Chodzenie boso rozładowuje stres, leczy nerwicę i depresję

<https://youtu.be/IzMIBPVsOwY

Chodzenie boso rozładowuje stres, leczy nerwicę i depresję, jonizuje ujemnie, czyli przywraca równowagę bioelektromagnetyczną w organizmie. Przekaz Sebastiana Szamana 21 Wieku.

Reklamy

Kauszyki – słowiański taniec Mocy

<https://youtu.be/4Khx-Ir6n9o

Taniec pomagający w uzdrowieniu w planie fizycznym oraz psychoduchowym.

Główne efekty tańca:

  • likwiduje bezsenność, stany apatii i depresji, histerii;
  • pomaga pozbyć się lęków, poczucia rozpaczy i beznadziei;

  • sprzyja samowyrażeniu;

  • zmniejsza zmarszczki, dodaje uroku, poprawia wygląd skóry;

  • wzmacnia i reguluje pracę gruczołów wydzielania wewnętrznego;

  • poprawia pracę kręgosłupa i stawów;

  • leczy zachorowania żołądka, wątroby, hemoroidy;

  • likwiduje choroby pęcherza moczowego, nerek;

  • reguluje miesiączki;

  • ułatwia poród.

Muzyka do tańca (10 minut):

<https://youtu.be/ivhnMcK4z08

Muzyka do tańca (21 minut):

<https://youtu.be/UzyodE7bxS8

źródło: <https://youtu.be/4Khx-Ir6n9o

Mózg w brzuchu – trzeci mózg człowieka. Jak zależność mózg-jelita wpływa na nasz nastrój, decyzje i stan zdrowia

Gdyby ktoś zadał nam pytanie, gdzie zna­j­duje się mózg, odpowiemy bez waha­nia, że w głowie. To prawda, ale nie do końca. Drugi mózg mamy bowiem w brzuchu [drugi mózg człowieka znajduje się w sercu, trzeci w brzuchu – przyp. TAW].

Te dwie części ciała są ze sobą ściśle pow­iązane. Do niedawna nawet nie wiedziano, jak bardzo. Zas­tanaw­iano się, czysto teo­re­ty­cznie, dlaczego reakcją na stres bywają sen­sacje żołąd­kowe albo ściskanie w przełyku. Z jakiego powodu mówi się, że zakochani czują motyle w brzuchu. No i dlaczego stare traumy i lęki najchęt­niej umiejs­caw­iają się właśnie w układzie trawiennym.

Naukowcy wresz­cie wzięli pod lupę ten zadzi­wia­jący sys­tem i odkryli tajem­nicze więzi. Okazuje się, że narządy pokar­mowe są wyposażone w

niezwykle skom­p­likowany sys­tem nerwowy.

Żołądek i jelita pokrywa sieć komórek ner­wowych iden­ty­cznych z komórkami kory móz­gowej. Ta infor­ma­cja znana jest badac­zom już od jakiegoś czasu. Jed­nak dopiero parę lat temu odkryto, jak dzi­ała ów drugi mózg. Dokonał tego dr Michael Ger­shon z Colum­bia Uni­ver­sity Med­ical Cen­ter, twórca nowego ter­minu medy­cznego. Jego praca sprowokowała środowisko lekarskie do dal­szych poszuki­wań. Automatycznie nar­o­dz­iła się też nowa gałąź nauki o nazwie neurogastrologia.

Okazało się, że drugi mózg jest samodzielny, ale nie całkiem nieza­leżny. Pro­ces traw­ienia, przyswa­ja­nia dobroczyn­nych sub­stancji i pozby­wanie się resztek okazuje się zaję­ciem bardzo pra­cochłon­nym. Dlat­ego natura w pewnym sen­sie uwol­niła od tego zada­nia mózg w głowie, który ma ważniejsze zada­nia, takie jak rozwi­janie zdol­ności log­icznego myśle­nia, umiejęt­ność anal­izy, zapamię­ty­wanie, także mowę i odczuwanie emocji.

Traw­ie­niem zaw­iaduje nasz drugi mózg, który jed­nocześnie wywiera wpływa na nas­trój i stan psy­chiczny człowieka. Jest on nieco uboższy w komórki ner­wowe. W jeli­tach zna­j­duje się około 100 mil­ionów neu­ronów, czyli mniej niż w mózgu, ale za to znacznie więcej niż w obwodowym układzie ner­wowym i rdze­niu kręgowym. To chyba za dużo, gdyby wziąć pod uwagę jedynie proces trawienia. Dlatego dr Gershon stwierdził, że neurony jelitowe muszą odgrywać jeszcze inną, o wiele ważniejszą rolę.

Mimo że mózg nie wydaje rozkazów, w jakim tempie ma przebiegać trawienie i ile soków żołądkowych ma zostać wydzielanych, to jednak oba centra dowodzenia są w stałym kontakcie. Dwa układy nerwowe przesyłają sobie informacje poprzez nerw błędny. Ku zdumieniu badaczy okazało się, że aż 90% telefonów jest autorstwa jelit, a tylko 10% impulsów pokonuje drogę w drugą stronę, od zwojów w głowie. Biedny mózg jest wręcz zasypywany wiadomościami z brzucha! Otrzymuje pełen serwis informacyjny o stanie odporności organizmu, stresie; jest też natychmiast alarmowany w przypadku zagrożenia.

Dzięki swej olbrzymiej powierzchni jelita i żołądek pełnią rolę największego narządu zmysłowego w ludzkim ciele. Dysponują rozmaitymi przekaźnikami i są wyjątkowo precyzyjnie unerwione. Nie tak, jak zamknięty w kostnej puszce mózg.

Jelita to gigantyczny Matrix – pisze Giulia Enders w książce „Historia wewnętrzna” – najbardziej fascynujący organ ciała. Rejestruje on nasze życie wewnętrzne i oddziałuje na podświadomość.

Dr Giulia Enders (ur. 1990) – niemiecka gastroenterolog, autorka światowego bestsellera „Darm mit Charme. Alles über ein unterschätztes Organ”, 2014 (Jelita z urokiem. Wszystko o niedocenianym narządzie; tytuł polskiego wydania: „Historia wewnętrzna. Jelita – najbardziej fascynujący organ naszego ciała”, 2015)

Myślące jelita

Odkrycia te zainspirowały naukowców do podjęcia poważniejszych badań dotyczących zależności występujących pomiędzy mózgiem a układem trawiennym. Wcześniej podśmiewano się z tego, bu niby co mają kiszki do myślenia? A jednak!

Gastrolodzy, którzy leczyli problemy jelitowe, np. zaparcia, biegunki czy zespół jelita drażliwego, byli przekonani, że są to tzw. choroby psychosomatyczne wywołane przewlekłym stresem lub traumą. Przecież statystyki nie kłamią. Większość osób dotkniętych depresją albo lękiem cierpi również na kłopoty żołądkowe. Dzięki odkryciu dr. Gershona nasuwa się jednak pytanie, co było pierwsze? Czy najpierw pojawiła się depresja, czy choroby trawienne? Może wszystko zaczęło się od kłopotów w brzuchu, a potem radykalnie spadł nastrój?

Winę za ten stan rzeczy ponosi neuroprzekaźnik – serotonina. W mózgu czaszkowym odgrywa on ważną rolę, ale w brzuchu jest po prostu solistą. To kurier zarówno na swoim terenie, miedzy komórkami nerwowymi, jak i mózgiem a jelitami. Jeśli serotoniny jest zbyt wiele, zostaje usunięta przez specjalne transportery nazywane SERT. Gdy mechanizm zawiedzie, a serotoniny wciąż będzie nadwyżka, może skończyć się to chorobą jelit. Nadmiar tego neuroprzekaźnika powoduje bowiem stany zapalne.

Większość serotoniny produkowanej przez organizm powstaje właśnie w brzuchu. Sygnały alarmowe wciąż płyną do mózgu, a ich efektem jest napięcie wewnętrzne i spadek nastroju. Teoretycznie bez powodu, bo humor przestaje dopisywać nawet, gdy w życiu wszystko się układa. Prof. Emeran Mayer, psychiatra i fizjolog z David Geffen School of Medicine, twierdzi, że owe telefony z jelit zawsze wpływają na nastrój. Także wówczas, gdy układ trawienny funkcjonuje bez zarzutu. Badacz uważa, że duża część emocji wiąże się z pracą nerwów jelitowych.

Odkrycie to może przynieść konkretne korzyści. Koncerny farmaceutyczne już pracują nad jelitowymi środkami psychotropowymi. Mają one jedno zadanie – regulować poziom serotoniny. Ponieważ emocje są ściśle powiązane z trawieniem, złe przeżycia i wewnętrzne napięcie również mogą doprowadzić do chorób układu pokarmowego. W stresie słabną ścianki jelit i produkcja dobrych bakterii tworzących barierę ochronną naszych brzuchów. Może pojawić się biegunka, dlatego ludzie zdenerwowani wciąż latają do toalety. Kończy się stres, znikają też kłopoty gastryczne. Gdy natomiast napięcie wewnętrzne trwa i trwa, możemy spodziewać się znacznie poważniejszych problemów trawiennych, takich jak np. wrzody czy skurczowe bóle.

Jak widać, przeciągający się stres jest zabójcą nie tylko szarych komórek mózgowych. Również w żołądku potrafi doprowadzić do potężnego bałaganu. Mechanizm, o jakim mowa, irlandzcy naukowcy przetestowali na myszach. Jednej grupie gryzoni podawali przyjazne bakterie. Okazało się, że myszki te wygrywały w testach na orientację, lepiej się uczyły od swoich koleżanek i poprawiła im się pamięć. Miały też więcej woli walki i nie poddawały się tak łatwo. Pozwolił im na to niski poziom hormonu stresu we krwi.

Może więc wzorem myszy zaserwować sobie kurację dobrymi bakteriami? Giulia Enders, jedna z badaczek gryzoni, zaobserwowała, że po miesiącu przyjmowania preparatów nastąpiły u nich zmiany w obszarach mózgu odpowiedzialnych za odczuwanie bólu i emocje. Uczestniczki eksperymentu wyraźnie poweselały i wzrósł im poziom inteligencji. Dlaczego więc nie brać z nich przykładu?

Podążając dalej tym tropem, można zastanowić się, czy ludzie narzekający na depresję, lęki i czarnowidztwo nie powinni zacząć od kuracji związanej z trawieniem, a dopiero w drugiej kolejności wybrać się do psychiatry po leki? W wielu przypadkach bowiem schorowane jelita rujnują nastrój w głowie. […]

Życie bez stresu

Brzmi pięknie, ale raczej abstrakcyjnie, skoro stresu nie da się uniknąć. Najważniejsza jest natomiast nasza reakcja i umiejętność rozładowania napięcia. Chodzi o to, by jak najszybciej zrzucić z siebie zdenerwowanie czy złość. Nie mielić bez końca tematu w głowie.

Eckhart Tolle przytacza w swojej książce „Nowa Ziemia” piękną opowieść buddyjską. Dwóch mnichów zen, Tanzan i Ekido, wyruszyło w daleką drogę. Wędrowali pieszo, aż w pewnej chwili dotarli do bagnistego wąwozu. Starszy dostrzegł kobietę, która bezskutecznie próbowała przedostać się przez błoto na drugą stronę. Bez słowa podszedł do niej, wziął ją na ręce i przeniósł. Młodszy spoglądał na niego z rosnącym zdumieniem, ale nic nie powiedział. Dopiero po kilku godzinach wędrówki odważył się zadać pytanie: Dlaczego niosłeś tę dziewczynę? My, mnisi, nie robimy takich rzeczy. Tanzan zaś odparł: Postawiłem ją na ziemi wiele godzin temu, a ty nadal ją dźwigasz?

Właśnie tak zachowuje się większość ludzi. Nie potrafią pożegnać się z bolesną czy dziwną sytuacją, rozpamiętując ją bez końca. Oglądają się za siebie, wspominają trudną przeszłość, która całkiem nimi zawładnęła, albo, mimo że na przykład konflikt już się skończył, w myślach nadal go przeżywają. Powtarzają ze złością: Jak on mógł!

W takim przypadku warto wziąć przykład ze świata zwierząt. Gdy ptaki biją się o względy samicy, ich bitwa trwa krótko. Potem otrzepują się i lecą dalej. Przegrany nie zżyma się, że piękna pani ptakowa umknęła mu sprzed nosa. Poobserwujmy też psy. Ich walka się nie przedłuża, przegrany przeważnie ustępuje. Gdy hierarchia zostaje ustalona, czworonogi mogą nawet bawić się ze sobą. Ich umysł działa w pewnym sensie na bieżąco. Jest sprawa do załatwienia, więc ją załatwiają, ale za chwilę już o niej zapominają.

Nam ludziom bardzo trudno jest żyć tu i teraz. Zazwyczaj wędrujemy myślami w przeszłość albo przyszłość i żyjemy w stresie. A chwila obecna nam umyka.

Doskonałą metodą na relaks i całkowite rozładowanie napięcia jest medytacja. Najlepiej połączona z wizualizacją, by myśli gdzieś nie zabłądziły [przy temacie medytacji zawsze pamiętajmy o medytacyjnym bhp: przed i po medytacji poprosić jaźń o zabezpieczenie naszego pola – przyp. TAW]. Wcześniej dobrze jest wykonać serię oddechów ognia, rodem z kundalini jogi [kundalini to nic innego jak energia życia – przyp TAW]. Ustawiamy się w pozycji siadu skrzyżnego, a kto nie może, niech usiądzie na krześle. Ważne, by plecy były wyprostowane, a głowa uniesiona. Oddychamy szybko samym brzuchem. Przy wdechu go wypinamy, przy wydechu wciągamy. Po serii takich oddechów niewprawionym może się zakręcić w głowie, ale to szybko minie. Oddychamy ustami, można wyciągnąć język jak zziajany pies, albo dotknąć nim podniebienia.

Zacznij od diety

Lekarze nie zdają sobie sprawy, albo nie chcą zawracać sobie tym głowy, że pierwszym punktem każdego badania powinien być brzuch. Również w schorzeniach pozornie odległych od niego, jak np. alergie, otyłość czy nowotwór. Porządek trawienny jest podstawą dobrego funkcjonowania całego organizmu. A jak go traktujemy?

Z reguły jak śmietnik, do którego wrzucamy cokolwiek, i to w biegu. Tymczasem kondycję jelit można wzmocnić bardzo prosto. Na wszelki wypadek wyeliminować słodycze, białą mąkę, niezdrowe tłuszcze, ograniczyć drażniące jelita rośliny strączkowe. Warto wzbogacić dietę w naturalne tłuszcze, jak oliwa z oliwek i olej kokosowy, które działają przeciwzapalnie. Przed każdym jedzeniem wypić szklankę wody z łyżką soku cytrynowego lub octu jabłkowego, by zwiększyć wydzielanie kwasów żołądkowych.

Nie zapominajmy też o probiotykach, czyli kiszonkach i kefirze, a także warzywach, które są pożywką dla dobrych bakterii (np. czosnek) i spirulinie. Przy rozsądnej zmianie diety żołądek będzie bardzo wdzięczny i zadowolony. A wówczas dopisze również dobry humor!

autor: Kamma Scudder

źródło: „Nieznany Świat” nr 2/2018, s. 60-61.

tytuł artykułu: red. TAW; tytuł oryginalny: „Mózg w brzuchu”

BYĆ SOBĄ, czyli naszą prawdziwą naturą jest Natura

<https://youtu.be/97nxyxM7gkQ

„Wszystkie jesteśmy piękne – wszystkie, bez wyjątku. Najlepszym makijażem jest uśmiech, czyste serducho i światło wewnętrzne. Najgorszym, co może spotkać Kobietę, to chmury w sercu, smutek – wtedy nawet najpiękniejsza modelka z pism kolorowych, jeżeli dopada ją depresja, traci cały swój blask. Zakochujemy się w energii bardziej niż w wizerunku zewnętrznym”. Przekaz Binki i Peri z kanału Kupa Chrustu.

Nowa generacja leków antydepresyjnych

Łysiczka lancetowata (Psilocybe semilanceata)

Szanowny Czytelniku,

ta nowa kuracja jest obłędnie skuteczna w najpoważniejszych przypadkach depresji!

Są to „magiczne grzybki” lub inaczej mówiąc, grzyby halucynogenne, znane tym z nas, którzy żyli w latach 60. ubiegłego wieku, epoce Beatlesów, Żółtej łodzi podwodnej itd.

Te „magiczne grzybki” zawierają psylocybinę, podawaną pacjentom w postaci żelowych kapsułek.

Obecnie prawo zabrania stosowania tych grzybów, tak popularnych wśród dawnych hippisów.

A mimo to, naukowcom z Imperial College w Londynie udało się uzyskać pozwolenie na wykorzystanie ich w ramach eksperymentu naukowego.

Wybrali 12 pacjentów cierpiących na poważne przypadki depresji, dotychczas odporne na wszelkie leczenie.

Podawali im kapsułki żelowe zawierające sproszkowane grzybki. Na początku, co nie było niespodzianką, pacjenci doświadczyli głębokiego psychodelicznego delirium [1]. W końcu po to są – być może mi powiesz.

Ale uważaj: już tydzień później wszyscy uczestnicy eksperymentu byli wolni od depresji. Trzy miesiące później pięcioro z nich nie miało już żadnych objawów!

Wyniki tego badania opublikowano w prestiżowym czasopiśmie medycznym „The Lancet Psychiatry” 17 maja 2016 r. [2].

Zaproponowane wyjaśnienie: psylocybina wywołuje rozwój nowych neuronów w mózgu.

Sukces, który nie ma sobie równych

Zdaniem Amandy Feiling z Fundacji Beckley, która uczestniczyła w badaniu, jest to sukces, który nie ma sobie równych i który mógłby zrewolucjonizować leczenie depresji.

– Po raz pierwszy od wielu lat osoby, które wyczerpały już wszystkie obecnie dostępne ścieżki leczenia, stwierdziły u siebie spadek niepokoju, wzrost optymizmu i zdolności cieszenia się życiem – oświadczyła [3].

– Nasze badanie wykazało, że psylocybina jest bezpieczna i działa szybko, jeśli stosuje się ją z uwagą – wyjaśnił prasie brytyjskiej profesor David Nutt, dawniej doradca medyczny rządu brytyjskiego [4].

Jeśli stosuje się ją z uwagą: warto podkreślić ten warunek, rzeczywiście. Grzyby halucynogenne wywołują, jak to wskazuje ich nazwa, halucynacje, mogą zakłócać zdolność widzenia, powodować chorobę morską, wywoływać niepokój, pobudzenie, a nawet napady paranoi.

Pacjentowi może się wydawać, że coś mu zagraża i zachowywać się w sposób niebezpieczny, np. przebiegając przez ulicę, nie sprawdziwszy, czy nic nie jedzie. Stwierdzono przypadki samobójstw i wypadków po spożyciu grzybów halucynogennych. Natomiast grzyby te nie są trujące i nie stwierdzono przypadków zgonów wywołanych spożyciem samych grzybów (sygnalizowano jedynie przypadki zatrucia zwykłymi grzybami trującymi u osób, którym wydawało się, że jedzą grzyby halucynogenne) [5].

Leczenie, które mogłoby (powinno!) być tanie

Grzyby halucynogenne wykorzystane w tym badaniu są powszechne i tanie. Rosną w Europie, Ameryce Północnej i Azji. Aktywny składnik, psylocybina, występuje w około 200 gatunkach podstawczaków.

W normalnym świecie koszt leczenia depresji tymi grzybami mógłby wynieść 35 euro u jednej osoby, zdaniem profesora Davida Nutta. (Czyli około 140 złotych).

Natomiast przepisy i procedury administracyjne uzyskania zezwolenia na ich zastosowanie są tak złożone, że koszt ten wynosi 1750 euro (tj. 7000 złotych) za dawkę, tj. 50 razy drożej.

Nutt obnażył „kafkowskie” procedury narzucone przez władze, które zmusiły jego zespół do 32-miesięcznego oczekiwania na zezwolenie rozpoczęcia tego eksperymentu.

Władze narzucają nierealne wymagania

Problemem jest również fakt nierealnych wymogów narzucanych przez władze w procedurze dopuszczenia tego leczenia.

Potrzebne będą lata badań i procedur administracyjnych, aby wreszcie któregoś dnia w roku 2040, a nawet 2050, Twój lekarz zaproponował Ci tę kurację.

A zatem 350 milionów osób chorujących na całym świecie na depresję bardzo prawdopodobnie będzie dalej niepotrzebnie cierpieć przez całe lata.

Naszą jedyną strategią obronną jest rozpowszechnianie tej informacji. Mów o tym, co się dzieje w swoim otoczeniu. Przyczyń się do rozbicia tej ściany ciszy.

Osoby cierpiące na poważną depresję mają prawo wiedzieć, że istnieje taka potencjalna kuracja, która nie stanowi szczególnego niebezpieczeństwa, jeśli jest stosowana pod ścisłym nadzorem lekarza.

Jest to bardzo cenna informacja w kontekście piekła przeżywanego przez osoby cierpiące na ciężką depresję.

Trzeba mieć odwagę to powiedzieć, pomimo, że mowa tu o grzybach o kiepskiej reputacji z przyczyn historycznych i kulturowych. Ale, moim zdaniem, nie ma obiektywnej przyczyny, dla której władze miałyby arbitralnie pozbawić pacjentów z ciężką depresją tej możliwej deski ratunku.

Lecz się sam

W oczekiwaniu na możliwość skorzystania z tej nowej kuracji, możesz leczyć depresję roślinami (chyba, że jest to ciężki przypadek depresji). Istnieją cztery lecznicze rośliny o uznanym działaniu przywracającym równowagę brakującym neurotransmiterom, z którymi mamy do czynienia w depresji. Są to:

  • szafran,
  • czarna fasola (griffonia),
  • dziurawiec oraz
  • świerzbiec właściwy.

Zdrowia życzę,
Jean-Marc Dupuis

Źródła:

1) Exactement du type de celui que connaissaient les Beatles lorsqu’ils s’imaginaient qu’ils vivaient tous dans un «sous-marin jaune» (we all live in a yellow submarine). 
2) Psilocybin with psychological support for treatment-resistant depression: an open-label feasibility study. http://www.thelancet.com/journals/lanpsy/article/PIIS2215-0366(1630065-7/abstrac 
3) Tamże.
4) Magic mushrooms lift severe depression in trial. http://www.telegraph.co.uk/science/2016/05/17/magic-mushrooms-lifts-severe-depression-in-trial/
5) Are magic mushrooms bad for you? http://adf.org.au/

Polska to naród ćpunów farmaceutycznych. Koncerny wmawiają nam choroby i faszerują chemią – dr Ewa Woydyłło

Dr Ewa Woydyłło – jedna z czołowych prekursorów terapii uzależnień w Polsce (fot. Maciej Stanik)
Przemysł farmaceutyczny bardzo chętnie usidla ludzi, wciskając im tabletki na depresję. Faszerują nas chemią, wmawiają, że jesteśmy chorzy – mówi doktor Ewa Woydyłło, psycholog.

Jesień w pełni, zima za pasem, a nam coraz trudniej opuścić ciepłe łóżko i ruszyć w drogę do pracy czy do szkoły. Czy to rzeczywiście kwestia pogody, czy raczej naszego lenistwa?

Na pewno nie jest to kwestia lenistwa. Ludzie bardzo reagują na kolory, na światło, pogodę i ciśnienie. Jest wiele osób, które silnie odczuwają działanie tych zewnętrznych bodźców. Wiedząc o tym, że w naszym klimacie mamy co najmniej cztery miesiące krótkiego dnia, długich wieczorów, późnego ranka, niskiego ciśnienia i wysokich opadów, powinniśmy być na to przygotowani. Przecież wiemy, że w naszej sferze klimatycznej pogoda od tysięcy lat wyglądała w taki sposób. Że październik, listopad, grudzień, styczeń i luty to są miesiące zimne, mroczne, kiedy niebo jest zachmurzone.

Continue reading „Polska to naród ćpunów farmaceutycznych. Koncerny wmawiają nam choroby i faszerują chemią – dr Ewa Woydyłło”

Konopie leczą raka, padaczkę, stwardnienie rozsiane, depresję, parkinsona i alzheimera – rozmowa ze światowej sławy polskim neurobiologiem prof. Jerzym Vetulanim

fot. Mateusz Skwarczek /Agencja Gazeta
Legalizacja marihuany to trend ogólnoświatowy. Zwłaszcza udostępnianie jej jako leku. Śmierć Tomasza Kality to zdarzenie bardzo smutne. Glejak zabija bardzo szybko – z politykiem rozprawił się w osiem i pół miesiąca, mimo całej najlepszej terapii, jaką mogła mu oferować w tym czasie działająca w ramach prawa polska medycyna. Ale właśnie jego śmierć może mieć decydujące znaczenie w tej walce – mówi neurobiolog prof. Jerzy Vetulani, autor książki „A w konopiach strach”, w rozmowie z Ewą Koszowską.

O co chodzi z wojną o marihuanę w Polsce? Dlaczego zalegalizowanie jej stanowi taki problem?

Prof. Jerzy Vetulani: Jest kilka powodów. Najważniejszy problem to pieniądze. Historia wojny z marihuaną zaczęła się w Stanach Zjednoczonych na początku XX wieku. Mieli podobny kłopot z emigrantami meksykańskimi, jak Europa teraz z uchodźcami syryjskimi. Emigranci przychodzili z wyniszczonego rewolucją kraju, nie znali angielskiego, obracali się we własnym towarzystwie, a do tego po pracy palili zioło, które nazywali „marihuana”. Po marihuanie człowiek w zasadzie czuje się lekko, wesoło, dużo się śmieje. Wymyślono więc sobie, że marihuana spowodowała zwiększoną rozwiązłość seksualną. Marihuana była też popularna wśród czarnoskórych, w tym muzyków jazzowych np. Louisa Amstronga.

Szef nowo powstałego Federalnego Biura ds. Narkotyków Harry Anslinger był wybitnym rasistą. Jego głównym zarzutem w stosunku do marihuany było to, że kobiety po jej paleniu współżyją z „Murzynami”. Czy może być coś gorszego dla porządnego Amerykanina niż biała kobieta, obojętnie jak nisko upadła, która związała się z czarnuchem. No nie, oczywiście, to grzech.

Jak to się skończyło?

Marihuany nienawidził również Richard Nixon, prezydent Stanów Zjednoczonych w latach 1969-1974. W demokratycznej Ameryce to był sposób prześladowania czarnych i hipisów. Ta ideologia trafiła potem do konserwatystów w Europie. I została przyjęta przez hierarchów kościelnych w Polsce, którzy do dzisiaj jej nie wyprostowali.

Kiedy w Stanach zaczęli inaczej myślec o marihuanie?

Gdy zaczęli ją palić weterani wietnamscy. Po powrocie z działań wojennych rozpowiadali, że marihuana pomaga im w walce z zespołem stresu pourazowego. Nie rozumiem, dlaczego w Polsce do leczenia używana jest morfina i inne substancje, a jest taki problem z marihuaną. Z tym, że ja jestem za całkowitą legalizacją, bo w momencie, kiedy będziemy mieć marihuanę medyczną i nielegalną, to będzie tak samo, jak jest z VAT-em 22 i 7 proc. Na tym największe kanty się robi.

Ale jest jeszcze jedna historia. Bardzo dawno temu napisałem artykulik do medium, które na pewno jest politycznie poprawne, bo to „Gazeta Policyjna”. Napisałem w nim, że gdybym miał plantację marihuany, to bym zrobił olbrzymią kampanię antymarihuanową z żądaniem bardzo wysokich kar dla dilerów i dla zażywających. Bo tylko wtedy za mój produkt mógłbym uzyskać satysfakcjonującą cenę rynkową i godziwie zrekompensować sobie ciężką pracę. To, na co się nie zwraca uwagi, to pieniądze z narkobiznesu. To, że marihuana jest nielegalna powoduje, że ludzie, którzy ją kupują na ulicy, praktycznie nie wiedzą, co biorą. Marihuana z niesprawdzonego źródła może zawierać domieszkę innej, naprawdę niebezpiecznej albo uzależniającej substancji.

konopie

A sama marihuana uzależnia?

Stosunkowo słabo. Jakieś 8 proc. osób pewnie się uzależni. Łatwo jest jednak z tym uzależnieniem zerwać.

Dlaczego?

To jest uzależnienie właściwie w większej części behawioralne. Spotykamy się, dzielimy się jointem, gadamy i się śmiejemy. Natomiast np. metamfetamina uzależnia na serio. Zmienia nam receptory dopaminowe w mózgu. Gdyby marihuana była dostępna normalnie, legalnie, to prawdopodobnie ziele to byłoby tak samo testowane jak inne produkty zielarskie, np. Herbapolu. Może nie jest aż tak ścisła kontrola jak kontrola leku, ale wiadomo, że zioła muszą być czyste, bez żadnych skażeń itd. W tej chwili właściwie, jeżeli się chce bezpiecznie używać marihuanę, to powinna to być marihuana z krzaków sadzonych przez siebie. W Kanadzie można to właśnie robić. Osoby, które potrzebują marihuanę zwaną leczniczą, idą do lekarza i na receptę mogą kupić do sześciu nasion konopi.

Uważa Pan Profesor, że to dobre rozwiązanie?

Bardzo dobre. Po pierwsze wiadomo, że to są konopie i wiadomo dokładnie, jaki to jest szczep konopi. Bo różne konopie mogą mieć różne stężenia i THC, i CBD, i jeszcze innych rzeczy, które nie są jeszcze zbadane. Wiem, co palę. Mam sześć krzaków konopi. Nie zrobię biznesu, bo hoduję je dla siebie. Ewentualnie poczęstuję jeszcze dwóch kolegów. To bardzo sensowne podejście.

Na jakie choroby pomaga medyczna marihuana?

Na jaskrę, zmniejszając ciśnienie śródgałkowe. Efekty obserwuje się u trzech na pięciu pacjentów. Marihuana działa przeciwbólowo, przeciwwymiotnie, łagodzi bóle fantomowe i nowotworowe. Przynosi ulgę osobom chorym na stwardnienie rozsiane – hamuje bolesne przykurcze. Pomaga też pacjentom z padaczką czy cierpiącym na depresję.

Sprawa Marka Bachańskiego, który leczył dzieci marihuaną zmieniła podejście Polaków?

Myślę, że tak. Nagle część społeczeństwa zaczyna dostrzegać korzyści, jakie można czerpać z używania marihuany i współczuć doktorowi, który jest prześladowany przez pracodawców za nowatorskie wdrażanie terapii, które już są stosowane na Zachodzie.

Ale jestem pewien, że marihuana, zarówno w celach medycznych jak i rekreacyjnych, prędzej czy później zostanie zalegalizowana.

Zresztą już prokuratura uznała zarzuty kryminalne stawiane Bachańskiemu przez jego zwierzchników za bezzasadne, a sąd nakazał przywrócenie go do pracy. Sprawa legalizacji użycia marihuany i innych produktów konopi do celów medycznych w Polsce to kwestia najbliższych kilku lat.

Neurobiolog prof. Jerzy Vetulani udziela wywiadu telewizyjnego podczas Marszu Wyzwolenia Konopi w Warszawie (fot. Franciszek Vetulani)

Skąd ta pewność? O medyczną marihuanę walczył przede wszystkim Tomasz Kalita z SLD, który cierpiał na nowotwór mózgu. Niestety przegrał walkę z chorobą.

Legalizacja marihuany to trend ogólnoświatowy. Zwłaszcza udostępnianie jej jako leku. Śmierć Kality to zdarzenie bardzo smutne. Glejak zabija bardzo szybko – z politykiem rozprawił się w osiem i pół miesiąca, mimo całej najlepszej terapii, jaką mogła mu oferować w tym czasie działająca w ramach prawa polska medycyna. Ale właśnie jego śmierć może mieć decydujące znaczenie w tej walce.

Tomasz Kalita niedawno napisał nawet list do Jarosława Kaczyńskiego w tej sprawie. Czy jego śmierć wstrząśnie politykami PiS-u i zmienią zdanie w sprawie marihuany leczniczej?

Nie wiem, czy pan Tomasz otrzymał jakąś odpowiedź na ten list, wiem, że rozmawiał z prezydentem Dudą, ale żadnej konkretnej pomocy nie uzyskał.

Umycie rąk to ulubiona przez hipokrytów forma wyroku skazującego,

jakby myśleli, że dzięki temu nie odpowiadają za tragedię, której mogli zapobiec. Ale śmierć Tomasza Kality nie pójdzie na marne. W walce o legalizację ważną rolę odgrywają zarówno argumenty racjonalne, jak emocjonalne. Argumentów racjonalnych, przemawiających do intelektu, jest bardzo wiele. Trzeba być totalnym ignorantem, jak minister Radziwiłł, żeby ich nie przyjąć. Trzeba być niesłychanym kunktatorem, żeby mówić, że czeka się na opinie ekspertów, jak pani premier, która jednak prawidłowo reaguje emocjonalnie.

Nieszczęście ludzkie zwykle leży u podstaw zmiany nastroju społecznego. To przypadek małej dziewczynki cierpiącej na zespół Dravet, czyli żyjącej prawie nieustannie w stanie padaczki, spowodował, że marihuanę zalegalizował całkowicie stan Kolorado. To nagłośniony przez media przypadek Maksa Gudańca i jego dzielnej matki Doroty spowodował, że większość ludzi w Polsce, którzy jeszcze dwa lata temu uważali marihuanę za „zbrodniczy narkotyk”, teraz akceptuje ideę wprowadzenia konopi do lecznictwa, a policja nie dokonuje aresztowań na marszach konopi czy dniach konopi. Śmierć Tomasza Kality zawstydzi posłów PiS z Komisji Zdrowia, którzy wstrzymali procedowanie nad projektem ustawy wniesionym przez posła Liroya – gdyby nie oni, być może dałoby się uratować życie Kality. Może projekt Liroya nie był optymalny, ale z pewnością byłby to jakiś krok naprzód.

Legalizacja użycia produktów konopi w celach terapeutycznych to początek drogi. Pozostanie do rozwiązania szereg problemów technicznych, które znikną w końcu po pełnej legalizacji użycia konopi dla osób pełnoletnich lub jej pełnej depenalizacji. Doświadczenia innych krajów wskazują, że depenalizacja nie pociąga złych skutków zdrowotnych i społecznych, a przeciwnie – kryminalizacja rodzi nieszczęścia i pociąga za sobą negację podstawowych praw i wolności obywatelskich.

Rozmawiała Ewa Koszowska

Całość wywiadu czytaj na:

http://opinie.wp.pl/prof-jerzy-vetulani-smierc-tomasza-kality-zawstydzi-poslow-pis-6081536787874945a

Prof. Jerzy Vetulani – polski psychofarmakolog, neurobiolog, biochemik, profesor nauk przyrodniczych, członek PAN i PAU, od początku drogi naukowej związany z Instytutem Farmakologii PAN. Autor kilkuset prac badawczych o międzynarodowym zasięgu, współtwórca hipotezy β-downregulacji jako mechanizmu działania leków przeciwdepresyjnych. W 1983 laureat Międzynarodowej Nagrody Anna Monika II klasy za badania nad mechanizmami działania elektrowstrząsu. Jeden z najczęściej cytowanych naukowców polskich w dziedzinie biomedycyny. Popularyzator nauki, przez ponad dwie dekady redaktor naczelny czasopisma „Wszechświat”. Osobowość sceniczna, konferansjer i jeden ze współtwórców Piwnicy pod Baranami. Działacz opozycji demokratycznej w okresie PRL, członek NSZZ „Solidarność”. Zwolennik legalizacji marihuany i ogólnej depenalizacji narkotyków, krytyk represyjnej polityki narkotykowej w Polsce. Autor książki „A w konopiach strach”, która ukazała się nakładem wydawnictwa PWN.

Czytaj również:

Papież Franciszek: Pożyję jeszcze dwa lub trzy lata, a potem idę do domu Ojca…

Co ma na myśli papież Franciszek, mówiąc, że pożyje najwyżej dwa, trzy lata?
Co ma na myśli papież Franciszek, mówiąc, iż „wie”, że pożyje najwyżej dwa, trzy lata? Skąd czerpie taką wiedzę?

Franciszek rozmawiał z kilkudziesięcioma dziennikarzami na pokładzie samolotu lecącego z Seulu do Rzymu. Trwającą 1,5 godziny rozmowę zdominowały pytania o Irak, ale po nich przyszła kolej na dużo bardziej prywatne kwestie.

Pytany o to, jak radzi sobie z popularnością, papież mówił, że na początku był zatrwożony okrzykami „Francesco! Francesco!”. Prosił, aby je zamienić na „Chrystus! Chrystus!”. – Teraz widzę w tym ofiarność ludu Bożego. To forma wyrażenia przez ludzi radości z obecności Pana. A ja sam staram się żyć bardziej naturalnie niż wcześniej. W swoim wnętrzu próbuję myśleć o moich grzechach, moich błędach, nie pochlebiając sobie, bo wiem, że to nie potrwa długo. Dwa lub trzy lata, a potem… do domu Ojca [On the inside, I try to think of my sins and my errors not to flatter myself because I know it won’t last long. Two or three years and then (makes a sound and gesture) up to the house of the of the Father] – mówił zaskoczonym dziennikarzom.

Franciszek o swojej śmierci

Papież Franciszek wspomniał także o możliwości przejścia na emeryturę, gdy poczuje, że nie będzie dalej w stanie wykonywać swoich obowiązków. Mówił o tym pytany o kontakty z Benedyktem XVI. – Nawet jeśli nie spodoba się to teologom, musimy się przyzwyczaić do papieży emerytów – mówił.

– Jeszcze przed 70 laty instytucja biskupa emeryta wydawała się nie do przyjęcia. Tak jest i teraz z papieżem. Ale się przyzwyczaimy. Nawet jeśli człowiekowi dopisuje zdrowie, z wiekiem jednak maleje zdolność do podejmowania właściwych decyzji i dowodzenia Kościołem. Ciało odmawia posłuszeństwa i jest zmęczone. Benedykt XVI otwarł więc drzwi do nowych rozwiązań i nie widzę w tym niczego wyjątkowego – dodał.

Wspominał odwołaną wizytę w klinice Gemelli. – Faktycznie 10 minut przed wyjściem wszystko odwołałem. To był czas wytężonej pracy. Nie dałem rady. Muszę być bardziej ostrożny – wspominał.

Franciszek opowiadał, że na początku pontyfikatu „czuł się więźniem Watykanu”.

– Ale teraz mury runęły. Mimo to chciałbym bardzo móc wyjść samotnie na ulicę, wsiąść do autobusu, być z ludźmi, lecz to niemożliwe. Taka jest rzeczywistość. Ale na przykład mogę wreszcie sam jeździć windą! Tak, tak, bo na początku mi nie pozwalali – mówił.

Papież Franciszek - entuzjasta yerba mate :-)
Papież Franciszek – entuzjasta yerba mate 🙂

Przyznał też, że ma „kilka nerwic”. Żartował, że rozprawia się z nimi, popijając yerba mate. – Jedną z nich jest zbyt duże przywiązanie do miejsca zamieszkania. Ostatni raz byłem na wakacjach poza Argentyną z jezuitami w 1975 roku! – mówił.

Papież Franciszek wie, co mówi - yerba mate rzeczywiście jest jednym z najlepszych antydepresantów i leków na wszelkie nerwice.
Papież Franciszek wie, co mówi – yerba mate rzeczywiście jest jednym z najlepszych antydepresantów i naturalnych leków na wszelkie nerwice.

Rzymska korespondentka „Gościa Niedzielnego” opisuje, jak deklarację papieża przyjęli watykaniści. Według Andrei Torniellego z „La Stampy” „Franciszek nie pozwala już domniemywać, a wszelkim dziennikarskim insynuacjom postawił tamę, wyznaczając niemal precyzyjnie datę końca swojego pontyfikatu”.

Z kolei Jean Guenois z „Le Figaro” podkreśla, że papież „już dwukrotnie w dyskretny sposób wspominał o swojej abdykacji”. „Ale teraz ta kwestia jest jasna. Papież poda się do dymisji za trzy lata” – pisze Guenois na łamach „Le Figaro”. Obaj komentatorzy podkreślają, że Franciszek dwukrotnie przywołał „pokorną i odważną decyzję” swojego poprzednika.

za: Wyborcza.pl, Rp.pl, CatholicNewsAgency.com