Jan Kulczyk żyje i ma się dobrze? Biznesmen zakpił z PiS-u?

fot. Wojtek Stein/Reporter/East News
Jan Kulczyk żyje i ma się dobrze? Biznesmen zakpił z PiS-u? 6 czerwca 2016 r. Edyta Sieczkowska, jedna z byłych współpracownic Jana Kulczyka, negocjatorka w jego interesach w Dubaju, podczas nadawanego na żywo w Polsacie programu „Państwo w Państwie” ogłosiła publicznie: „Mnie pan Kulczyk z Bali lub z piekła zastrasza…”.

6 czerwca 2016 r. Edyta Sieczkowska, jedna z byłych współpracownic Jana Kulczyka, negocjatorka w jego interesach w Dubaju, podczas nadawanego na żywo w Polsacie programu „Państwo w Państwie” powiedziała: „My tu wszyscy płaczemy nad zabitymi dziećmi, a ja błagam Polaków i media 7 lat o pomoc. Mnie pan Kulczyk z Bali lub z piekła zastrasza. My mamy telefony. Ja chcę żyć i moje dziecko. (…) Nikt nam w Polsce nie pomógł”.

Dokładną relację o kulisach robienia interesów przez Jana Kulczyka Edyta Sieczkowska zdała dziennikarzowi Michałowi Rachoniowi w czasie swojego protestu głodowego pod siedzibą Kulczyk Holding SA w Warszawie:

<https://youtu.be/lbQHwsTrdhw

W grudniu 2015 r. doradca prezydenta Andrzeja Dudy prof. Andrzej Zybertowicz, specjalista od tajnych służb, w radiowym wywiadzie również dał publiczny wyraz wyraz swojej niewiary w śmierć polskiego biznesmena. Rozmówca Rafała Ziemkiewicza w prowadzonej na antenie Radia Plus audycji „Plusy Dodatnie Plusy Ujemne” stwierdził:

Oligarcha Number One niedawno zmarł, albo raczej, być może żyje sobie gdzieś na Bali pod innym nazwiskiem…

18 maja 2016 r. wicepremier i minister nauki i szkolnictwa wyższego Jarosław Gowin w rozmowie z dziennikarzem TVP1 informację o śmierci Jana Kulczyka nazwał „oficjalną”:

Nie żyje, przynajmniej taka jest wersja oficjalna, Jan Kulczyk. Przyszłość pokaże, czy w tej sprawie nie ma jeszcze jakiegoś drugiego dna.

Dopytywany przez dziennikarza, aby wyjaśnił, co ma na myśli, wicepremier kontynuował:

Nie mam żadnej wiedzy na ten temat jako minister, ale jako obywatel zadaję sobie pytanie, jak to się dzieje, że najbogatszy Polak jedzie na operację serca w zwykłym miejskim szpitalu w Wiedniu, a nie w jakiejś bardzo ekskluzywnej klinice, gdzie byłby otoczony wyjątkowo dobrą opieką. Ale zostawmy ten temat, jest jeszcze dużo zagadek do wyjaśnienia, wielu na pewno nie uda się wyjaśnić.

Portal Polska Bez Cenzury utrzymuje, że oficerowie Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego potwierdzili jego dziennikarzom, iż są w posiadaniu dwóch notatek z rozmów z informatorami, którzy wskazują, że Jan Kulczyk sfingował własną śmierć i żyje.

Wbrew twierdzeniom naszych polityków mają to być kraje bliższe Europie niż Bali. W jednej notatce informator, jako miejsce przebywania doktora wskazuje Cypr. Cała sprawa jest bardzo zagmatwana, a rodzina organizując błyskawiczny i pełen tajemnic pogrzeb, bynajmniej nie sprzyjała przecięciu spekulacji

–  konkluduje portal.

Publicysta tygodnika „W Sieci” Marek Król sprawę pooperacyjnych komplikacji zdrowotnych Jana Kulczyka komentuje w sposób dość jednoznaczny:

To zaskakujące, ponieważ nawet po drobnych zabiegach stosuje się pewne środki, które zapobiegają zakrzepom, i wielu lekarzy, z którymi rozmawiałem, dziwiło się, jak to mogli austriaccy lekarze w tak wyśmienitej klinice, na oddziale vipowskim, zapomnieć o podaniu tych środków i dopuścić do zakrzepu tętnicy płucnej. Teraz są kolejne jakieś domniemania, natomiast powiem tak: jakbym miał wybierać, na miejscu Jana Kulczyka, to wybrałbym taki termin śmierci, bo lepszego momentu nie można było znaleźć.

Materiał Telewizji Republika o tajemnicy śmierci Jana Kulczyka:

<https://youtu.be/y6W7kVrJWOQ?t=2m55s

Redaktor Stanisław Janecki na łamach portalu wPolityce.pl, zwracając się do przedstawicieli polskiego wywiadu i kontrwywiadu, już w dniu ogłoszenia informacji o śmierci Jana Kulczyka pisał:

Czy z całą pewnością można wykluczyć jakieś celowe działanie kogokolwiek? (…) Przyjmuję do wiadomości oficjalną wersję, ale lepiej dmuchać na zimne, niż coś zaniedbać czy bezradnie stanąć przed faktami dokonanymi.

Blogerka Irena Szafrańska napisała na Twitterze:

Miliarderzy nie umierają śmiercią naturalną wskutek przebytych operacji.

Dziennikarz śledczy Cezary Gmyz na Twitterze:

Powikłania po operacjach się zdarzają. Zwłaszcza po operacjach służb specjalnych.

Piotr Bocian, grabarz z cmentarza na poznańskiej Nowinie (2016):

Rok temu mieliśmy na naszym cmentarzu pogrzeb Jana Kulczyka, najbogatszego Polaka. Cmentarz był zamknięty, mnóstwo ważnych osób, borowcy. Pochówkiem zajmowała się zewnętrzna firma, ale jak ochroniarze Kulczyka nieśli ciało z kaplicy do grobu, to pomogliśmy im nałożyć trumnę na ramiona. To było naprawdę duże wydarzenie.

Wojciech Sumliński, dziennikarz śledczy, nie ma wątpliwości, że Jan Kulczyk żyje, ale na swoje przeświadczenie, które nabył po licznych rozmowach z ludźmi służb, nie ma na razie żadnych dowodów:

Ilekroć pytałem ludzi służb o doktora Jana, czyli Jana Kulczyka, to nikt z tych ludzi nie wierzy w to, że on nie żyje. Natomiast jak pytam o coś więcej, o coś, co byłoby punktem zaczepienia, to albo są informacje wymijające, albo niepewne, albo na zasadzie…, że trudno to nawet nazwać jakimś końcem końca nitki, czyli taka zabawa na zasadzie gonimy króliczka, ale go nie łapiemy. Nikt w to nie wierzy z ludzi służb, takich jak Tomek Budzyński czy inni, z którymi rozmawiam, każdy na pytanie o śmierć Kulczyka tylko się uśmiecha i odpowiada w takim duchu, że [Jan Kulczyk] żyje, że żyje, że nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Ale nie mówiłem nawet o dowodach, lecz choćby przesłankach, takich troszkę twardszych, to już tego nie zdobyłem. Więc na pewno byłaby to ciekawa historia: jeżeli ci wszyscy rozmówcy mają rację, mają słuszność, to to by dopiero była niesamowita historia – pokazanie tego całego mechanizmu, jaki się zdarzył wokół tego, co wykreowano na śmierć Kulczyka, to by dopiero było coś! Natomiast musi być przynajmniej jakiś koniec nitki w ręku. Ja takiego końca na dzisiaj nie mam, ale to nie znaczy, że nie będę miał. Czasami tak jest, że gdzieś człowiek szuka, gdzieś się rozgląda, gdzieś rozmawia – i nagle coś wejdzie w ręce, co stanie się tym końcem nitki. Na pewno chcielibyśmy z Tomkiem się tym zająć, bo pokazanie od początku do końca, od wykreowania tego człowieka na tego, kim był, czyli wizjonera polskiego biznesu (chociaż wiemy tak naprawdę, co robił, że był wtyką służb specjalnych, dzięki którym dorobił się majątku, potem się tym dzielił, począwszy od operacji Warta i Bank Śląski, Zielone Bingo, gdzie kupił te akcje za bezcen, a one błyskawicznie poszybowały w górę; dopuszczono tylko takich jak on do kupna akcji Warty i Banku Śląskiego i w ten sposób zarobił pierwsze dziesiątki milionów dolarów, takie naprawdę duże pieniądze; a później takich operacji było mnóstwo przy udziale Czempińskich i innych, choćby prywatyzacja Telekomunikacji Polskiej), pokazanie tego wszystkiego od początku do końca, pokazanie tego świata, w którym uczestniczył, i pokazanie wreszcie tej puenty z tą wykreowaną śmiercią, to byłoby coś! Natomiast nie mam w tej chwili niczego, co nazwałbym dowodem na to, że doktor Jan żyje.

<https://youtu.be/KT4P2Df9W3s

Marcin Rola, dziennikarz telewizji wRealu24:

Wracam do towarzysza Kulczyka. Zmarło mu się parę lat temu, pamiętacie o tym, tam w Poznaniu wielki pogrzeb i tak dalej… Jechała limuzynka, oczywiście nikt ciała nie pokazał, ale… Gdzie on tam był? W Wiedniu robił jakąś tam…, jakiś zabieg był, coś tam…, taka jakaś prowizorka.

Się zmarło.

Kto w to wierzy?

Jełop. Jełop.

W mojej opinii – wiecie, nie jestem jakimś super zwolennikiem teorii spiskowych, ale istnieje coś takiego jak teoria spiskowa dziejów – tacy ludzie jak Kulczyk nie umierają ot tak. Nie, nie umierają ot tak. Człowiek, którego stać na to, żeby sobie kupić wyspę na Karaibach, albo i lepiej: tam zamieszkać; zrobić sobie operację plastyczną, cokolwiek, jak się robi w Stanach ze świadkami koronnymi (prawdziwymi świadkami koronnymi – nie to, co u nas, w tym naszym grajdole), nie umiera ot tak.

Nigdy nie wierzyłem w to, że Jan Kulczyk zmarł i szczerze, jestem święcie przekonany, że żyje i ma się świetnie. Po prostu został „ewakuowany”, ponieważ najprawdopodobniej… Zobaczcie, Polacy muszą się wszystkiego domyślać… […].

Nie wierzę w to, że ten człowiek nie żyje. Jestem święcie przekonany, że ten człowiek żyje.

<https://youtu.be/Hi_OoctanAE?t=9m46s

Śmierć Jana Kulczyka od początku budzi wiele kontrowersji. Jan Kulczyk żyje i ma się dobrze? Biznesmen zakpił z PiS-u? Pisowski rząd oraz służby doskonale zdają się o tym wiedzieć, ale nie mogą nic zrobić, gdyż Jan Kulczyk jest chroniony przez jeszcze inne „służby”?

Oliwa sprawiedliwa…

TAW

Reklamy

Były szef MSWiA Ryszard Kalisz ujawnia wojskową aferę korupcyjną w rządzie Donalda Tuska, która – jak logicznie wynika z kontekstu – miałaby dotyczyć samego premiera

kalisz kwaśniewski

Tygodnik „Do Rzeczy” dotarł do kolejnych szokujących rozmów nagranych w tzw. aferze taśmowej podczas spotkania w restauracji „Sowa i Przyjaciele”. W spotkaniu brał  udział były Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji Ryszard Kalisz, były Prezydent RP Aleksander Kwaśniewski, znajomy rodziny Kwaśniewskich Włodzimierz Wapiński oraz czwarty mężczyzna, którego tożsamości nie udało się ustalić.

Powodem spotkania wszystkich czterech panów były narodziny syna Ryszarda Kalisza. W trakcie rozmowy obaj lewicowi politycy poruszają kilka niezwykle istotnych dla funkcjonowania państwa tematów. Najistotniejszym z nich jest chyba domniemana korupcja, której mieli się dopuścić najważniejsi politycy obecnej władzy.

Podczas spotkania Kalisz opowiada Kwaśniewskiemu o swojej rozmowie z gen. Januszem Noskiem, ówczesnym szefem Służby Kontrwywiadu Wojskowego. Warto wspomnieć, że Nosek to jedna z najbardziej doświadczonych osób pracujących w polskich służbach. Pracował między innymi w UOP, był szefem Zarządu Ochrony Ekonomicznych Interesów Państwa UOP, czy też szefował ABW w Krakowie.

Gen. Janusz Nosek (ur. 1968)
Gen. Janusz Nosek (ur. 1968)

Według Kalisza Nosek posiada dowody na korupcję, w którą zamieszany jest Minister Obrony Narodowej Tomasz Siemoniak. Nosek posiada podobno również dowody, które – jak mówi Ryszard Kalisz Aleksandrowi Kwaśniewskiemu – „sięgają dużo wyżej” niż tylko kierownictwa ministerstwa. Korupcja dotyczy najprawdopodobniej „Programu rozwoju Sił Zbrojnych RP w latach 2013-2022”, w ramach którego na polską armię zaplanowano wydatki rzędu 135 mld zł.

Według Kalisza Nosek posiada dowody na korupcję, w którą zamieszany jest Minister Obrony Narodowej Tomasz Siemoniak. Nosek posiada podobno również dowody, które „sięgają dużo wyżej” niż tylko kierownictwa ministerstwa…

Z informacji zawartych w tygodniku „Do Rzeczy” wynika, że SKW zgromadziła materiały dotyczące nieprawidłowości przy planowanych zakupach. SKW na wiosnę roku 2013 złożyła w prokuraturze wojskowej bardzo obszerne materiały związane z ówczesnym wiceministrem obrony narodowej gen. Waldemarem Skrzypczakiem. Prawdopodobnym pokłosiem tych materiałów była dymisja Skrzypczaka pod koniec 2013 roku.

kalisz kwasniewski

Fragment rozmowy:

R.K. (Ryszard Kalisz): (…) Powiem Ci więcej – i to, chłopaki, zobowiązuje was do tajemnicy. Całkowitej i do grobu, że jak Nosek się po naszej wizycie w Ukrainie, na Ukrainie, w Jałcie ze mną spotkał, to on ma dowody na korupcję dużo wyżej.

A.K. (Aleksander Kwaśniewski): Czyli?

R.K.: Siemoniak co najmniej. I bardzo duże podejrzenia jeszcze wyżej.

(…)
R.K.: Ja powiem szczerze, w poniedziałek, w Ukrainie nie mogłem. W poniedziałek było spotkanie z Noskiem. Oczywiście w miejscu, nazwijmy to, zakamuflowanym. Nikt o tym nie wie. (…) Naprawdę, to co on mi powiedział – i powiedział mi o przesłankach tego wszystkiego – tam Skrzypczak to mały pikuś…

A.K.: Co się dziwisz, Sławek też myśli o przyszłości.

(…)
R.K.: Na Siemoniaka ma dowody.

A.K.: Dobrze, jak by powiedzieć, jak mówię, jak mi leży na sercu, to ty pamiętaj, że jesteś w tej chwili w centrum erupcji. W związku z tym bądź rozsądny, a jednocześnie masz dla kogo żyć.

R.K.: No właśnie, to najważniejsze.

N.N. (czwarta, nierozpoznana osoba): Czyli oni będą… posiądą…, będą wiedzieli, że Ty posiadłeś tę wiedzę. No, rzeczywiście będziesz musiał się pilnować.

R.K.: To, że ja posiadłem taką wiedzę, wie Nosek i jego zastępca. To są funkcjonariusze służb…

W dalszej części rozmowa pomiędzy Kaliszem a Kwaśniewskim dotyczy służb specjalnych w naszym kraju. Były prezydent dosadnie wyraża się na temat ich działań.

Fragment rozmowy:

A.K.: Najbardziej zdemoralizowane – ja zawsze mówiłem, to jest dziesięć lat doświadczeń mojej prezydentury – trzy najbardziej zdemoralizowane instytucje w Polsce to jest: po pierwsze – prokuratura, po drugie – służby specjalne, po trzecie – telewizja publiczna. Później jest wielka przepaść. Możesz narzekać na sądy, na administrację. Ale oni się jako tako trzymają. Natomiast te trzy instytucje – kupią, sprzedadzą, zdradzą, zniszczą. I tak dalej,  i tak dalej.

Trzy najbardziej zdemoralizowane instytucje w Polsce to: 

prokuratura,

służby specjalne,

telewizja publiczna.

Te trzy instytucje:

kupią,

sprzedadzą,

zdradzą,

zniszczą…

kwach

R.K.: Taka prawda. Dlatego też wiesz… Ja…

A.K.: Dlatego trzymałem skutecznie dystans. Nie dałem sobie wejść na łeb. A chcieli wszyscy. Chcieli wszyscy, próbowali wszyscy.

Następnie Kalisz i Kwaśniewski rozmawiają na temat afery szpiegowskiej, w którą zamieszani byli zarówno Józef Oleksy jak i Aleksander Kwaśniewski, którzy rzekomo spotykali się z rosyjskimi szpiegami, m.in. z Władimirem Ałganowem.

Władimir Piotrowicz Ałganow (ur. 1952 w Leningradzie) – funkcjonariusz radzieckiego i rosyjskiego wywiadu, pełniący służbę jako dyplomata

Przez ową aferę upadł w 1995 roku rząd Józefa Oleksego. W rozmowie z Kaliszem Aleksander Kwaśniewski twierdzi, że afera była prowokacją, a za wszystkim stał gen. Gromosław Czempiński (szef UOP w latach 1993-1996) oraz znany szpieg PRL gen. Marian Zacharski.

Gen. Gromosław Czempiński (ur. 1945)
Gen. Gromosław Czempiński (ur. 1945)

Aleksander Kwaśniewski twierdzi, że afera szpiegowska (1995) była prowokacją, a za wszystkim stał gen. Gromosław Czempiński (szef UOP w latach 1993-1996) oraz znany szpieg PRL gen. Marian Zacharski.

Gen. Marian Zacharski (ur. 1951)
Gen. Marian Zacharski (ur. 1951)

Według byłego prezydenta owa prowokacja miała pomóc Lechowi Wałęsie w ponownym wygraniu wyborów prezydenckich w 1995 roku i zatrzymać SLD, które wyraźnie zmierzało w kierunku przejęcia władzy w naszym kraju.

Artykuł napisany w oparciu o publikację tygodnika „Do Rzeczy”.

Parezja.pl

Piotr Wroński zdradza, co „służby” robiły po Zamachu Smoleńskim. Nic nie robiły. A jeśli już, to „zabezpieczały” (czytaj: wykradały) Tajny Aneks w Pałacu Prezydenckim

Wniosek, że zrobiono wszystko, by do katastrofy smoleńskiej doszło, jest jak najbardziej słuszny. Służby na całym świecie widzą to podobnie. Im więcej mija czasu, tym więcej mamy poszlak, które prowadzą w stronę hipotezy o zamachu – mówi Piotr Wroński, były oficer służb specjalnych, w rozmowie z Markiem Pyzą na łamach nowego wydania tygodnika „wSieci”.

Rozmówca Marka Pyzy zdradza m.in., co robił po otrzymaniu informacji o katastrofie smoleńskiej.

Chwyciłem za telefon. Byłem przekonany, że za moment pojadę do pracy. Z takim nastawieniem dzwonili też do mnie młodsi koledzy, podwładni. Ale nikt z przełożonych nie odbierał. Pojechałem do Agencji. Okazało się, że nikogo tam nie ma. Po paru godzinach wreszcie ktoś do mnie zadzwonił. Niestety ta nasza chorobliwa tajność zabrania mi powiedzieć, kto to był, bo dziś jest czynnym oficerem. (…) Zapytał: „O co ci chodzi, po co się dobijasz?”. Odpowiedziałem, że przecież doszło do ogromnej tragedii i chyba jest jasne, że obowiązuje jakiś stan podwyższonej gotowości. On na to: „Czyś ty zwariował? Masz wolny dzień, jest ładna pogoda, idź na spacer”. Zgłupiałem

— wspomina były oficer służb specjalnych. Ujawnia, że tego dnia również w ABW działo się podobnie:

Zadzwonił do mnie kolega z ABW, zdziwiony, że u nich właściwie też nic się nie dzieje. Później usłyszałem — mogę to traktować wyłącznie jako ustną relację nieoficjalną, czyli formalnie plotkę — że

jedyną grupą postawioną na nogi w ABW była grupa realizacyjna, która spieszyła zabezpieczać Biuro Bezpieczeństwa Narodowego.

Piotr Wroński podkreśla, że według procedur obowiązujących w 2010 r. w ABW, powinien on zostać postawiony w stan gotowości.

Jeżeli mamy nadzwyczajną sytuację, a taką jest tragiczna śmierć prezydenta i 95 towarzyszących mu nietuzinkowych osób, to każda służba na świecie zakłada, że doszło do zamachu. Nieważne, co rzeczywiście się stało. Proszę sobie wyobrazić, że po 11 września Amerykanie powołali kilka grup operacyjnych, w których bardzo długo rozważano, czy jednak nie doszło do wypadku, wbrew wszystkim dowodom. Taki jest sens działania specsłużb. Po ataku na WTC działania operacyjne były wszczęte chyba w każdej ambasadzie amerykańskiej na świecie. Widziałem, jak 11 września zaczęli się zachowywać oficerowie CIA i FBI w Londynie. W stan gotowości postawiono całą ambasadę.

Rozmówca Marka Pyzy zwraca również uwagę na próby ośmieszania w mediach śp. Prezydenta i osób, które zgłaszały wszelkiego rodzaju wątpliwości dotyczące przyczyny katastrofy.

Mówiąc o zamachu, nie wyrażam swoich prywatnych poglądów. Analizuję dostępne informacje. Pamiętajmy też, że katastrofy nie trzeba powodować wybuchem. Można stworzyć takie okoliczności, które doprowadzą do tragedii. Od zmęczonej załogi, przez nieaktualne mapy podejścia, złą prognozę pogody, po nieprzygotowane lotnisko i „odpowiednią” obsługę na wieży. Nie potrafię zrozumieć, jak można było pozwolić, by ta „wieża” tak funkcjonowała. Trudno myśleć, by nie było to zorganizowane specjalnie.

Piotr Wroński, były esbek, a potem oficer służb III RP, był gościem programu „W Punkt” w Telewizji Republika. Mówił w nim m.in., co działo się w Agencji Wywiadu 10 kwietnia 2010 roku. Pytany, dlaczego dopiero po pięciu latach wraca do tragedii smoleńskiej, wyjaśniał, że jako czynny funkcjonariusz kierował się lojalnością wobec instytucji i wielu swoich współpracowników. „Moje ujawnienie mogło zaszkodzić innym pracownikom” – podkreślił. „Ale mówię o tym teraz nie dlatego, że Andrzej Duda wygrał wybory prezydenckie, a PiS jest bliskie wygrania wyborów parlamentarnych” – mówił. Tłumaczył, że chciał mówić o tym wcześniej, jednak „odbijał się od drzwi”.

Byłem traktowany jako prowokator. Nie miałem komu tego powiedzieć. Dopiero teraz Marek Pyza zdecydował się na rozmowę ze mną

– podkreślił. Dodał, że wielu funkcjonariuszy służb „dziwiło i dziwi się dotąd”, gdy mówi o tym, co działo się w służbach po 10 kwietnia.

Odnosząc się do sytuacji w ABW, Wroński zaznacza, że jest to instytucja zmilitaryzowana, w której podległość jest niemal feudalna. „Jeśli nie ma impulsu z góry, to nic się nie robi” – dodał. Zaznaczył, że według jego wiedzy, po 10 kwietnia nie działo się w ABW nic, nie powstał również żaden zespół, który zająłby się tragedią.

„Być może jakiś zespół powstał, ale ja bym prosił o ujawnienie tego” – zaznaczył.

Wroński wskazał, że czas przestać zasłaniać się dobrem służb, bowiem trzeba wyjaśnić, dlaczego służby działały tak, a nie inaczej, po 10 kwietnia. W jego ocenie zasłanianie się dobrem służb „jest wprost wyjęte z okresu, kiedy służy były zbrojnym ramieniem partii”. Dodał, że dobro państwa wymaga tego, aby takie informacje zostały ujawnione.

Chciałbym powiedzieć, że czas przestać się zasłaniać i powiedzieć co się wówczas zrobiło. Jeśli nic się nie zrobiło, to dlaczego? Mnie nie chodzi o nazwiska, kryptonimy uruchomionych źródeł, ale o procedury, które uruchomiono

– mówił. Tłumaczył, że jest to normalna procedura. Jako przykład podał służby specjalne USA, które po 11 września ujawniły swoje działania i poinformowały o popełnionych błędach. Czy Polskę stać na taki audyt i raport? Do tego niezbędne zdaje się są zmiany polityczne.

Do sprawy odniósł się na antenie TV Republika także Bogdan Święczkowski. W ocenie byłego szefa ABW tak ogromne zaniedbania powinny być karane więzieniem. „Minęło 5 lat od katastrofy smoleńskiej. Może się zdarzyć tak, że sprawy te ulegną przedawnieniu” – mówił.

Święczkowski podkreślił, że sytuacja w której dochodzi do katastrofy z udziałem prezydenta i wielu innych ważnych osób w państwie, i nie ogłasza się w służbach stanu alarmowego, jest czymś przerażającym. Jak mówił, fakt, że nie uruchomiona została w tym czasie agentura, świadczy o świadomych zaniechaniach.

„Teraz należy tylko zadać pytanie: z jakich powodów? Czy te osoby uczestniczyły w grupie osób, które robiły wszystko, żeby sabotować wizytę prezydenta, czy ma tu zastosowanie ta najbardziej spiskowa teoria, że świadomie lub nie uczestniczyli w doprowadzeniu do śmierci prezydenta” – mówił.

(ez, Slaw, stefczyk.info, wolnemedia.net)

WolneMedia.net

 

Frustracja obecnej władzy jest zrozumiała. Trzeba by udawać głuchego i ślepego, żeby klaskać polskiej „demokracji”

 

Jak to państwo działa widoczne jest gołym okiem. Nieudolność goni fuszerki, amatorszczyzna i bezradność przeradzają się w ślepy odwet przy użyciu przemocy. Na tej zasadzie od długiego czasu działają wszystkie agendy państwowe. Mające rzekomo dbać o porządek i bezpieczeństwo obywateli, gwarantować przestrzeganie prawa. Zamiast tego same świadomie łamią prawo. Prokuratura, służby specjalne, policja.

Zjawisko to nasiliło się za rządów Platformy.  A swoje apogeum osiągnęło, gdy na jedną z najważniejszych osób w państwie wyrósł człowiek od ponad lat 20 związany z tajnymi służbami, Bartłomiej Sienkiewicz. To pod jego kierownictwem zdarzyło się, podajże po raz pierwszy od słynnych wydarzeń marcowych z 1968 roku, aby policja i tajne służby wkroczyły na teren uniwersytetu. Po blisko 25 latach wolności przeżyliśmy to samo rozwydrzenie tajnych służb w obronie dawnego rzezimieszka komunistycznego Zygmunta Baumana. Ten pozornie potężny szef MSW nie potrafił obronić nawet samego siebie przed nielegalnymi podsłuchami.

Wściekłość stępiła mu do tego stopnia rozum i instynkt samozachowawczy, że nasłał zbirów z ABW, aby przemocą odebrali dziennikarzom nagrania świadczące o daleko posuniętej degeneracji polskich elit związanych z władzą. Teraz jego linię realizują ci, którzy po nim pozostali i którzy przyszli na jego miejsce.

Sienkiewicza nie ma, ale bezprawie obowiązuje. Wielu komentatorów działania policji wobec dziennikarzy, którzy rejestrowali na użytek opinii publicznej okupację sali konferencyjnej PKW, porównują do sposobu postępowania znienawidzonej milicji obywatelskiej w czasach PRL-u. Prezydent Bronisław Komorowski od kilku miesięcy przy każdej okazji podkreśla wielkie osiągnięcia polskiej wolności po 25 latach od jej uzyskania. Trzeba by udawać głuchego i ślepego, żeby móc  przyklasnąć zachwytom prezydenta nad polską demokracją. Wybitnym dowodem tych wolnościowych praktyk w państwie prawa jest zatrzymanie dziennikarzy w czasie ich zawodowych i społecznych obowiązków. Polska przestaje być europejskim krajem, kiedy gwałci wolność mediów. A Kopacz uważa, że tracimy europejskość nie zgadzając się na ideologię gender. Dziś jest znowu jak w dawnych, PRL-owskich czasach policja ma uprawnienia do wysuwania oskarżeń bezpośrednio do sądu i karać w trybie przyspieszonym, jak się kiedyś mówiło „z bomby”. W ten sposób, będąc stroną w konfliktach np. z dziennikarzem może nawciskać w oskarżeniu co chce. Staje się niepodważalną prokuraturą.  Gdzie my jesteśmy? Jak media mają pełnić swą rolę kontrolna wobec władzy.

Byłem przekonany, że zatrzymanie dwójki dziennikarzy przez policję było przypadkowe i nastąpiło w wyniku tumultu i chaosu jaki miał miejsce po wkroczeniu do budynku PKW sił policyjnych. Zdawało mi się, że kiedy tylko policja ustali, że ma do czynienia z dziennikarzami, przeprosi ich i natychmiast wypuści. Teraz już wiem, jak wielka była moja naiwność. Zrozumiałem, że tak jak kiedyś mówiło się, że MSW jest zbrojnym ramieniem partii, to dziś wystarczy do ostatniego słowa dopisać tylko rządzącej. A reszta pozostaje bez zmian.

Jerzy Jachowicz

24.10.2008 WARSZAWA JERZY JACHOWICZ DZIENNIKARZ PISARZFot. Marcin Lobaczewski

 

SDP.pl

Schwytanie dwóch szpiegów Rosji to kropla w morzu. Rosyjskich agentów są w Polsce tysiące

ambasasa

Cwilny kontrwywiad (ABW) schwytał wojskowego szpiegującego na rzecz Rosji. I jeszcze szpiega cywila. Wydawałoby się, że to świetnie, bo od lat żadnego agenta Rosji nie złapano. W rzeczywistości nie jest świetnie, a po prostu fatalnie. Nie dlatego, że zneutralizowano dwóch agentów, lecz że tylko dwóch. Z raportów wywiadów Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii, Szwecji, Finlandii czy Czech wynika, że Polska należy do wąskiej grupy państw UE najbardziej narażonych na rosyjską penetrację. I jest przez Rosję szpiegowana na wielką skalę. Co oznacza także istnienie na naszym terytorium bardzo rozbudowanej siatki agentury ofensywnej Rosji, licznych tzw. śpiochów oraz wielokrotnie liczniejszej sieci agentów wpływu. Ale polskie państwo, a szczególnie jego tajne służby o tych siatkach albo nie mają pojęcia, albo nie są w stanie nic im zrobić.

Znając metody działania Rosjan, trzeba zakładać, że poza oficerami Rosjanami działającymi w Polsce pod przykryciem (dyplomatycznym, biznesowym, dziennikarskim itp.), mają oni swoich agentów w wojsku, policji, straży granicznej, służbie celnej oraz – co najbardziej niebezpieczne – w polskich tajnych służbach! Biografie wielu oficerów dawnej WSI dowodzą, że byli oni werbowani na dużą skalę (nie tylko podczas szkoleń i kursów w ZSRR, a potem w Rosji), i ta agentura nigdy w III RP nie została dobrze rozpoznana, nie mówiąc już o jej neutralizacji czy przewerbowaniu.

To, czego dowiadujemy się o takich esbekach jak morderca księdza Popiełuszki, kapitan Grzegorz Piotrowski, dowodzi, że także oni wysługiwali się służbom ZSRR i realizowali nawet najbardziej trefne zlecenia, np. inwigilacji papieża Jana Pawła II czy wskazywania słabych punktów jego ochrony.

Trzeba pamiętać, że służby ZSRR do 1990 r. miały dostęp do teczek agentury SB i Wojskowej Służby Wewnętrznej (WSW), więc po 1990 r. miały szerokie pole do szantażu wielu agentów służb PRL oraz ich przejmowania. Tymczasem w Polsce nigdy nie powstał nawet raport o skali tych przejęć, nie mówiąc o wytypowaniu osób, które Rosjanie skłonili do współpracy. Wielu z tych ludzi mogło potem typować kolejnych kandydatów do werbunku, a część z nich stała się agentami.

To wszystko oznacza, że skala agentury Rosji w Polsce najpewniej przekracza najśmielsze wyobrażenia.

Ze wskazanymi wyżej trzema rodzajami agentury powinny walczyć służby kontrwywiadu (ABW i SKW), ale nie ma żadnych dowodów, żeby odnosiły na tym polu jakieś sukcesy. Schwytanie dwóch agentów wiosny nie czyni.

Poza agenturą niejako „zawodową” mamy w Polsce legion agentów wpływu Rosji, działających w biznesie, mediach (w tym szczególnie na różnych portalach „zorientowanych na wschód”), na uczelniach, w stowarzyszeniach, instytucjach kultury, ale też w urzędach, partiach, samorządach, funduszach czy fundacjach. Oczywiście w demokratycznym państwie nie można takich ludzi po prostu zamknąć, ale można zrobić wiele, żeby wspieranie obcego państwa im się nie opłacało. O tym się głośno nie mówi, ale każde państwo ma narzędzia, dzięki którym można zapobiec szkodliwej działalności obcej agentury wpływu. I wiele państw je stosuje. W Polsce musi być inaczej, bo absolutnie nie widać ograniczania działań agentury wpływu, lecz przeciwnie – jest ona coraz bardziej bezczelna i ekspansywna. Co oznacza, że

polskie służby nie mają nawet stosownej wiedzy o uplasowaniu agentów wpływu, 

o sposobach ich wynagradzania (niekoniecznie pieniężnych), o ich powiązaniach z mocodawcami poprzez skomplikowane sieci pośredników z Zachodu, o ich modus operandi czy o ich powiązaniach z agenturą wpływu Rosji w innych krajach UE. W wielu państwach Unii tajne służby mają bogatą wiedzę o agenturze wpływu Rosji (np. w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Szwecji czy Finlandii, a nawet w Estonii) i umiejętnie ją neutralizują.

W Polsce ta agentura hasa w najlepsze i czuje się kompletnie bezkarna.

I nie wiadomo, czy polskie służby nie są w stanie agenturze Rosji przeciwdziałać, czy zwyczajnie nie chcą, bo takie zachowanie było w ostatnich latach premiowane. Mieliśmy przecież reset w relacjach z Rosją. Ten reset wyglądał tak, że

Polska właściwie zrezygnowała z wszelkich działań wobec rosyjskiej agentury, natomiast Rosja ogromnie ją w tym czasie rozbudowała. Obecnie Polska jest rajem dla rosyjskiej agentury działającej we wszelkich znanych formach i zatrzymanie dwóch agentów tego nie zmienia.

Żeby mówić o skuteczności walki z agenturą, trzeba by bardzo wzmocnić tę część kontrwywiadu (cywilnego i wojskowego), która zajmuje się Rosją. I na to natychmiast powinny się znaleźć pieniądze, bo ta agentura bardzo Polsce szkodzi. Zasadniczo powinien się też zmienić klimat przyzwolenia, także społecznego, na bezczelne, prowokacyjne i tupeciarskie działania agentury wpływu. Bez tego Polska będzie równie bezbronna, jak wtedy, gdyby nie miała armii.

Z cyklu mainstream się budzi: Kultowy poeta i wokalista, doniedawny pieszczoch salonu Marcin Świetlicki… zrywa współpracę z „Gazetą Wyborczą” oraz uroczyście, publicznie i wielokrotnie odmawia nominacji do politycznej nagrody NIKE, w lewicowych kręgach zwanej nagrodą literacką

świetlicki

ODEZWA DO NARODU

Ja, Marcin Świetlicki, poeta i wokalista polski, proszę o chwilę uwagi.

Moja książka poetycka JEDEN została nominowana do Nagrody NIKE, a ja WOLAŁBYM NIE.

Toteż poinformowałem o tym Sekretarza Nagrody, a teraz informuję Ciebie, Narodzie.

Nie chcę uczestniczyć w konkursie organizowanym przez instytucję, która wytacza procesy poetom za to, co myślą.

I jest jeszcze kilka innych powodów.

Bardzo proszę o uwzględnienie w swoich główkach i serduszkach tej informacji.

Kłaniam się pięknie
Świetlicki

25 maja 2014 r.

świetlicki

ODEZWA DO NARODU NUMER DWA

Narodzie ty mój!
Mówi do ciebie ponownie Marcin Świetlicki.

Odmowa nominacji do Nagrody NIKE to zaledwie początek tegorocznych wydarzeń ważnych i zaskakujących. Obawiam się, że moja poprzednia odezwa spowoduje ich całą lawinę. A oto, co się stało. Otóż dostałem Pismo od Państwa. Państwo prosi, bym przyjął z rąk naszego Prezydenta Wysokie Odznaczenie Państwowe z okazji 25-lecia odzyskania wolności. Po konsultacjach z Osobami Światłymi zdecydowałem się to odznaczenie przyjąć. Dzisiaj wystosowałem do Kancelarii Prezydenta takie oto pismo:

Dzień dobry,

bardzo mnie to wyróżnienie zaskakuje i zadziwia. Bardzo dziękuję. Światli ludzie wytłumaczyli mi, że nie odmawia się Prezydentowi. Wiem już jednak, że nie będę mógł odebrać tego wysokiego odznaczenia państwowego 5 czerwca, bo muszę zagrać koncert z zespołem „Świetliki” w Białymstoku. Termin został ustalony już dawno i nie mogę zawieść swojego elektoratu. Dlatego też, jeszcze raz dziękując, proszę o wybaczenie nieobecności i odznaczenie mnie w innym terminie.

Kłaniam się,

Marcin Świetlicki

1 czerwca 2014 r.

świetlicki

ODEZWA DO NARODU NUMER TRZY

Narodzie umiłowany!

Przychodzi oto niedziela, a ja, Świetlicki, przyzwyczaiłem się od dwóch tygodni co niedzielę głosić Dobre i Złe Nowiny. A więc i dziś to muszę uczynić, zaznaczając, że odezwa nie dotyczy żadnych odmów nagród ani wysokich odznaczeń państwowych. Toteż łaknący tego rodzaju oświadczeń amatorzy sensacji niech sobie idą. Ja niniejszym zwracam się do wiernych, którzy mnie wsparli w moich trudnych decyzjach i nie odwrócili się ode mnie. To do Was mówię, a nie do sponsorowanych przez złe moce haterów. Oświadczam, że zespół Świetliki udaje się na mentalne wakacje. I nie zagramy dla was latem. Latem niech grają dla piwnych potentatów, banków i innych Babilonów zespoły, które to lubią. My, wypoczęci, powrócimy jesienią. I zbulwersujemy, i zadziwimy.
To możemy obiecać.

Uszanowanie
Świetlicki

8 czerwca 2014 r.

DLOKR

ODEZWA DO NARODU NUMER CZTERY

Narodzie mojemu sercu najdroższy!

Śpieszę poinformować, że Pan Sekretarz Nagrody NIKE poprosił mnie o własną rączką napisaną i własnym podpisem sygnowaną rezygnację z nominacji. Co grzecznie uczyniłem i wczoraj wysłałem pocztą. List zawiera treść następującą:

„Szanowni Państwo,
bardzo proszę o skreślenie mojego nazwiska i mojej książki pt. JEDEN z listy książek nominowanych do Nagrody NIKE. Główny powód mojej decyzji jest taki oto –

nie uważam (być może naiwnie), że ta nagroda jest nagrodą literacką. Jakoś nie wyobrażam sobie, że moje wiersze mogłyby kandydować do nagrody politycznej.

Przepraszam za zamieszanie, dziękuję i pozdrawiam.

Marcin Świetlicki”.

Mam nadzieję, że na tym sprawa się skończy.
Wiem już, że w Warszawie, a i w Krakowie, już nigdy żadnej nagrody nie dostanę, ale są wszak inne polskie miasta, hihi.
I czy w życiu o takie nagrody chodzi?
Jak pisał pewien posępny Poeta:

Bywałem ja – od Boga nagrodzonym,
Rzeczą – mniej wielką:
Spadłym listkiem, do szyby przyklejonym,
Deszczu kropelką…

Bądźcie więc pozdrowieni, bądźcie więc moją najmilszą Nagrodą!
Świetlicki

15 czerwca 2014 r.

świetlicki oświadczenie

świetlicki3

INFORMACJA

Panie i Panowie,

dzisiaj nie będzie odezwy. Być może za tydzień powrócimy do tej formuły, ale dzisiaj nie ma po co zwracać się do Narodu, tydzień upłynął spokojnie. Same pogodne refleksje. Dużo chichotów. Poczytałem sobie w internecie, jak Polska zareagowała na moje kolejne odezwy i ubawiłem się niezmiernie. Zwłaszcza próbami zawłaszczenia moich oświadczeń przez prawicowych dziwaków. Zwłaszcza obelżywym oburzeniem lewicowych chochołów. Nieszczęśni, bez poczucia humoru, bez wyobraźni i odwagi, tkwiący w swoich schemacikach. Pozdrawiam was czule i tryumfalnie wywalam język.

Z drugiej strony – bardzo mnie cieszy, że zrobił się aż taki ferment. I niech kropelka drąży skałę. Jak powiedział Gandhi: najpierw cię lekceważą, potem się z ciebie śmieją, następnie z tobą walczą, a w końcu wygrywasz.

Kłaniam się pięknie

Świetlicki

22 czerwca 2014 r.

gandhi4

świetlicki

Szanowna Polsko i Wy, Słuchaczki i Słuchacze,

dzisiaj dostałem kolejne Pismo od Państwa, może nieładnie jest je upubliczniać, na pewno z tego powodu poniosę karę, ale do kar już przyzwyczaiłem się, a Pismo jest tak absurdalne, że spieszę się nim z Wami podzielić.

Lewackie pieszczoty graniczą czasem z perwersją
Lewackie pieszczoty graniczą czasem z perwersją

Skończy się to tak, że będę musiał wykupić reklamę w TVP, TVN i wszystkich innych Polsatach, w której oświadczę, że naprawdę nie chcę Nagrody NIKE. Albo billboardy. Wtedy może dotrze. Wszyscy wiedzą, że Dawid Podsiadło esemesuje za darmo, bo jest to na billboardach. Wszyscy wiedzą, jakie orzeszki preferuje Michał Rusinek. Wszyscy wiedzą o rozstaniu Agaty Passent z Kuczokiem Wojciechem, bo było o tym na Pudelku. A władza nie dość, że nie czyta książek, to jeszcze ślepa i głucha jest w ogóle na słowo pisane. Nasuwa się jedno jeszcze pytanie, czy Adam Michnik wie o tym, że nie chcę NIKE?

Pozostawiam Was, Najmilsi, z tym problemem i idę posurfować, pa

Świetlicki

25 lipca 2014 r.

świetlicki

OŚWIADCZONKO ŚWIETLICKIEGO

Groteska narasta. Sytuacja jest nieomal kafkowska. Nie bacząc na moje zdecydowane protesty, jacyś niedobrzy ludzie podjęli decyzję o umieszczeniu mojej książki poetyckiej „Jeden” w siódemce książek nominowanych do Nagrody NIKE. Tu oczywiście nie chodzi o literaturę, to oczywiście manifestacja siły. Ja im pluję w oczy, a oni mówią, że to deszcz.

Wyborcza nie słyszy...
Wyborcza nie słyszy…

Naturalnie – nagrody nie dadzą, bo wtedy musieliby się nią udławić, ale

zdecydowali pokazać, jak według nich mało liczy się protest jednostki, jak niewiele znaczy fakt, że ktoś mówi „nie”.

Nie skończy się to atakiem ABW, choć to bardzo urocza wizja. Skończy się to tak, że się zradykalizuję. Jak Szanowni Państwo radzą – pójść w terroryzm?

Marcin Świetlicki

6 września 2014 r.

Salon separatystom nie daruje...
Salon separatystom nie daruje…

świetlicki

ODEZWA – MIEJMY NADZIEJĘ – OSTATNIA

Ufff! Już pojutrze wręczą tę nagrodę. Średnio jestem zainteresowany wynikiem – wiadomo, wygra najlepszy (albo ten, który ma największe długi hi, hi). Com się przez te miesiące ubawił, to moje. I czego się nauczyłem, to też moje. Zobaczyłem wyraźnie: kto wróg, kto przyjaciel. Kto rozumie moje wiersze, a komu się tylko wydaje.

Człowiek podejmujący takie nietypowe decyzje, jak odmowa nominacji do podobno prestiżowej nagrody, musi się czuć samotny. A wyście mnie w mojej samotności wspierali bardzo dzielnie. Dziękuję. Niestety, nie obyło się bez wsparcia ze strony jakichś prawicowych palantów… Gdyby nieszczęśni przeczytali moje wiersze, to by pojęli, jak bardzo się mylą! Głównym powodem mojej odmowy było silne przekonanie, że nie bierze się cukierków od podejrzanych wujów! A ponadto chciałbym zaznaczyć, że są w Polsce o wiele bardziej wiarygodne i ciekawsze nagrody literackie.


Bardzo Państwu dziękuję za uwagę, pozdrawiam i znikam
Świetlicki

3 października 2014 r.

 

Świetlicki Jeden

na podstawie: Facebook.com/swietlikizespol

świetlicki

Marcin Świetlicki o zawłaszczaniu kultury polskiej przez lewactwo oraz o środowisku „Krytyki Politycznej”:

„Bardzo mnie teraz denerwuje całe środowisko „Krytyki Politycznej”. Jest w tym coś koszmarnie szemranego. Niedawno się dowiedziałem, ile pieniędzy podatnika idzie na to pismo, którego nigdy w życiu bym nie wziął do rąk. Wkurzają mnie nie tylko hasła polityczne, które głoszą, ale cała ich polityka kulturalna. Jest w tym coś groźnego”.

Świetliki i Linda – Filandia. Tekst Marcin Świetlicki.

Polska powoli się budzi:

https://tajnearchiwumwatykanskie.wordpress.com/category/polska-sie-budzi/

 

 

Ewa Kopacz jako premier to de facto rządy prezydenckie Bronisława Komorowskiego – Stanisław Janecki

Komorowski Kopacz

Nie powinno się bagatelizować ambicji, możliwości i planów Bronisława Komorowskiego – pisałem i mówiłem wielokrotnie. Podobnie jak nie powinno się przypisywać prezydenckiemu ośrodkowi władzy wyłącznie funkcji reprezentacyjnych i dekoracyjnych. Ci, którzy Komorowskiego nie doceniali, często się przekonywali, jak taka postawa jest ryzykowna. Właściwie chyba tylko Donald Tusk dość szybko przekonał się, że Bronisław Komorowski potrafi po cichu realizować swoje cele, a dla przeciwników może być naprawdę nieprzyjemny i groźny.

Ale Donald Tusk miał informacje z tajnych służb, orientujących się w możliwościach zaplecza prezydenta, które jest związane z wojskowymi tajnymi służbami. I wiedział, że np. ABW nie była w stanie zneutralizować różnych niekorzystnych przecieków od ludzi tych służb. Nie potrafiła też przeciwstawić się akcjom dezinformacyjnym i prowokacjom ludzi wojskówki.

Po wyborze Donalda Tuska na stanowisko szefa Rady Europejskiej, prezydent Komorowski dostał historyczną szansę, żeby to, co robił po cichu, stało się faktem. I natychmiast zaatakował, chcąc mieć kontrolę nad sprawami obronności, zagranicznymi oraz szeroko pojętego bezpieczeństwa. Dość łatwo przeforsował to, co chciał, bo Ewa Kopacz byłaby na absolutnie straconej pozycji, gdyby próbowała zaczynać urzędowanie od zatargu z głową państwa. A Donald Tusk umył ręce, bo to już nie jest jego problem. W efekcie Komorowski de facto przywrócił tzw. resorty prezydenckie z czasów Lecha Wałęsy i obowiązywania małej konstytucji. Mamy więc do czynienia z czymś w rodzaju „falandyzacji” konstytucji. Młodszym czytelnikom przypomnę, że to od nazwiska prof. Lecha Falandysza, który dla Lecha Wałęsy robił z prawem i konstytucją różne wygibasy.

To nie Ewa Kopacz będzie teraz rozgrywającą w kwestiach bezpieczeństwa, zagranicznych i obronności, lecz Bronisław Komorowski. Grzegorz Schetyna zawdzięcza prezydentowi zbyt wiele, żeby mu się przeciwstawiać. To przecież Komorowski był jego powiernikiem, terapeutą, sprzymierzeńcem i najważniejszym politycznym sojusznikiem, gdy Tusk skazał Schetynę na banicję. Wielokrotnie razem snuli plany albo obalenia Tuska, albo przynajmniej ograniczenia jego władzy. Z kolei nowy wicepremier, a stary minister obrony Tomasz Siemoniak nigdy nie chciał konfliktować się z Bronisławem Komorowskim, a wręcz otwarcie uznawał jego pierwszeństwo w kwestiach obronności. Natomiast nowa minister spraw wewnętrznych Teresa Piotrowska nie jest wprawdzie człowiekiem Komorowskiego, ale jest ona na tyle „zielona” w kwestiach bezpieczeństwa i tajnych służb, że to idealna szefowa resortu do tego, by ośrodek prezydencki faktycznie przejął kontrolę także nad cywilnymi tajnymi służbami oraz policją, strażą graniczną czy BOR.

Wraz z powołaniem rządu Ewy Kopacz prezydent Komorowski ogromnie poszerza swoją władzę i wpływ na bezpieczeństwo Polski. I to może być dopiero niebezpieczne. Bo zanim doszło do zaostrzenia sytuacji na Ukrainie, a potem do rosyjskiej agresji, Komorowski i jego zaplecze w znacznie większym stopniu niż Donald Tusk i Radosław Sikorski orientowali się na wschód. Przyjmując w Warszawie ówczesnego prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa, Bronisław Komorowski sprawiał wrażenie, jakby to Rosja była dla Polski strategicznym partnerem w kwestiach obronności i bezpieczeństwa.

Prezydencki doradca ds. zagranicznych Roman Kuźniar wygłaszał zdumiewające tezy, jakby żywcem wyjęte z propagandy Kremla i dokumentów rosyjskiego MSZ. A na zapleczu prezydenta działali wysocy oficerowie dawnych WSI, którzy szkolili się w ZSRR, a już po 2010 r. snuli koncepcje, że z Rosją i jej tajnymi służbami trzeba blisko współpracować.

Po zajęciu przez Putina części Ukrainy Bronisław Komorowski i jego zaplecze zmienili retorykę, ale wiele razy wymykało im się, że właściwie to stan przejściowy i raczej prędzej niż później Rosja znowu będzie punktem orientacyjnym.

Faktyczne przejęcie przez Bronisława Komorowskiego nadzoru nad polityką obronną, zagraniczną i bezpieczeństwa nie napawa optymizmem, jeśli zważyć, jakie poglądy i koncepcje były przez niego lansowane i realizowane aż do początku 2014 r. Taktyczna zmiana orientacji niczego nie musi oznaczać, bo od początku lat 90. Komorowski był konsekwentnie właśnie taki jak wtedy, gdy z wielkimi honorami przyjmował ówczesnego prezydenta Rosji Miedwiediewa. A w kwestii tajnych służb konsekwentnie bliski był poglądom takich ludzi jak ostatni szef WSI gen. Marek Dukaczewski. Skądinąd żona Dukaczewskiego jest tłumaczką prezydenta podczas najważniejszych wizyt i spotkań.

To wszystko oznacza, że w najbardziej niebezpiecznym okresie w historii III RP następuje zasadnicza zmiana w kwestiach polityki zagranicznej, obronnej i bezpieczeństwa. Że te ogromnie ważne dla państwa sektory będą podporządkowane prezydentowi Komorowskiemu i jego zapleczu. Nie ma najmniejszych dowodów, że będzie to oznaczało poprawę bezpieczeństwa Polski i umocnienie jej suwerenności. Jest natomiast wiele przesłanek, że będzie znacznie gorzej, a wręcz bardzo niebezpiecznie. I to jest najważniejsza zmiana, jaka wiąże się z odejściem Donalda Tuska i powołaniem Ewy Kopacz na premiera.

Stronnictwo amerykańsko-żydowskie w natarciu na niemiecką i rosyjską agenturę w Polsce

Potrzebny komentarz?
Potrzebny komentarz?…

Zgodnie z moją ulubioną teorią spiskową, tubylcze wojny na górze są – podobnie jak w wieku XVIII – następstwem walki o wpływy w naszym nieszczęśliwym kraju między państwami poważnymi, które w tym celu mobilizują swoje agentury, zgrupowane w trzech stronnictwach: Ruskim, Pruskim i gwałtownie reaktywowanym ostatnio Stronnictwie Amerykańsko-Żydowskim.

Ponieważ po „resecie”, jakiego w stosunkach z Rosją dokonał 17 września 2009 roku prezydent Obama, Stronnictwo Amerykańsko-Żydowskie utraciło znaczną część wpływów na rzecz tamtych dwóch, więc teraz, kiedy Polska znowu podjęła się roli amerykańskiego dywersanta w Europie Wschodniej, próbuje ono wszystko odwojować, no i stąd mamy wojnę na górze, w którą powoli wciągane są wszystkie agendy demokratycznego państwa prawnego. Jeszcze nie ochłonęliśmy ze zdumienia na wieść, że zuchy Abewiaki (ABW) odnalazły w mętnych nurtach Wisły potłuczone młotkami przez spiskujących przeciwko III RP kelnerów urządzenia techniczne z zapisem podsłuchanych rozmów między Leszkiem Millerem a Aleksandrem Kwaśniewskim.

Jeszcze nie obeschły nam łzy żalu nad byłym prezydentem, którego życie było nieprzerwanym pasmem pokrzywdzeń – zarówno za pierwszej komuny, kiedy to podstępnie wciągnięty do partii, został zmuszony do przyjęcia najeżonego pokusami stanowiska ministra do spraw młodzieży, jak i później, za demokracji, kiedy aż dwukrotnie został uwięziony na stanowisku prezydenta, no i później, podczas tułaczki po burgrabiowskich posadach u żydowskich bądź ukraińskich nababów. A tu już nowa afera – tym razem z prezydentem Komorowskim w roli głównej, którego właśnie owiały śmierdzące dmuchy wydobywające się z „Aneksu” do „Raportu o rozwiązaniu Wojskowych Służb Informacyjnych”, sporządzonego przez komisję pod przewodnictwem złowrogiego Antoniego Macierewicza.

Komorowski Obama

Wprawdzie prezydent Komorowski, podobnie jak jego protektorowie, co to z okazji jego wyboru na to stanowisko otwierali sobie i wytrąbiali butelki szampana, próbuje akomodować się do roli amerykańskiego dywersanta, odgraża się złemu Putinowi i gotuje do III wojny światowej, niczym rosyjski polityk narodowości prawniczej („matka Rosjanka, ojciec prawnik”) Włodzimierz Żyrinowski, co to z racji swej prawniczej narodowości musi być bardziej rosyjski niż zwyczajni Rosjanie, musi pić więcej wódki i tak dalej, słowem – wprawdzie prezydent Komorowski stara się jak może, to przecież nigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być jeszcze lepiej. W końcu nikomu nie jest obojętne, kogo prezydent Obama uzna u nas za swoją duszeńkę i komu powierzy pilnowanie interesu.

Tajny Aneks

Z tym wiążą się oczywiście i splendory, i konfitury, więc nic dziwnego, że „gdy wielki wielkiego dusi”, tu dusi mniejszy mniejszego. Jednym z dusicielskich narzędzi jest właśnie ów „Aneks”, niczym królewski złoty ankus z „Księgi dżungli”, który przyprawiał o nagłą śmierć kolejnych jego posiadaczy. Jak bowiem pamiętamy, „Aneks”, który pierwotnie miał być opublikowany, ale na skutek nowelizacji jednej z ustaw rozwiązujących WSI, którą następnie zmasakrował Trybunał Konstytucyjny, w roku wyborów prezydenckich, został wyłączną własnością prezydenta Kaczyńskiego. Prezydent Kaczyński dał do zrozumienia, że informacje tam zawarte może wykorzystać, zwracając się do Moniki Olejnik jej pseudonimem operacyjnym „Stokrotka”.

To mogło stać się przyczyną jego zguby, o czym można domyślać się po poszukiwaniach „Aneksu” przez osoby wysłane przez pełniącego obowiązki prezydenta marszałka Komorowskiego 10 kwietnia 2010 roku. Powiadają, że dopiero późną nocą wyjaśniło się, że „Aneks” jest w sejfie szefa BBN, który właśnie zginął w Smoleńsku, więc zaraz następnego dnia rano nowy szef BBN, gen. Stanisław Koziej dokument przejął. Widać jednak nie był to jedyny egzemplarz, skoro teraz tygodnik „Wprost” puszcza śmierdzące dmuchy. Ha! Dotychczas dobrotliwie kopaliśmy się tylko po kostkach, ale skoro walka tak się zaostrza, to pewnie będziemy kopać się nieco wyżej.

Stanisław Michalkiewicz

NaszDziennik.pl