Loża z warszawskiego Ratusza zaciera ślady NKWD-owsko-żydowskich zbrodni na Narodzie Polskim — ratujmy Miejsce Pamięci Narodowej przy ulicy Strzeleckiej 8 w Warszawie

strzelecka 8

Spółka Jerzego Amanowicza weszła wczoraj do piwnic kamienicy przy ul. Strzeleckiej 8 w Warszawie, a więc do Miejsca Pamięci Narodowej, dokonując tam dewastacji i profanacji świętego dla polskich patriotów miejsca. Sprawa jest poważna, ponieważ właśnie w części nieobjętej ochroną, do której wszedł prywatny deweloper, znajdują się najważniejsze świadectwa rosyjsko-żydowskich zbrodni na Narodzie Polskim.

— Liczne wyryte w ścianach piwnicy klepsydry świadczą o tym, że to w nich przebywali najodważniejsi z odważnych bohaterów polskiej historii.

Na podwórku i w piwnicach mogą także znajdować się szczątki naszych bohaterów,

co potwierdza choćby dokument Instytutu Pamięci Narodowej „Śladami zbrodni” — mówi prezes Fundacji „Łączka” Tadeusz Płużański.

Po raz pierwszy byłem w piwnicach kamienicy przy ul. Strzeleckiej 8 w Warszawie w 2007 roku. Wtedy jeszcze mieszkający tam w większości potomkowie ubeków w celach-piwnicach trzymali ziemniaki, słoiki z ogórkami, także jakiś złom, słowem wszystko, co można znaleźć w normalnej piwnicy. Tylko, że to nie była normalna piwnica, od razu stało się jasne i publicznie wiadome, że mamy do czynienia z historycznym skarbem. Nigdzie indziej w Polsce nie zachowała się ubecka katownia w praktycznie nienaruszonym stanie. Na ścianach wydrapane przez skazańców imiona, nazwiska, modlitwy, ołtarzyki, kalendarze… Te ściany wprost krzyczą ich głosami.

Oto materiał, który wtedy (w 2007 roku) zrealizowaliśmy wraz z Pawłem Wudarczykiem dla Telewizji Puls:

Nie będę opisywał tego wszystkiego, co od 2007 roku się wydarzyło. Polecam kilka artykułów opublikowanych na wPolityce.pl:

Deweloper niszczy piwnice, w których mordowano bohaterów! „Tam są ślady ubeckich zbrodni”. ZOBACZ ZDJĘCIA

Więzień katowni UB i NKWD przy ul. Strzeleckiej: „Ludzie, który walczyli w Szarych Szeregach nie mają swojego śladu. Teraz leżą gdzieś pod płotem…” NASZWYWIAD

Kamienica przy ul. Strzeleckiej 8 w Warszawie – ocalmy ślady reżimu stalinowskiego. PODPISZ PETYCJĘ!

W międzyczasie na Strzeleckiej pojawiło się kilku ministrów, prezesów, biskupów, generałów. Z hukiem odsłonięto tablicę upamiętniającą męczonych w tych piwnicach polskich bohaterów. I co? Nietrudno się domyślić. Otóż, nic. Zupełnie nic. Hanna Gronkiewicz-Waltz zachowuje się, jakby ta cała sprawa nie działa się w Warszawie. Sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa pokazał się tutaj przed kamerami raz i… wystarczy.

Na placu boju o pamięć pozostał tylko Instytut Pamięci Narodowej, który mając ograniczone pole działania, musi na ten moment zadowolić się przedwstępną umową z właścicielem budynku (deweloperem), która mówi, że żadne prace w piwnicach nie będą prowadzone bez zgody historyków. Kłopot polega na tym, że decyzją Wojewódzkiego Mazowieckiego Konserwatora Zabytków piwnice podzielono na dwie kategorie ważności. 16 z nich jest wpisanych do rejestru zabytków i te są już bezpieczne. Pozostałe nie i ich los zależy od dobrej woli dewelopera.

strzelecka 8

Właśnie to – kompletnie niezrozumiała decyzja konserwatora – powoduje, że istnieje naprawdę realna szansa, że ktoś kiedyś ten historyczny skarb po prostu zaorze i będzie to zgodne z prawem. Muszę w tym momencie zwrócić uwagę na kłamstwo jakim posługuje się publicznie konserwator zabytków. Twierdzi on bowiem, że nie objął ochrona wszystkich piwnic, bo… nie miał świadomości, że w tej części także są jakieś inskrypcje. Osobiście byłem świadkiem, jak z nakazu prokuratora IPN otwierano po kolei wszystkie piwnice (na każdych drzwiach wciąż są napisy: np. „cela nr 1”) i dokumentowano ślady pozostawione przez więzionych tam żołnierzy AK i NSZ. Materiał z tych oględzin ma w swojej dyspozycji Wojewódzki Mazowiecki Konserwator Zabytków. Czyli co? Wiedział, czy nie wiedział?

Paradoksem jest także to, że w części nieobjętej konserwatorską ochroną inskrypcji jest więcej niż w tej, która jest już pod opieką. Na drzwiach, które dziś wyrwano z ościeżnic jest np. – proszę spojrzeć poniżej – napis wykonany przez kpt. Mieczysława Grygorcewicza, ps. Miecz. Ale to szczegół, o którym pan konserwator może nie wiedzieć, bo osobiście na Strzelecką się nie pofatygował.

strzelecka 8

Na Strzeleckiej 8 w Warszawie miało powstać Muzeum Żołnierzy Wyklętych i sale edukacyjne Instytutu Pamięci Narodowej, miejsce chwały i pamięci o najlepszych synach naszego Narodu. Z powodu urzędniczego braku wyobraźni możemy tam mieć miejsce narodowej hańby, bo tak trzeba będzie je nazwać, jeśli nie uratujemy go dla potomnych. Chyba, że to celowe działanie. Wcale bym się nie zdziwił.

CZYTAJ TEŻ: Dr Łabuszewski o katowni UB i NKWD przy ul. Strzeleckiej: „Nie rozumiem, dlaczego konserwator zabytków chroni tylko część piwnic…”

Reklamy

Przywrócić tożsamość szczątkom Żołnierzy Niezłomnych. Prof. Krzysztof Szwagrzyk o poszukiwaniu grobów ofiar komunistycznego terroru w Polsce – audycja w Polskim Radiu

Szwagrzyk_15.10.2014

– Zanim rozpoczniemy prace ekshumacyjne, wiemy, kogo poszukujemy, znamy dokładną historię lokalnego aparatu represji i sposób, w jaki dana osoba została uśmiercona – o poszukiwaniu szczątków ofiar komunistycznego reżimu opowiada w radiowej Dwójce prof. Krzysztof Szwagrzyk.

– Wszędzie tam, gdzie były siedziby Urzędu Bezpieczeństwa, gdzie było KBW [KorpusBezpieczeństwa Wewnętrznego], gdzie były więzienia i obozy, mordowano ludzi, a następnie ukrywano ich szczątki, zamazując ślady pochówku. Dziś musimy do nich dotrzeć  mówił prof. Krzysztof Szwagrzyk, pełnomocnik prezesa Instytutu Pamięci Narodowej ds. poszukiwań miejsc pochówku ofiar terroru komunistycznego, w rozmowie z Hanną Marią Gizą.

Skala jest ogromna, bo mowa jest o szczątkach tysięcy żołnierzy i ludzi związanych z Polskim Państwem Podziemnym, uśmierconych przez komunistyczne władze.

Jednym z najsłynniejszych masowych grobów, badanych przez IPN jest tzw. kwatera na Łączce na Powązkach, do której wrzucano ciała zamordowanych w latach 1948-56 w areszcie przy ul. Rakowieckiej w Warszawie oraz siedzibie Urzędu Bezpieczeństwa i Informacji Wojskowej – dowódców i żołnierzy Armii Krajowej. Innym badanym od niedawna miejscem jest Cmentarz Garnizonowy w Gdańsku, gdzie odnaleziono szczątki Danuty Siedzikówny ps. „Inka” i Feliksa Selmanowicza ps. „Zagończyk”.

Inka_ Zagończyk_szczątki

Inka_szczątki1

Inka_szczątki2

Inka_szczątki3

Inka_szczątki

"Inka" (1928-1946)
„Inka” (1928-1946)

 

Feliks Selmanowicz "Zagończyk" został rozstrzelany wraz z "Inką" w podziemiach gdańskiego aresztu śledczego przy ul. Kurkowej
Feliks Selmanowicz „Zagończyk” został rozstrzelany wraz z „Inką” w podziemiach gdańskiego aresztu śledczego przy ul. Kurkowej

Prof. Krzysztof Szwagrzyk opowiadał, że poszukiwanie grobów bohaterów polskiego podziemia przypomina pracę detektywistyczną, i że do celu doprowadzić może najdrobniejszy szczegół.

– Ogromnie pomocny w naszych pracach, jeśli chodzi o Gdańsk, był dr Waldemar Kowalski, historyk gdański, który odnalazł w tutejszym archiwum państwowym wyjątkowy dokument. Było to pismo naczelnika więzienia przy ulicy Kurkowej skierowane do wdowy po Feliksie Selmanowiczu. Pisał w nim, że zwłoki Feliksa Selmanowicza zostały pochowane na Cmentarzu Garnizonowym w Gdańsku. Nie widziałem żadnego powodu, żeby naczelnik więzienia w roku 1946 mógł celowo wprowadzać w błąd wdowę po więźniu – wyjaśniał gość audycji.

Dzięki kolejnym strzępom informacji udało się namierzyć kwaterę, w której znaleziono szczątki innych żołnierzy zamordowanych przez gdański oddział UB. Prof. Krzysztof Szwagrzyk podkreślał, że choć jego zespół dokłada wszelkich starań, by zidentyfikować każdą z osób pochowanych w grobie, to nie zawsze będzie to możliwe.

– Jeśli ktoś nie miał rodzeństwa albo nie założył rodziny, nie miał dzieci, jeżeli nie wiemy, gdzie są pochowani jego rodzice, wówczas jesteśmy bezradni, bo nie możemy posiąść materiału genetycznego do porównań.

Więcej na ten temat – w nagraniu audycji [kliknąć w odpowiednią ikonkę na stronie]:

http://www.polskieradio.pl/8/3664/Artykul/1260048,Przywrocic-tozsamosc-szczatkom-zolnierzy-niezlomnych

(bch, pg)

PolskieRadio.pl

Żołnierze Niezłomni:

https://tajnearchiwumwatykanskie.wordpress.com/category/zolnierze-niezlomni/

70 lat temu podczas Powstania Warszawskiego zginął w Pałacu Blanka zastrzelony przez niemieckiego snajpera polski poeta romantyczny Krzysztof Kamil Baczyński

Krzysztof Kamil Baczyñski

rozowe_roze_120327

dscf1475-113638

.

Krzysztof Kamil Baczyński

Elegia o… [chłopcu polskim]

Oddzielili cię, syneczku, od snów, co jak motyl drżą,
haftowali ci, syneczku, smutne oczy rudą krwią.
Malowali krajobrazy w żółte ściegi pożóg,
wyszywali wisielcami drzew płynące morze.

Wyuczyli cię, syneczku, ziemi twej na pamięć,
gdyś jej ścieżki powycinał żelaznymi łzami.
Odchowali cię w ciemności, odkarmili bochnem trwóg,
przemierzyłeś po omacku najwstydliwsze z ludzkich dróg.

I wyszedłeś jasny synku, z czarną bronią w noc,
i poczułeś, jak się jeży w dźwięku minut – zło.
Zanim padłeś, jeszcze ziemię przeżegnałeś ręką.
Czy to była kula, synku, czy to serce pękło?

20. III. 1944 r.

.

1944

KKB

Na wieść o tym, że Krzysztof Kamil Baczyński przystąpił do konspiracji, wybitny literaturoznawca Stanisław Pigoń powiedział: – Cóż, należymy do narodu, którego losem jest strzelać do wroga brylantami.

Gdy byłem chłopcem, często z ojcem spacerowaliśmy po placu Teatralnym, z górującym jeszcze wówczas nad nim pomnikiem Nike poświęconym Bohaterom Warszawy. Pamiętam tamten krajobraz oraz tablicę upamiętniającą Baczyńskiego. Ojciec powtarzał, że tutaj na początku Powstania zginął poeta, który miał tak wielki talent, że wszedłby do panteonu wieszczów, gdyby jego historia inaczej się ułożyła. Przyjaciele i dowódcy chcieli ocalić ten narodowy skarb. Przed Powstaniem proponowali mu ewakuację. Poeta nie zgodził się, gdyż – jak tłumaczył mi tata – są w życiu sytuacje i wyzwania, kiedy nie można słuchać nawet najbardziej rozsądnych rad.

Baczyński bronił ratusza na placu Teatralnym. Zastrzelił go niemiecki snajper – skarb przepadł, ale coś zostało. Nie tylko wiersze.

A kiedy wracaliśmy do domu, ojciec sięgał po tomik wierszy Baczyńskiego albo puszczał na adapterze jego poezję w wykonaniu Ewy Demarczyk. Trochę bałem się tych wierszy, bo niespełna dziesięcioletni chłopiec ma prawo się bać, gdy słyszy:

Jeno wyjmij mi z tych oczu
szkło bolesne – obraz dni,
które czaszki białe toczy
przez płonące łąki krwi.
Jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył.

Delikatny samotnik

Nie ma kłopotu z oceną talentu Baczyńskiego, choć jego twórczość jest trudna, wymagająca nie tylko wrażliwości na słowo, ale wysiłku rozumu. Lecz z samym poetą problem bywa poważny.

Wystarczy, że znamy dwie daty jego urodzenia: 3 marca lub 22 stycznia 1921 r. Data chrztu – 7 września – nie podlega dyskusji. Chorował na astmę, miał słabe serce, wspaniale rysował, w dzieciństwie opowiadał fantastyczne bajki i od najmłodszych lat zanosiło się, że będzie wielkim artystą.

Matka Stefania, gorliwa katoliczka i nauczycielka, otaczała syna nadzwyczajną miłością. Ojciec, Stanisław, którego wielbił, był legionistą Piłsudskiego, oficerem, walczył w powstaniach śląskich, zajmował się też krytyką literacką i pisarstwem.

Baczyński chodził do Gimnazjum im. Stefana Batorego, patriotycznej kuźni przyszłych konspiratorów z Szarych Szeregów i najdzielniejszych powstańców. Uczył się marnie, bo wiele lekcji opuszczał, nawet z polskiego przynosił słabe tróje, tylko z rysunków wypadał świetnie. Dlatego w okolicach matury napisał na szkołę złośliwe, satyryczne opowiadanie wyśmiewające niektórych nauczycieli i kolegów. W klasie miał „Zośkę”, „Alka”, „Rudego” i wielu innych przyszłych AK-owców. Był chłopcem osobnym, delikatnym samotnikiem, dlatego często pozostawał z boku. Należał do lewicującego Spartakusa, lecz tak naprawdę punktem odniesienia była dla niego drużyna harcerska.

Debiutant epoki

Miał studiować na Akademii Sztuk Pięknych, a może nawet we Francji, lecz plany przerwała wojna. Na dodatek tuż przed wrześniem niespodziewanie zmarł ojciec Krzysztofa. Chłopak bardzo to przeżył. Przejął opiekę nad rozedrganą matką.

Podczas okupacji chodził na tajną polonistykę. W 1942 r. ożenił się z koleżanką z zajęć, Basią; to właśnie jej polska literatura zawdzięcza bodaj najpiękniejsze erotyki. Pisał szybko i dużo (jakby przeczuwał, że ma niewiele czasu) w manierze katastroficznej, językiem trudnym i niezwykłym. Trudno się temu dziwić, wszak był z pokolenia, któremu II RP obiecywała szczęście, a dostało najstraszniejszą wojnę w historii świata. Jego wydane w konspiracji w 1942 r. „Wiersze wybrane” zgodnie okrzyknięto największym debiutem epoki. Wychwalali go Jarosław Iwaszkiewicz i Jerzy Andrzejewski, z którymi – młodszy o dekadę i więcej – pozostawał w wielkiej przyjaźni.

W 1943 r. Baczyński wstąpił do Szarych Szeregów. Rok później ukończył tajną podchorążówkę Agricola, został żołnierzem batalionu „Zośka”. Napisał leciutką przyśpiewkę oddziału. „Zośkowcy” lubili ją bardziej od innych piosenek:

O Barbaro, o Barbaro,
Śmiało z nami naprzód idź,
Bo wesoło z naszą wiarą
Nawet nosem w piachu ryć.

Musisz przetrwać

Brał udział w wysadzeniu niemieckiego pociągu między Tłuszczem a Urlami. Szkolił się razem z oddziałem w Puszczy Białej. Tam – co opisuje Aleksander Kamiński w „Zośce i Parasolu” – usłyszał od kolegów, że dlatego pomijają go przy kompletowaniu oddziału na akcje, ponieważ ma nadzwyczajny talent, więc „musi przetrwać te wszystkie awantury”. „Boże, ja oszaleję z tym waszym niańczeniem mnie” – odpowiedział i z „Zośki” przeszedł do „Parasola”.

Przed Powstaniem rozmawiał z Kazimierzem Wyką, admiratorem jego twórczości. Zacząłem mu tłumaczyć, czy naprawdę jest rzeczą potrzebną, ażeby on z bronią w ręku szedł do Powstania, że może lepiej by siebie przechować, nie wiadomo, jak to będzie. Baczyński się bardzo żachnął, jak był opanowany, tak żachnął się wręcz gniewnie, i oto powiedział mi wprost: Proszę pana, kto jak kto, ale pan to powinien wiedzieć, dlaczego ja muszę iść, jeżeli będzie walka. Kto jak kto, ale człowiek, który tak zna i rozumie moje dzieło, musi zrozumieć mnie!

Pochodzenie

Ocierająca się o dewocję religijność matki była sposobem na ukrycie żydowskich korzeni. Stefania kochała Krzysztofa miłością zaborczą i nadopiekuńczą, jak „jidisze mame” z dowcipów. Możliwe, że chciała go uchronić nie tylko przed codziennością, ale też przed skutkami pochodzenia, które w Polsce lat 30. ubiegłego wieku nie ułatwiało życia. Nigdy nie pogodziła się z małżeństwem Krzysztofa. Uważała, że Basia zabrała jej syna. Nie lubiła synowej tak bardzo, że wyprowadziła się z ich wspólnego mieszkania.

Stanisław Baczyński też miał żydowskich przodków, a im bardziej starzała się II RP, tym jego przekonania stawały się coraz bardziej lewicowe. W latach 30. ocierał się o komunizm.

W jamach żyjemy strachem zaryci…

W 1940 r. Stefania i Krzysztof Baczyńscy mogą iść do getta albo zostać po aryjskiej stronie, za co, w razie wykrycia, groziła natychmiastowa śmierć. Zostają, muszą więc być dodatkowo ostrożni. W dorobku Baczyńskiego jest wiersz „Pokolenie”:

Nas nauczono. Nie ma sumienia.
W jamach żyjemy strachem zaryci.
w grozie drążymy mroczne miłości,
własne posągi – źli troglodyci
Nas nauczono. Nie ma miłości.
Jakże nam jeszcze uciekać w mrok,
przed żaglem nozdrzy węszących nas,
przed siecią wzdętą kijów i rąk.

Poeta, a nie żołnierz

1 lipca, na miesiąc przed Powstaniem, Andrzej Romocki ps. „Morro”, zwierzchnik Baczyńskiego z Szarych Szeregów, wyrzucił go z „Zośki” za „małą przydatność w warunkach polowych”. „Morro” był jednym z najlepszych dowódców, w Powstaniu żołnierze szli za nim jak w dym, ale wcześniej tak popsuł atmosferę w oddziale (za co sam siebie ukarał karnym raportem), że mało brakowało, a „Zośka” przestałaby istnieć.

Ale Krzysztof był chyba rzeczywiście kiepskim żołnierzem, nie ma śladu, by za wyrzuceniem go z „Zośki” stały względy pozawojskowe. Decyzja „Morro” z pewnością go jednak dotknęła.

Wybuch Powstania zastał Krzysztofa na placu Teatralnym. Nie zdążył na Wolę, w miejsce zgrupowania swojego oddziału, więc walczył z ochotnikami w ratuszu. Musiał się bić, los nie dał mu innego wyboru. Poległ 4 sierpnia, 1 września zginęła jego ukochana Basia.

Paweł Smoleński

Wyborcza.pl

„Powstanie warszawskie z innej strony” – mało znany tekst Józefa Mackiewicza o Powstaniu Warszawskim

 .
Powstanie Warszawskie 1944

Przypominamy tekst Józefa Mackiewicza „Powstanie warszawskie z innej strony”, który został opublikowany w 1947 r. w „Wiadomościach”. Warto go przeczytać choćby z jednego tylko powodu – tak zdroworozsądkowej analizy Powstania Warszawskiego trudno doszukać się u współczesnych historyków i publicystów. Bo Mackiewicz nie ocenia, Mackiewicz właśnie analizuje. I wyciąga wnioski.

Nasze publicystyczno-literackie pamiętnikarstwo wojenne ma w sobie coś z opowieści Gogola „Wij”. Krąg zarysowany kredą święconą, poza który sami sobie nie pozwalamy wykroczyć. Stąd deptanie na miejscu w otoczeniu licznych „tabu”, zamykających umowne horyzonty. W takim kręgu obraca się m.in. temat powstania warszawskiego, który wciąż nie schodzi ze szpalt i prawdopodobnie przez długi czas nie zejdzie. Żadne jednak z ujęć tego tematu nie będzie całkowite, dopóki nie będzie wolno mówić o pewnych sprawach. Tymczasem wszechstronna ocena ostatniej bitwy o Warszawę jako o stolicę suwerennej Polski musi wyjść z założenia właśnie tej suwerenności, tzn. uznania, że najeźdźca sowiecki (jeżeli nawet przyjmiemy, że nie był gorszy) był równy najeźdźcy niemieckiemu. Od czasu do czasu wyrwie się to komuś, ale zazwyczaj odskakuje się od tego prostego stwierdzenia w pląsach i ukłonach, a koniec końców, Bogiem a prawdą, nikt nie dał dokładnej definicji: czy Sowiety są naszym wrogiem, czy wrogiem nie są? Są najeźdźcą, czy nie? Odebrały nam niepodległość, czy nie odebrały? Czy „Kraj” to jest „Polska”, czy tylko obca okupacja? Czy panowie Mikołajczyk-Bierut-Osóbka-Cyrankiewicz to quislingi, czy też jakieś pośrednie zjawisko: mieszanina „dobrej woli” z agentem NKWD, według fantastycznej recepty rosyjskiego kawału: „smies popa s wiełosipiedom”?

Sytuację tę zrodził sofizmatyczny termin „sojusznik naszych sojuszników”, nadany Związkowi Sowieckiemu jeszcze w r. 1943. Ta nieszczera i dziwaczna definicja mści się na nas do dziś.

Jeżeli natomiast wyjdziemy z założeń prostych, jasnych, ogólnie zrozumiałych i za „dobrych przedwojennych czasów” powszechnie przyjętych, określających mianem wroga każdego, kto najeżdża naszą ojczyznę, to i na powstanie warszawskie będziemy mogli popatrzeć obydwoma oczami, a nie, jak dotychczas, przymrużając jedno dyskretnie.

Powstanie warszawskie 4_30

Na tej fatalnej sytuacji r. 1944 trudno zrozumieć, dlaczego ogół Polaków potępia akcję, której najoczywistszym celem było restytuowanie suwerennej stolicy z suwerennymi władzami i suwerennym wojskiem, wtedy, gdy rzecz ta była łatwa do zrobienia? Jeden wróg odchodził, drugi nadchodził. Pomiędzy tych dwóch wrogów wstawić niepodległy skrawek, ba, centrum Polski! Co w tym było głupiego albo zbrodniczego? Oczywiście, że nic, gdyby sprawę można było jasno postawić. Złożyło się jednak tak, że jeden z wrogów nie tylko odchodził, ale dogorywał. Natomiast tym drugim, który nadchodził, były Sowiety. A zatem ostrze akcji samo przez się skierowane by być musiało przeciwko nim. „Skandal!” „To by nas kompromitowało w oczach demokracji!”… Umówiono się zatem, żeby powstanie przedstawić w innym świetle, i w ten sposób spaczono jego sens od początku do naszych dni.

powstanie_warszawskie_wiki_13

A jak położenie wyglądało naprawdę?

Odwrót armii niemieckiej był w pełnym toku. W ostatnich dniach lipca osiągał swój punkt szczytowy, a wraz z nim nieuchronny bałagan. O żadnej mobilizacji mężczyzn pod pretekstem robienia fortyfikacji nie było mowy. Głośniki radiowe nadały surowy rozkaz, aby „wszyscy zdolni od lat 16 itd.” zgłosili się z łopatami na wyznaczonym szeregu punktów zbornych, skąd ludzi zabiorą ciężarówki. Byli przekonani, że nie zjawi się nikt. Tymczasem tu i ówdzie poprzychodziło po kilkadziesiąt osób. Sam widziałem, jak na wyznaczonym m.in. pl. Narutowicza zebrało się ok. 70 (!) ludzi z łopatami, którzy daremnie czekali na przyjazd samochodów. Jednego z takich naiwnych spotkałem jeszcze o 11.30 na ulicy Filtrowej, gdy wracał z łopatą zniechęcony i zawiedziony (obiecano przecie wyżywienie i zapłatę).

Powstanie warszawskie 1_221

W piątek i sobotę okna pobrzękiwały od dalekiej kanonady. Radio Londyn nadało wiadomość, że marszałek Rokossowski przeniósł swą kwaterę w orbitę widoczności Warszawy, i że stamtąd spogląda gołym okiem na stolicę Polski. 30 lipca al. Jerozolimskimi wycofywały się ostatnie tabory niemieckie, a później zaczęły iść czołgi za Wisłę. Na ulicach wisiały nie zrywane obwieszczenia delegatury podziemnej. Żałuję, że nie miałem aparatu, gdyż sfotografowałbym następujący dokument historyczny. Na rogu Brackiej i Widok, wokół obwieszczenia Delegatury Rządu, naklejonego na słupie, zebrał się tłum ludzi. W tłumie tym stało czterech „granatowych” policjantów i dwóch żołnierzy Wehrmachtu. Była 10 rano. Żołnierze ci pytali o drogę, a zwabieni zbiegowiskiem, zainteresowali się, co plakat zawiera, i odeszli następnie obojętnie. O 11 byłem na Pradze. Niemcy palili dworce i składy, jak się normalnie pali przed oddaniem terenu w ręce wroga.

6_1375187368

Powracając, na moście Kierbedzia zauważyłem, że jakiś spotniały kolejarz krzyknął do samochodu, którym jechali z Pragi (widocznie z frontu) kurzem okryci żołnierze:

— Wie weit?!

Żołnierz, pokazując dwa razy po dziesięć palców, odkrzyknął:

— Zwanzig Kilometer!

31 lipca z jednego tylko Dworca Zachodniego usuwano resztki wagonów. Nie było już ani porządku, ani kontroli. Każdy, kto chciał, mógł siadać i jechać bez żadnej przepustki. W takich warunkach powstanie, które wybuchło dopiero 1 sierpnia po południu, mogło liczyć na zupełny sukces i minimalne straty, co najwyżej w potyczkach z cofającymi się strażami tylnymi. Formalnie, przed świtem, Warszawa wyzwolona by była przez wojska polskie, a wkraczającego nowego najeźdźcę powitałyby suwerenny sztandar, zatknięty w suwerennej, wolnej stolicy. Otóż tego bolszewicy chcieli uniknąć za wszelką cenę. Czy można się było spodziewać takiego ich stanowiska? Do pewnego stopnia tak. Na czym więc polegał błąd w rachunku powstańców, który doprowadził do straszliwej katastrofy Warszawy?

powstanie_warszawskie_1

Nie wiem, czy w ogóle można tu mówić o błędzie w rachunku logicznym. Bo jeżeli można było się spodziewać, że takie stanowisko zajmą Sowiety, niepodobieństwem było przewidzieć bezmiar zaślepionej, zaciętej tępoty Hitlera. Nawet po wszystkich doświadczeniach okupacji, nawet po zetknięciu się z tymi szaleństwami maniaka, który zatracił wszelkie poczucie rzeczywistości, nawet po tym całym krwawym tańcu epileptycznej polityki na ziemiach naszych i nie naszych. Jakkolwiek sytuacja Niemiec była już wtedy beznadziejna, to choćby dlatego, że czepiały się one rozpaczliwie każdej pozostałej jeszcze możliwości, powinny się były uchwycić oburącz okoliczności, że na drodze marszu Armii Czerwonej stawała suwerenna Polska, nie uznawana i znienawidzona przez Sowiety. Że powstała możliwość nowych incydentów i powikłań w obozie sojuszniczym. W każdym razie z punktu interesu niemieckiego nic nie przemawiało za utrzymaniem ogniska powstania na tyłach swego frontu, a wszystko za pozostawieniem go oko w oko z Armią Czerwoną. Nawet gdyby z tego zetknięcia nie miało być chleba… Manewr Rokossowskiego był tak przejrzysty co do swego celu, iż nie mogli go nie spostrzec Niemcy. Rzecz była oczywista, nie podlegająca dyskusji.

powstanie_warszawskie_warszawa_pamieta_sierpien_640x0_rozmiar-niestandardowy

Znam osobiście ludzi o głośnych i patriotycznych nazwiskach, którzy próbowali pośredniczyć w sprawie pozostawienia przez władze niemieckie zbytecznej broni. Pośrednictwo to zostało odrzucone, zarówno przez stronę niemiecką, jak polską. Z jednej strony emocjonalna zaciekłość przeważała nad interesem politycznym, z drugiej obawa przed cieniem nawet „współpracy” przeważała nad obawą i troską o dobro ojczyzny.

Krew, zalewająca oczy Hitlera, pomieszała mu resztę rozsądku. Wiadomo już dziś, że Warszawa to była jego osobista sprawa, jego „Angelegenheit”. W ten sposób, najmniej oczekiwany i nieprawdopodobny, podobnie jak w r. 1939, odnowił się antypolski pakt sowiecko-niemiecki, nie pisany wprawdzie i nie podpisany, ale niemniej namacalny, a bardziej krwawy. Hitler nazwał zupełnie słusznie powstanie „drugim Katyniem”. Gdyż podobnie jak pierwszy, doszedł do skutku wyłącznie w interesach sowieckich, z tą tylko różnicą, że wykonany nie rękami enkawudzistów, ale Niemców. Był to z ich strony obłęd dosłowny i, doprawdy, trudno jest winić kierowników powstania, że go nie przewidzieli.

111970_1255077365_be92_p

Charakterystyczne jest to, że dotychczas nie została poddana poważniejszej analizie raptowna zmiana stanowiska niemieckiego przy końcu powstania. A przecież rzecz rzucała się w oczy. Skreśleni zostali przez cenzurę „die polnischen Banditen”; powstańcom przyznano prawa armii regularnej. Wiadomo również, że wymaszerowujące po kapitulacji oddziały Armii Krajowej witano orkiestrą, i że gen. Bora zaproszono na liczne rozmowy, podczas których wysłuchiwać miał nowych propozycji. Oczywiście zrobiono to wszystko niezgrabnie, za późno i wciąż z tym tępym uporem i brutalną „herrenvolkowością”, która charakteryzowała politykę hitlerowską, a która odzierała wszystkich ich sojuszników z postawy suwerennej godności i spychała do roli posłusznych rabów, w rodzaju bałtyckich i ukraińskich oddziałów SS. Z tego punktu widzenia nie jest ważne, czy gen. Bór podczas tych rozmów pił herbatę, jak chce prasa bolszewicka, czy jej nie pił. Propozycje niemieckie odrzucił kategorycznie – i słusznie: gdyż w tym położeniu nie przedstawiały one żadnej rzeczywistej korzyści dla Polski. Ale ta kardynalna wolta w stanowisku niemieckim potwierdza w całej rozciągłości fakt, że gdy minął atak prywatnego szału Hitlera, odsłonił się zarys innej drogi, po której mniej więcej potoczyć by się winny wypadki, gdyby Hitler podobnym atakom szału nie podlegał i był w stanie kalkulować. Niewątpliwie przebieg powstania wyglądałby wtedy inaczej.

Naturalnie słowo „gdyby” nie jest w rozważaniach nad wypadkami minionymi słowem popularnym. Nie znaczy to jednak, ażeby dla zdobycia popularności wyzbywać się rozsądku. Cała sprawa powstania zwekslowana jest dziś na jednotorową propagandę i przedstawiana w ten sposób, jakby chodziło o to, że garstka bezbronnych szaleńców rzuciła się w niepoczytalnym stanie podniecenia i patriotyzmu na opancerzonego kolosa i za straty, jakie wywołała skutkiem swej lekkomyślności, powinna ponieść odpowiedzialność. Tak wcale nie było.

17

Powstanie warszawskie spowodowało potworne straty materialne. Straty te są do powetowania. Nie do powetowania są straty w zabytkach, dziełach sztuki, pomnikach itd. Co się tyczy strat w ludziach, wyglądają one inaczej, niż to przedstawia powszechnie przyjęta wersja. Himmler, ażeby odstraszyć Polaków od prób nowej akcji zbrojnej, oświadczył, że liczba ofiar wynosi ćwierć miliona. Dla tych samych celów bolszewicy podtrzymali tę cyfrę. Z naszej strony próbowano ją nawet wyśrubować do – trzystu tysięcy! Jeden z najznakomitszych polskich statystów wojennych, który był w powstaniu (nie mogę wymienić nazwiska ze względu na jego obecny [1947 r. – przyp. taw] pobyt w kraju), utrzymywał, że straty Armii Krajowej łącznie z ludnością cywilną w żadnym wypadku nie przekraczają pięćdziesięciu tysięcy.

Tadeusz "Bór" Komorowski po spotkaniu z SS-Obergrupenführerem Erichem von dem Bach-Zelewskim w jego kwaterze w Ożarowie Mazowieckim 4.10.1944 r.
Tadeusz „Bór” Komorowski po spotkaniu z SS-Obergrupenführerem Erichem von dem Bach-Zelewskim w jego kwaterze w Ożarowie Mazowieckim 4.10.1944 r.

W świetle tego wszystkiego trudno mówić o „błędzie” gen. Bora, który dał do niego hasło. Zastrzeżenie mogłoby budzić raczej jego obecne [1947 r. – przyp. taw] stanowisko. Gen. Bór przebywał w Ameryce i kilku krajach Europy i wszędzie, gdzie mówił albo udzielał wywiadów podkreślał, jak to Polacy wspomagali Armię Czerwoną w akcji, a jej dowódców podejmowali w Polsce śniadaniami i bankietami. Trudno zaprzeczyć, że w tradycji przywykliśmy do innych zwyczajów, które zresztą utrzymywane są w większości krajów. Nie zwykło się wrogów podejmować śniadaniami, gdy wkraczają, by odebrać terytorium i niepodległość. Toteż wydaje się, że niejeden cudzoziemiec, mniej zorientowany w subtelnościach politycznych labiryntów Polski, może wyrazić zdziwienie w taki np. sposób: „Skoroście im tak pomagali w opanowaniu własnego kraju i podejmowali śniadaniami na powitanie, dlaczego się skarżycie, że u was pozostali?!”.

Józef Mackiewicz
Józef-Mackiewicz
Józef Mackiewicz (1902-1985)

dscf1475-113638

Powstanie Warszawskie nie było klęską – mówi „Halicz”, żołnierz batalionu „Zośka”

Halicz

Żołnierz ma rozkaz, to staje do walki. Nie miałem poczucia klęski po Powstaniu, a bardziej – że trzeba się jeszcze o Polskę bić, że walka się nie skończyła. Po wojnie nigdy nie mówiliśmy, że coś można było zrobić lepiej – z kpt. rez. Henrykiem Kończykowskim „Haliczem”, żołnierzem batalionu „Zośka”, który w Powstaniu Warszawskim przeszedł cały szlak bojowy Zgrupowania „Radosław” od Woli po Czerniaków, rozmawia Jarosław Wróblewski.

Propaganda sowiecka w lipcu 1944 r. namawiała warszawiaków do wybuchu Powstania Warszawskiego. „Ludu Warszawy! Do broni! Niech cała ludność stanie murem wokół Krajowej Rady Narodowej, wokół warszawskiej Armii Podziemnej. Uderzcie na Niemców! Udaremnijcie ich plany zburzenia budowli publicznych. Pomóżcie Czerwonej Armii w przeprawie przez Wisłę. Przysyłajcie wiadomości, pokazujcie drogi. Milion ludności Warszawy niech stanie się milionem żołnierzy, którzy wypędzą niemieckich najeźdźców i zdobędą wolność” – apelowała Radiostacja im. Tadeusza Kościuszki, wspierana przez Radio Moskwa.

Tak, i to podgrzewało atmosferę. Pamiętam nawet ten charakterystyczny ochrypły głos spikera Radia Moskwa. Nas skoszarowano już dwa dni przed Powstaniem i wiedzieliśmy, że już nie będzie odwrotu. Czekaliśmy tylko na termin. 1 sierpnia ok. godziny 12–13 przyszedł rozkaz. My mieliśmy broń dla całego plutonu i mieliśmy ją przewieźć z Ochoty na Wolę, gdzie zaczęliśmy walkę. Jakby nie było rozkazu, to Powstanie by i tak wybuchło. Nasz batalion „Zośka” miał zapas broni i amunicji.

Pana dowódca „Andrzej Morro” mówił wam przed Powstaniem, że nadchodzi wasz czas, że jesteście gotowi.

Tak, my byliśmy dobrze szkoleni i przygotowani do tej walki. Wiedzieliśmy wszyscy, że Powstanie nie mogło już nie wybuchnąć.

Wierzyliście, że Rosjanie pomogą walczącej Warszawie?

Tak właśnie wszystko sobie wyobrażaliśmy, choć wyszło inaczej. Jak szliśmy kilka dni przed Powstaniem do Warszawy z bazy leśnej w Puszczy Białej, to szliśmy już po pasie ziemi niczyjej. Niemców już tam nie było, a Rosjanie jeszcze nie przyszli. U nas, na bazie, mieliśmy dwóch woźniców – rosyjskich żołnierzy. Powiedzieliśmy im, że nie możemy ich zabrać do Warszawy, więc dostali pieniądze, żeby mogli przetrwać do czasu przyjścia Rosjan. A oni w płacz – że do Rosjan nie chcą. Nie mogłem tego zrozumieć. Mówiłem: „To wasi przyjdą”. A oni nie, jednak nie chcieli do swoich. Później, po „wyzwoleniu”, gdy aresztowało mnie NKWD, zrozumiałem ich reakcję.

Jak wyglądałaby Warszawa bez Powstania?

Byłoby jeszcze gorzej. Po pierwsze, Niemcy by nie popuścili. Wzięliby odwet, bo przed Powstaniem wywiesili obwieszczenia, aby 100 tys. osób zgłosiło się do budowy fortyfikacji. Nie przyszedł chyba nikt. Oni nie mogliby nam tego darować, takiego buntu. Ukaraliby za to boleśnie miasto. Po drugie, Niemcy z Warszawy zrobiliby duży punkt oporu przeciwko Rosjanom, którzy by to wykorzystali propagandowo – że Armia Krajowa współpracowała z Niemcami przeciwko nim. Rosjanie zrobiliby z Polski jeden obóz, masowo aresztując żołnierzy podziemia. Powstanie musiało wybuchnąć – nie było innego wyboru. To była nasza jedyna szansa na niepodległość.

Czy po wojnie z kolegami krytykowaliście Powstanie Warszawskie?

Nie. Mówiliśmy, że to czy tamto można było zrobić lepiej, ale uważaliśmy, że słusznie wybuchło. Nie mieliśmy poczucia klęski, kapitulację traktowaliśmy jak przegraną bitwę.

Warszawa pokazała w Powstaniu Warszawskim swój honor, niezłomność.

I to, że nie mogła zrobić już nic więcej. Stanęła na wysokości zadania.

Po wojnie trudno było zachować pamięć o poległych w Powstaniu kolegach i koleżankach z „Zośki”?

Dbaliśmy o ich godny pochówek. Proszę sobie wyobrazić, że na cmentarzu Wojskowym na Powązkach po wojnie komuniści ustawili zwyżkę i postawili na niej karabin maszynowy. Kto wchodził na cmentarz w rocznicę 1 sierpnia – był obserwowany. Oni nie chcieli, abyśmy stawiali groby kolegom.

Wy jednak byliście w tym zdeterminowani. Dlatego mamy dziś przejmującą kwaterę brzozowych krzyży zośkowców.

Tak, bardzo nam na tym zależało. Mieliśmy bardzo dobre relacje ze sobą.

Blisko 40 osób spośród was aresztowano, chciano wasze środowisko zniszczyć?

Była taka metoda UB po wojnie, gdy za drugą konspirację aresztowano kolegów, że np. aresztowano dwóch, ale jednego szybko wypuszczano. Dlaczego? Aby między nami wywołać nieufność. Tak przecież Gomułka postąpił z Pawłem Jasienicą od mjr. „Łupaszki”. Jasienicę aresztowano i szybko wypuszczono i Gomułka powiedział niedwuznacznie w przemówieniu, że Jasienica nadał im miejsce pobytu „Łupaszki”, że go wydał. To nie była prawda. Chodziło o to, aby skłócić środowisko, rozbić je wewnętrznie. My – choć nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy – byliśmy groźni dla władzy.

Jak Pan patrzy po latach na Powstanie Warszawskie?

Ono musiało wybuchnąć i według mnie nie było wcale klęską. Przeciwko nam była szkolona na poligonach niemiecka armia, która przewyższała nas sprzętowo. A na przyczółku czerniakowskim, choć stanęły przeciwko nam do walki całe dywizje niemieckie, to przez 10 dni dawaliśmy im radę. Oni nie mogli użyć tam lotnictwa ani czołgów. W takiej normalnej walce nie dawali nam rady. Nam zabrakło później amunicji.

Kiedy Pan uświadomił sobie, że to koniec, że nie wygracie?

Jak zobaczyłem desant i berlingowców, którzy przypłynęli z Pragi. Oni mieli nas tak dużą liczbą wesprzeć, a nie byli przygotowani do takiej walki. Z 3200 żołnierzy poległo 2700. To było jak zbrodnia, wysłano ich do pomocy nam, stawiając już na nich krzyżyk.

Henryk Kończykowski_Halicz

Poszedłby Pan do Powstania, gdyby jeszcze raz dano Panu wybór?

Tak, przecież jak żołnierz ma rozkaz, to staje do walki. Nie miałem poczucia klęski po Powstaniu, a bardziej – że trzeba się jeszcze o Polskę bić, że walka się nie skończyła. Tak nam mówił „Radosław”, więc my się zaczęliśmy spotykać i gromadzić broń. Nie rozpamiętywaliśmy przegranej.

Niezalezna.pl

Życie Henryka Kończykowskiego „Halicza” zostało opisane w książce pt. „Zośkowiec” wydanej przez wydawnictwo Fronda.

Zośkowiec

Mały pakt Stalin–Hitler

AK

Od lat jestem zwolennikiem tezy, że powstańcy warszawscy padli ofiarą swoistego porozumienia między Stalinem a Hitlerem z początku sierpnia 1944 roku.

Próby porozumiewania się sił politycznych w Niemczech z aliantami trwały już od miesięcy. Najbardziej znaną był lipcowy zamach na Hitlera, którego najważniejszym skutkiem miało być zawarcie rozejmu z Zachodem i przerzucenie wojsk na Wschód. Ostatnie, co mógł zrobić oszalały po nieudanym zamachu Hitler, to tolerować rozmowy z Zachodem. Zaczął przygotowywać kontruderzenie, które omal zatrzymało aliancką ofensywę. Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja na Wschodzie. Hitler jeszcze trzy lata wcześniej był sojusznikiem Stalina. Po latach walk o nowym sojuszu już nie mogło być mowy. Jednak okazało się, że można nawet bez negocjacji osiągać wspólne cele polityczne. Stalin zatrzymał front, dając szanse Hitlerowi na rozprawę z Zachodem, w tym z Powstaniem Warszawskim. To zmieniło układ sił. Zamiast z resztką uciekających niemieckich dywizji powstańcy musieli się zderzyć z całą potęgą Wehrmachtu. Tego jednak pod koniec lipca nikt nie mógł wiedzieć.

To właśnie, a nie brak realizmu dowódców, było przyczyną klęski Powstania. Warto o tym pamiętać, gdy ocenia się tamten czyn zbrojny.

Tomasz Sakiewicz

Niezalezna.pl