Premier Rosji Dmitrij Miedwiediew ujawnia kontakty Rosji z cywilizacjami pozaziemskimi

7 grudnia 2012 roku premier Rosji Dmitrij Miedwiediew gościł w programie telewizyjnym, w którym udzielał odpowiedzi na pytania dziennikarzy. Głównym tematem była polityka i gospodarka, jednak tuż przed zakończeniem programu Miedwiediew powiedział coś, co wielu może zszokować:

Każdy prezydent dostaje teczkę z napisem „Ściśle tajne”. Są tam informacje o obcych, którzy odwiedzili naszą planetę. Nie mogę powiedzieć, jak wielu, bo mogłaby wybuchnąć panika.

Później, już po zakończeniu czasu antenowego, rosyjski premier w rozmowie z dziennikarką nieco rozwinął swoją wypowiedź:

„Prezydent Rosji w chwili objęcia urzędu otrzymuje specjalną walizkę z kodami do uruchomienia broni jądrowej oraz specjalną teczkę opatrzoną klauzulą „Ściśle tajne”. Ta teczka w całości jest poświęcona przybyszom z obcych planet, którzy odwiedzili naszą Ziemię. Jednocześnie istnieje raport specjalnej jednostki, ściśle tajnej, która zajmuje się kontrolą przybyszów znajdujących się na terytorium naszego kraju. Tak więc te dwie teczki są przekazywane razem z walizką z kodami. Po zakończeniu urzędowania teczki są przekazywane nowemu prezydentowi. Bardziej dokładne informacje otrzyma pani z filmu dokumentalnego „Faceci w czerni”. Więcej nie powiem, bo to może spowodować panikę”.

Już za kilka lat okaże się, że wypowiedź urzędującego premiera Rosji była jak najbardziej poważna. Przywódcy światowych mocarstw bardzo dobrze wiedzą bowiem, że Ziemia nie jest pępkiem Wszechświata, lecz zaledwie jednym z elementów większej kosmicznej układanki, a konkretnie: krwawym eksperymentalnym poligonem doświadczalnym, kontrolowanym przez istoty cielesne i bezcielesne (astral), które podporządkowały sobie nie tylko Ziemię, nie tylko nasz Układ Słoneczny, lecz również cały kwadrant naszej Galaktyki.

Marne to dla nas pocieszenie, ale nie tylko Ziemia jest pod okupacją i kontrolą ciemnych sił.

(taw)

Cywilizacje pozaziemskie:

https://tajnearchiwumwatykanskie.wordpress.com/category/cywilizacje-pozaziemskie/

Tajemnica spowiedzi Jaruzelskiego. Jacek Pałkiewicz w ostatniej rozmowie z generałem

pałkiewicz jaruzelski

Ostatnia rozmowa na łożu śmierci. Czy przykład Michaiła Gorbaczowa pozwolił lojalnemu komuniście wyrzec się swoich przekonań i pojednać się z Bogiem. Jacek Pałkiewicz odwiedził gen. Jaruzelskiego w szpitalu na dwa tygodnie przed śmiercią. Jak wyglądało to spotkanie?

Dziesiątego maja, na dwa tygodnie przed śmiercią generała Jaruzelskiego, odwiedziłem go w szpitalu przy ul. Szaserów w Warszawie, gdzie w ostatnich dwóch latach był wielokrotnie hospitalizowany. Z człowiekiem symbolizującym tragiczny los pokolenia powojennego od dawna łączyły mnie luźne, ale bezpośrednie stosunki. Zastałem go wycieńczonego powikłaniami po chemioterapii i krążeniowymi zapaściami, zniedołężniałego starca bez autonomii, podłączonego do kroplówki i cewnika, zależnego wyłącznie od opieki pielęgniarek, a nie wszystkie są aniołami.

Blask zniknął z wyrazistych niegdyś oczu, blada, zapadła twarz i kilkudniowy zarost uzupełniały wizerunek. Przywitał mnie słabym, przytłumionym głosem. Wyraził uznanie za moją misję przypomnienia chlubnych polskich kart w dziejach badawczo-odkrywczych Syberii. Nie wiem, jak nazwać nasze relacje, różnie komentowane przez moich przyjaciół i znajomych. Czy nie sprzyjają one dwuznaczności i rozchwianiu moralnych ocen. Dla mnie człowiek odchodzący jest rzeczywistością świętą i w takiej chwili tego rodzaju pytania schodzą na dalszy plan.

Po dłuższej pauzie, patrząc prosto w oczy, zwrócił się do mnie jak do kogoś, kogo można obdarzyć swym zaufaniem.

– To są już moje ostatnie chwile – wyznał jak ktoś stojący na krawędzi i czekający na finał, chciał w przypływie instynktu samozachowawczego czy paraliżującej świadomości oprzeć się na obecności drugiego człowieka i jego otwarciu na ból przemijania. – Tej nocy śniło mi się, że zmarłem i znalazłem się w jakiejś pustce, w której jednak odbierałem wrażenia z otoczenia. O tym odejściu myślę ze spokojem, bo wszystko ma swój kres – mówił z godnością i zadziwiającą pogodą ducha. Ukrywając zmieszanie i bezradność, chciałem ofiarować jakieś krzepiące słowo. Dla dodania otuchy powiedziałem to, co powtarzam na różnego rodzaju warsztatach surwiwalowych. W chwili ciężkiej próby potężnym narzędziem przetrwania staje się religia, źródło optymizmu i nadziei. Doskonale pamiętam, że niejednokrotnie w sytuacjach, które mnie przerastały, gdy byłem sam i nie mogłem już liczyć na pomoc człowieka, głęboka wiara i modlitwa uskrzydlały i dodawały otuchy. Sprawiały, że nie czułem się samotny na polu walki. Nazywam to ekwipunkiem ratunkowym rozbitka pozwalającym utrzymać się mu na powierzchni wody.

– Panie generale, o wsparciu Kogoś tam w górze, o tym, że w okopach nie ma ateistów, pisał w swoich pamiętnikach nie kto inny jak strateg wojenny Winston Churchill.

Chory zamyślił się, ale nie skomentował.

– Wiadomo, że wiara nie stanowiła kręgosłupa pańskiego życia. Ale skoro liczy się pan z tym, że to są ostatnie chwile życia, to czy gdzieś tam z głębi duszy nie pojawia się sygnał pojednania?

Nie mam najlepszego zdania o klerze… Zaglądają tu do mnie na zmianę niemal codziennie kapelani, siedzą nieraz i godzinę… – wyjaśniał z nieskrywaną irytacją w głosie narzucającą się obecność duchownych.

– Tu nie o kler chodzi – przerwałem. – Dla mnie księża i wiara to dwie różne rzeczy. Nie trzeba koniecznie spowiadać się przed kapłanem, aby ukorzyć się przed Bogiem.

– Bywało, że ludziom wierzącym zazdrościłem moralnej przystani, komfortu emocjonalnego, bo przecież jestem ochrzczony, wyrastałem w patriotycznej i katolickiej atmosferze, noszę imię na cześć dziadka, syberyjskiego zesłańca. Uczyłem się w gimnazjum prowadzonym przez księży marianów na warszawskich Bielanach, w którym kształciło się wielu znakomitych Polaków. Tam też jako harcerz składałem przyrzeczenie służyć Bogu i Ojczyźnie. Mój ateistyczny światopogląd ukształtował się pod wpływem przeżyć na zsyłce w Syberii i, może głównie, indoktrynacji w czasie zawieruchy wojennej. Całe życie byłem niewierzący, daleki od Kościoła i religii.

Po dłuższej przerwie Jaruzelski ciągnął dalej:

– Czuję się wyjątkowo osamotniony. Chwilami trudno jest usunąć z mojej świadomości myśli, jak pan to nazywa, pogodzenia się. Jednak, niełatwo jest dopiero teraz, w ostatnich minutach życia przełamać się, żałować za grzechy i okazać skruchę w obliczu Sądu Ostatecznego. Chociaż nieraz wyraźnie czuję, że bliski jestem tego kroku.

Odniosłem wrażenie, że gest pojednania z Bogiem jest niemałym problemem dla lojalnego komunisty, który musiałby zaprzeczyć własnym poglądom i wartościom, żeby wyrzec się swoich przekonań.

Myśl nawrócenia mogłaby się wiązać z uznaniem się za pokonanego, za klęskę intelektualną. To nie tylko skrupuły sumienia, chwila słabości i zachwianie niezłomnego charakteru, ale też obawa, że ktoś będzie mógł mu zarzucić tchórzostwo za to, że zatwardziały niewierny pokajał się za własne grzechy, uznał słuszność katolickiej racji i za tę zmianę poglądu religijnego straci szacunek.

– A czy wie pan, że Michaił Gorbaczow odnalazł Boga i nawrócił się na chrześcijaństwo? – starałem się go jakoś wesprzeć.

Generał nie krył zdumienia, wąskie, ściągnięte cierpieniem usta ścisnęły się jeszcze bardziej niż zwykle. Opowiedziałem mu zatem tę historię:

– Sześć lat temu, w wigilię Niedzieli Palmowej, sekretarz komunistycznej partii, która swego czasu zniosła jakąkolwiek edukację religijną, człowiek, który doprowadził do upadku imperium komunistycznego oraz muru berlińskiego, przez pół godziny modlił się na klęczkach pośród setek innych pielgrzymów, razem ze swoją córką Iriną, u grobu świętego Franciszka w bazylice w Asyżu.

Ojciec Vincenzo Coli, osłupiony tą niezapowiedzianą wizytą, relacjonował, że jeden z najbardziej wpływowych ludzi tego świata wyznał mu, że poprzez świętego Franciszka – wędrownego mistyka, symbol prostoty i ubóstwa, którego historia tak bardzo go zafascynowała – zbliżył się do wiary.

– Zagorzały ateista rozpoczął swoją podróż duchową, po śmierci żony Raisy chciał pogrzebu religijnego. W jego sercu już wtedy coś się działo. Właśnie to Coś czy Ktoś ściągnęło go na początku Wielkiego Tygodnia do bazyliki w Asyżu.

Wprawdzie we współczesnej Rosji demonstrowanie religijności przez polityka jest w dobrym tonie, Putin i Miedwiediew są często obecni na różnych świętach kościelnych, to można stwierdzić, że krok byłego przywódcy ZSRR miał całkowicie inny oddźwięk. Oznaczał po prostu jego „duchową pierestrojkę”.

Od dawna mówiło się, że Gorbaczow, jako dziecko potajemnie ochrzczone przez rodziców, tak naprawdę wrócił do chrześcijaństwa już w roku 1989, po spotkaniu z Janem Pawłem II. Zgon Raisy, którą uwielbiał, wystawił go – jak sam mówił – na okrutną próbę. Był też świadom, że rodzice małżonki, ludzie głęboko religijni, zostali zamordowani podczas II wojny światowej za posiadanie w swoim domu prawosławnych ikon. Uznał wówczas dotychczasowe życie za jałowe i instynktownie postanowił szukać większego wsparcia w religii.

W 2007 roku odwiedziłem Gorbaczowa w siedzibie Międzynarodowej Organizacji Ekologicznej „Zielony Krzyż”, której był prezydentem. Zapytałem go wtedy o spotkanie z Janem Pawłem II. „Mogę tylko wyrazić respekt wobec tej postaci i jej dokonań – odpowiedział dość zdawkowo. – Bez energii Jana Pawła II nie byłby możliwy koniec zimnej wojny”. Aby ocieplić atmosferę, powiedziałem Gorbaczowowi, że rzecznik Watykanu Joaquin Navarro-Valls wspominał, że papież cenił go i „uważał go za człowieka zasad, gotowego przyjąć wszystkie ich konsekwencje logiczne”. Chciałem wiedzieć, czy prawdą jest, jak insynuowali niektórzy dziennikarze watykańscy, że wizyta w Watykanie stanowiła znaczący moment w jego życiu. Ale Gorbaczow nie miał już ochoty, by kontynuować ten temat.

– Przypomnę, panie generale, że historia chrześcijaństwa zna nieskończenie wiele przykładów osób przeczących istnieniu siły wyższej i odwołujących się jedynie do racjonalizmu światopoglądowego, które nagle zmieniały zdanie. Wspomnę o Jeanie-Paulu Sartrze, słynnym francuskim pisarzu i filozofie, przedstawicielu egzystencjalizmu ateistycznego, który przez całe życie pozostawał niewierzącym. W obliczu choroby i śmierci odnalazł pokój i podjął ostateczną decyzję – przystąpił do sakramentu pokuty i przyjął ostatnie namaszczenie, co dla wielu było dużym zaskoczeniem.

Były prezydent RP w zamyśleniu skinął głową na potwierdzenie tych słów. W skromnym pokoiku, tylko z nazwy określanym VIP, bo niemającym niczego wspólnego z komfortem, zapadła niczym niezmącona cisza i bezczasowość.

Opowiedziałem jeszcze historię Aleksandra Gudzowatego, mojego przyjaciela, też człowieka niewierzącego, który również nie był ulubieńcem mediów. Obserwowałem, jak ten gazowy potentat w ciągu kilku ostatnich lat życia zbliżał się coraz bardziej do wiary chrześcijańskiej. Jak agnostyk uważający, że nie ma dostatecznych dowodów, aby potwierdzić lub zaprzeczyć istnienie Boga, zdecydował się na ślub kościelny, jak czcił w swoim pałacu relikwię, kroplę krwi Jana Pawła II pozostałą na szacie papieża po zamachu dokonanym przez Alego Agcę.

Przez ostatnie lata był schorowany i bardzo cierpiał. Kiedy pewnego dnia zapytałem go o Boga, nie do końca chciał się otworzyć. Innym razem jednak, zwijając się w łóżku z bólu, krzyczał do mnie zirytowany: „Jak można wątpić w istnienie Stwórcy, bez którego trudno byłoby wytłumaczyć istnienie świata”. W jego słowach była szorstkość, ale też pokora wobec autora cudu istnienia. Wyraził jeszcze myśl, że Bóg – Wielki Elektryk – gasi nam światło, kiedy chce.

Wracam do łoża śmierci Wojciecha Jaruzelskiego. Mam prawo sądzić, że byłem ostatnią osobą, która z nim rozmawiała. W dzień po mojej wizycie jego stan zdrowia gwałtownie się pogorszył i nastąpił wylew krwi do mózgu. Od tego czasu był nieprzytomny i częściowo sparaliżowany. Zmarł w 14 dni później po długiej i ciężkiej chorobie nowotworowej, nie odzyskawszy kontaktu z otoczeniem.

Odniosłem wrażenie, że gest pojednania z Bogiem jest dla niego niemałym problemem.

Niestety, myślę, że nigdy się już nie dowiemy, co działo się w jego duszy w „momencie ostatecznym”. Czy przestał mocować się z wątpliwościami, co tam, po drugiej stronie istnieje? Niepewność, szczególnie u schyłku życiowej drogi, może zawsze się pojawić. A jeśli Bóg rzeczywiście egzystuje, to trzeba się liczyć z ryzykiem wiecznego cierpienia. Lęk ma zatem prawo zakłócić spokój umysłu i godne odejście.

W dzień po tym spotkaniu wyjechałem na wyprawę do dżungli ekwadorskiej. Po powrocie ze zdziwieniem przeczytałem zaskakujące relacje. Próbowałem je połączyć z moją ostatnią rozmową z generałem.

Nie potrafiłem zrozumieć doniesienia z 30 maja, czyli z dnia pogrzebu Wojciecha Jaruzelskiego, które przeczytałem na stronie internetowej Ordynariatu Polowego w Polsce. Kanclerz kurii polowej Wojska Polskiego ks. dr Jan Dohnalik informuje (przedruk z KAI), że generał całkowicie świadomie i dobrowolnie poprosił kapelana wojskowego o spowiedź i pozostałe sakramenty. Dodaje, że zgodnie z Kodeksem prawa kanonicznego nie można odmówić pogrzebu kościelnego człowiekowi ochrzczonemu, który przed śmiercią okazał oznaki pokuty, nawet jeśli wcześniej jego życie było dalekie od praktykowania wiary. Dalej mówi: „Potwierdzam z całą pewnością, że w poniedziałek 12 maja, po Mszy Świętej o godz. 15 odprawianej o łaskę pojednania z Bogiem, do generała udał się kapelan, niosąc Najświętszy Sakrament i relikwie św. Jana Pawła II oraz św. Rafała Kalinowskiego, żołnierza powstania styczniowego. Po rozmowie z kapelanem generał w pełni świadomie wyraził wolę pojednania się z Bogiem. Wyspowiadał się, przyjął sakrament namaszczenia chorych i Komunię Świętą. Następnie ucałował relikwie świętych, przyniesione przez kapelana”.

Ksiądz płk Robert Mokrzycki, proboszcz katedry polowej, usprawiedliwiając uroczysty pogrzeb, wspomniał o nawróceniu generała i wzbudzeniu żalu za grzechy: „Spełnił tym samym kanoniczne warunki, aby po długiej drodze znów do swego serca przyjąć Jezusa Chrystusa, w ten sposób dać zewnętrze świadectwo powrotu do źródeł życia, do katolickiej wspólnoty wiary. Dziś Wojciecha Jaruzelskiego, który wielokrotnie publicznie deklarował swoją niewiarę, służył przez lata bezbożnemu, ateistycznemu systemowi ideologicznemu i politycznemu, formalnie możemy traktować jako osobę nawróconą. Stanął on przed Chrystusem, do którego należy «pełne prawo ostatecznego osądzenia czynów i serc ludzkich»”.

Zadzwoniłem do kapelana Marka Kwiecińskiego z pytaniem, czy mógłby rozwiać moje wątpliwości na temat pojednania Jaruzelskiego z Bogiem. Potraktował mnie jak dziennikarza z bulwarowej prasy, nieprzyjemnym, impertynenckim tonem nielicującym z duchownym. Wtedy powtórzyłem pytanie do biskupa Józefa Guzdka. Odpowiedzi udzielił mi notariusz kurii polowej WP ks. płk Zbigniew Kępa, informując, że tę informację znajdę na stronie internetowej wyżej już wspomnianego przeze mnie Ordynariatu Polowego.

Spotkałem zaprzyjaźnionego księdza z diecezji łomżyńskiej. Powiedział mi, że nie bez trudu zdobył się na modlitewny akt prośby o łaskę dla wojującego z Kościołem nieszczęśnika. „Trudno jest mi wymazać stan wojenny z jego biografii. Choć nie znajduję dla tych czynów żadnego usprawiedliwienia, to jednak nie mogłem zapomnieć o mojej boskiej posłudze i rozmijać się z Ewangelią. Ponieważ szczerze modlę się szczególnie za tych, którzy tego najbardziej potrzebują, więc także i w intencji duszy Jaruzelskiego”, wyznał mi szczerze.

Jak było do przewidzenia, uroczystości pogrzebowe wzbudziły wielkie emocje. Incydenty zakłóciły nawet mszę odprawioną w intencji Wojciecha Jaruzelskiego w katedrze polowej Wojska Polskiego, w której uczestniczyli trzej ostatni żyjący prezydenci RP. Dalsza część, złożenie w grobie w kwaterze I Armii WP na Powązkach, odbyła się w majestacie państwa. Bo „trudno, żeby było inaczej w przypadku pogrzebu byłego prezydenta” – tłumaczył doradca Bronisława Komorowskiego profesor Tomasz Nałęcz.

Przemarszowi konduktu towarzyszyły gwizdy, krzyki „hańba!”, rękoczyny i wulgarne wyzwiska przeciwników pochówku autora stanu wojennego z honorami wojskowymi – w asyście orkiestry i kompanii honorowej WP.

Czy nie jest tak, że majestatowi śmierci człowieka towarzyszył swoisty deal? Kościół miał swoją zasługę, bo rozgrzeszył pokutującego grzesznika, takiego, który szkodził wprost Kościołowi, prześladując powoływanych do wojska uczniów seminariów duchownych. Jednocześnie Kościół swoim autorytetem wspierał pogrzeb państwowy i działania Kancelarii Prezydenta. Z takim poręczeniem mogła ona zapewnić ceremonii pogrzebowej państwową pieczęć.

Jak zatem wyglądała słynna spowiedź Jaruzelskiego, który, jak poświadczają dyżurni lekarze i oficerowie BOR-u, u kresu życia nie był przy świadomości, a co najwyżej wydawał od czasu do czasu nieartykułowane dźwięki? Kaznodzieja, który zawłaszczył sobie konwersję generała, nie komentuje tego faktu, zasłaniając się obowiązkiem zachowania dyskrecji.

Według nowego Kodeksu prawa kanonicznego z 1983 roku jednym z ważniejszych zadań stojących przed duszpasterstwem jest większe niż dotychczas wykorzystanie obrzędu odwiedzin chorych połączonego z odpowiednio wcześniejszym głoszeniem słowa Bożego, ukazanie sensu ich cierpienia oraz możliwości zbawczego wykorzystania cierpienia przez złączenie go z cierpiącym Chrystusem. Rytuał wymaga od duszpasterzy, aby tak przygotowywali chorego, że w odpowiednim czasie on sam poprosi o przyjęcie sakramentów: pokuty i pojednania, komunii św. i wreszcie namaszczenia chorych, oraz związanej z tym łaski przebaczenia.

Wdowa po generale, która zapewnia, że jest osobą wierzącą, chociaż niepraktykującą, wyznała mi niedawno: „Jeśli mąż na łożu śmierci wybrał moment łaski, to bardzo dobrze. Cieszę się z tego. Ja zupełnie nie wiem, po co on zawsze tak się upierał przy swoim ateizmie”.

Nigdy się już nie dowiemy, co działo się w jego duszy w „momencie ostatecznym”. Czy przestał mocować się z wątpliwościami.

Wiem dobrze, że ze względu na wylew Wojciech Jaruzelski, nawet gdyby chciał, nie był w stanie wyrazić życzenia przyjęcia sakramentów. Kapłan nie zdążył więc z celebracją w formie nadzwyczajnej, stosowanej w bliskim niebezpieczeństwie śmierci. Kodeks prawa kanonicznego mówi, że nie udziela się sakramentu chorych osobom, które utraciły przytomność, a które nie wykazywały kiedykolwiek pozytywnych dowodów przyjęcia pomocy, jaką daje Kościół. Jednak, jeśli istnieje prawdopodobieństwo, że jako wierzący prosiliby o to, gdyby byli przytomni, można takiego sakramentu udzielić, a to staje się nawet dla osoby, która żyła bezbożnie, istnym filarem zbawienia.

Po rozmowie z generałem mam prawo przypuszczać, że przed przekroczeniem granicy egzystencji takie prawdopodobieństwo oczywiście istniało i kapłan, zgodnie ze swoim sumieniem, to wykorzystał. Niestety, udzielony w ten sposób prawomocny sakrament nie ma nic wspólnego z pokrętną wersją ogłoszoną przez kurię polową WP.

Czułem się w obowiązku złożyć relację ze swojego spotkania z generałem, świadom tego, że prawda nie szkodzi, tylko wyzwala.

Jacek Pałkiewicz
pałkiewicz_jan paweł II
*Jacek Pałkiewicz – autor był uhonorowany przez Benedykta XVI „za wybitny dorobek w promocji człowieka i zaangażowanie w pracę charytatywną oraz edukacyjno-wychowawczą” krzyżem Pro Ecclesia et Pontifice (Dla Kościoła i Papieża)

Oświadczenie ONZ: Państwa Ukraina nie ma – i nigdy nie było

Ban Ki-moon_Ukraina

7 kwietnia 2014 roku ósmy Sekretarz Generalny ONZ Ban Ki-moon wygłosił oszałamiające oświadczenie, którego emisja została zakazana w ukraińskich mediach i w internecie.

Do porządku obrad na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa ONZ została wniesiona kwestia konfliktu między dwoma państwami. W rezultacie uzgodniono następujący wniosek: Ukraina od dnia 25 grudnia 1991 roku do dzisiaj nie zarejestrowała jeszcze swoich granic. W ONZ nie zostały przedstawione i zarejestrowane granice Ukrainy jako suwerennego państwa!

Z tego powodu możemy uważać, że żadnych naruszeń prawa przez Rosję wobec Ukrainy nie było i być nie może. Zgodnie z umową ze Wspólnotą Niepodległych Państw terytorium Ukrainy jest okręgiem administracyjnym Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Tak więc nie można nikogo obwiniać o separatyzm i przymusową zmianę integralności granic Ukrainy. W ramach prawa międzynarodowego kraj ten po prostu nie ma oficjalnie zatwierdzonej granicy.

a

Aby rozwiązać ten problem, Ukraina powinna dokonać demarkacji granic z państwami sąsiadującymi – przy obowiązkowej zgodzie państw granicznych, w tym Rosji. Wszystko powinno być udokumentowane i podpisane przez wszystkie państwa graniczne, uczestniczące w umowie. Unia Europejska wyraziła ogromne pragnienie wsparcia Ukrainy w tak ważnej kwestii i podjęła decyzję o udzieleniu pomocy technicznej. Ale czy Rosja będzie podpisywać umowę o granicach z Ukrainą? Oczywiście, że nie.

Bez względu na to natychmiast zostały podjęte prace demarkacyjne. Dwie grupy wykwalifikowanych ekspertów pracują przy wyznaczaniu linii granicznej w terenie i zajmują się sprawdzaniem faktów z istniejącymi mapami.

W oparciu o fakt, że Rosja jest prawnym następcą Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich (co zostało potwierdzone decyzjami sądów międzynarodowych dotyczących sporów o własności byłego ZSRR za granicą), terytorium, na którym obecnie znajduje się Republika Ukraina w granicach ZSRR (Małorosja i Noworosja), jest własnością Rosji. I nikt nie ma prawa dzisiaj dysponować tym terytorium bez zgody Rosji – prawnego posiadacza praw do tego terytorium.

a

W istocie Rosji wystarczy obecnie jedynie złożyć oświadczenie o tym i ogłosić, że terytorium to jest terytorium Rosji, ostrzegając przy tym, że wszystko, co dzieje się na tym terytorium, jest wewnętrzną sprawą Rosji. Każda interwencja będzie postrzegana jako działanie przeciwko Rosji. W rezultacie można unieważnić wyniki wyborów z dnia 25 maja 2014 r. i robić dalej wszystko tak, jak zechce naród.

Według Memorandum Budapeszteńskiego i innych umów Rosja zobowiązań nie może mieć, ponieważ nie ma parafowanych granic. Nie ma (i nie było!) państwa Ukraina.

Aleksandr Panin

Centralna Agencja Informacyjna Noworosji

30 maja 2014 r.

novorus.info

Mówią eksperci:

Demarkacja (wytyczenie) granic Ukrainy – tylko w ramach projektu na podstawie umowy z UE.

W angielskim kanale „Thames TV” pokazano, jak parlament od rana omawia kwestię ukraińską. Okazuje się, że Ban Ki-moon wczoraj (6.05.2014) w ONZ wygłosił unikalne oświadczenie, że Rada Bezpieczeństwa ONZ po raz kolejny rozpatrywała kwestię Ukrainy.

W kwestii tej eksperci ustalili ciekawy wniosek w ramach prawa międzynarodowego: okazuje się, że po upadku Związku Radzieckiego Ukraina nie raczyła przeprowadzić i zarejestrować należycie w ONZ demarkacji swoich granic jako państwa.

Według granic pozostaje ona okręgiem administracyjnym w granicach ZSRR, zgodnie ze zwykła umową w ramach WNP, która nie ma mocy prawnej w ONZ.

A ponieważ kraj nie ma oficjalnej granicy w ramach prawa międzynarodowego, to nie ma żadnych podstaw, aby mówić o jej naruszaniu. Również nie ma podstaw, aby mówić o separatyzmie czyli wymuszonej zmianie konfiguracji granicy. Przecież zmienić coś, czego nie ma – nie można.

Ponadto, podkreśla się, że demarkacja granic Ukrainy jest tylko w projekcie dotyczącym porozumienia z Unią Europejską.

W porządku obrad o stowarzyszeniu między UE a Ukrainą, przyjętym w Luksemburgu we wtorek, powiedziano, że UE pomoże Ukrainie, okazując pomoc techniczną w demarkacji jej granic z państwami sąsiadującymi.

Przy tym ramy czasowe przeprowadzenia prac demarkacyjnych na miejscu na razie nie są prognozowane.

Zdaniem laika:

Prawie trzy miesiące minęły od wypowiedzi Sekretarza Generalnego ONZ, że zgodnie z prawem międzynarodowym państwa pod nazwą Ukraina nie ma i nigdy nie było, ponieważ nie ustaliła i nie zarejestrowała w ONZ swoich granic. Jest nadal częścią Rosji, spadkobierczyni dawnego ZSRR.

W związku z tym nasuwają się następujące pytania:

* Dlaczego wszystkie polskie media, zarówno lewicowe, prawicowe, jak i tzw. niezależne nawet nie raczyły zauważyć tego, na pewno ważnego, wydarzenia? Na żadnej stronie blogów w polskim Internecie nie ma nawet wzmianki o oświadczeniu Sekretarza Generalnego ONZ. Jedynie na stronie Piotra Beina ukazała się informacja o artykule Agencji Noworosji pt. „Państwa Ukraina nie ma i nigdy nie było”:

http://piotrbein.wordpress.com/2014/06/01/un-state-of-ukraine-does-not-exist-and-never-did-onz-panstwo-ukraina-nigdy-nieistnialo-i-nieistnieje/ (bez tłumaczenia artykułu).

* Dlaczego prezydent Rosji W. Putin nie wykorzystał oświadczenia ONZ do załatwienia wszystkich sporów i konfliktów i przyzwolił w ten sposób do krwawych wydarzeń na Południowym Wschodzie. Wystarczyło tylko ogłosić, że zgodnie z prawem międzynarodowym Ukraina jest częścią Rosji i w celu uśmierzenia zamieszek i wystąpień, niezgodnych z prawem, wprowadza się wojska rosyjskie na Ukrainę jako okręgu administracyjnego Rosji. Ocalono by życie tysięcy obywateli.

* Dlaczego obecnie Amerykanie wspólnie z UE pospiesznie dokonują prac związanych z demarkacją granic Ukrainy? Przecież taka demarkacja jest robiona na potrzeby umowy stowarzyszeniowej z Unią, a w sensie prawa międzynarodowego nie będzie ona miała mocy prawnej w ONZ (podobnie jak umowa w tej kwestii zawarta z WNP).

* Czy mimo nieważności demarkacji prezydent Putin nadal nie będzie chciał wykorzystać tej korzystnej okazji do wygrania kolejnej potyczki z Zachodem (po przyłączeniu Krymu)?

Tłumaczył Janusz Sielicki

29 czerwca 2014 r.

wolna-polska.pl

Komentarz Tajnego Archiwum Watykańskiego:

Odpowiedź na powyższe pytania jest następująca: Władymir Putin nie może oficjalnie zabrać głosu w tej sprawie, gdyż polityka Rosji zarówno za prezydenta Borysa Jelcyna, jak i za prezydenta Dmitrija Miedwiediewa w kwestii granic z Ukrainą była odmienna, czego dowodem jest choćby wspomniane powyżej Memorandum Budapesztańskie o Gwarancjach Bezpieczeństwa z 5 grudnia 1994 r., które już w pierwszym punkcie tekstu uznaje „niezależność i suwerenność istniejących granic Ukrainy”:

1. Federacja Rosyjska, Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej oraz Stany Zjednoczone Ameryki potwierdzają swoje zaangażowanie, zgodnie z zasadami Aktu Końcowego Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, w poszanowanie niezależności i suwerenności istniejących granic Ukrainy.

http://www.cfr.org/arms-control-disarmament-and-nonproliferation/budapest-memorandums-security-assurances-1994/p32484

Wspólne zaś oświadczenie pomiędzy Stanami Zjednoczonymi Ameryki a Federacją Rosyjską z 4 grudnia 2009 r., podpisane przez prezydenta Baracka Obamę i prezydenta Dmitrija Miedwiediewa, Memorandum Budapesztańskie w kwestii Ukrainy potwierdza.

http://www.state.gov/r/pa/prs/ps/2009/dec/133204.htm

Ukraina – o co naprawdę chodzi:

https://tajnearchiwumwatykanskie.wordpress.com/category/ukraina-o-co-naprawde-chodzi/

Mówienie prawdy o syjonistyczno-amerykańskim zamachu stanu na Ukrainie niepokoi salony…

ukraine-west-east

Odnoszę wrażenie, że „proizraelski” portal „Fronda” coraz bardziej upodabnia się nie tyle może do najweselszego w „Gazecie Wyborczej” działu religijnego, co do jakiejś delegatury tej gazety w środowisku tak zwanych „poszukujących”. Objawia się to nie tylko w postaci autocenzury, ale również w bardzo podobnym sposobie argumentowania. Oto panowie Tadeusz Grzesik i Paweł Chmielewski napisali, że jestem – podobnie jak Janusz Korwin-Mikke, Mariusz Max Kolonko, Robert Winnicki i Grzegorz Braun – „ukąszony” przez Putina. A padło na mnie takie podejrzenie, ponieważ głoszę „niepokojące” poglądy „na sprawę ukraińskiego konfliktu”. Zwracam uwagę, że panowie Autorzy nie zarzucają żadnemu ze skrytykowanych, że głosi poglądy niesłuszne, fałszywe, oparte na przesłankach wyssanych z palca, tylko „niepokojące”.

Znaczy – są tymi poglądami zaniepokojeni. A dlaczego? Możliwości jest kilka. Po pierwsze dlatego, że te poglądy nie mieszczą się panom Autorom w głowach. To jest możliwe; bo gdyby mieli większe głowy, to być może również i te poglądy by się im pomieściły. Jeśli jednak nie maja, no to nic na to poradzić nie można. Inny możliwy powód to ten, że owe „niepokojące” poglądy odbiegają od poglądów zatwierdzonych. To bardzo możliwe, bo – zwłaszcza „w sprawie ukraińskiej” daje się zauważyć daleko idąca zbieżność, jeśli nie identyczność poglądów, nie tylko w obozie zdrady i zaprzaństwa, ale i wśród płomiennych monopolistów patriotyzmu, co przenosi się następnie zarówno na środowisko dziennikarzy tzw. niezależnych, to znaczy tych, którzy słuchają się pana redaktora Adama Michnika, jak i na środowisko dziennikarzy tzw. „niepokornych” to znaczy tych, którzy słuchają się pana Adama Lipińskiego. Ponieważ ja nie należę ani do środowiska dziennikarzy niezależnych, ani do środowiska dziennikarzy niepokornych, to nic dziwnego, że głoszone przeze mnie poglądy, zresztą nie tylko „w sprawie ukraińskiej”, zarówno w jednym, jak i w drugim środowisku, mogą być uznane za „niepokojące”. Trzeci wreszcie powód, nawiasem mówiąc, związany z tym drugim, wynika stąd, że panowie Autorzy nie potrafią tych poglądów podważyć, a w każdym razie – nie uczynili tego w swojej publikacji – co może wzbudzić w nich zrozumiały w tej sytuacji niepokój, czy poglądy głoszone w tej sprawie przez nich samych nie są przypadkiem błędne. Warto zwrócić uwagę, że klasyfikowanie cudzych poglądów jako „niepokojących” albo „niedopuszczalnych” stało się od pewnego czasu ulubionym sposobem dyskutowania ormowców politycznej poprawności.

michalkiewicz-148550Ale mniejsza już o panów Autorów, bo ważniejsze są te „niepokojące” poglądy. Panowie Autorzy twierdzą, że ich głosiciele zostali „uwiedzeni” rosyjską władzą i w rezultacie „moskiewska polityka” jest przez nich „akceptowana”. Mówiąc w krótkich żołnierskich słowach, sugerują, że albo jestem ruskim agentem, albo – w najlepszym razie – tzw. „pożytecznym idiotą”. Oskarżenia o ruską agenturalność pod względem ilościowym zaczynają już dorównywać oskarżeniom o „antysemityzm”, w następstwie czego zaczynają podlegać podobnej inflacji. W moim przypadku dochodzi do tego czynnik dodatkowy. Mianowicie przez pana red. Engelgarda i środowisko „Myśli Polskiej” jestem uważany za notorycznego rusofoba. Podejrzewam w związku z tym, iż ruskim agentem zostałem dlatego, że nie śpiewam w jednym chórze ani z dziennikarzami „niezależnymi”, ani z „niepokornymi”, którzy zaczęli ćwierkać z tego samego klucza, jak tylko Amerykanie zasponsorowali w Kijowie kolejny Majdan, a w Polsce zaczęli na gwałt reaktywować Stronnictwo Amerykańsko-Izraelskie, które obok Stronnictwa Ruskiego i potężnego Stronnictwa Pruskiego próbuje włączyć się do rządów nad naszym nieszczęśliwym krajem.

Dmitry Medvedev, Shimon Peres
Shimon Peres i Dmitrij Anatoliewicz Miedwiediew, 18 sierpnia 2009 r., Soczi

Rzućmy jednak okiem na „sprawę ukraińskiego konfliktu”, na tle której panowie Autorzy nabrali swoich podejrzeń. Po sławnym „resecie”, jakiego w następstwie uzgodnień poczynionych przez izraelskiego prezydenta Peresa z rosyjskim prezydentem Miedwiediewem 18 sierpnia 2009 roku w Soczi, 17 września 2009 roku dokonał prezydent Obama w stosunkach z Rosją, próżnię polityczną w Europie Środkowej, powstałą po wycofaniu się USA z aktywnej polityki w tym rejonie, wypełnili strategiczni partnerzy, tj. Niemcy i Rosja, których strategiczne partnerstwo wyznaczyło ramy polityki europejskiej. Zostało to potwierdzone ustanowieniem w listopadzie 2010 roku w Lizbonie strategicznego partnerstwa NATO-Rosja. Ubocznym tego skutkiem było podpisanie w sierpniu 2012 roku w Warszawie deklaracji o pojednaniu między narodami polskim i rosyjskim przez patriarchę Moskwy i Wszechrusi Cyryla i JE abpa Józefa Michalika, który w wywiadzie prasowym powiedział m.in., że „na tym etapie nie mogliśmy tego nie uczynić”.

Cyryl MichalikWydawało się tedy, iż kamieniem węgielnym strategicznego partnerstwa niemiecko-rosyjskiego jest respektowanie przez obydwu partnerów podziału Europy na strefy wpływów wzdłuż linii „Ribbentrop-Mołotow”, z korektą na republiki bałtyckie. Nasz nieszczęśliwy kraj sprawiał wrażenie swego rodzaju „strefy buforowej”, w której wpływy niemieckie i rosyjskie się równoważą. Czyż nie z tego powodu minister Sikorski deklarował pragnienie intensyfikacji niemieckiego przywództwa w sfederalizowanej Unii, a pan redaktor Michnik stał się bywalcem Klubu Wałdajskiego, w którym Włodzimierz Putin swoich gości obficie karmił i poił?

I kiedy się wydawało, że tak już będzie – bo celem niemieckiej i francuskiej polityki jest „europeizacja Europy” – Amerykanom znowu się odmieniło. Z jakiegoś zagadkowego powodu postanowili wrócić do aktywnej polityki w Europie Środkowej i zasponsorowali w Kijowie kolejny Majdan.

Żydówka Victoria Nuland wprowadzająca na Ukrainę Nowy Porządek Świata (NWO)
Żydówka Victoria Nuland wprowadzająca na Ukrainę Nowy Porządek Świata.

Polska wypiera się udziału w przygotowaniach tej operacji – ale jeśli to prawda, to tym gorzej, bo to by oznaczało, że Amerykanie żądają od nas podjęcia się usług dywersanckich właściwie w ciemno, bez żadnych zobowiązań wobec Polski z ich strony. Dlatego właśnie w Radiu Maryja dwukrotnie postulowałem, że skoro tak, to niech przynajmniej obiecają nam, że nie będą na Polskę naciskali, by zrealizowała żydowskie roszczenia majątkowe i żeby Polska – podobnie jak inne państwo frontowe, tzn. Izrael – otrzymywała z tego tytułu co najmniej 4 mld dolarów rocznie. Jest to warunek sine qua non, tym bardziej, że „sprawa ukraińskiego konfliktu” została chyba spartolona. Jak bowiem dotąd, to jedynym beneficjentem jest Rosja. [Nie tylko Rosja – „lichwiarska międzynarodówka” może teraz Ukraińców doić na potęgę i zadłużać „do siódmego pokolenia” włącznie – TAW]. Nie tylko odzyskała Krym, ale widać, jak konsekwentnie przeprowadza rozbiór Ukrainy, który na dłuższą metę może okazać się jedynym rezultatem tego eksperymentu. Nie możemy bowiem wykluczyć powtórnego „resetu” w stosunkach amerykańsko-rosyjskich, a w takiej sytuacji przebieg wewnętrznych granic w rosyjskiej strefie wpływów w Europie nie jest aż taki ważny, żeby narażać Polskę na darmowe ryzyka tym bardziej, że Kijów najwyraźniej wolałby walczyć cudzymi rękami. Niestety zamiast rzeczowych politycznych analiz, z mediów dobiegają jedynie złorzeczenia pod adresem złego Putina, a kto nie przyłącza się do tego chóru wujów, tego ormowczykowie Europy w podskokach oskarżają o agenturalność.

Stanisław Michalkiewicz

michalkiewicz

 

 

 

 

http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=3111

O co naprawdę chodzi na Ukrainie czytaj również na:

https://tajnearchiwumwatykanskie.wordpress.com/category/ukraina-o-co-naprawde-chodzi/