Stronnictwo amerykańsko-żydowskie w natarciu na niemiecką i rosyjską agenturę w Polsce

Potrzebny komentarz?
Potrzebny komentarz?…

Zgodnie z moją ulubioną teorią spiskową, tubylcze wojny na górze są – podobnie jak w wieku XVIII – następstwem walki o wpływy w naszym nieszczęśliwym kraju między państwami poważnymi, które w tym celu mobilizują swoje agentury, zgrupowane w trzech stronnictwach: Ruskim, Pruskim i gwałtownie reaktywowanym ostatnio Stronnictwie Amerykańsko-Żydowskim.

Ponieważ po „resecie”, jakiego w stosunkach z Rosją dokonał 17 września 2009 roku prezydent Obama, Stronnictwo Amerykańsko-Żydowskie utraciło znaczną część wpływów na rzecz tamtych dwóch, więc teraz, kiedy Polska znowu podjęła się roli amerykańskiego dywersanta w Europie Wschodniej, próbuje ono wszystko odwojować, no i stąd mamy wojnę na górze, w którą powoli wciągane są wszystkie agendy demokratycznego państwa prawnego. Jeszcze nie ochłonęliśmy ze zdumienia na wieść, że zuchy Abewiaki (ABW) odnalazły w mętnych nurtach Wisły potłuczone młotkami przez spiskujących przeciwko III RP kelnerów urządzenia techniczne z zapisem podsłuchanych rozmów między Leszkiem Millerem a Aleksandrem Kwaśniewskim.

Jeszcze nie obeschły nam łzy żalu nad byłym prezydentem, którego życie było nieprzerwanym pasmem pokrzywdzeń – zarówno za pierwszej komuny, kiedy to podstępnie wciągnięty do partii, został zmuszony do przyjęcia najeżonego pokusami stanowiska ministra do spraw młodzieży, jak i później, za demokracji, kiedy aż dwukrotnie został uwięziony na stanowisku prezydenta, no i później, podczas tułaczki po burgrabiowskich posadach u żydowskich bądź ukraińskich nababów. A tu już nowa afera – tym razem z prezydentem Komorowskim w roli głównej, którego właśnie owiały śmierdzące dmuchy wydobywające się z „Aneksu” do „Raportu o rozwiązaniu Wojskowych Służb Informacyjnych”, sporządzonego przez komisję pod przewodnictwem złowrogiego Antoniego Macierewicza.

Komorowski Obama

Wprawdzie prezydent Komorowski, podobnie jak jego protektorowie, co to z okazji jego wyboru na to stanowisko otwierali sobie i wytrąbiali butelki szampana, próbuje akomodować się do roli amerykańskiego dywersanta, odgraża się złemu Putinowi i gotuje do III wojny światowej, niczym rosyjski polityk narodowości prawniczej („matka Rosjanka, ojciec prawnik”) Włodzimierz Żyrinowski, co to z racji swej prawniczej narodowości musi być bardziej rosyjski niż zwyczajni Rosjanie, musi pić więcej wódki i tak dalej, słowem – wprawdzie prezydent Komorowski stara się jak może, to przecież nigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być jeszcze lepiej. W końcu nikomu nie jest obojętne, kogo prezydent Obama uzna u nas za swoją duszeńkę i komu powierzy pilnowanie interesu.

Tajny Aneks

Z tym wiążą się oczywiście i splendory, i konfitury, więc nic dziwnego, że „gdy wielki wielkiego dusi”, tu dusi mniejszy mniejszego. Jednym z dusicielskich narzędzi jest właśnie ów „Aneks”, niczym królewski złoty ankus z „Księgi dżungli”, który przyprawiał o nagłą śmierć kolejnych jego posiadaczy. Jak bowiem pamiętamy, „Aneks”, który pierwotnie miał być opublikowany, ale na skutek nowelizacji jednej z ustaw rozwiązujących WSI, którą następnie zmasakrował Trybunał Konstytucyjny, w roku wyborów prezydenckich, został wyłączną własnością prezydenta Kaczyńskiego. Prezydent Kaczyński dał do zrozumienia, że informacje tam zawarte może wykorzystać, zwracając się do Moniki Olejnik jej pseudonimem operacyjnym „Stokrotka”.

To mogło stać się przyczyną jego zguby, o czym można domyślać się po poszukiwaniach „Aneksu” przez osoby wysłane przez pełniącego obowiązki prezydenta marszałka Komorowskiego 10 kwietnia 2010 roku. Powiadają, że dopiero późną nocą wyjaśniło się, że „Aneks” jest w sejfie szefa BBN, który właśnie zginął w Smoleńsku, więc zaraz następnego dnia rano nowy szef BBN, gen. Stanisław Koziej dokument przejął. Widać jednak nie był to jedyny egzemplarz, skoro teraz tygodnik „Wprost” puszcza śmierdzące dmuchy. Ha! Dotychczas dobrotliwie kopaliśmy się tylko po kostkach, ale skoro walka tak się zaostrza, to pewnie będziemy kopać się nieco wyżej.

Stanisław Michalkiewicz

NaszDziennik.pl

Dziennikarz śledczy Wojciech Sumliński: Publikacja tygodnika „Wprost” to kontrolowana detonacja bomby, która zbiera się nad Komorowskim

sumliński

Materiały, które publikuje „Wprost”, wyglądają, po pierwsze, na próbę kontrolowanego zdetonowania bomby, która nad prezydentem Komorowskim się zbiera. Po drugie, przekierowania tej detonacji na komisję weryfikacyjną ds. WSI – uważa dziennikarz śledczy Wojciech Sumliński. Sprawa tajnego aneksu do raportu z likwidacji WSI jest jednym z kluczowych, kardynalnych filarów, rzetelne ruszenie którego może zachwiać samymi fundamentami solidnego dotąd gmachu III RP.

Czy słoń może wisieć nad przepaścią przywiązany za ogon do stokrotki?

Teoretycznie rewelacje tygodnika „Wprost”, sympatyzującego z prezydentem Bronisławem Komorowskim, o przeciekach z Komisji Weryfikacyjnej WSI – i to przeciekach dotyczących właśnie Bronisława Komorowskiego! – publikowane właśnie teraz, nie muszą mieć związku z niczym innym i jeśli się ktoś uprze, może je uznać za świetną robotę niezależnych dziennikarzy. Przed wyciągnięciem takich, pochopnych, wniosków warto jednak pamiętać, że teoretycznie można udowodnić wszystko, nawet to, że słoń może wisieć nad przepaścią przywiązany za ogon do stokrotki, a to – przyznacie Państwo – w praktyce może być już trudne do udowodnienia.

O co zatem naprawdę chodzi w rewelacjach „Wprost”? Prześledźmy chronologię wydarzeń.

WIOSNA 2014

W kwietniu br. publicznie zapowiedziałem publikację książki o Bronisławie Komorowskim, z której opinia publiczna dowie się, kim naprawdę jest prezydent RP. Zapowiedziałem, że książka będzie udokumentowana i pełna faktów, których nie sposób podważyć. Zapowiedziałem też ujawnienie jednego ze źródeł – za jego wiedzą i wolą. To były wysoki rangą oficer WSI, mój były informator, który dowiedziawszy się, że jest w ostatnim stadium choroby nowotworowej i że zostało mu w najlepszym razie kilka miesięcy życia, pojednał się z Bogiem – w którego wcześniej nie wierzył – i otrzymał od spowiednika niezwykłą pokutę: upublicznienie wszystkich swoich łotrostw, jako oficera WSI, wykraczających dalece poza złodziejstwo na gigantyczną skalę, a częstokroć polegające na niszczeniu innych ludzi – bo z tego na dobrą sprawę składała się jego służba. Szkopuł w tym, że upubliczniając wiedzę o sobie oficer ów ujawnia tak naprawdę szokująca wiedzę o naszym kraju i jego wojskowych specsłużbach w ogóle i zupełnie niejako przy okazji – o najważniejszych osobach w państwie… Na upublicznienie materiałów oficer wybrał mnie, bo – jak twierdził – ponoć poruszyła go narracja moich książek. Gdy spotkaliśmy się, dał mi do wglądu sto stron dokumentów z klauzulą „ściśle tajne” i pozwolił odsłuchać kilkadziesiąt minut nagranych rozmów. Wiele w życiu widziałem i wiele słyszałem, ale chyba nic nie było dla mnie równie szokujące!

To i jeszcze dwa tysiące takich stron plus kilkadziesiąt godzin nagrań otrzymasz od notariusza. Mam jeden warunek: wolno ci to ujawnić, gdy mnie już nie będzie i gdy moja rodzina wyjedzie już z kraju, bo to na nich spadnie odium tego, co przez całe swoje zawodowe życie robiłem, to na nich spadnie siła tego pandemonium, które po tej publikacji musi się rozpętać…

Sejmowa Komisja Obrony Narodowej

Choć miałem wiele wątpliwości, warunek przyjąłem. Ustaliliśmy, że co by się nie działo, termin nieprzekraczalny publikacji, to pierwszy kwartał 2015 roku…

Okazało się, że mój rozmówca nie blefował. Utwierdziły mnie w tym trzy fakty: prawdziwość przekazanych mi informacji (z owych stu stron otrzymanych do wglądu), które w tzw. międzyczasie zdążyłem zweryfikować, rozmowa ze spowiednikiem oficera oraz fakt, że kilka miesięcy po spotkaniu z owym oficerem byłem na jego pogrzebie… Po co miałby prowadzić „grę” wobec mnie ktoś, kto za chwilę umrze?

Całość tego niezwykłego spotkania opisałem w wydanej w tym roku książce pt. „Z mocy nadziei”, zaś w kwietniu publicznie zadeklarowałem, że po Nowym Roku – o ile w tzw. międzyczasie nie spadnie mi na głowę cegła w drewnianym kościele, nie zostanę współpracownikiem Bin Ladena, zabójcą Kennedy’ego, itp. – opublikuję książkę poświęconą prezydentowi Bronisławowi Komorowskiemu, która z pewnością poruszy i zainteresuje opinię publiczną.

Dlaczego powiedziałem o tym publicznie? Ponieważ informator, któremu bezwzględnie ufam – jeden z ostatnich takich – człowiek doskonale poinformowany, poprosił mnie o spotkanie, zorganizowane „okrężną” drogą, i słowo w słowo powtórzył moją rozmowę z oficerem WSI. Na moje pytanie: skąd to wszystko wiesz? – odparł krótko. Zadaj raczej inne pytanie: „czy jeśli wiem to ja, to czy nie wiedzą tego inni?”. I dodał: „ Będzie się działo. Uważaj na siebie”.

Zrozumiałem, że moje spotkanie zostało zarejestrowane przez ludzi, którzy nie powinni o nim wiedzieć. Zrozumiałem zarazem, że skoro wiedzą ONI, to powinna wiedzieć także opinia publiczna…

Od tamtej pory mówię o tym wszędzie, gdzie tylko mam okazję: od TV Republika, poprzez Radio WNET, czy portale internetowe na spotkaniach autorskich skończywszy. I wszędzie zapowiadam, że o ile nikt mi nie przeszkodzi, książka powstanie – na dobrą sprawę jej zręb już powstaje, ten proces jest w toku…

LIPIEC 2014

W toku jest także inny proces, bardzo głośny choć przecież totalnie „zaciszony” – proces karny z moim udziałem, którego „kamieniem węgielnym”, pierwszą przyczyną, były spotkania Bronisława Komorowskiego, wówczas marszałka Sejmu, z dwoma oficerami wojskowych służb tajnych: pułkownikiem Leszkiem Tobiaszem oraz pułkownikiem Aleksandrem L. W trakcie owych spotkań Bronisław Komorowski, druga osoba w państwie, rozmawiał z oficerami służb tajnych o tym, jak w sposób nielegalny, całkowicie sprzeczny z prawem, zdobyć najbardziej tajny z tajnych dokumentów, Aneks do raportu Komisji Weryfikacyjnej WSI. I nie przeszkadzał w tym marszałkowi Sejmu fakt, iż o jednym z tych dwóch rozmówców miał informację, iż może mieć on związki z rosyjskim wywiadem…

Z tych trzech ludzi: Leszek Tobiasz, Aleksander L. [Lichocki], Bronisław Komorowski – tylko ten ostatni może złożyć zeznania przed Sądem.

Pułkownik Leszek Tobiasz, który był wzywany do Sądu kilkukrotnie nigdy się w Sądzie nie stawił – można się tylko domyślać dlaczego, bo sam swoich nieobecności nie usprawiedliwiał – i nigdy się już nie stawi. Przed kolejnym terminem, po którym w razie kolejnego niestawiennictwa Sąd miał rozważyć doprowadzenie świadka, pułkownik Leszek Tobiasz zmarł w niejasnych okolicznościach, podczas zabawy tanecznej w Radomiu.

bce1da501723bc4750254edc8628d3dd,2,0

Tym samym definitywnie pogrzebana została szansa na planowane konfrontacje tego arcyważnego świadka z Bronisławem Komorowskim, z Krzysztofem Bondarykiem, z Pawłem Grasiem, z Aleksandrem L. [Lichockim] i kilkoma innymi osobami…

Drugi uczestnik tajnych rozmów, pułkownik Aleksander L. [Lichocki], korzysta z prawa oskarżonego i generalnie na rozprawach milczy…

Pozostaje trzeci z uczestników bezprecedensowych spotkań – Bronisław Komorowski. Jak wiadomo, prezydent żyje, ma się dobrze i jako świadek, będzie miał obowiązek składania zeznań.

Jedyny szkopuł polegał na tym, że przez długi czas nie było przesądzone, czy zostanie wezwany. Tak było aż do lipca br. Na ostatniej wakacyjnej rozprawie, po miesiącach analiz, Sąd podjął jednak decyzję: wezwał głowę państwa na świadka, uznając, że choć Bronisław Komorowski jest Prezydentem RP, to jest także obywatelem! To absolutny precedens pokazujący, że nikt, nawet jeśli jest Prezydentem Polski, nie powinien stać ponad prawem!

Prezydent został wezwany na 10 września, z opcją, że jeśli ten termin by mu nie odpowiadał – w końcu to Prezydent kraju – niech wskaże termin inny.

Wszyscy, także Sąd, dostosują się do kalendarza głowy państwa, ale co do zasady Prezydent ma się stawić i przy otwartej kurtynie odpowiadać na pytania wszystkich stron – kropka. Ja dla pana Prezydenta przygotowałem na „dzień dobry” – niejako na wejście – 200 pytań i od miesięcy zapowiadam, że pytania te, to dla pana Prezydenta będzie zapewne niemały kłopot… Co więcej, w Sądzie leży mój wniosek o przesłuchanie w charakterze świadka kolejnego oficera WSI – ten dla odmiany żyje, choć „zafundowano” mu areszt i z tego co wiem, nie szczędzono tam „atrakcji”. Oficer ten, to kolejny były znajomy Bronisława Komorowskiego i dysponent niezwykle interesujących nagrań z udziałem głowy państwa. Wniosek w sprawie tego świadka ma dopiero zostać przez Sąd rozpatrzony…

x5

I na to wszystko, na tę bardzo „interesująco” z punktu widzenia wiedzy o prezydencie RP zapowiadającą się jesień i przełom roku – a także na zapowiedzi o powstaniu Sejmowej Komisji Śledczej w sprawie działalności Komisji Weryfikacyjnej WSI – nakładają się rewelacje sympatyzującego z prezydentem Bronisławem Komorowskim (w gestii którego tajny Aneks znajduje się od lat) tygodnika „Wprost”… Taki przypadek…

Warto zatem zadać sobie pytanie, którego stawiania nauczył mnie jeden z moich mentorów, prokurator Andrzej Witkowski: cui bono?, czyli kto ma na tym zyskać? Kto ma zyskać na próbie rozbrojenia tykającej bomby i jednoczesnym obrzuceniu błotem Komisji Weryfikacyjnej WSI?

Znalezienie odpowiedzi na to pytanie nie jest trudne – z pewnością łatwiejsze, niż sprawdzenie w praktyce, czy słoń naprawdę może wisieć nad przepaścią przywiązany za ogon do stokrotki.

CZYTAJ TAKŻE:

„Wprost” szykuje materiał przykrywkowy, który ma chronić Komorowskiego. Prezydent wkrótce stanie przed sądem.

Były weryfikator WSI: „Może materiał we ‘Wprost’ ma uzasadniać powołanie komisji śledczej przeciwko Macierewiczowi?”.