Polacy się budzą: portal „Gazety Wyborczej” (ideologicznego ramienia NWO na Polskę) lawinowo traci czytelników. Dwa miliony osób miało dość

gazeta

Związana z „Gazetą Wyborczą” Gazeta.pl przez kilka miesięcy straciła ponad dwa miliony użytkowników! — informuje serwis WirtualneMedia.pl, który przeanalizował wyniki największych portali internetowych w Polsce. Najpopularniejsze nadal są Onet.pl i Wp.pl.

Onet.pl odwiedziło w listopadzie 13,67 mln internautów (real users), którzy wykonali 2,69 mld odsłon krajowych, a każdy z nich korzystał z serwisu średnio przez 4 godziny i 56:08 minuty. Z kolei WP.pl zanotowała 11,31 mln użytkowników, 2,49 mld odsłon krajowych oraz średnio 5 godzin i 18:45 minuty. Są zdecydowanymi liderami – wynika z danych Megapanelu PBI/Gemius opracowanych przez WirtualneMedia.pl.

W skali roku Onet.pl zyskał w listopadzie użytkowników i odsłon krajowych, z kolei Wp.pl straciła wprawdzie użytkowników, ale zanotowała znacznie więcej odsłon krajowych i wydłużył się czas spędzany przez internautów.

Zaskakujące dane WirtualneMedia.pl podają o portalu „Gazety Wyborczej”, czyli Gazeta.pl, który dołuje. I to mocno. Gazeta.pl „straciła w skali roku aż 2,41 mln użytkowników (to spadek o 23,4 proc.) i 64,3 mln odsłon krajowych (14,9 proc. w dół), a czas spędzany w serwisie przez przeciętnego odwiedzającego zmalał o 1:29 minuty (czyli o 2,5 proc.)”.

Według autorów analizy spadek nastąpił w ciągu… dwóch-trzech miesięcy!

gazeta pl

Gazeta.pl niby jest na trzecim miejscu, ale – jak zauważają WirtualneMedia.pl – tylko pod względem liczby użytkowników, bo Interia.pl miała prawie dwa razy więcej odsłon krajowych (711,1 mln wobec 365,7 mln) oraz 3,5 razy dłuższy średni czas korzystania przez internautów (3 godziny i 33:31 minuty wobec 57:40 minuty).

Niezalezna.pl

Komentarz

Polacy powoli się budzą. „Gazeta Wyborcza” od lat już, z roku na rok coraz bardziej traci swoich – przez dwie dekady stałych – czytelników. Na portalu Gazeta.pl, jak i na całym medialnym środowisku „Gazety Wyborczej”, mści się jego wieloletnie moralne kunktatorstwo, a w ostatnich miesiącach szczególnie mu zaszkodziła totalna medialna niewiarygodność przy podejmowaniu tyleż rozpaczliwych co nieudolnych prób wyjaśniania ewidentnych dla inteligentnej części społeczeństwa fałszerstw przy listopadowych wyborach samorządowych 2014. Wiarygodnych danych na ten nośny społecznie temat dociekliwi czytelnicy woleli szukać gdzie indziej.

Portal Gazeta.pl istnieje jeszcze tylko dlatego, iż jest wygodną serwerownią dla tysięcy korzystających z niego starych posiadaczy wirtualnej poczty, którym po wielu latach użytkowania nie chce się nawet zmienić swego dotychczasowego pocztowego usługodawcy.

I portalowi nie pomoże nawet, robiony naprędce w porankingowym szale, graficzny lifting jego dotychczasowego oblicza, gdyż jak głosi polska narodowa mądrość: „koń – jaki jest, każdy widzi”…

(taw)

Ważna inicjatywa społeczna: Nie pozwolimy na zniszczenie kart wyborczych, czyli dowodów rzeczowych największego w demokracji przestępstwa: sfałszowania wyborów. Sprawdź, gdzie zgłosić protest

protest-wyborczy

Jest pytanie do prawników i naukowców specjalizujących się w badaniach kryminalistycznych o ocenę wątpliwości dotyczących tego, że np. dostawiano krzyżyki. Analiza grafologiczna, sprawdzenie tuszu powinny wykazać, czy krzyżyk został postawiony tym samym długopisem — mówi w rozmowie z portalem wPolityce.pl Piotr Trudnowski z Klubu Jagiellońskiego, koordynator akcji ProtestWyborczy.pl

wPolityce.pl: Do 31 grudnia, zgodnie z obowiązującym prawem wyborczym, mają być zniszczone karty do głosowania. Czy to oznacza, po tej dacie sprawa wyborów będzie ostatecznie „pozamiatana”, bo znikną dowody ewentualnych nieprawidłowości i fałszerstw?

Piotr Trudnowski: W tej chwili wszystko zależy od dwóch rzeczy. Po pierwsze – od ilości złożonych protestów wyborczych, które można składać do 1 grudnia i może je składać każdy wyborca. Złożenie protestu wyborczego sprawia, że ten termin 31 grudnia (zniszczenie kart – red.) w danym okręgu nie obowiązuje. Wszędzie tam, gdzie zostaną złożone protesty, termin zniszczenia kart zostanie przesunięty do 30 dni po uprawomocnieniu wyroku ws. protestu wyborczego.

Piotr Trudnowski, Klub Jagielloński

W okręgach, gdzie nie będzie protestów, karty bezwzględnie zostaną zniszczone?

— Tak. Zgodnie z przepisami następuje to 30 dni po terminie składania protestów wyborczych, który upływa 1 grudnia. Przygotowaliśmy apel do ministra kultury, który podpisał rozporządzenie ws. sposobu przekazywania, przechowywania i udostępniania dokumentów z wyborów, o zmianę tego aktu lub wydanie przepisów wewnętrznych zatrzymujących niszczenie kart.

niszczarka_

Dlaczego odpowiednie instytucje państwowe, łącznie z PKW, same nie występują o zablokowanie niszczenia kart?

— Zaczęliśmy te działania w przekonaniu, że w tej chwili ze strony administracji państwowej mamy do czynienia z lekceważeniem powagi sytuacji, w której setki tysięcy ludzi jest przekonanych o wystąpieniu nieprawidłowości wyborczych, a jednocześnie z drugiej strony opozycja nie wykorzystuje tego rodzaju skutecznych środków nacisku. Dlatego organizacje pozarządowe, środowiska think tank mają obowiązek reagowania. Wyszliśmy z założenia, że wykorzystywanie ram prawnych jest najbardziej skuteczną, bo niekwestionowaną przez nikogo formą działania. Dlaczego z własnej inicjatywy nie dzieje się to na scenie politycznej czy wśród urzędników, tego nie wiemy. Naszą petycję podaliśmy do wiadomości szefów klubów parlamentarnych, prezesa NIK i innych aktorów życia publicznego. Zwracamy uwagę na poważną sytuację prawną, na którą nikt z nich – mimo, że powinien – dotychczas nie zwrócił uwagi. Stąd publiczna forma wezwania ministra kultury i szefa Krajowego Biura Wyborczego do działania. Gdy karty zostaną zniszczone, będzie można zapomnieć o wiarygodnych analizach dotyczących prawidłowości wyborów.

niszczarka

Czego można dowiedzieć się z kart, które w tej chwili są spakowane w zapieczętowanych workach?

— Przede wszystkim można wyczytać podstawową informację, jak wyglądały nieważne głosy. W związku z szeroko omawianym problemem, że Kodeks wyborczy nie zobowiązuje członków komisji wyborczej do odnotowywania tego, jaką formę ma głos nieważny, czy jest to pusta kartka, czy wielokrotny krzyżyk, nie mamy obecnie tych informacji, które były dostępne przy wszystkich poprzednich wyborach.

CZYTAJ WIĘCEJ: Cuda na urną zaczęły się… w Senacie: po cichu wycięto obowiązek rozliczania głosów nieważnych

W związku z tym, jeżeli ktokolwiek miałby przeprowadzić analizę nieważnych głosów – np. naukowcy, organizacje pozarządowe – to musi mieć dostęp do wszystkich kart. Przeprowadzenie analizy wszystkich kart wydaje się bardzo trudne do przeprowadzenia, ale nawet punktowe badanie ma ogromne znaczenie, a będzie niemożliwe, jeżeli karty zostaną zniszczone. To rzecz podstawowa – opracowanie statystyki głosów nieważnych, której nie ma. Jest też pytanie do prawników i naukowców specjalizujących się w badaniach kryminalistycznych o ocenę wątpliwości dotyczących tego, że np. dostawiano krzyżyki. Analiza grafologiczna, sprawdzenie tuszu powinny wykazać, czy krzyżyk został postawiony tym samym długopisem.

Uchronienie kart przed zniszczeniem jest więc pierwszą i podstawową rzeczą, którą trzeba zrobić, by wyjaśnić wątpliwości dotyczące wyborów?

— Na pewno to bardzo ważne. A głównym działaniem, które sprawi, że karty nie będą zniszczone jest składanie protestów wyborczych. Analiza kart dokonana przez socjologów, statystyków czy grafologów, jeśli protesty wyborcze nie będą składane, będzie wiedzą stricte naukową. Bardzo ważną dla opinii publicznej, dzięki której obywatele będą mieli przekonanie, czy wybory były, czy nie były uczciwe. Ale jeżeli chodzi o samą ważność wyborów, to kluczowe jest składanie protestów. Bo tylko i wyłącznie sądy mogą podważyć ważność głosowania w konkretnym okręgu.

Jest postulat PiS i SLD, żeby skrócić kadencję nowych organów samorządowych i powtórzyć wybory…

— Oczywiście, tylko to nie odpowiada na pytanie, czy wybory były przeprowadzone prawidłowo, czy nieprawidłowo. Jeżeli nic w sprawie wyborów się nie stanie, to 30% Polaków, jak wyszło w sondażu, nadal będzie przekonanych, że wybory były sfałszowane. A jeżeli zostanie skrócona kadencja sejmików, to inne 30% będzie przekonanych, że unieważniono wyniki prawidłowych wyborów. Należy więc przede wszystkim wyczerpać do końca drogę prawną.

Śledź RAPORT z przebiegu wyborów! Kliknij i bądź na bieżąco

Rozmawiał Jerzy Kubrak

wPolityce.pl

Klub-Jagielloński

Gowin: „Jestem przekonany, że mogło dojść do masowego zafałszowania czy – nazwijmy rzecz precyzyjnie – sfałszowania wyborów”

gowin

Trzeba zbadać, co jest przyczyną tak drastycznej i dziwacznej różnicy między badaniami Exit Poll, a wynikami podanymi przez Państwową Komisję Wyborczą. Proszę zwrócić uwagę, Ipsos bardzo precyzyjnie określił wyniki wyborów europejskich, bardzo precyzyjnie określił wyniki wyborów w dużych miastach prezydenckich, bardzo precyzyjnie określił wyniki wyborów PO, SLD. Rażąca pomyłka nastąpiła tylko w wynikach głównej partii opozycyjnej i jednej z partii rządzących — powiedział na antenie TVN24 Jarosław Gowin.

Gowin odniósł się również do słów Jarosława Kaczyńskiego, że „wybory zostały sfałszowane”. — Wynik wyborów jest na tyle wypaczony, nieprawidłowości było tak dużo, że pytanie o to, czy wybory zostały sfałszowane, jest pytaniem narzucającym się — powiedział, podkreślając, że koniecznie trzeba stanąć „na gruncie faktów”.

— W skali kraju, oprócz gigantycznej skali nieprawidłowości, mogło dojść do ogromnego, samorzutnego korygowania wyników na rzecz różnych komitetów. To czasami mogły być komitety ogólnopolskie, np. komitet PSL, a czasami komitety lokalne, reprezentujące jakieś środowisko rządzące — mówił Gowin dopytywany, czy na pewno można powiedzieć, że wybory w Polsce zostały sfałszowane.

Do 16 listopada należałem do tych, którzy wzmianki o możliwości fałszowania wyborów przyjmowali wzruszeniem ramion. Dzisiaj jestem przekonany, że mogło dojść do masowego zafaszowania czy — nazwijmy rzecz precyzyjnie — sfałszowania wyborów

— podkreślił Jarosław Gowin i dodał:

Tu nie chodzi o żaden odgórny spisek. Tu chodzi o zsumowanie się określonych działań i nałożenia się dwóch zjawisk. Z jednej strony książeczka, która ewidentnie wypaczyła wynik wyborów. To już jest wystarczający powód do tego, żeby skrócić kadencje samorządów i zrobić nowe wybory.

Jak podkreślił Gowin, chodzi o zrobienie nowych wyborów, a nie powtórzenie wyborów.

Drugi element, jaki wskazał – upowszechniono w skali kraju pewne praktyki, czyli w Komisjach — tam, gdzie byli reprezentanci tylko jednego środowiska.

Polska jest krajem, w którym demokracja i procedury wyborcze uległy znacznej deformacji. Jeżeli słyszę, że wobec takich wątpliwości prezydent Komorowski jedyne, co ma do powiedzenia, to nazwanie ludzi mających te wątpliwości szaleńcami, to myślę że pan prezydent Komorowski z całą klasą rządzącą odrywa się od rzeczywistości

— powiedział Jarosław Gowin.

Wzywam wszystkich, którzy uważają, że wybory zostały sfałszowane do głosowania przeciwko kandydatom tych partii, które bronią tych wyborów

— dodał.

Zdaniem Gowina, sprawą powinno się zająć OBWE, bo „w żadnym z krajów UE nie doszło do tak bulwersujących wydarzeń wyborczych”. — Trzeba zapobiec możliwości manipulacji, błędów i fałszerstw w przyszłych wyborach — mówił.

Zachęcał jednocześnie do manifestacji 13 grudnia z różą, jako symbolem czystości — takiej, jaką chcielibyśmy wprowadzić w polskim życiu politycznym. — Taka pokojowa manifestacja jest konieczna. Apeluję do wszystkich, by działać zgodnie z prawem, czyli nie robić takich rzeczy, jak okupacja PKW — dodał.

wPolityce.pl

Komorowski i Kopacz boją się głosu ulicy tak samo jak Gomułka i Jaruzelski

patriotyzm

Rządzący przedstawiają legalne manifestacje uliczne jak akty terrorystyczne, które trzeba zwalczać przy pomocy nowego ZOMO. Bo argument ulicy może ich pozbawić władzy.

Wniosek z wyborów samorządowych płynie prosty: wieloma sposobami obecnie rządzący dają do zrozumienia, że poprzez kartkę wyborczą władzy nie oddadzą nigdy. Nie dlatego, że zawsze będą mieli wystarczające poparcie, ale że zawsze znajdzie się sposób, by wynik wyborów był dla nich korzystny. Niezależnie od tego, jakimi metodami zostanie to osiągnięte. Czy to oznacza, że opozycja może walczyć o polityczną zmianę wyłącznie na ulicy? Oczywiście całkiem legalnie walczyć na ulicy, bo wbrew słowom wielu polityków (w tym prezydenta i pani premier), komentatorów, dziennikarzy i akademików wyprowadzanie ludzi na ulice jest w Polsce w pełni legalne, a gwarantuje to artykuł 57. Konstytucji RP.

Opozycja może i powinna korzystać z argumentu ulicy, bo jest on klasycznym w demokracji środkiem nacisku i formą mobilizowania ludzi do politycznej aktywności. Argument ulicy przeraża i paraliżuje obecną władzę do tego stopnia, że wbrew zdrowemu rozsądkowi i prawnym regulacjom przedstawia się uliczne demonstracje jak zamach terrorystyczny. Tymczasem to kompletna bzdura, nawet gdy podczas niektórych manifestacji i zgromadzeń dochodzi do przypadków łamania prawa. Inna sprawa, ile z tych wybryków jest prowokowanych, także przez władzę. Manifestacje i zgromadzenia (te zgłoszone oczywiście) są pod względem prawnym równoprawną z innymi formą wyrażania poglądów i manifestowania stanowisk.

Osoby oceniające manifestacje w kategoriach terroryzmu tylko się ośmieszają. Oczywiście robią to po to, by organizatorów pokazać jako podpalaczy demokracji, czyli tak samo jak robili to Gomułka, Gierek czy Jaruzelski w wypadku tzw. demokracji socjalistycznej. Oni też bali się głosu ludu, a na demonstrantów wysyłali oddziały ZOMOalbo rozjeżdżali milicyjnymi ciężarówkami. I właśnie tak jak towarzysze pierwsi sekretarze KC PZPR zachowują się obecnie prezydent Bronisław Komorowski i premier Ewa Kopacz. Można zrozumieć ich niechęć do wielkich i licznych manifestacji oraz zgromadzeń organizowanych przez opozycję, grupy obywateli czy związek „Solidarność”, bo władza nie jest w stanie zmobilizować nawet kilku tysięcy osób. Przekonaliśmy się o tym m.in. podczas ostatniej prezydenckiej manifestacji w Święto Niepodległości.

Wyprowadzanie ludzi na ulicę jest w pełni legalne, demokratyczne i politycznie doniosłe. A często jest wręcz jedyną formą przebicia się przez mur miękkiego totalitaryzmu, jaki ustanawia władza rządząca dostatecznie długo. I ten miękki totalitaryzm zaczyna żyć własnym życiem, i kierować się własną logiką, co sprawia, że utrzymuje się quasi-demokratyczne status quo. Czasem utrzymuje się on nawet przez kilkadziesiąt lat, czego najlepszym przykładem były rządy Partii Instytucjonalno-Rewolucyjnej w Meksyku. Taki miękki totalitaryzm zagnieżdża się szczególnie często w krajach o totalitarnej przeszłości, gdzie niedemokratyczne praktyki nie zostały ostro oddzielone od demokratycznej formy, która po nich nastąpiła. I ten miękki totalitaryzm odpowiada m.in. za różne cuda nad urną, w których wyniku zmiana władzy jest praktycznie niemożliwa.

Jeśli opozycja czy obywatele ograniczają się jedynie do argumentu ulicy, stają się dość łatwym celem ataków rządowej (żeby nie powiedzieć reżimowej) propagandy. Jako podpalacze i burzyciele demokracji – jak bardzo te argumenty byłyby głupie, nieuczciwe czy naciągane. Ludzie przyzwyczajeni do codziennego karmienia (głównie poprzez telewizję) dużą dawką propagandowych bredni nie zważają na logikę, rozsądek czy stan prawny i traktują te bzdury jak prawdę objawioną. Zresztą duża ich część wie, że to brednie, lecz przyjmuje je w imię obrony swoich przed „podpalaczami” i swej politycznej wiary. Dodatkowo organizatorów demonstracji wpycha się w kanał z etykietką politycznych wariatów i egzotów, co też jest starym argumentem komunistów, szczególnie często praktykowanym w ZSRR. Z tego powodu opozycja powinna szeroko korzystać także z klasycznych form protestu, krytyki, obnażania przekrętów władzy czy podważania legalności i prawomocności jej decyzji i praktyk.

Argument ulicy jest ważny i może się okazać przełomowy, ale równie ważne są dobrze uzasadnione pozwy sądowe, akcje zbierania podpisów i zasypywania protestami organów wszystkich trzech rodzajów władzy. Ważne są akcje bojkotu, swego rodzaju stygmatyzowania autorów przekrętów i tych, którzy ich osłaniają, ważne są interpelacje, akcje edukacyjne, happeningi czy polemiki. Dzięki nim wzrośnie świadomość skali patologii czy znajomość antydemokratycznych działań rządzących. I to w połączeniu z argumentem ulicy może doprowadzić do zmiany i przełomu. Ale to wymaga bardzo wielkiej aktywności i determinacji polityków, znaczącego upolitycznienia sporej części społeczeństwa, by ludzie nie byli tylko mięsem wyborczym. Bez tego nie uda się przełamać społecznej apatii i coraz powszechniejszego przekonania, że nic się nie da zrobić.

Da się, tylko trzeba chcieć.

wPolityce.pl
Komentarz TAW:
Dowodem na to, że nie jest to żaden „miękki totalitaryzm”, są obowiązujące w Polsce od kilku już lat specustawy, m.in.:
.
— ustawa o „bratniej pomocy”, na mocy której wojska i „służby” obcych państw mogą „w razie czego” bezkarnie grasować po polskich ulicach, „pomagając” „naszym” w pacyfikowaniu niepokornych;
— znowelizowana w sierpniu 2011 r. ustawa o… stanie wojennym oraz
— przegłosowana jednogłośnie (również przez prospołeczne Prawo i Sprawiedliwość) ustawa o przymusowych (neutralizujących nadmierne zapędy budzącego się ludu) szczepieniach w razie ogłoszenia „epidemii”… (chyba epidemii wścieklizny władzy).
.
O tym zaś, jak brutalna w razie czego potrafi być polska policja (a nawet straż miejska!), dowodnie świadczą takie choćby poglądowe obrazki jak:
— skopanie w twarz przez policjanta jednego z uczestników Marszu Niepodległości 2011;
— brutalne skopanie i pobicie przez polską policję posła Przemysława Wiplera oraz
brutalne pobicie przez warszawską straż miejską dziennikarza Michała Stróżyka 11 kwietnia 2011 r. na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie.
.
O tym, że obecna władza jest już od dawna przygotowana do przeprowadzenia operacji „ostatecznego rozwiązania kwestii społecznej”, ani uważni analitycy, ani tym bardziej działacze społeczni nie powinni mieć najmniejszych złudzeń.