i uczestnicząc w akcjach prowadzących do pauperyzacji i eksterminacji polskich patriotów); a wreszcie znów od roku 1989 (Żydzi inwestują gremialnie w formacje polityczne i ideowe otwarcie kwestionujące ideę suwerenności narodu polskiego – najbardziej oczywisty przykład, to oczywiście „GWiazda śmierci”, jako jeden z centralnych ośrodków walki z polską tradycją i suwerennością).

Tego wszystkiego śladu nie ma w świeżo otwartym Muzeum Historii Żydów Polskich, gdzie z jednej strony prezentuje się en gros antypolską, judeoidealistyczną narrację, a z drugiej – na otarcie łez – jak zwykle bierze się Polaków pod włos zafałszowanymi legendami „żydowskiego patriotyzmu” (z dyżurnymi: pułkownikiem Berkiem Joselewiczem, rabinem Berm Meiselsem i Jankielem z „Pana Tadeusza”), co jest oczywistym żerowaniem na ignorancji, jaką w tej tematyce cechuje się polska inteligencja. Ja zaś mając więc w tej historii jakie takie rozeznanie, a z drugiej strony śledząc bieżące doniesienia prasowe – w tym pojawiające się m.in. takie „balony próbne”, jak „RUCH RENESANSU ŻYDOWSKIEGO W POLSCE” czy działania izraelskiego zespołu rządowego HEART – stwierdzam, że projekt instalacji żydowskiej suwerenności w Europie Środkowej jest bardzo realny. A aktualna aktywizacja agentury amerykańskiej u nas bynajmniej tego niebezpieczeństwa nie redukuje – wręcz przeciwnie.

Co Pan ma na myśli, mówiąc o „aktywizacji agentury amerykańskiej”?

— Że w Polsce działają oprócz agentur państw ościennych także agentury inne, np. amerykańska – tego trudno nie zauważyć. Pisał o tym zresztą bardzo otwarcie np. red. Tomasz Sakiewicz z „Gazety Polskiej” – tyle że wolał używać elegantszego kryptonimu: „alianci”.

Niektórym polskim patriotom zdaje się, że wyłącznie niezłomna lojalność sojusznicza wobec Stanów Zjednoczonych dać może punkt oparcia dla jakiejkolwiek polityki niepodległościowej. Ja ten pogląd pojmuję, ale nie podzielam. Problem bowiem w tym, że warunkiem sine qua non takiej polityki musi być pełny konformizm wobec roszczeń żydowskich i bezkrytyczny stosunek do państwa położonego w Palestynie. Taką politykę w jej najlepszym wydaniu realizował niewątpliwie z wielkim oddaniem ś.p. Prezydent RP Lech Kaczyński – i otóż horyzonty tej szkoły polskiego patriotyzmu wyczerpały się ni mniej, ni więcej 10 kwietnia 2010 roku w zamachu smoleńskim.

„Wśród serdecznych przyjaciół psy zająca zjadły” – tyle warta okazała się niezłomna lojalność śp. Prezydenta wobec Waszyngtonu i Tel-Avivu, że nawet na jego pogrzebie nikt stamtąd się nie pokazał. Warto więc oczywiście starać się o jak najlepszy PR i jak najskuteczniejszy lobbing na rzecz polski za Atlantykiem, ale warto widzieć horyzonty naszych możliwości na tamtym gruncie.

Pańska wizja zaangażowania USA w reaktywację „Judeo-Polonii” łatwo może być zaliczona do „teorii spiskowych”.

— Ja po prostu realnie oceniam możliwości polskiego i żydowskiego lobbingu w Waszyngtonie. I wyobrażam sobie, że Żydzi bez większego trudu mogą przedstawiać się jako jedyni wiarygodni gwaranci utrzymania amerykańskiej obecności na kontynencie europejskim. Co zapewne nie przeszkadza im jednocześnie udzielać analogicznych gwarancji „ubezpieczeń wzajemnych” wobec Niemiec i Rosji. Komu się to wydaje księżycowe, ten najwyraźniej ma krótką pamięć historii, w której interesy diaspory i państwa żydowskiego nierozłącznie splatały się z interesami Anglosasów. I warto, by te lekcje przerobili ci, którym zdaje się, że polski lobbing może skutecznie rywalizować z żydowskim w Waszyngtonie czy Londynie.

Gdzie szukać analogii?

— Warto pamiętać, że np. Wielka Brytania (z czego większość polskiej inteligencji, nawet historyków, nie bardzo zdaje sobie sprawę) była bodaj najbardziej konsekwentnym wrogiem polskiej niepodległości i rzecznikiem obcych interesów na naszym terytorium. Najpierw chodziło o interes pruski, bo to Prusy, pierwsze i największe państwo protestanckie na kontynencie były najważniejszym protegowanym Londynu. Nota bene: bezstronna historiografia powinna właśnie Wielką Brytanię wymieniać jednym tchem razem z Rosją, Austrią i Prusami, jako czwartego naszego rozbiorcę – Londyn domagał się cesji Torunia i Gdańska na rzecz Prus bardziej otwarcie, niż czynił to sam Berlin. Mówię, ma się rozumieć, o epoce rozbiorowej. A następnie Wielka Brytania staje się najpoważniejszym narzędziem realizacji politycznych aspiracji diaspory żydowskiej – co staje się zupełnie jawne już w połowie XIX wieku, gdy np. sir Mojżesz Montefiore odbywa misje polityczne w naszym regionie jednocześnie występując np. wobec władz rosyjskich jako dyplomata brytyjski, a zarazem jako oficjalny żydowski lobbysta. Dlatego nie jest dla mnie zaskoczeniem, że np. brytyjska Izba Lordów angażuje się teraz tak silnie w sprawę egzekwowania żydowskich roszczeń majątkowych wobec Polski.

Otóż problem w tym, że nasi transatlantyccy sojusznicy, których niezawodnym „aliantem” stara się być np. red. Sakiewicz, pełnią obecnie wobec państwa położonego w Palestynie tę samą usługową rolę, jaką Wielka Brytania pełniła wobec diaspory żydowskiej w okresie przedpaństwowym. Nie wydaje mi się, by w aktualnych okolicznościach polska racja stanu mogła znaleźć w elicie amerykańskiej zrozumienie trwalsze i głębsze, niż znajdowała w elicie brytyjskiej. I nie sądzę, by na dłuższą metę mogło tu cokolwiek zmienić powoływanie się na życzliwość, jaką darzyli podobno Kościuszkę „ojcowie założyciele” Stanów Zjednoczonych. Co innego Jefferson z Waszyngtonem, a co innego Hilarzyca Clintonowa, której zaangażowanie w sprawę roszczeń żydowskich jest znane. Skoro mowa o roszczeniach majątkowych – sądzę, że roszczenia te, ujęte wspólnie ze zobowiązaniami dłużnymi, których tyle narobiło nam państwo peerelowskie, a następnie państwo post-peerelowskie dodało w postępie geometrycznym – wszystko to razem doprowadzi do powtórzenia operacji z przełomu lat 80. i 90: konwersji długu na wpływy polityczne. I jest to perspektywa bynajmniej nieodległa.

Jak bliska?

— To się już dzieje. Ten sam minister Schetyna, który całkiem świeżo wypowiedział w naszym imieniu wojnę rezunom islamskim (po spotkaniu z sekretarzem Kerrym w Waszyngtonie w dniu masakry paryskiej) – parę miesięcy temu wyrażał przekonanie, że stać nas na wielomiliardowe „odszkodowania” dla Żydów. Słowo „odszkodowania” biorę w cudzysłów – bo chodzi przecież o brutalny szantaż, a nie żadne należne rekompensaty. Żydzi domagają się bowiem od Polski, by uznała dziedziczenie z mocy „prawa krwi” – aby organizacjom powołującym się na wspólnotę plemienną wypłacono haracz rekompensujący utracony majątek zmarłych osób fizycznych. To byłoby oczywiste złamanie zasad cywilizowanego prawa – ale establiszment III RP nie reprezentuje w tej sprawie ani cywilizacji, ani interesu narodowego. Pomijam już fakt, że niepodległe państwo polskie nie miało nic wspólnego z tymi stratami, powstałymi w wyniku przestępczych aktów mordu i grabieży popełnianych pod jurysdykcją narodowych lub międzynarodowych socjalistów okupujących nasze terytorium od roku 1939. Ale pan Schetyna tę antypolską i bezprawną logikę przyjmuje za swoją. I być może w tym szaleństwie jest metoda: może wciągnięcie Polski w „wojnę z terroryzmem” ma doprowadzić do aktów terroru, które posłużą jako doskonały pretekst do zaprowadzenia na naszym terytorium stanu wyjątkowego, pod którego osłoną warszawski reżim wywiąże się z wszelkich obietnic, jakie w naszym imieniu poczynił.

Jakich obietnic?

— Sęk w tym, że nie wiemy dokładnie, jakich. Nie wiemy np., jaki był nadzwyczajnej cel wizyty rządu warszawskiego w Jerozolimie przed czterema laty. Nie wiemy, co miał na myśli pan Bobby Brown, przewodniczący rządowego zespołu ds. rewindykacji, gdy przed rokiem mówił o „przełomie” w sprawie. Nie wiemy, czego dotyczyły słowa prezydenta Izraela, Rubena Rywlina, który jesienią zaszczyciwszy swoją obecności otwarcie Muzeum Historii Żydów Polskich (gdzie nb prezentował jawnie zafałszowane, polonofobiczne pojmowanie przeszłości) przy okazji wspomniał, że co do „zwrotu mienia żydowskiego”, to on „zna obietnice i umowy, które zostały zawarte”. Na tym właśnie polega problem, że on je zna – a my nie. A patronat nad operacją egzekwowania tego wymuszenia rozbójniczego sprawują – o ironio – nasi przyjaciele z ambasady przy Pięknej.

Powątpiewa Pan o wartości zobowiązań sojuszniczych ze strony Stanów Zjednoczonych?

— Problem w tym, że nie dostrzegam na razie żadnych poważniejszych zobowiązań. Zobowiązania – i to „stachanowskie” – podejmujemy w tej relacji wyłącznie my. I tylko my ponosimy realne koszta – zarówno polityczne, np. w sprawie kiejkuckiej, jak i finansowe, mając np. łaskawe przyzwolenie na zakup F-16, które w razie wojny i tak odlecą w siną dal (tj. zgodnie z planem NATO zostaną zawczasu przebazowane na lotniska niemieckie). Ostatnio znów ogłoszono jako wielki sukces w naszych stosunkach fakt, że Amerykanie sprzedadzą nam za 250 milionów dolarów system rakietowy JASSM – ale przecież wcale nie wiadomo, czy transakcja uwzględnia klucze do obsługi tego systemu, a zatem nie jest jasne, czy będziemy mieli możliwość autonomicznego dysponowania tą bronią. Poza tym jeszcze jesienią ubiegłego roku Senat USA zdecydował o wykreśleniu z planów na najbliższy rok wytycznych realnego dozbrojenia Wojska Polskiego. Mimo to z naszej strony, z ust ministra Schetyny znów padło zobowiązanie do głębszego zaangażowania w wojnę z muzułmanami. Co ma naprawdę z tego wynikać – poza zwiększeniem zagrożenia, że owi ekstremiści wezmą w końcu na celownik Polskę – to czas pokaże. Cokolwiek jednak obiecują Amerykanie – warto pamiętać, czym skończyły się obietnice legendarnego „off-setu” za nasze zaangażowanie w Iraku.

Proszę przypomnieć – czym?

— Niczym. Dokładnie niczym. Owszem, sporo naszych żołnierzy nabyło niebagatelnego doświadczenia – ale to jest korzyść względna. Bo przecież za własne pieniądze zainwestowaliśmy tu również w rezerwy kadrowe potencjalnej amerykańskiej i izraelskiej agentury. Ale jeśli idzie od korzyści strategiczne, państwo polskie nie osiągnęło zaangażowaniem w te wojnę dokładnie nic. Na kolejnym zakręcie dziejowym Waszyngton odpłacił nam za naszą lojalność „resetem” – tj. po raz kolejny podał nas na tacy Moskalom.

Uważa Pan zatem, że kontynuacja sojuszu transatlantyckiego byłaby dla Polski szkodliwa?

— W żadnym wypadku, nie zakładam niczego z góry. Zgódźmy się jednak, że przynajmniej do tej pory sojusz ten pozostaje dla nas rozczarowujący, bo w znacznej mierze bezowocny. Trzeba by więc i w tej rozgrywce wreszcie powiedzieć: „sprawdzam”. Trzeba, by i te stosunki wreszcie się urealniły. Przykładowa sprawa wiz jest tu najzupełniej elementarna, oczywista i dziecinnie prosta do rozstrzygnięcia. Póki obywatele Polski muszą znosić uciążliwości i upokorzenia związane z amerykańską procedurą imigracyjną (o kosztach nie wspominając) – nie widzę powodu, by obywateli amerykańskich nie miały dotyczyć identyczne zasady. Wyjątek uczyniłbym może dla obywateli USA legitymujących się polskim pochodzeniem.

Ale teraz jesteśmy przecież już po „resecie resetu” i Waszyngton energicznie wrócił do gry w naszym regionie – czy nie należy korzystać z tej okazji?

— Proszę bardzo, ale na zasadach wzajemności. Pamiętajmy, że to Amerykanie są w tej sytuacji „na musiku” – jeśli chcą utrzymać się w roli globalnego hegemona, muszą zachować pozycję arbitra na kontynencie europejskim – a nie uda im się to, jeśli nie zachowają pozycji rozgrywającego w Europie Środkowej. Właśnie dlatego tak energicznie pogrywają z Rosjanami na Ukrainie. Ale to jest właśnie moment dla Polityki polskiej, by w końcu nieco zalicytować w górę. To jest czas, by do Ameryki dotarł jasny komunikat, że Polska nie zamierza do tego sojuszu dopłacać. Proszę porównać profity jakie ze „strategicznego partnerstwa” regularnie czerpie np. Turcja – nie wspominając już o Izraelu, dla którego „sojusz” ten jest po prostu głównym narodowym przemysłem, na którym opiera się egzystencja państwa położonego w Palestynie. Gdybyśmy dostawali jedną dziesiątą tego, co tamci – rozumiałbym, że Amerykanie rzeczywiście mają wobec nas poważne zamiary. Ale tak niestety nie jest. Wyciągam więc z tego logiczny wniosek, że imperium amerykańskie nie włącza istnienia suwerennego państwa polskiego do swej racji stanu. Że skłonne jest jedynie używać nas do podbijania stawki w rozgrywce z Moskwą – jak to ewidentnie miało miejsce w wojnie ukraińskiej, w którą nasi sojusznicy usiłowali nas minionego lata wepchnąć po uszy. Gdyby Waszyngton robił to „na poważnie”, to już pół roku temu poszłoby za tym realne dozbrojenie i zmodernizowanie Wojska Polskiego. Ale w rzeczywistości właśnie w tym samym czasie Senat USA, jak już wspomniałem, pracowicie wymazał z projektu polityki obronnej wszelkie konkrety nas dotyczące.

Czego zatem naprawdę chcą od nas Stany Zjednoczone?

— Obawiam się, że niczego serio już do nas nie chcą. Najbardziej prawdopodobna zdaje mi się w tej sytuacji hipoteza pełnego przyzwolenia ze strony Waszyngtonu na instalację nowych enklaw suwerenności żydowskiej w Europie Środkowej – czyli realizację projektu, który ja nazywam właśnie: „KONDOMINIUM ROSYJSKO-NIEMIECKIE POD ŻYDOWSKIM ZARZĄDEM POWIERNICZYM”. Powiadam „enklaw suwerenności”, ponieważ projekt ten, jak przypuszczam, wcale nie musi mieć kształtu terytorialnie zintegrowanego i jednolitego. Inspirujące zdają mi się w tej mierze wynurzenia Beniamina Barbera, który w swoim zeszłorocznym tourneé w naszym kraju wyrażał przekonanie, że przyszłość należy do miast – że to „duże miasta” powinny „przejąć władzę nad światem”. To właśnie, jak sądzę, dzieje się w Europie Środkowej – od Doniecka po Wrocław – gdzie suwerenność żydowskich oligarchii bierze tu górę nad suwerennością państw.

Kim jest Benjamin Barber?

— To niegdysiejszy doradca prezydenta Clintona – dziś oddelegowany na front robienia maluczkim wody z mózgu i suflowania skorumpowanym elitom, jaka jest aktualna „mądrość etapu”. Takich ludzi nazywam „stroicielami fortepianów” – bo to oni ustalają ton i pierwsi podają nutę, którą później podchwycą kolejne „pudła rezonansowe”. W Polsce szczególnie fetowany był – żadna niespodzianka – przez „GWiazdę śmierci” z ulicy Czerskiej w Warszawie. Jego wizja jak ulał pasuje do obecnej sytuacji w Europie Środkowej – zwłaszcza po parcelacji Ukrainy. Pierwszy etap, już mocno zaawansowany, to suwerenność wyspowa – konsorcjum „wolnych miast”, które wzajemnie gwarantują sobie bezpieczeństwo i możliwość prosperowania przez utrzymywanie drożności kanałów komunikacyjnych na lądzie i w powietrzu. To taka „Neo-Hanza” – dlatego projekt ten ma niewątpliwie wiele uroku także dla Berlina, który dostrzegać w nim musi obiecujące perspektywy dla realizacji projektu Mitteleuropy.

Proszę jednak wyjaśnić, dlaczego w ogóle Żydzi mieliby dążyć do budowy nowego państwa – i to akurat w Europie Środkowej – skoro jedno już mają?

— W telegraficznym skrócie: możliwości istnienia państwa położonego w Palestynie wyczerpują się. Po prostu: za mało jest chętnych, żeby tam mieszkać.

Przecież ostatnio, po masakrze paryskiej, premier Netanjahu wzywał Żydów do emigracji z Francji do Izraela. To stoi w sprzeczności z Pańską tezą o planach „przeprowadzki” Izraela.

— Wręcz przeciwnie – to tylko potwierdza moją diagnozę o wyczerpaniu się resursu geopolitycznego państwa położonego w Palestynie. Tezę tę zresztą już od dawna głoszą ludzie, których skądinąd trudno podejrzewać o brak życzliwości wobec Izraela – w 2012 roku szeroko cytowana i dyskutowana była np. wypowiedź Henry Kissingera, który stwierdził, że „w ciągu 10 lat Izrael zakończy swoje istnienie”. Ale państwo Izrael nie jest przecież i nigdy nie było jedynym projektem geopolitycznym, na który stawiałyby elity żydowskie. Pamiętajmy, że dla tej formacji kluczowa była zawsze filozofia „mądrości etapu”.

Mimo wszystko, Polakom trudno chyba pogodzić się z wizją zgodnego zaangażowania w ten projekt wszystkich wymienionych przez Pana mocarstw. Jeszcze Niemcy i Rosja, ale Ameryka?

— Amerykanie poniekąd spłacają w ten sposób dług za niewywiązanie się ze zobowiązania do pacyfikacji Bliskiego Wschodu. Trzy lata temu zamierzali po prostu zbombardować Teheran – i tym samym zapewnić Izraelowi „Lebensraum” na następne dekady. Miało się to oczywiście odbyć pod szyldem „międzynarodowej koalicji do walki z terroryzmem” – nawet nas już do tej koalicji zdążyli wmontować (patrz: udział polskich F-16 na manewry na pustyni Negev na początku 2012 r.). Ale sprawa się przedłużyła – bo okazało się, że najpierw trzeba zabezpieczyć rubieże wyjściowe i zaplecze przyszłego teatru wojny, tzn. „zaprowadzić demokrację” w Syrii. Sprawa ma oczywiście jeszcze szerszy kontekst – globalnej wojny imperiów, tj. przyszłej wojny USA z Chinami – nie sposób wszystko to tutaj omówić. Generalnie sprawa ma w moim przekonaniu taki efekt, że Amerykanie zdecydowali żydowskie oczekiwania niejako zrekompensować „w naturze” – tj. właśnie… nami.

Czy prezentując tak jednoznacznie podejrzliwą interpretację i krytyczną ocenę relacji polsko-amerykańskich i polsko-żydowskich, nie zamyka Pan przypadkiem oczu na inne problemy – na przykład zagrożenie rosyjskie?

— No, oczywiście, takie rzeczy może mówić tylko przedstawiciel „rosyjskiej piątej kolumny” i „wielbiciel Putina” (śmiech). Słyszałem to już nie raz – zwłaszcza w minionym roku, kiedy to najwyraźniej nastąpiła pełna mobilizacja agentury amerykańskiej i żydowskiej u nas. Każdy, kto choćby tylko sceptycznie odniósł się do pomysłu wpakowania Polski w wojnę ukraińską, musiał być zaraz ogłoszony „agentem Putina”.

Patrioci żoliborscy zrobili w ciągu tego roku wiele, by Polska znalazła się w tej wojnie w roli głównego winowajcy i kozła ofiarnego – na którego łatwo potem przyjdzie innym zwalić odpowiedzialność za wszystkie utrapienia i tragedie, jakie spadły na naszych sąsiadów. Sądzą oni, jeśli dobrze rozumiem, że trzeba korzystać z okazji wystąpienia w roli najwierniejszego wasala Amerykanów, by niejako „w bonusie” otrzymać promesę na rządzenie w Warszawie. Jak złudne to nadzieje – to wynika, mam nadzieję, z moich wcześniejszych wypowiedzi. A ludzie dobrej woli, których przecież nie brak ani w PiS-ie, ani w mediach pełniących dlań usługi propagandowe, warto by wzięli pod rozwagę fakt, jak często zdarzało im się przemawiać jednym głosem z tymi, których przecież słusznie uważają za zaprzedanych nieprzyjaciół sprawy polskiej. Jeśli „Gazeta Polska” prezentuje w sprawie ukraińskiej koncepcje geopolityczne zbliżone czasem aż do identyczności z „Gazetą Wyborczą”, to chyba nie jest dobrze. Jeśli i inne media pełniące obowiązki prawicowych konsekwentnie przemilczają dokładnie to samo, co media głównego ścieku – to oczywiście z każdego, kto do tej zmowy milczenia się nie przyłącza, łatwo zrobić oszołoma i obsesjonata.

To akurat nie na tych łamach. Dziękuję za rozmowę.

Prawy.pl

Polacy żyją pod okupacją Peerelczyków, którzy występują w roli nadzorców PRL-bis — Dr. Marka Baterowicza raport o stanie państwa

Marek Baterowicz
Dr Marek Baterowicz. Fot. Ela Celejewska

Po zamordowaniu Lecha Kaczyńskiego – co pasowało „Peerelczykom” – w Belwederze straszy Belfegor. Po śmierci Janusza Kurtyki układ osaczył nawet IPN, bo „Peerelczycy” boją się narodowej pamięci, ujawniania zbrodni, wstrzymują też ekshumacje żołnierzy wyklętych. Nie wolno nam godnie pochować bohaterów — z dr. Markiem BATEROWICZEM, polskim pisarzem tworzącym na emigracji, rozmawia Aleksander Rybczyński.

Aleksander Rybczyński: Przez wiele lat okna Pana mieszkania otwierały się na krakowską Skałkę. Porzucił Pan ten widok, opuszczając Polskę. Czy spodziewał się Pan wtedy, że wyjazd na emigrację, która w końcu zaprowadziła Pana do Australii, jeszcze mocniej zwiąże Pana z Ojczyzną? Czytając Pana wiersze i felietony, można odnieść wrażenie, że nadal codziennie wychodzi Pan spod klasztoru ojców Paulinów, spacerem nad Wisłą dociera pod Wawel, zatrzymuje się na chwilę pod krzyżem katyńskim i mijając siedzibę Stowarzyszenia Pisarzy Polskich przy ulicy Kanoniczej, dociera do Rynku, by spotkać znajomych poetów i artystów. Czy wynika to tylko z sentymentalnej słabości, czy może z poczucia powinności emigracyjnego pisarza?

Marek Baterowicz: Istotnie, widok na Skałkę i na mur – jego fragmenty pochodzą z XI wieku – był pejzażem mego dzieciństwa, często rysowanym, a potem stał się sentymentalnym hamulcem moich marzeń o emigracji, które snułem od r. 1968 – roku studenckich protestów i napaści wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację. Od dawna też było nam wiadomo, że żyliśmy w kraju bezprawia, dlatego rzymska moneta, którą znalazłem w piasku Wisły, była znakiem że kiedyś docierali do nas kupcy z Rzymu, imperium opartego na prawie, a dziś byliśmy w okowach imperium barbarzyńców. Te spacery nad Wisłą do Wawelu, a zwłaszcza na wzgórze wawelskie przed katedrą, jakby ładowały akumulatory duszy… Tak, Skałka i wawelskie wzgórze były teatrem moich pacholęcych zabaw i, pewnie dlatego, wolałem częściej iść tam, aniżeli na Rynek, który także urzekał, to jednak w końcu zapraszał do konwersacji przy kawie…, podczas gdy Wawel, Skałka lub filharmonia skłaniały do kontemplacji. I dlatego częściej chodziłem na koncerty niż do Ratuszowej. Ale gdziekolwiek się szło, odczuwałem nieodparte wrażenie tymczasowości, było to silne przeczucie, że ten stan rzeczy nie może trwać bez końca i że pewnego dnia nastanie „czas przekuwania kolorów” – jak pisałem w wierszu z r. 1971 – i że „dojrzał owoc, którego smak będzie cierpki – podamy go uroczyście (…) z zachowaniem ceremoniału”… Była to aluzja do osądzenia w trybunale epoki PRL-u. Dziś wiem, jak byłem naiwny, bo komuniści umknęli Temidzie i lustracji, a nawet dalej manipulują Polską… A przecież w r. 1981 byliśmy tak blisko „przekuwania kolorów”.  Gdy stan wojenny rozwiał te nadzieje – a rozwiązano nawet Związek Literatów Polskich z siedzibą przy ul. Kanoniczej – już nawet widok na Skałkę nie mógł mnie zatrzymać w Krakowie, ale wtedy do 1985 r. odmawiano mi paszportu. Opuściłem Polskę, myśląc tylko o azylu na Zachodzie, bo spędzenie całego życia pod władzą sowieckich marszałków i ich „polskich” generałów, pod biczem cenzury i różnych represji jak strata pracy za odmowę wstąpienia do PZPR, nie miało sensu i uwłaczało ludzkiej godności…A dokończenie moich projektów literackich wymagało życia tam, gdzie nie działa cenzura. Od r. 1985 mogłem już komentować otwarcie sytuację w PRL-u, a rzadkie teksty w podziemiu, o małym zasięgu, mnie nie cieszyły. Dopiero na emigracji mogłem wyrazić to wszystko, na co knebel cenzury nie pozwalał w ojczyźnie. Jest w tym więc pewna ciągłość krytyki, która wywołuje mylne wrażenie „powinności emigracyjnego pisarza”, ale jest to raczej moja „zemsta” za lata knebla, choć przede wszystkim pragnienie utwierdzenia rodaków w podobnych analizach, których oni sami dokonują w Kraju na temat PRL-u i III RP – dziwnie połączonych ze sobą w monstrualnym tworze PRL-bis…

Aleksander Rybczyński: Wspomniałem o „powinności emigracyjnego pisarza” myśląc raczej o pewnej tradycji niezłomnej postawy wobec sytuacji w Polsce. Wiemy, że drogi emigrantów rozchodzą się i nie wszystkim bliska jest postawa Kazimierza Wierzyńskiego, Jana Lechonia, Zygmunta Nowakowskiego i Beaty Obertyńskiej. Po upadku muru berlińskiego łatwo było uwierzyć, że trwanie na obczyźnie z powodów politycznych traci sens. Wielu z nas przyjęło powierzchowne wolnościowe przemiany, które tak dobrze przykrywały prawdziwą istotę „transformacji”  po 1989 roku. Czy nie uległ Pan tej iluzji? Było to tak naturalne; zmęczeni komuną, marzyliśmy przecież o normalnym życiu i asymilacji w rzeczywistości i kulturze krajów, które nas przyjęły. Przebył Pan imponującą wędrówkę, przez Hiszpanię docierając do Australii. Jak wpłynęła na Pana ta peregrynacja i dlaczego „z daleka lepiej widać”? Wielu mieszkających nad Wisłą Polaków uważa, że mieszkając poza ojczyzną nie mamy prawa zabierać głosu w sprawach Polski.

Marek Baterowicz: Właśnie, tak można było sądzić, ale mur berliński upadł, a okrągły stół ocalił twierdzę PZPR-u, więc nie miałem złudzeń, a nawet w felietonie z r. 1989 nazwałem ten stół trampoliną dla komunistów, którzy odbili się w górę bezkarni i beztroscy („Stół czy trampolina”, Wiadomości Polskie, Sydney, 8 maja 1989 r.). Okrągły stół niweczył też moje stare nadzieje na osądzenie zbrodni PRL-u, co wyraziłem w wierszu drukowanym w r. 1976 w tomiku „Wersety do świtu”. Cenzura przegapiła, bo ująłem to następująco:

W ukryciu dojrzał owoc,

którego smak będzie cierpki

– podamy go uroczyście na srebrnej paterze

z zachowaniem ceremoniału.

– a zatem cierpkie winy miały być osądzone w duchu prawa. Jakoś cenzor na to nie wpadł, choć wiersz kończyłem puentą: Będzie czas przekuwania kolorów!  A zatem nie tylko nie uległem iluzji, ale ugoda z Magdalenki mnie rozgniewała, bo jakże to? Przez pół wieku PRL-u mordowano Polaków, a teraz oprawcy umykają Temidzie i wszystko jest cacy? Mało tego – dostają sowite emerytury, wielokrotnie wyższe od emerytur dla osób opozycji antykomunistycznej. To nie jest III RP, to jest PRL-bis! I jest coraz gorzej, a wracają coraz częściej represje i to nie tylko wobec studentów za protesty przeciwko wykładom „profesora z KBW”, bo policja bierze się nawet za zmarłych! Aresztowano parę dni temu szczątki Żołnierzy Wyklętych przy ulicy Wałbrzyskiej w Warszawie, gdzie trwały prace ekshumacyjne prowadzone przez IPN. Pod pretekstem zabezpieczenia ich prochów władze III RP chcą po prostu uniemożliwić badania w celu ustalenia nazwisk ofiar, a że szczątki są z lat stalinizmu, wniosek jest żenujący: oto rząd III RP usiłuje przerwać śledztwo IPN-u i jakby stawał w obronie stalinowskich katów. I być może raz jeszcze chce pochować Żołnierzy Wyklętych po kryjomu… Co z tego wynika? Ano, Polacy żyją pod okupacją Peerelczyków, którzy konsekwentnie występują w roli nadzorców PRL-bis…

Stalinowską skazę ma nawet film „Syberiada polska”, bo nakręcono go według książki Zbigniewa Domino – oficera śledczego i prokuratora z lat stalinizmu. I oczywiście szef „Gazety Wyborczej” pochodzi z rodziny, która uczyniła Polakom wiele zła właśnie za Stalina. I to w tych kręgach najczęściej słychać arogancką opinię, że emigranci nie mają prawa zabierać głosu w sprawach Polski. Ale takie prawo istnieje, czego dowodem wybory w krajach ich osiedlenia, co bardzo nie pasuje Peerelczykom, bo „z daleka lepiej widać” i ludzie starsi nie będą głosować na ex-aparatczyków. Stąd utrudnienia przy rejestracji wyborców, wymóg polskiego paszportu, gdy po r. 1989 panowały liberalne przepisy i wystarczało okazać metrykę urodzenia czy legitymację kombatanta. No cóż, Polską rządzi antypolska grupa przestępcza, jak to prof. Krzysztof Szczerski wygarnął (9 lipca br.) w Sejmie Tuskowi i tuskofilom. Bo i w dorzeczu Wisły też widać czarno na białym, tylko że nie wszyscy myślą logicznie lub mają odwagę, a spory odłam społeczeństwa widzi też swój interes w rządach Platformy, która strzeże przywilejów układu. Są tam też grube ryby, Platforma sprzyja oligarchom bardziej niż obywatelom. A z daleka widać lepiej sprawy zasadnicze, jak monstrualne bezprawie (w dużej mierze rezultat to braku lustracji i dekomunizacji), wszechobecną korupcję rozmnożoną z peerelowskiego wirusa, wojnę z religią i wartościami toczoną przez spalikocone komando, nergali czy przez pewne periodyki, albo skandaliczny upadek lecznictwa, tak ogromny, jakby celowo ten rząd prowadził politykę pełzającej eksterminacji narodu! A miliony nowych emigrantów widzą chyba wszyscy.

Moja długa wędrówka rozpoczęta w r. 1985 lotem z pielgrzymami do Rzymu, gdzie odebrałem nagrodę Circe Sabaudia, a która pomogła mi dostać paszport po czterech latach odmowy, biegła przez Italię, Prowansję do Hiszpanii, gdzie żyłem ponad dwa lata, by ostatecznie wybrać daleką Australię, choć byłem już jedną nogą w Quebec’u. Dużo by o tym mówić, ale wspomnę  o śnie, który mnie prześladował już od pierwszych dni we Włoszech, a dopadł jeszcze parę razy w Hiszpanii. W tym śnie wracałem do Polski i – po oddaniu paszportu władzom – nie mogłem wyjechać, byłem znowu więźniem systemu. Był to koszmar, a świadczył o wielkim stresie, jaki wiązał się z odmowami paszportu, a więc z poczuciem uwięzienia. A emigracją płacimy cenę wolności.

Dr Marek Baterowicz. Fot. Ela Celejewska
Dr Marek Baterowicz. Fot. Ela Celejewska

Aleksander Rybczyński: Wielu mieszkańców Polski śmiałoby się z tej naszej wolności: żyjemy w oddaleniu od ojczyzny, zazwyczaj nie stać nas na korzystanie z dobrodziejstw paszportów (które wcale nie są bardziej praktyczne od paszportów Unii Europejskiej), żyjemy historią, kiedy w modzie jest bycie „tu i teraz”. Czy konieczność samodzielnego decydowania o sobie, możliwość życia poza „układami” i duchowa niezależność są tymi wartościami, które nadają wolności pełny wymiar?

Marek Baterowicz: Na wstępie poważna korekta: żyjemy w oddaleniu nie od Ojczyzny, ale od KARYKATURY Ojczyzny, którą nam zafundowała III RP i dlatego 72% emigrantów w Anglii nie chce wrócić do Polski. Zresztą nie mają wyboru, bo w Kraju pracy nie znajdą. Rząd PO-PSL nie robi nic, by walczyć z bezrobociem, a wyprzedaż narodowego majątku trwająca od lat sprzyjała tylko pogłębieniu tego kryzysu. Odnosi się wrażenie, że masowy exodus młodych jakby pasował temu rządowi, który nie dba o polski interes, a jakby popierał powstawanie pustej przestrzeni, gdzie potem mogą osiedlić się cudzoziemcy. Emigranci z Wielkiej Brytanii czy Irlandii mają też inne ważne powody, by nie wracać, jak to, że Polska nie da im poczucia bezpieczeństwa ani od strony prawnej, ani socjalno-finansowej, a jakże istotnym powodem jest i to, że swoje dzieci wolą oni wychować w kraju normalnie funkcjonującym. I dlatego aż 41% emigrantów w UK zamierza starać się o obywatelstwo angielskie. Znam też rodziny w Australii, które po dwukrotnych próbach powrotu do Polski ostatecznie wróciły do Sydney.

A co do paszportów, to chyba Pan tu przekornie żartował…, nawet z antypodów Polacy często jeżdżą do Europy czy do Polski, a podróże w naszym regionie są fraszką. I ofert turystycznych jest tu wiele: od Bali po Nową Zelandię czy Tahiti! To ci turyści właśnie żyją „tu i teraz”, chociaż mniejszość żyje historią, co jednak nie jest nieszczęściem, a może przywilejem duszy czuwającej? A szansy życia poza układem i duchowej niezależności nic nie zastąpi.  To – jak sądzę – nawet nie wymaga uzasadnień. Uosobieniem tej wolności jest np. Jonathan Livingston – ptak morski ze słynnej książeczki R. Bacha. On osiąga pełny wymiar wolności, natomiast wracać do kraju, który jest karykaturą Ojczyzny, „nienormalnością” na modłę Tuska i jego pokornych „ministrantów”, niemających nic wspólnego z polską racją stanu… – nie, tam wracać nie warto. Nie ciągnie mnie tam nawet na wakacje. Czy normalnym jest kraj, gdzie brat stalinowskiego sędziego narzuca w swej gazecie zakłamaną wizję dziejów i wyśmiewa polskie tradycje, polskich bohaterów? III RP cierpi wręcz na stalinowską skazę, jeżeli jej reżim broni profesora wyrosłego z KBW, a mianowanego przez PZPR! Powrót do kraju oznaczałby też zgodę na chory i nieludzki system, aplikowany obywatelom przez rządy szajki, jak to ujął Ziobro w wywiadzie dla „Gazety Polskiej” (30 lipca 2008 r.), a przedstawił tam jej działania. Nikt rozsądny nie powinien żyć w takim systemie bezprawia, godzić się na takie upokorzenia. Lepiej żyć na emigracji – ten minus rekompensuje właśnie owa duchowa niezależność, z którą zapewne można i żyć w Kraju, ale z poważnymi kłopotami, jak sugeruje aktywność „seryjnego samobójcy” nie tylko w sprawie smoleńskiej, procesy wytaczane legalnej opozycji lub poetom jak Rymkiewicz, czy wreszcie aresztowania, jak ostatnio, reżysera Grzegorza Brauna. III RP (właściwie już „republiczka post-smoleńska”) jest na poziomie „praworządności” reżimu Łukaszenki czy putinowskiej Rosji. Dziękuję, wolę czyste fale Pacyfiku.

Aleksander Rybczyński: Wydawałoby się, że tragedia smoleńska powinna zjednoczyć Polaków w kraju i na emigracji. Stało się inaczej: po jednaj stronie zebrali się „Europejczycy”, przeciwnicy Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, pseudointelektualiści skłonni do relatywizowania każdej zbrodni, czyli mówiąc wprost kłamcy smoleńscy; po drugiej stronie domagający się prawdziwej wersji wydarzeń 10 kwietnia 2010 r., pogardliwie nazywani przez milczącą większość „wyznawcami wiary smoleńskiej”. Podobny podział można zaobserwować na emigracji, i zaskakująco niewielu pisarzy podjęło próbę zajęcia jednoznacznego stanowiska. Myślę, że postawa wobec Smoleńska jest nie tylko świadectwem postawy pisarskiej, nawiązującej do najlepszych patriotycznych tradycji, ale także zasadniczym kryterium zwykłej przyzwoitości. Czy zgodzi się Pan ze stwierdzeniem, że „nie ma wolności bez prawdy o katastrofie smoleńskiej”?

Marek Baterowicz: To, że tragedia smoleńska nie zjednoczyła nas, dowodzi nie tylko głębokiego podziału społeczeństwa na tle politycznym, ale przede wszystkim diagnozy prof. Ryszarda Legutki, który w „Eseju o duszy polskiej” (2008) pisał, że Polacy żyją pod okupacją „Peerelczyków” – poza krótkim okresem rządu premiera Jana Olszewskiego (1991/2) i rządu PiS-u (2005-2007) w trudnej koalicji. Kiedyś wydawało się nam, że po upadku PRL-u nawet szeregowi partyjni, skruszeni, przystąpią do budowy nowej Polski.

Niestety, dzięki „grubej kresce” wymknęły się Temidzie grube ryby nomenklatury, nawet aparatczycy mający to i owo na sumieniu. Powstał od razu układ postkomuny, siejąc korupcję, afery i nowe zbrodnie. Z tym układem próbował walczyć PiS i również prezydent Lech Kaczyński, nie tylko z WSI, ale i z mafiami, które oplątały gospodarkę, świat biznesu… I niestety, właśnie śmierć Prezydenta była im na rękę. Po zamachu smoleńskim i zdziesiątkowaniu stronnictwa patriotów, dbających o polskie państwo, władzę przejął układ nie „Europejczyków”, lecz „Peerelczyków” w obcych służbach, absolutnych cyników niszczących III RP. Kto nie wierzy, polecam uczciwą i rzetelną książkę Janusza Szewczaka – „Polska – kraj absurdów” (2013).

Po zamordowaniu Lecha Kaczyńskiego – co pasowało „Peerelczykom” – w Belwederze straszy Belfegor… Po śmierci Janusza Kurtyki układ osaczył nawet IPN, bo „Peerelczycy” boją się narodowej pamięci, ujawniania zbrodni, wstrzymują też ekshumacje żołnierzy wyklętych! Nie wolno nam godnie pochować bohaterów, ale układ postkomuny urządził cyrk na Powązkach grzebiąc Jaruzelskiego, sowieckiego generała, winnego śmierci wielu polskich patriotów. Parada żałobników – z Komorowskim, Kiszczakiem, Michnikiem i Urbanem na czele – podczas tego pogrzebu pokazała siłę obozu „Peerelczyków”, a stoją za nim tysiące klientów tego układu, ich rodziny, wreszcie klienci tych klientów, co daje w sumie spore miliony, odpowiada to liczebnie byłym masom PZPR-u i UB. Słusznie zauważył też prof. Andrzej Zybertowicz, że nierozprawienie się z dawną agenturą komunistyczną przedłużyło paraliż państwa, podtrzymując istnienie takich układów interesów, wobec których nasze państwo jest bezsilne. Tak, społeczeństwo jest rozbite na naród polski i na „Peeerelczyków”, zatem tragedia smoleńska nie może zjednoczyć Polaków, to smutne.

Niewielu pisarzy i ludzi kultury zajęło jednoznaczne stanowisko, ba, może boją się zemsty układu, który zablokuje im wydawanie książek? W końcu „ojcowie kultury” z ulicy Czerskiej mają długie ręce! I dlatego być może pisarze nie kierują się kryterium zwykłej przyzwoitości, a może zrozumienie motywów i techniki zamachu przekracza ich intelekt ? Tak, zgadzam się z tym, że nie ma wolności bez prawdy o katastrofie smoleńskiej. Ona już wyszła na jaw dzięki niezależnym ekspertom z komisji Macierewicza, nie może tylko przebić się przez kontrolowane media III RP. Ale wreszcie przebije się pewnego dnia, a wtedy wszyscy ci, co dziś klęczą w postawie strusi, zaczną bałakać… „no wiecie, ja też od razu wiedziałem, ale to nie było takie proste, bo straciłbym pracę…”; a zwolennicy „pancernej brzozy” to już w ogóle mogą tylko śmieszyć. Rozrzut szczątków MH-17 na Ukrainie był o wiele większy, ale i spory przy wybuchu w Tupolewie, choć eksplozja nastąpiła niewysoko nad ziemią – czy i te podobieństwa nie wskazują, że w obu przypadkach samolot został strącony? Niech pomyślą o tym owi „kłamcy smoleńscy”, bo relatywizowanie zbrodni jest też zbrodnią.

Aleksander Rybczyński: Dziękuję bardzo za rozmowę.

MarszPolonia.com

Wikipedia: Marek Baterowicz