Nie ma ani jednego Powstańca Warszawskiego, który by twierdził, że Powstanie Warszawskie było bez sensu. Bohaterstwo 44 – czyli ile kosztuje honor narodu?

Bohaterstwo 44

To było dawno temu. Pamiętam warszawski świat mojego dzieciństwa: zawsze gwarne i wypełnione dziećmi podwórko osiedla na Rudawce, szkołę numer 159 z boiskiem, na którym latem i zimą spędzaliśmy czas od rana do nocy, zapach drzew, pór roku i chleba pieczonego na patyku na łąkach koło Wojskowego Instytutu Medycyny Lotniczej, pamiętam, jak wyglądali moi nauczyciele, sąsiedzi i przyjaciele. Te wspomnienia z dawnych lat są bardzo bogate. Czasami słyszę jeszcze głosy moich kolegów z dzieciństwa. Lasek na Kole był naszym polem bitewnym. Marzyliśmy o tym, by stać się mężczyznami, dzielnymi, honorowymi, jak Powstańcy Warszawscy – i wierzyliśmy, że wspaniale byłoby oddać życie za swój kraj, jak Oni – i że lepiej umrzeć, niż stracić twarz…

Powstanie Warszawskie „od zawsze” było dla mnie najważniejszym wydarzeniem, zdecydowanie ponadhistorycznym, które mnie kształtowało i poruszało do głębi. Jako dla warszawiaka z wielopokoleniowej warszawskiej rodziny, który w dodatku całe swoje dzieciństwo i młodość przeżył tuż obok Cmentarza Komunalnego na warszawskich Powązkach, największej powstańczej nekropolii, Powstanie Warszawskie było powodem do zadumy nad tragicznym losem mojego miasta i moich przodków, ale jednocześnie powodem do wielkiej dumy z ich poświęcenia i bohaterstwa. Bo nie ma w historii nowożytnej miasta, które miałoby bardziej tragiczną, ale też bardziej bohaterską kartę…

Rozmowy o Powstaniu Warszawskim z jego uczestnikami rozpocząłem jako mały chłopiec, gdy każdego roku 1 sierpnia byłem zaprowadzany przez rodziców na pobliski Cmentarz Powązkowski, by spotkać się z uczestnikami tamtych wydarzeń. Gdy dorosłem, na spotkania te i rozmowy chodziłem już sam – a później ze swoimi dziećmi. I tak rok po roku powiększałem wiedzę o Powstaniu Warszawskim – jego przyczynach, przebiegu i skutkach – o źródła najlepsze z możliwych: o relacje wprost od uczestników wydarzeń.

We wszystkich tych odnotowanych przez dziesiątki lat relacjach – absolutnie we wszystkich!!! – zawsze pobrzmiewał jeden ton: nie było takiej siły, która latem 1944 roku mogła zmusić tamtych chłopców i tamte dziewczęta do stania z bronią u nogi. By to zrozumieć, musiałem odbyć właśnie te setki spotkań i rozmów z Bohaterami. Trzeba było ich usłyszeć, gdy opowiadali, jak przez 5 długich lat nie było w Warszawie ani jednego dnia bez ulicznych łapanek, publicznych egzekucji, mordowania dniem i nocą – tylko za to, że Polak był Polakiem. Jak po pięciu latach wyniszczania, jakiego nie doznało żadne inne miasto w okupowanej przez Niemców Europie, nie było już w Warszawie ani jednej rodziny, która nie straciłaby kogoś (najczęściej wielu) z bliskich. Trzeba było usłyszeć o niemieckiej pogardzie i nienawiści, o tym, jak wyjście po zakupy było podróżą w nieznane i często kończyło się w Palmirach, na Pawiaku lub w Oświęcimiu. Trzeba było usłyszeć te słowa, że woleli zginąć, niż pozwolić oprawcom na dalsze bezkarne mordowanie – bo przecież do tego sprowadzał się rozkaz Niemców o stawieniu się, pod karą śmierci, wszystkich mężczyzn pomiędzy 16 a 65 rokiem życia, do kopania fortyfikacji obronnych. W Warszawie latem 1944 roku nikt nie miał wątpliwości, że chodzi o to, by tych ludzi zebrać w jedno miejsce, a następnie wywieźć i wymordować. Na to wszystko nałożył się niezwykły klimat przełomu lipca i sierpnia 1944 roku. Pomimo setek odbytych wcześniej z Powstańcami rozmów, zrozumiałem to tak naprawdę dopiero jako dojrzały już człowiek przed kilku laty, gdy rozmawiałem z profesorem Witoldem Kieżunem, który ostatnio wspominał Powstanie w znanej już rozmowie z Krzysztofem Ziemcem.

http://vod.tvp.pl/audycje/publicystyka/prawde-mowiac/wideo/prof-witold-kiezun-03082014/16299164

Ta relacja, w moim przekonaniu, pointuje dyskusję o sensie Powstania Warszawskiego, bo tłumaczy, skąd wzięła się heroiczna postawa Powstańców Warszawskich, która dla każdego Polaka powinna być symbolem nie „obłędu”, o nie! – lecz bohaterstwa, które na zawsze winno odcisnąć ślad na polskiej świadomości!

Byliśmy przekonani, że trzeba walczyć o wolność, nawet jeśli mielibyśmy zginąć, choćby po to, by po pięciu latach bestialstwa ukarać zbrodniarzy. Powstanie musiało wybuchnąć, było koniecznością. Ci, którzy dziś twierdzą inaczej, nie wiedzą, co mówią. Jakie były ówczesne realia? My od dawna przygotowywaliśmy się do Powstania, które miało wybuchnąć, gdy Niemcy będą się wycofywać. Tak było ustalone. Jednocześnie sowieckie radio nawoływało: „Warszawiacy, Armia Czerwona jest tuż. Ruszajcie do walki. Pomożemy wam.” Sytuacja była taka, że 100 tysięcy warszawiaków miało wydaną karę śmierci. Każdy mężczyzna pomiędzy 16 a 65 rokiem życia, którego pochwyciliby Niemcy, mógł zostać rozstrzelany na miejscu. A rozkazu o Powstaniu jak nie było, tak nie ma. Zaczęliśmy między sobą rozmawiać, że z rozkazem czy bez, trzeba się będzie jakoś bronić. Pojawiły się nawet głosy, że nasze dowództwo chyba nas zdradziło. Co robić? Tylko patrzeć, jak zaczną nas mordować, jednego po drugim. A my mamy tak stać i czekać? Byliśmy zrozpaczeni. 30 lipca dowiedzieliśmy się o tajnym niemieckim rozkazie. Wszyscy niemieccy cywile 2 sierpnia rano mieli być przygotowani do ewakuacji. Nasze dowództwo natychmiast się o tym dowiedziało. Sprawa była jasna. Zrozumieliśmy, że 2 sierpnia ewakuują Niemców i wtedy wymordują nas. Otoczą poszczególne dzielnice, wyciągną z domów ludzi w sile wieku i ich rozstrzelają, a pozostałą ludność wysiedlą. W związku z tym rozkaz wybuchu Powstania był koniecznością. Zwłaszcza, że pierwsze czołgi radzieckie pojawiły się na Pradze. Wyglądało na to, że można było liczyć na atak Rosjan na Warszawę. Po pięciu latach bezkarnego mordowania, niszczenia, podłości i pogardy mogliśmy wreszcie stanąć z Niemcami twarzą w twarz i podjąć walkę. My naprawdę wierzyliśmy w to, że jest jedna tylko rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenna – i nie jest nią życie. Wierzyliśmy, że tą rzeczą jest honor

— mówił profesor Kieżun.

Myślę, że gdyby wszyscy rozumieli to słowo – honor – jak rozumie je profesor Witold Kieżun i jego pokolenie, dyskusja o sensie Powstania Warszawskiego byłaby bezprzedmiotowa.

Zastanówmy się, czym jest honor narodu i czy można zmierzyć jego wartość?

Tak, jak na osobowość pojedynczego człowieka składa się wiele cech, ale szczególnie ciekawe są te, które dotyczą indywidualnej historii życia każdego z nas, tak na temperament narodu składa się wiele cech, ale szczególnie znaczące są te, które dotyczą historii narodu. Gdyby pokusić się o dokonanie analizy historycznej narodu polskiego, tak jak dokonuje się analizy historii pojedynczego człowieka, obejrzelibyśmy film z następującym scenariuszem: od zamierzchłych czasów przywiązanie do wartości narodowych było dla Polaków źródłem zdolności do najwyższych poświęceń. Zwycięstwa nad często liczniejszym i silniejszym wrogiem, Bitwa pod Grunwaldem i Odsiecz Wiedeńska, zrywy narodowe w okresie zaborów i zatrzymanie na Wiśle pochodu bolszewików idących na podbój Europy, to jedynie wybiórcze przykłady tej zdolności, której apogeum przypada na okres po odzyskaniu niepodległości z przeszło wiekowej niewoli. Od tego momentu Polska rzuci się w wir nadrabiania straconego czasu, rozwinie się gospodarczo, wybuduje COP i nowoczesny port w Gdyni, przeprowadzi budowę systemu monetarnego i odzyska prestiż na arenie międzynarodowej. Jednocześnie ogromny nacisk położony zostanie na kształtowanie kośćca moralnego, na propagowanie – w szkołach, książkach, mass mediach – postaw honorowych. W efekcie w okresie poprzedzającym wybuch II wojny światowej, w dobie, gdy sąsiedzi Polski poddają się baz walki a sojusznicy chowają głowę w piasek, minister spraw zagranicznych Józef Beck wygłosi niezapomniane przemówienie: „Pokój jest rzeczą cenną i pożądaną. Nasza generacja wykrwawiona w wojnach na pewno na okres pokoju zasługuje. Ale pokój, jak prawie wszystkie sprawy tego świata, ma swoją cenę, wysoką ale wymierną. My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę. Jest jedna tylko rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenna. Tą rzeczą jest honor” – a później, przez pięć kolejnych lat, cały naród dawać będzie dowód bezprzykładnego w dziejach heroizmu, którego tragiczną, ale jakże piękną i bohaterską, bezprecedensową w polskiej historii pointą, będzie Powstanie Warszawskie…

Czy zatem traktując kulturę, tradycję i ciągłość historyczną jako konfigurację zachowań przekazywanych z pokolenia na pokolenie, a także przyjmując że jako Polacy, mamy z innymi Polakami wspólnych przodków, a więc i wspólne kulturowe dziedzictwo (a co za tym idzie wspólne, wyrosłe na gruncie temperamentu narodowego i obyczaju, wady i zalety), możemy przyjąć, że stanowimy naród ludzi honorowych, zdolnych dla honoru do najwyższych poświęceń? W oparciu o fakty historyczne można zgodzić się, że pewne narody są bardziej predysponowane do postaw honorowych niż inne, co widać na przykładzie zderzenia postaw– skrajnie przecież różnych – Czechów i Polaków z okresu II wojny światowej. Te różnice postaw nie wzięły się jednak znikąd.

W latach trzydziestych w Polsce i w Czechach działały inne mechanizmy społeczne i kulturowe. W polskich domach i szkołach, w polskim filmie i teatrze, w polskich mediach lansowany był wzorzec Polaka-patrioty, polska młodzież była wychowywane w duchu ogromnego patriotyzmu, a w obronie honoru Polaka żaden koszt nie był zbyt duży. A zatem nawiązując do utrwalonych wzorców ja, jako Polak, musiałem zachować się honorowo, bo tak zachowaliby się bohaterowie moich książek, moi przodkowie, którzy walczyli na wojnie w 1920, moi szkolni koledzy, ludzie których znałem. Tymczasem wychowanie młodzieży czeskiej dalekie było od lansowania tak patriotycznych i honorowych postaw i być może gdyby w okresie międzywojennym czeska młodzież była wychowywane podobnie do polskiej, inna byłaby postawa Czechów w obliczu zagrożenia agresją i później, pod niemiecka okupacją. Reasumując nie jest tak, że jeden naród to naród urodzonych bohaterów, a drugi to naród tchórzy. Jest natomiast tak, że określona kultura, ciągłość historyczna oraz określone wzorce lansowane w danej kulturze predysponują do bohaterstwa, dzielności i postaw honorowych, bądź nie. Wychowanie do tego, by zawsze zachowywać się honorowo, to proces wieloetapowy, który zaczyna się w dzieciństwie. Kultura, wzorce, stereotypy – wszystkie te dane przekazywane z pokolenia na pokolenia jako element zgromadzonej przez społeczeństwo wiedzy sięgają głęboko, jak folklor. Są pierwszym i najpotężniejszym źródłem informacji tak o własnej jak o innych grupach społecznych. Rodzice, którzy w znacznej mierze przesądzają o zaspokojeniu poznawczych potrzeb dziecka, są w pierwszych latach dominującymi, a niekiedy wyłącznymi modelami zachowań honorowych lub nie, co sprawia, że dzieci – które błyskawicznie chłoną wiedzę – muszą przejmować ich zachowania. Drugim obok rodziców czynnikiem wywierającym wpływ na postawy dzieci są teksty literackie i z czasopism dziecięcych. – Pokażcie bajki i opowiadania, jakich słucha najmłodsze pokolenie, a dowiecie się, jak będzie wyglądało społeczeństwo za trzydzieści lat – mówią psychologowie społeczni. Przygotowany przez rodziców „materiał” podlega „obróbce” w procesie nauczania. Dochodzą kolejne osoby obdarzone autorytetem: nauczyciele, wychowawcy, księża, autorzy książek, bohaterowi filmów, programów tv – które odciskają piętno na postawach młodych ludzi. Jeżeli zachowana jest ciągłość, jeżeli postawy odnośnie np. postaw honorowych propagowane przez rodziców są spójne z tym, czego nauczają szkolni wykładowcy, o czym się czyta i co lansują media, to tak „prowadzona” młodzież wyrośnie na pokolenie ludzi honorowych, którzy tę wartość będą cenić najwyżej – bardziej niż życie.

Nie bez przyczyny takim – honorowym – pokoleniem była właśnie młodzież wychowywana w Polsce międzywojennej, kształtowana na przykładach bohaterów Sienkiewicza. „My wszyscy z niego” – mówił kapitan Władysław Raginis, który wraz ze swoim przyjacielem porucznikiem Stanisławem Brykalskim, niczym bohaterowie żywcem przeniesieni z kart Trylogii, Ketling i Wołodyjowski, złożyli pod Wizną przysięgą, że prędzej zginą, niż cofną się o krok – i tej przysięgi dotrzymali…

W wymiarze ludzkim Powstańcy Warszawscy przegrali. Podobnie, jak przegrali obrońcy polskich Termopilów: kapitan Władysław Raginis i porucznik Stanisław Brykalski. Podobnie, jak przegrały tysiące innych Bohaterów Września 1939 roku.

Ale czy wszyscy Oni naprawdę przegrali?

Czy – biorąc pod uwagę współczesne realia – przegranym jest ktoś, kto w sytuacji, gdy kilku osiłków napastuje staruszkę w autobusie, zamiast spoglądać za okno, stanie w jej obronie i straci przy tym zdrowie lub nawet życie?

Czy tacy ludzie są ofiarami „obłędu”, jak chcą niektórzy?

Odpowiadam: jeżeli tak, jeżeli bohaterstwo, poświęcenie i honor mają być obłędem, a tchórzostwo, koniunkturalizm, cwaniactwo i brak honoru wartością, jeżeli na tym ma się opierać ten świat, to chyba lepiej nie żyć w takim świecie!

Bohaterowie Powstania Warszawskiego dokonali wyboru w zgodzie z wartościami, w jakie wierzyli, w zgodzie z wiarą, że choć – po ludzku rozumując – życie jest wartością najwyższą, to jednak istnieje coś więcej niż tylko życie.

To byli ludzie, którzy potrafili pięknie żyć i pięknie umierać.

Myślę sobie, że ci, którzy tego nie rozumieją i podważają sens poświęcenia Bohaterów, nie potrafiliby ani jednego, ani drugiego.

Wojciech Sumliński

Wojciech Sumliński*Wojciech Sumliński (ur. 1969) — dziennikarz, publicysta, autor książek: „Kto naprawdę go zabił?” [o ks. Jerzym Popiełuszce], „Teresa, Trawa, Robot. Największa operacja komunistycznych służb specjalnych”, „Z mocy bezprawia” [o mafijnej, całkowicie zinfiltrowanej przez tajne służby obcych państw, Trzeciej RP], „Z mocy nadziei. Thriller, który pisze życie” [o prześladowanym przez służby specjalne mafijnej III RP dziennikarzu śledczym] oraz przygotowywanej na wrzesień książki „Lobotomia 3.0” [o zorganizowanej przez państwo polskie w powiązaniu z tajnymi służbami strategii blokowania śledztwa i mataczenia w sprawie najgłośniejszego i najbardziej tajemniczego morderstwa w powojennej Polsce, jakim było bestialskie zabójstwo ks. Jerzego Popiełuszki].

wPolityce.pl

Poznaj losy młodych powstańców, ich codzienne zmagania, nadzieje i myśli, jakie towarzyszyły im podczas tych 62 dni walk.

Kup audiobook: „Wspomnienia z Powstania Warszawskiego”(CD mp3).

Nagranie obejmuje 60 opowiadań autorstwa Gustawa Gerarda Grackiego pseudonim „Junek”, uczestnika Powstania Warszawskiego.

Reklamy

„Powstanie warszawskie z innej strony” – mało znany tekst Józefa Mackiewicza o Powstaniu Warszawskim

 .
Powstanie Warszawskie 1944

Przypominamy tekst Józefa Mackiewicza „Powstanie warszawskie z innej strony”, który został opublikowany w 1947 r. w „Wiadomościach”. Warto go przeczytać choćby z jednego tylko powodu – tak zdroworozsądkowej analizy Powstania Warszawskiego trudno doszukać się u współczesnych historyków i publicystów. Bo Mackiewicz nie ocenia, Mackiewicz właśnie analizuje. I wyciąga wnioski.

Nasze publicystyczno-literackie pamiętnikarstwo wojenne ma w sobie coś z opowieści Gogola „Wij”. Krąg zarysowany kredą święconą, poza który sami sobie nie pozwalamy wykroczyć. Stąd deptanie na miejscu w otoczeniu licznych „tabu”, zamykających umowne horyzonty. W takim kręgu obraca się m.in. temat powstania warszawskiego, który wciąż nie schodzi ze szpalt i prawdopodobnie przez długi czas nie zejdzie. Żadne jednak z ujęć tego tematu nie będzie całkowite, dopóki nie będzie wolno mówić o pewnych sprawach. Tymczasem wszechstronna ocena ostatniej bitwy o Warszawę jako o stolicę suwerennej Polski musi wyjść z założenia właśnie tej suwerenności, tzn. uznania, że najeźdźca sowiecki (jeżeli nawet przyjmiemy, że nie był gorszy) był równy najeźdźcy niemieckiemu. Od czasu do czasu wyrwie się to komuś, ale zazwyczaj odskakuje się od tego prostego stwierdzenia w pląsach i ukłonach, a koniec końców, Bogiem a prawdą, nikt nie dał dokładnej definicji: czy Sowiety są naszym wrogiem, czy wrogiem nie są? Są najeźdźcą, czy nie? Odebrały nam niepodległość, czy nie odebrały? Czy „Kraj” to jest „Polska”, czy tylko obca okupacja? Czy panowie Mikołajczyk-Bierut-Osóbka-Cyrankiewicz to quislingi, czy też jakieś pośrednie zjawisko: mieszanina „dobrej woli” z agentem NKWD, według fantastycznej recepty rosyjskiego kawału: „smies popa s wiełosipiedom”?

Sytuację tę zrodził sofizmatyczny termin „sojusznik naszych sojuszników”, nadany Związkowi Sowieckiemu jeszcze w r. 1943. Ta nieszczera i dziwaczna definicja mści się na nas do dziś.

Jeżeli natomiast wyjdziemy z założeń prostych, jasnych, ogólnie zrozumiałych i za „dobrych przedwojennych czasów” powszechnie przyjętych, określających mianem wroga każdego, kto najeżdża naszą ojczyznę, to i na powstanie warszawskie będziemy mogli popatrzeć obydwoma oczami, a nie, jak dotychczas, przymrużając jedno dyskretnie.

Powstanie warszawskie 4_30

Na tej fatalnej sytuacji r. 1944 trudno zrozumieć, dlaczego ogół Polaków potępia akcję, której najoczywistszym celem było restytuowanie suwerennej stolicy z suwerennymi władzami i suwerennym wojskiem, wtedy, gdy rzecz ta była łatwa do zrobienia? Jeden wróg odchodził, drugi nadchodził. Pomiędzy tych dwóch wrogów wstawić niepodległy skrawek, ba, centrum Polski! Co w tym było głupiego albo zbrodniczego? Oczywiście, że nic, gdyby sprawę można było jasno postawić. Złożyło się jednak tak, że jeden z wrogów nie tylko odchodził, ale dogorywał. Natomiast tym drugim, który nadchodził, były Sowiety. A zatem ostrze akcji samo przez się skierowane by być musiało przeciwko nim. „Skandal!” „To by nas kompromitowało w oczach demokracji!”… Umówiono się zatem, żeby powstanie przedstawić w innym świetle, i w ten sposób spaczono jego sens od początku do naszych dni.

powstanie_warszawskie_wiki_13

A jak położenie wyglądało naprawdę?

Odwrót armii niemieckiej był w pełnym toku. W ostatnich dniach lipca osiągał swój punkt szczytowy, a wraz z nim nieuchronny bałagan. O żadnej mobilizacji mężczyzn pod pretekstem robienia fortyfikacji nie było mowy. Głośniki radiowe nadały surowy rozkaz, aby „wszyscy zdolni od lat 16 itd.” zgłosili się z łopatami na wyznaczonym szeregu punktów zbornych, skąd ludzi zabiorą ciężarówki. Byli przekonani, że nie zjawi się nikt. Tymczasem tu i ówdzie poprzychodziło po kilkadziesiąt osób. Sam widziałem, jak na wyznaczonym m.in. pl. Narutowicza zebrało się ok. 70 (!) ludzi z łopatami, którzy daremnie czekali na przyjazd samochodów. Jednego z takich naiwnych spotkałem jeszcze o 11.30 na ulicy Filtrowej, gdy wracał z łopatą zniechęcony i zawiedziony (obiecano przecie wyżywienie i zapłatę).

Powstanie warszawskie 1_221

W piątek i sobotę okna pobrzękiwały od dalekiej kanonady. Radio Londyn nadało wiadomość, że marszałek Rokossowski przeniósł swą kwaterę w orbitę widoczności Warszawy, i że stamtąd spogląda gołym okiem na stolicę Polski. 30 lipca al. Jerozolimskimi wycofywały się ostatnie tabory niemieckie, a później zaczęły iść czołgi za Wisłę. Na ulicach wisiały nie zrywane obwieszczenia delegatury podziemnej. Żałuję, że nie miałem aparatu, gdyż sfotografowałbym następujący dokument historyczny. Na rogu Brackiej i Widok, wokół obwieszczenia Delegatury Rządu, naklejonego na słupie, zebrał się tłum ludzi. W tłumie tym stało czterech „granatowych” policjantów i dwóch żołnierzy Wehrmachtu. Była 10 rano. Żołnierze ci pytali o drogę, a zwabieni zbiegowiskiem, zainteresowali się, co plakat zawiera, i odeszli następnie obojętnie. O 11 byłem na Pradze. Niemcy palili dworce i składy, jak się normalnie pali przed oddaniem terenu w ręce wroga.

6_1375187368

Powracając, na moście Kierbedzia zauważyłem, że jakiś spotniały kolejarz krzyknął do samochodu, którym jechali z Pragi (widocznie z frontu) kurzem okryci żołnierze:

— Wie weit?!

Żołnierz, pokazując dwa razy po dziesięć palców, odkrzyknął:

— Zwanzig Kilometer!

31 lipca z jednego tylko Dworca Zachodniego usuwano resztki wagonów. Nie było już ani porządku, ani kontroli. Każdy, kto chciał, mógł siadać i jechać bez żadnej przepustki. W takich warunkach powstanie, które wybuchło dopiero 1 sierpnia po południu, mogło liczyć na zupełny sukces i minimalne straty, co najwyżej w potyczkach z cofającymi się strażami tylnymi. Formalnie, przed świtem, Warszawa wyzwolona by była przez wojska polskie, a wkraczającego nowego najeźdźcę powitałyby suwerenny sztandar, zatknięty w suwerennej, wolnej stolicy. Otóż tego bolszewicy chcieli uniknąć za wszelką cenę. Czy można się było spodziewać takiego ich stanowiska? Do pewnego stopnia tak. Na czym więc polegał błąd w rachunku powstańców, który doprowadził do straszliwej katastrofy Warszawy?

powstanie_warszawskie_1

Nie wiem, czy w ogóle można tu mówić o błędzie w rachunku logicznym. Bo jeżeli można było się spodziewać, że takie stanowisko zajmą Sowiety, niepodobieństwem było przewidzieć bezmiar zaślepionej, zaciętej tępoty Hitlera. Nawet po wszystkich doświadczeniach okupacji, nawet po zetknięciu się z tymi szaleństwami maniaka, który zatracił wszelkie poczucie rzeczywistości, nawet po tym całym krwawym tańcu epileptycznej polityki na ziemiach naszych i nie naszych. Jakkolwiek sytuacja Niemiec była już wtedy beznadziejna, to choćby dlatego, że czepiały się one rozpaczliwie każdej pozostałej jeszcze możliwości, powinny się były uchwycić oburącz okoliczności, że na drodze marszu Armii Czerwonej stawała suwerenna Polska, nie uznawana i znienawidzona przez Sowiety. Że powstała możliwość nowych incydentów i powikłań w obozie sojuszniczym. W każdym razie z punktu interesu niemieckiego nic nie przemawiało za utrzymaniem ogniska powstania na tyłach swego frontu, a wszystko za pozostawieniem go oko w oko z Armią Czerwoną. Nawet gdyby z tego zetknięcia nie miało być chleba… Manewr Rokossowskiego był tak przejrzysty co do swego celu, iż nie mogli go nie spostrzec Niemcy. Rzecz była oczywista, nie podlegająca dyskusji.

powstanie_warszawskie_warszawa_pamieta_sierpien_640x0_rozmiar-niestandardowy

Znam osobiście ludzi o głośnych i patriotycznych nazwiskach, którzy próbowali pośredniczyć w sprawie pozostawienia przez władze niemieckie zbytecznej broni. Pośrednictwo to zostało odrzucone, zarówno przez stronę niemiecką, jak polską. Z jednej strony emocjonalna zaciekłość przeważała nad interesem politycznym, z drugiej obawa przed cieniem nawet „współpracy” przeważała nad obawą i troską o dobro ojczyzny.

Krew, zalewająca oczy Hitlera, pomieszała mu resztę rozsądku. Wiadomo już dziś, że Warszawa to była jego osobista sprawa, jego „Angelegenheit”. W ten sposób, najmniej oczekiwany i nieprawdopodobny, podobnie jak w r. 1939, odnowił się antypolski pakt sowiecko-niemiecki, nie pisany wprawdzie i nie podpisany, ale niemniej namacalny, a bardziej krwawy. Hitler nazwał zupełnie słusznie powstanie „drugim Katyniem”. Gdyż podobnie jak pierwszy, doszedł do skutku wyłącznie w interesach sowieckich, z tą tylko różnicą, że wykonany nie rękami enkawudzistów, ale Niemców. Był to z ich strony obłęd dosłowny i, doprawdy, trudno jest winić kierowników powstania, że go nie przewidzieli.

111970_1255077365_be92_p

Charakterystyczne jest to, że dotychczas nie została poddana poważniejszej analizie raptowna zmiana stanowiska niemieckiego przy końcu powstania. A przecież rzecz rzucała się w oczy. Skreśleni zostali przez cenzurę „die polnischen Banditen”; powstańcom przyznano prawa armii regularnej. Wiadomo również, że wymaszerowujące po kapitulacji oddziały Armii Krajowej witano orkiestrą, i że gen. Bora zaproszono na liczne rozmowy, podczas których wysłuchiwać miał nowych propozycji. Oczywiście zrobiono to wszystko niezgrabnie, za późno i wciąż z tym tępym uporem i brutalną „herrenvolkowością”, która charakteryzowała politykę hitlerowską, a która odzierała wszystkich ich sojuszników z postawy suwerennej godności i spychała do roli posłusznych rabów, w rodzaju bałtyckich i ukraińskich oddziałów SS. Z tego punktu widzenia nie jest ważne, czy gen. Bór podczas tych rozmów pił herbatę, jak chce prasa bolszewicka, czy jej nie pił. Propozycje niemieckie odrzucił kategorycznie – i słusznie: gdyż w tym położeniu nie przedstawiały one żadnej rzeczywistej korzyści dla Polski. Ale ta kardynalna wolta w stanowisku niemieckim potwierdza w całej rozciągłości fakt, że gdy minął atak prywatnego szału Hitlera, odsłonił się zarys innej drogi, po której mniej więcej potoczyć by się winny wypadki, gdyby Hitler podobnym atakom szału nie podlegał i był w stanie kalkulować. Niewątpliwie przebieg powstania wyglądałby wtedy inaczej.

Naturalnie słowo „gdyby” nie jest w rozważaniach nad wypadkami minionymi słowem popularnym. Nie znaczy to jednak, ażeby dla zdobycia popularności wyzbywać się rozsądku. Cała sprawa powstania zwekslowana jest dziś na jednotorową propagandę i przedstawiana w ten sposób, jakby chodziło o to, że garstka bezbronnych szaleńców rzuciła się w niepoczytalnym stanie podniecenia i patriotyzmu na opancerzonego kolosa i za straty, jakie wywołała skutkiem swej lekkomyślności, powinna ponieść odpowiedzialność. Tak wcale nie było.

17

Powstanie warszawskie spowodowało potworne straty materialne. Straty te są do powetowania. Nie do powetowania są straty w zabytkach, dziełach sztuki, pomnikach itd. Co się tyczy strat w ludziach, wyglądają one inaczej, niż to przedstawia powszechnie przyjęta wersja. Himmler, ażeby odstraszyć Polaków od prób nowej akcji zbrojnej, oświadczył, że liczba ofiar wynosi ćwierć miliona. Dla tych samych celów bolszewicy podtrzymali tę cyfrę. Z naszej strony próbowano ją nawet wyśrubować do – trzystu tysięcy! Jeden z najznakomitszych polskich statystów wojennych, który był w powstaniu (nie mogę wymienić nazwiska ze względu na jego obecny [1947 r. – przyp. taw] pobyt w kraju), utrzymywał, że straty Armii Krajowej łącznie z ludnością cywilną w żadnym wypadku nie przekraczają pięćdziesięciu tysięcy.

Tadeusz "Bór" Komorowski po spotkaniu z SS-Obergrupenführerem Erichem von dem Bach-Zelewskim w jego kwaterze w Ożarowie Mazowieckim 4.10.1944 r.
Tadeusz „Bór” Komorowski po spotkaniu z SS-Obergrupenführerem Erichem von dem Bach-Zelewskim w jego kwaterze w Ożarowie Mazowieckim 4.10.1944 r.

W świetle tego wszystkiego trudno mówić o „błędzie” gen. Bora, który dał do niego hasło. Zastrzeżenie mogłoby budzić raczej jego obecne [1947 r. – przyp. taw] stanowisko. Gen. Bór przebywał w Ameryce i kilku krajach Europy i wszędzie, gdzie mówił albo udzielał wywiadów podkreślał, jak to Polacy wspomagali Armię Czerwoną w akcji, a jej dowódców podejmowali w Polsce śniadaniami i bankietami. Trudno zaprzeczyć, że w tradycji przywykliśmy do innych zwyczajów, które zresztą utrzymywane są w większości krajów. Nie zwykło się wrogów podejmować śniadaniami, gdy wkraczają, by odebrać terytorium i niepodległość. Toteż wydaje się, że niejeden cudzoziemiec, mniej zorientowany w subtelnościach politycznych labiryntów Polski, może wyrazić zdziwienie w taki np. sposób: „Skoroście im tak pomagali w opanowaniu własnego kraju i podejmowali śniadaniami na powitanie, dlaczego się skarżycie, że u was pozostali?!”.

Józef Mackiewicz
Józef-Mackiewicz
Józef Mackiewicz (1902-1985)

dscf1475-113638