Wszystko, co chciałbyś wiedzieć o aferze FOZZ, a boisz się zapytać – prof. Mirosław Dakowski

<https://youtu.be/Y4n6jlpCzq8

Z prof. Mirosławem Dakowskim rozmawia dr Stanisław Krajski z telewizji wRealu24.

Michał Falzmann (1953-1991) – inspektor Najwyższej Izby Kontroli, demaskator afery FOZZ
Dariusz Tytus Przywieczerski (ur. 1946) był nazywany „mózgiem” afery Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego (fot. Adam Jagielak)
Reklamy

Chrześcijaństwo jest współczesną wersją starożytnego kultu Mitry

W tomach 2. i 8. „Instrukcji przebudzenia” przedstawiłem wiele zapożyczeń przyswojonych przez chrześcijaństwo ze starszych religii, liczne szczegóły słabo znane. Opisałem niechrześcijańskie źródła składające się na tę religię, jednak źródło najważniejsze skomentowałem w tych książkach bardzo lakonicznie. Skala całego zjawiska zapożyczeń nawet mnie zaskoczyła, chociaż przestaje ona dziwić, jeśli na wstępie uwzględnimy tyleż banalną, co fundamentalną okoliczność.

Jak pisałem, nauki Chrystusa nie były religią, same w sobie nie spełniały wymogów, więc jedyne, co można było zrobić, jeśli ktoś chciał stworzyć kult (zwłaszcza w krótkim czasie, jak w przypadku Konstantyna), to włączyć je w istniejący system wierzeń. Główną religią Rzymu, którą zresztą wyznawał powyższy cesarz, przez Kościół nazywany „chrześcijańskim”, był mitraizm. Proces asymilacji znacznie ułatwiał przy tym fakt, że opierał się on na bardzo podobnych tezach ideowych, jak kształtujące się chrześcijaństwo. Oba kulty stopniowo zlewały się więc ze sobą. Oczywiście i w tym przypadku obecność elementów wspólnych stanowi białą plamę w historii chrześcijaństwa, a raczej prawdę dosyć kłopotliwą. W niniejszym artykule wykorzystałem fragmenty rozdziału poświęconego kultowi Mitry z najnowszego, 10. tomu „Instrukcji przebudzenia”, gdzie jest opis o wiele obszerniejszy. W poniższym materiale pominięte zostały też odnośniki do źródeł, których jest całkiem sporo.

Mitraizm w nieco zmienionej postaci był kultywowany w starożytnym Rzymie i Gracji, jednak podobnie jak kult Kybele/Attisa (opisany zwłaszcza w tomie 8. „Instrukcji przebudzenia”) była klasyfikowana przez Rzymian jako „orientalna”. Przyszła ze Wschodu, z obszaru dzisiejszego Iranu, aczkolwiek miała nad chrześcijaństwem pewną przewagę, mianowicie bardzo głębokie korzenie sięgające wręcz neolitu (tzw. młodszej epoki kamiennej). Z tego względu w czasach rzymskich była ona już dojrzała i zawierała elementy stosunkowo zaawansowanych koncepcji filozoficznych, choć – jak zobaczymy dalej – niemożliwością było usuniecie z niej pewnych elementów archaicznych.

Jednak, paradoksalnie, elementy te chrześcijaństwo przyswoiło akurat bez większych oporów. Ale wszystko po kolei…

Niektórzy badacze wskazywali na to, że samo słowo „mitra” jest terminem wywodzącym się z pradawnych koncepcji kosmologicznych, co pozostawiło swój ślad w postaci motywów astronomicznych będących rdzeniem tej religii jeszcze na początku naszej ery. W pierwotnym języku indoeuropejskim oznaczało ono „łączyć”.

Zarazem łacińskie „religio”, oznaczające oczywiście religię, ma to samo znaczenie. Sugeruje to, że mitraizm wywodzi się bezpośrednio z pierwotnej religii ludów, które dotarły na nasz kontynent dziesiątki tysięcy lat temu. Słowo „mitra” odnosiło się zapewne do pierwotnej relacji między światem ziemskim a kosmicznym, przy czym – co również wykazano – miało ono charakter męski, co może tłumaczyć, dlaczego w kultywowaniu religii Mitry uczestniczyli tylko mężczyźni. W tomie 2. zawarłem, nawiasem mówiąc, cytat z „Księgi Urantii”, gdzie wytłumaczono, że przez parę wieków współistniała ona z chrześcijaństwem i równie długo wynik ich rywalizacji nie był przesądzony. Natomiast autorzy „Księgi” sugerują, że o ostatecznym wyniku zadecydowało właśnie to, iż chrześcijaństwo było „dostępne” dla przedstawicieli obu płci…

Z czasem idee magicznej percepcji świata ulegały personifikacji (co oznaczało przejście od magii do religii) i zapewne na tej właśnie zasadzie idea mitry zamieniła się w boga o ludzkim wyglądzie – pośrednika w kontakcie ze światem boskim.

W drugim tysiącleciu przed naszą erą zalążek tak rozumianego boga pojawił się w Iranie, uważanym za kolebkę mitraizmu. Mitra stał się patronem wojny i walki, aczkolwiek był też uważany za „niebiańskie światło” i w licznych odniesieniach astronomicznych nietrudno znaleźć nawiązanie do idei mezopotamskich, w których planety i Słońce traktowano jako istoty żywe* – bogów. Mitra stopniowo zaczął być traktowany jako najwyższy bóg w tym panteonie, uosabiający Słońce. Wyraźna jest tu więc kontynuacja pierwotnych kultów płodności**, wspólnych dla ludów niemal całej Ziemi, w których z reguły Słońce było kojarzone z bogiem męskim, a Księżyc z boginią. Zgodnie z mitologią irańską, Mitra jako najwyższy stwórca wykreował Wszechświat dzięki „pierwszej ofierze”, a późniejsi kapłani powtarzali ten boski rytuał, co roku składając w ofierze byka, którego krew zapewniała ciągłość zbawienia i dostarczała stwórcy sił żywotnych do ciągłego odnawiania świata. Kapłani odcinali najcenniejszą część zabitego byka, traktując ją jako symboliczne ciało Mitry, którą następnie jedli. Później był to zamoczony we krwi placek, a w końcu zabarwiony na czerwono wafel. Trudno nie dostrzec tu analogii do chrześcijańskiej eucharystii, a zwłaszcza do niewytłumaczalnego z chrześcijańskiego punktu widzenia rozumienia jej jako ofiary.

Mitra zbawiciel

Mitraizm zaczął rozprzestrzeniać się na Bliskim Wschodzie w VI wieku p.n.e., na fali podbojów perskich. W tym czasie Mitra był już uważany za zbawiciela, którego kult miał zapewniać wstąpienie po śmierci do nieba i „rządzenie z Mitrą na wieki”.

Starożytna idea piekła

Analogicznie też konkretyzowała się koncepcja piekła, która nie odbiegała od wyobrażeń chrześcijańskich, bo one również czerpały z tych samych wzorców bliskowschodnich (żydowskie, a później chrześcijańskie wyobrażenie piekła ma pochodzenie starotestamentowe, czyli wywodzi się wprost z religii archaicznych, co opisałem w tomie 8.).

Dualizm – nośnik chrześcijaństwa

Nadało to tej religii charakter wyraźnie dualistyczny. Na przykład mitrea (świątynie) były usytuowane wzdłuż osi wschód-zachód, przy czym strona północna reprezentowała ponurą drogę dla tych, którzy nie przestrzegali nauk Mitry, a południowa, jako bliższa światła Słońca, reprezentowała oświecenie i zbawienie.

Wewnątrz mitreów znajdowały się dwie postacie – cautes i cautopates – jedna z nich trzymała pochodnie skierowaną do góry, co oznaczało drogę światła, a druga pochodnię skierowaną w dół. Dualizm ten był koncepcją prostą i chwytliwą, jednak w żadnej późniejszej religii nie znalazł on tak silnego odbicia, jak w chrześcijaństwie.

Mitrea starano się budować tak, aby w odpowiednim dniu roku (zwłaszcza w czasie wiosennego zrównania dnia z nocą) światło słoneczne wpadało do środka, tworząc snop skierowany na posąg boga. Ideę tę również skopiowano w kościołach, zwłaszcza bizantyjskich, w których pozostawiano otwory, później oszklone – przez nie miało padać światło na figurę Chrystusa. Niewątpliwym zapożyczeniem z mitraizmu było zarazem budowanie świątyń przez wieki tak, aby wejścia do nich były na wschodzie. Później próbowano to tłumaczyć w ten sposób, że chodziło o skierowanie ich ku miejscu narodzin Chrystusa, co jednak jest nie do utrzymania w świetle faktu, że czyniono tak bez względu na rzeczywiste ich usytuowanie – np. kościoły w Rosji również były skierowane na wschód.

Koło zodiakalne

Dominującym w tej religii symbolem było koło zodiakalne, które reprezentowało nie tylko kosmiczny porządek, ale też epoki w dziejach świata, co było wątkiem astrologicznym przeniesionym z Mezopotamii i – jak wiemy – jest on nadal żywy.

Na przykład w pobliżu ołtarza znajdowały się znaki przyszłości, czyli Ryby, Wodnik, Koziorożec, Strzelec i Skorpion, natomiast Waga reprezentowała ostatnią epokę Ziemi i czas sądu ostatecznego (niewątpliwie wynikało to ze starszych mitologii, np. egipskiej, w której waga oznaczała sąd boski w zaświatach). Znak Raka, umieszczony na ścianie północnej, symbolizował zaś bramę do nieba – do najwyższego światła i nieśmiertelności. Odnośnie wątku sądu ostatecznego w tej religii to ciekawy szczegół dorzucił znawca mitraizmu z Instytutu Archeologii Uniwersytetu Warszawskiego:

W religii irańskiej Mitra jest głównym sędzią w zaświatach. Siedzi przy moście i przepuszcza dusze. Te albo przechodzą po kładce do nieba, albo – jeśli ktoś jest grzesznikiem – most zwęża się do szerokości klingi miecza i grzesznik spada w płonącą rzekę. I nie jest to ostatni sąd nad duszami, bo taki nastąpi podczas końca świata – tak jak w religii chrześcijańskiej. To jest duże i znaczące podobieństwo: indywidualne podejście do zbawienia.

Krzyż Mitry

Ważnym, a mało znanym elementem był krzyż Mitry, który pojawiał się po skrzyżowaniu koła zodiakalnego z kołem symbolizującym równik niebieski. Koncepcja ta zaistniała w Europie na długo przed przyjęciem mitraizmu i już Platon (w IV wieku p.n.e.) pisał, że Stwórca stworzył Wszechświat z dwóch kół, które tworzyły znak krzyża. Krzyż Mitry nie miał wprawdzie związku z ukrzyżowaniem jako karą śmierci, aczkolwiek stał się tak silnym symbolem tego boga, że promienie słoneczne emanujące z jego głowy zaczęły z czasem tworzyć kształt krzyża lub krzyża w kole. Jak wiemy, większość bizantyjskich wizerunków Chrystusa posiadała później identyczny symbol.


Chrystus Pantokrator (Wszechwładca, Pan wszystkiego), mozaika, połowa XII w., katedra w Cefalù, Sycylia (Włochy)
Manuel Panselinos, Jezus Chrystus, fresk, ok. 1290 r., kościół Protaton, Karies (stolica Autonomicznej Republiki Góry Athos)

Mitra umiejscawiany był bowiem na przecięciu się dwóch wspomnianych kół, a więc na krzyżu. Miał on stopniowo przesuwać ten krzyż po sferze niebieskiej, co traktowano jako „drogę krzyżową” (dziś nazywa się to precesją punktu równonocy). Cykl ten był najdłuższym, znanym w starożytności okresem i oznaczał on drogę odnowy świata – co dosyć nieoczekiwanie, choć być może przypadkowo, koresponduje z chrześcijańskim rozumieniem drogi krzyżowej. Jest to skojarzenie powierzchowne, aczkolwiek nie można wykluczyć, że sama idea przedostała się właśnie z tego źródła, wpływając jednak na teologię chrześcijańską. Orygenes napisał w swym dziele „Contra Celsus”, że w misteriach Mitry

był symbol dwóch orbit na niebie, jednej związanej z gwiazdami stałymi [równikiem niebieskim] i drugiej przypisanej planetom, przez które następuje wniebowstąpienie duszy. Jet to symbol drabiny [niebieskiej] z siedmioma bramami, a wieńczy go ósma brama.

Jak wiemy, koncepcja drabiny, po której dusza zbliża się do Boga, była w chrześcijaństwie znana, a pojawiła się już w Starym Testamencie, więc nie można wykluczyć obcej inspiracji. Ważniejsze jednak jest to, że w religii Mitry krzyż był drogą ku zbawieniu!

Woda w mitraizmie

W rytuałach mitraizmu dominującą rolę odgrywała woda. Być może wynikało to z tego, że Mitra miał urodzić się 25 grudnia i odrodzić się w dniu wiosennego zrównania dnia z nocą. W przypadku tych dat zapożyczenie ich przez chrześcijaństwo jest już całkowicie pewne chociażby z tego powodu, że według obecnej wiedzy „wpisanie” ich w życiorys Chrystusa nie ma oparcia w datowaniu rzeczywistych wydarzeń. Data narodzin stanowiła kolejne odbicie wagi wątków astronomicznych w mitraizmie, bo była ona uważana w starożytności za dzień przesilenia zimowego, zwiastującego „zwycięstwo” Słońca, jako że od tego momentu dzień stawał się coraz dłuższy (jak już pisałem, w starożytności za dzień przesilenia zimowego powszechnie uważano 25, a nie 21 grudnia, jak obecnie). Znaczenie wody było widoczne nie tylko w rytuale chrztu, ale również w tym, że przed mitreami tradycyjnie budowane były fontanny lub niewielkie sadzawki rytualne (baseny), gdzie dokonywano chrztów i ablucji.

Woda była też uważana za świętą, co wyjaśnia pojęcie wody święconej, istniejące w chrześcijaństwie bez czytelnego wytłumaczenia.

Mitra i Jezus – narodziny w grocie

O skali „wrażenia”, jakie religia Mitry musiała wywierać na chrześcijanach, najlepiej świadczy to, że ów zwyczaj budowania fontann lub zbiorników wodnych został powielony w przypadku wielu bizantyjskich kościołów. Mitra miał narodzić się w grocie, z której wypływała woda, co było już modyfikacją prastarego archetypu wywodzącego się z neolitu, według którego grota symbolizowała narządy rodne, a i woda (często z jaskiń wypływająca) stanowiła prastary symbol życia. Motywy te były bardzo silne we wczesnym chrześcijaństwie, a ich mało znane źródła szerzej opisałem w tomie 8. (s. 130-133). To samo dotyczyło oczywiście wody święconej…

A przy okazji: dwóch Ojców Kościoła, Orygenes i Justyn Męczennik (męczennik, bo skazany w Rzymie na śmierć ok. 165 roku n.e.), uważało, że i Chrystus urodził się w grocie. Był to silny motyw we wczesnym chrześcijaństwie, przedstawiany na obrazach jeszcze wiele wieków później.

Pozostańmy jeszcze chwilę przy mitycznym, jeśli nie wręcz magicznym, znaczeniu wody. Jest bowiem jeszcze jeden ciekawy, a mało znany aspekt jej roli: na początku świata Ziemia była pogrążona w ciemności (vide: słowa „Ziemia zaś była bezładem i pustkowiem – ciemność była nad powierzchnią bezmiaru wód” z biblijnej „Księgi Rodzaju”). Według mitraizmu panował nad nią Książę Ciemności, który sprowadził wielką suszę. Mitra zaś, strzelając z łuku w skałę, spowodował wytrysk wody, który jednak okazał się tak wielki, że wywołał z kolei powódź. Mitra zbudował więc arkę, dzięki której uratował wybranych.

Koncepcja zbawienia i kosmologia w mitraizmie

Koncepcja zbawienia w mitraizmie była jednak o wiele bardziej rozbudowana niż w chrześcijaństwie. Zwolennicy Mitry uważali, że niebo składa się z przezroczystych sfer, do których przytwierdzone są planety, a na kolejnej z tych sfer znajdowały się gwiazdy. Wprawdzie uważa się, że chrześcijańska koncepcja kosmosu miała pochodzenie greckie, to jednak i tu trudno nie dostrzec analogii do wyobrażeń mitriackich. Uważano, że gwiazdy Drogi Mlecznej są iskierkami boskiej energii życiowej, a każda dusza zstępująca na Ziemię przechodziła po kolei przez wszystkie sfery, w każdej otrzymując kolejny atrybut swej egzystencji, ale również ograniczenia rzutujące na późniejsze działania w życiu materialnym. Celem misteriów, czyli zasadniczego składnika rytuałów religijnych, było pokonanie tych ograniczeń (co stanowi bardzo ciekawą ideę ewolucji duchowej).

Mitreum stanowiło łącznik pomiędzy niebem a Ziemią, w którym wspinano się po kolejnych szczeblach drabiny wiodącej ku zbawieniu. Tych stopni wtajemniczenia było siedem, a na każdym etapie wtajemniczany (hierofant) przywdziewał strój adekwatny do poziomu hierarchii niebiańskiej i nawiązujący do symboli zodiakalnych. Pierwszym poziomem był kruk, następnie nimfa lub oblubienica (żeńska rola pełniona przez wtajemniczanego wyraźnie koresponduje tu z mitem Attisa), żołnierz, lew, Pers (odpowiadający akurat sferze Księżyca), nosiciel Słońca (lub po prostu Słońce), a w końcu Ojciec (Pater). Ten tytuł nosił zwierzchnik kultu w Rzymie, więc analogia do Ojca Świętego jest chyba oczywista. Im bardziej będziemy wnikać w szczegóły, tym więcej ich zauważymy…

W ikonografii Mitra przedstawiany był w środku niebiańskiego krzyża, a zarazem w środku pierścienia zodiakalnego, w którym znajdowało się 12 postaci (co prawda zwierząt, aczkolwiek stanowiły one odbicie hierarchii niebiańskiej). Nasuwa to skojarzenia z Chrystusem otoczonym, zwłaszcza w ikonografii bizantyjskiej, przez dwunastu apostołów tworzących wokół niego okrąg. Mitra miał narodzić się ze skały w jaskini. Sądzono przy tym, że krzemień, będący źródłem iskier, symbolizował iskry boskiego światła, którym został obdarzony zbawiciel w momencie narodzin. Na pierwszy rzut oka wydaje się to być odległe od mitu chrześcijańskiego, chociaż – jak już wspomniałem – podobieństwa do pierwotnej wersji tego mitu są w istocie bardzo silne. Mam tu na myśli nie tylko wersję o narodzeniu Jezusa w grocie, ale i np. motyw zejścia do piekieł, czyli według ówczesnych wyobrażeń do świata podziemnego, co miało podobny związek z odrodzeniem.

Chrystus i Mitra – korelacje

Oprócz analogii pomiędzy historiami Chrystusa i Mitry, istniały jednak też istotne różnice, choć po bliższym przyjrzeniu się okazują się one mniejsze, niż może się wydawać na pierwszy rzut oka. Można np. odnosić wrażenie, że Mitra miał wojowniczą naturę, skoro urodził się z łukiem w dłoni, jednak nie było to narzędzie walki, bo strzałami obdarzał on ludzi światłem oświecenia duchowego, którego jako Bóg-Słońce był nosicielem. Warto zauważyć, że Chrystusa długo uważano za Słońce Ludzkości z dokładnie tego samego powodu.

Niektóre z tych związków można uważać za umiarkowanie jednoznaczne (jak powyższy), jednak nie brakuje też zapożyczeń całkowicie pewnych. W pierwszym rzędzie przypomina się w tym miejscu data narodzin oraz rytuał chrztu i w ogóle rozumienie wody, jednak to nie jedyne takie przykłady.

Eucharystia w mitraizmie

Kolejnym zapożyczeniem jest rytuał eucharystii. Co on ogólnie oznaczał, to już opisywałem, jednak motyw ten zdecydowanie wart jest bardziej wnikliwego spojrzenia. Według mitu Mitra stoczył na początku świata walkę z bykiem, którego ostatecznie pokonał w grocie powtórnych narodzin. Obrosło to później metaforyczną ideologią walki pomiędzy racjonalną świadomością dążącą ku światłu (rola Mitry) a cielesnymi dążeniami człowieka stojącymi na przeszkodzie zbawienia.

Pomijam ten wątek i przechodzę bezpośrednio do sedna… Istotniejsze jest bowiem to, że przelanie krwi byka było w późniejszej religii symbolem zbawienia. A przy okazji: trudno zrozumieć logikę chrześcijańską, według której przelanie krwi baranka miało mieć jakiś związek ze bawieniem człowieka, wiec trzeba „rozejrzeć się” za możliwymi archaicznymi inspiracjami. Wątek pochodzący z mitraizmu nie pasuje tu wprawdzie dokładnie, bo motyw byka nie został skopiowany, jednak analogiczny rytuał był praktykowany w kulcie Attisa – jako taurobolium*** (w religii Mitry tak samo zresztą nazywany). Oprócz niego wyznawcy Attisa i Kybele praktykowali jednak także wersję z barankiem, znaną jako criobolium. Najwyraźniej w tym względzie motywy obu religii zmieszały się jeszcze przed nadejściem chrześcijaństwa, co tłumaczy, dlaczego pewne elementy przejęto z taurobolium, a inne z criobolium. Ale wracamy do eucharystii…

Niewątpliwie to, że przelanie krwi byka napełniało siłą witalną cały kosmos i oczywiście zapewniało odradzanie przyrody na Ziemi, było śladem neolitycznych kultów płodności, jednak z czasem ewoluowało to w kierunku zapewniania zbawienia człowieka. Wynikiem tych związków było przedstawianie na niektórych płaskorzeźbach wytryskującej z szyi byka krwi, która zamieniała się w kłosy zboża. Tą drogą stworzono metaforę chleba jako boskiej ofiary. Trudno dociec, na jakiej zasadzie chleb ten zaczęto postrzegać jako ciało boga****, jednak tak się stało. Rytualne dzielenie się chlebem i winem to fundamentalny rytuał mitraizmu – materializacje ciała i krwi boga.

Po zabiciu byka Mitra miał wstąpić do nieba, więc chleb i wino kojarzono z jego ostatnią wieczerzą i poprzez tę samą analogię powtarzany później rytuał stał się warunkiem wniebowstąpienia. Czasem wyznawcy Mitry stosowali do tego celu specjalny kielich rytualny, co znowu kojarzy się z chrześcijaństwem. Dzisiaj eucharystia to: „uroczysta celebracja Ostatniej Wieczerzy, śmierci krzyżowej i zmartwychwstania Jezusa, którą chrześcijanie sprawują, wypełniając polecenie Chrystusa. (…) Przez pierwsze sto lat po zmartwychwstaniu Jezusa jego uczniowie zbierali się na sprawowanie Eucharystii w domach i mieszkaniach, a także w wynajętych salach publicznych. Jest prawdopodobne, że spotykali się także w grotach, jak np. w Betlejem i Getsemani, gdzie odnaleziono ślady liturgii chrześcijańskiej z okresu przedbizantyjskiego”.

Grzech pierworodny w mitraizmie

W mitraizmie istniało też pojęcie grzechu pierworodnego, choć rozumiane nieco inaczej niż w chrześcijaństwie. Dusza człowieka miała bowiem przybywać na ziemski padół z nieba, pokonując różne sfery niebiańskie, w których przyswajała kolejno różne „predyspozycje” do grzechu, cielesne skłonności – w sferze Saturna otrzymywała brzemię lenistwa, w sferze Marsa brzemię gniewu, w sferze Wenus chucie, w sferze Jowisza ambicję, w sferze Merkurego chciwość. Życie zgodne w wolą boga polegało na przezwyciężaniu tych obciążeń przez rozwój osobisty, by wspinać się po niebiańskiej drabinie ku boskiemu światłu. Chodziło tu o „uwolnienie” duszy od zwierzęcych obciążeń – przejście tej drogi stanowiło warunek wniebowstąpienia po śmierci (była to jednak, jak wspomniałem, droga dostępna tylko dla mężczyzn!).

Mitraizm okiem współczesnego badacza

Mimo wojowniczego motywu w życiorysie Mitry, sama religia była więc pokojowa i stwarzała silną motywację do ewolucji osobistej, ale nie przez nakazy i zakazy myślenia oraz ścisłe definiowanie czynności, które miały być powtarzane (jak w chrześcijaństwie), lecz przez określanie skłonności odbiegających od boskiego ideału. Rozważania nad tym, co jest złe i szkodliwe dla rozwoju, pozostawiono już samym wiernym, więc filozofia stanowiła tu element uzupełniający, a nie przeciwieństwo myślenia religijnego. Była to zapewne najbardziej postępowa idea rozwoju duchowego w całej starożytności, która zresztą nawet po tysiącach lat nie straciła nic na aktualności. Samo w sobie jest to ciekawym fenomenem, praktycznie nieznanym…

Ogólnie rzecz biorąc, podejście Rzymian opierało się na zasadzie, że należy czerpać z różnych religii to, co jest dobre. Traktowanie ich jako wykluczających się wzajemnie uważano za dziedzictwo kultur barbarzyńskich, niezgodne z zasadami rozwoju cywilizacji. Były co prawda przypadki administracyjnego ingerowania w obrządki religijne, ale musiały być one mocno uzasadnione. Na ogół zagrożeniem dla porządku publicznego lub życia i zdrowia jednostek, aby obywatele nie zaczęli szeptać, że ogranicza się ich wolność religijną i wolność myśli, którą uważano za jedno ze źródeł sukcesu Rzymu.

Horus, Mitra, Jezus – podobieństwa przypadkowe, czy pozaziemska inżynieria religijna?…

Idea sądu ostatecznego w mitraizmie

W mitraizmie funkcjonowała też idea sądu ostatecznego, w trakcie którego zbawieni mieli dostąpić wiecznego życia u boku Boga-Ojca, natomiast wszyscy nieochrzczeni mieli przestać istnieć. Po tym Mitra swymi kluczami do królestwa niebieskiego miał otworzyć ostatnią z niebiańskich bram – do raju.

Jeszcze w IV w. mitraizm i chrześcijaństwo współistniały równolegle

Podobieństwa pomiędzy mitraizmem a chrześcijaństwem powodowały, że jeszcze w IV wieku religie te współistniały bez wyraźnej przewagi wpływów którejś z nich. O ostatecznej porażce mitraizmu zadecydował cały szereg przyczyn – przede wszystkim rozkład kulturowy i rozpad polityczny Imperium Rzymskiego, ale niewątpliwie także ograniczenie tej religii tylko do mężczyzn. Inną okolicznością jej niesprzyjającą był brak publicznych ceremonii religijnych – hucznych festiwali radości, jak w przypadku religii Attisa/Kybele i Dionizosa czy w ogóle świąt obchodzonych przez wszystkich, a tym samym nie było wyraźnego „zazębienia” z życiem codziennym ludności. Mitraizm pozostał w dużej mierze religią hermetyczną, opartą na zamkniętych misteriach z udziałem wtajemniczonych. Nie brały w nim udziału całe rodziny, jak w chrześcijaństwie. Nie było też zakonów ani tradycji osób świętych, poprzez które w średniowieczu promowano wzorce do naśladowania – rozpowszechniając niezliczone, idealizowane historie, które trafiały w potrzeby duchowe prostych ludzi. W tym świetle można więc uznać mitraizm za religię nieco elitarną.

Franciszek w mitrze…

Znamiennym symbolem ostatecznego zwycięstwa chrześcijaństwa stało się to, że bardzo wiele kościołów wzniesiono na mitreach, zwłaszcza w Rzymie.

autor: Igor Witkowski

źródło: miesięcznik „Czwarty Wymiar” nr 10/2017, s. 25

oryginalny tytuł artykułu: „Kult Mitry”; śródtytuły: TAW

*

W tomach 2. i 8. „Instrukcji przebudzenia” przedstawiłem wiele zapożyczeń przyswojonych przez chrześcijaństwo ze starszych religii, liczne szczegóły słabo znane. Opisałem niechrześcijańskie źródła składające się na tę religię.

∼Igor Witkowski

*

Komentarze TAW:

*Wszystko we Wszechświecie jest żywe, Ziemia jest żyjącą i czującą istotą, pozostałe planety i Słońce również.

**Tak zwane kulty płodności są wtórną formą najzupełniej naturalnego dla wszystkich kultur rdzennych poczucia jedności i tożsamości z całą biosferą, której człowiek jest immanentną częścią. Z czasem matrix wprowadził przeróżne „kulty”, właśnie po to, by odseparować istotę ludzką od Całości Boskiego PrzeJAWIenia.

***Polacy nie mają prawa wiedzieć o rytuale taurobolium, czyli rytualnego „oczyszczenia” we krwi byka ofiarnego, oraz o rytuale criobolium, czyli rytualnego „oczyszczenia” we krwi baranka ofiarnego, bo jeszcze byliby gotowi połączyć fakty związane z obiema religiami: mitraizmem i chrześcijaństwem. Nie istnieją więc polskie wersje haseł taurobolium oraz criobolium w Wikipedii:

https://en.wikipedia.org/wiki/Taurobolium,

https://en.wikipedia.org/wiki/Criobolium.

****Religie, by były skuteczne, musiały być osnute/zaprojektowane na nośnych dla podświadomości mieszkańców tej planety archetypach.

Foty NG: http://www.nationalgeographic.com.es/historia/grandes-reportajes/mitra_9279/5

Jestem obcy w swoim domu – Krzysztof Pieczyński

Niedawno rozmawiałem ze swoim katolickim znajomym. To była godzinna rozmowa, podczas której chciałem się dowiedzieć, dlaczego kolega jest częścią Kościoła katolickiego. Streszczę Państwu jej najważniejsze wątki.

– Z jakiego powodu należysz do organizacji, która akty ludobójstwa nazywa ewangelizacją?

– Kościół zrobił wiele złych rzeczy, ale ta część, do której ja należę, nikogo nie mordowała.

– Nie przeszkadza ci pedofilia w Kościele? Masz małe dzieci.

– Ta część Kk, do której ja należę, nie zajmuje się pedofilią.

– Nie przeszkadza ci, że Kk pierze pieniądze od mafii amerykańskiej po rodzimą Camorrę?

– Każda korporacja ma swoje ciemne sprawy.

– A śmierć biskupa Wesołowskiego w Watykanie, który był okazem zdrowia? Wszyscy wiedzą, że to zbrodnia lub wymuszone samobójstwo po to, aby nie zaczął mówić.

– Każdy rząd ma swoje służby specjalne i tysiące brudnych interesów.

Chowanie zamordowanych pod zwłokami innych w Watykanie, bo nikt tam nie będzie ich szukał, też cię nie wzrusza. W takim razie powiedz, dlaczego uważasz katolickiego Chrystusa za swojego idola? Jego nauki i słowa są pełne niecierpliwości, nietolerancji, rasizmu, niezrozumienia dla prześladowanych i namawiania do przemocy. Pogardy dla tępoty uczniów, którzy, o trwogo, nie potrafią chodzić po wodzie, pomimo, że on im to pokazał. Napuszony styl wypowiedzi człowieka zarozumiałego i oderwanego od życia, który nie potrafił niczego wytłumaczyć, dostarczając coraz to nowych niezrozumiałych metafor.

– To prawda, nie lubiłem Chrystusa od dziecka i uważam, że był złym nauczycielem.

– Dlaczego w takim razie jesteś częścią tej organizacji?

– Gdyż mam tam ludzi, z którymi się dogaduję. Podobnie myślimy o świecie. Poza tym dzieci dostają prezenty na pierwszą komunię i ja im tej radości nie odbiorę. Oczywiście to nie ma związku z żadnym przeżyciem duchowym. Dziecko jest za małe, żeby to rozumieć. Chodzi wyłącznie o prezenty.

– To straszne, co mówisz.

– Kiedy przed laty byliśmy w biedzie, do ojca przyszedł proboszcz i przyniósł mu kilka tysięcy. To nam wtedy bardzo pomogło.

Za te kilka tysięcy Kk kupił sobie trzy pokolenia niewolników. A może i więcej. Kolega nie odpowiedział, jaką zbrodnię musiałby Kościół popełnić, żeby od niego odszedł. A przecież pomoc to pierwsza rzecz, którą mają opanowane sekty. Pomagają i w zamian za to wchodzą do życia. Otaczają opieką i pomocą do tego stopnia, że bez nich coraz trudniej jest sobie poradzić. Przy czym odcinają od wszystkiego, co nie pochodzi od nich, gdyż celem tej pomocy jest ubezwłasnowolnienie. Za pomoc trzeba się odwdzięczyć i za pomoc trzeba odpłacić lojalnością. Gdy z czymś się nie zgodzimy, zaczyna się szantaż, manipulacja i straszenie. Krok po kroku wprowadzają się do naszego życia i ustanawiają w nim swoje reguły. Wszystko w trosce o nas. Każda religia, każda sekta ma to przepróbowane i sprawdzone. Każda toksyczna relacja również.

Kiedy mówiłem przez trzy lata, że obecny papież jest taki sam jak jego poprzednicy, nikt się ze mną nie zgadzał. Używa innego pudru, ale istota jest niezmienna. Teraz z fałszywym uśmiechem wita Irlandczyków. Do kogo się uśmiecha? Będzie kłamać, dopóki ta chora instytucja nie zostanie rozwiązana, ale zanim to się stanie, ma odpowiedzieć przed sądem za krycie pedofilii i inne zbrodnie Kk.

Dopóki będziemy zezwalać na bezkarność ludzi powołujących się na Boga, korporacji, która miele tryliony, dopóty musimy się liczyć z tym, że podstawa naszej cywilizacji będzie oparta na kłamstwie, manipulacji i hipokryzji. One pozwalają na niekończące się wojny w imię Boga, patriotyzmu, obrony wartości. Człowiek znęca się nad człowiekiem, ponieważ od dziecka jest uczony, aby żyć w kłamstwie. Kłamstwo religijne przechodzi do innych sfer życia. Kościół katolicki nie pochodzi od Boga i nie ma związku z Bogiem. Papież ma stanowisko takie jak prezes, prezydent czy dyrektor jakiejkolwiek organizacji czy firmy. Zmuszacie ludzkość, aby wyrównała do ostatniego w peletonie. Mam tego dosyć. Wracam do siebie.

autor: Krzysztof Pieczyński
źródło: fb.com

Trzęsienie ziemi w Watykanie: Franciszek krył „seryjnego drapieżnika” – kardynała, który zgwałcił 11-latka, którego wykorzystywał przez 20 lat

Franciszek wita „seryjnego drapieżnika” (ang. serial predator) – kardynała Theodore’a McCarricka (ur. 1930)
Świadectwo, jakie złożył na piśmie arcybiskup Carlo Maria Viganò, wywoła z pewnością olbrzymi wstrząs w Kościele. Nuncjusz apostolski w Stanach Zjednoczonych w latach 2011-2016 zdecydował się przerwać zmowę milczenia i ujawnić fakty ukrywane przed opinią publiczną. Chodzi zwłaszcza o tuszowanie skandali pedofilskich przez hierarchię katolicką.

Odpowiedzialność za to spoczywa nie tylko na kardynałach amerykańskich i watykańskich, lecz także na samym Franciszku. Ten ostatni – według relacji arcybiskupa Viganò – już od czerwca 2013 roku wiedział dobrze o pedofilskiej i homoseksualnej aktywności kardynała Theodore’a McCarricka, a mimo to przywrócił go do łask i dołączył do grona swych współpracowników. Trwało to przez pięć lat i zmieniło się dopiero w zeszłym miesiącu. Dlaczego?

Przypomnijmy: od kilku tygodni w USA trwa gorąca dyskusja na temat kolejnego skandalu pedofilskiego w tamtejszym Kościele. Zaczęło się od ujawnienia mrocznej przeszłości 88-letniego kardynała Theodore’a McCarricka, jednego z najbardziej wpływowych amerykańskich hierarchów. Okazało się, że przez niemal pół wieku molestował on seksualnie młodych chłopców, kleryków i podległych sobie księży. Zgwałcił np. 11-latka, którego wcześniej ochrzcił, by później wykorzystywać go przez 20 lat. Tajemnicą poliszynela było posiadanie przez niego domku nad jeziorem i zapraszanie tam na noc seminarzystów i młodych kapłanów. Znane było jego często powtarzane powiedzenie, że nie lubi spać sam. Nic dziwnego, że nawet prasa katolicka w USA nazywa go dziś „seryjnym drapieżnikiem” (serial predator).

Ks. Theodore McCarrick z jedną ze swoich ofiar

Kiedy kilka tygodni temu media ujawniły podwójne życie McCarricka, Franciszek najpierw zakazał purpuratowi publicznego sprawowania sakramentów, a następnie pozbawił go godności kardynała.

W Stanach Zjednoczonych wszyscy zadają sobie pytanie, jak to było możliwe, że przez tyle lat wpływowy metropolita Waszyngtonu pozostawał bezkarny, a teraz – gdy dziennikarze zaczęli zbierać o nim relacje – okazało się, że całe jego otoczenie wiedziało o niemoralnych praktykach kardynała.

To nie wszystko: kiedy w 2002 roku w Kościele w USA wybuchł skandal pedofilski, to właśnie McCarrick stał się twarzą odnowy moralnej i obyczajowej amerykańskiego katolicyzmu. Człowiek, który przez dekady deprawował pokolenia seminarzystów i księży, miał gwarantować, że podobne afery nie powtórzą się w przyszłości. Jeszcze kilka miesięcy temu cieszył się pełnym zaufaniem Watykanu.

Taki jest kontekst, w którym ukazuje się świadectwo arcybiskupa Carlo Maria Viganò. Nie jest on przewrażliwionym publicystą, ale doświadczonym dyplomatą watykańskim, wieloletnim pracownikiem Sekretariatu Stanu. Jest prawdopodobnie jedną z najlepiej poinformowanych osób na świecie, jeśli chodzi o zjawisko pedofilii wśród duchowieństwa, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych. Przez wiele lat przez jego ręce przechodziła poufna korespondencja na ten temat. Zanim rozpoczął pracę w USA był od 1998 do 2009 roku delegatem ds. nuncjatur przy Stolicy Apostolskiej. Sam pisał do swych zwierzchników w Watykanie raporty o nadużyciach seksualnych księży, prosząc o pilną interwencję. Olbrzymią wiedzę, jaką zgromadził na ten temat, wykorzystał w swoim 11-stronicowym świadectwie datowanym 22 sierpnia 2018 roku.

Arcybiskup Viganò mówi, że zdecydował się opublikować swój tekst, ponieważ w tragicznej sytuacji, w jakiej znalazł się Kościół, tylko prawda może go uratować, naprawić wyrządzone zło i zapobiec dalszym ofiarom. Poza tym – jak mówi watykański dyplomata – nie mógł dłużej milczeć, ponieważ nie pozwalało mu na to jego sumienie oraz odpowiedzialność, jaką ponosi przed Bogiem jako biskup Kościoła.

Jestem starym człowiekiem i chcę oddać się Bogu z czystym sumieniem

– powiedział arcybiskup Viganò w rozmowie z portalem LifeSiteNews. Dodał, że nie boi się zarzutów o zdradę tajemnicy. Według niego tajemnice w tej sprawie, także papieskie, powinny służyć ochronie dzieci, a nie sprawców.

[…]

autor: Grzegorz Górny

Całość czytaj na:

https://wpolityce.pl/kosciol/409443-gorny-wstrzasajace-swiadectwo-watykanskiego-arcybiskupa?strona=1

Czytaj również:

Ujawnienie w filmie „Kler” ukrywanej przed wiernymi prawdy o Kościele katolickim Krzysztof Karoń nazywa strzelaniem w potylicę

<https://youtu.be/8q3z5hcRDqk

Ujawnienie w filmie Wojciecha Smarzowskiego „Kler” ukrywanej przed wiernymi, niewygodnej prawdy o Kościele katolickim publicysta Krzysztof Karoń nazywa „strzelaniem w potylicę”. Jak w takim razie Krzysztof Karoń nazwałby dokonywane od 966 roku przez Watykan masowe mordy żyjących zgodnie z Prawem Ziemi lechickich Słowian?

Tajne Archiwum Watykańskie w Watykanie posiada pełną i szczegółową dokumentację wielowiekowych zbrodni Watykanu przeciwko ludzkości. Archiwalia te zostaną ujawnione i uwolnione – udostępnione do wglądu Wolnym Ludziom Ziemi. Tej Ziemi.

TAW

„Kler” – demaskatorski film Wojciecha Smarzowskiego

<https://youtu.be/N9Asxqvr2m8

Przypuszczam, że zwiastun filmu „Kler” (w wersji z większą ekspozycją osobistych zakątków pani Joanny Kulig albo z ekspozycją mniejszą) widzieli już prawie wszyscy. Dzisiaj na porannej mszy w otwockim kościele pw. św. Teresy od Dzieciątka Jezus jeden z księży nawiązał do tematu tuż przed rozesłaniem.

Oho, pomyślałem, zaraz będzie jazda, że atak na Kościół, że „kamienują kapłanów”! A tu – psikus – nie. Młody ksiądz powiedział, że też widział zwiastun (przysłał mu antyklerykalny kolega), w którym Kościół instytucjonalny jawi się jako maszynka do tłuczenia hajsu na milion sposobów (przyznam, że ja te wszystkie teksty znam od lat na pamięć, ale ten: „złote, a skromne” jednak ciut mnie ubawił). I że on chciał, jako ksiądz, uderzyć się we własne piersi, przeprosić za siebie i przeprosić wszystkich, którzy w naszym Kościele z księżmi prezentującymi takie podejście się zetknęli. I że ma nadzieję, że w tej parafii z pazernością czy cennikami nikt się nigdy nie spotkał.

Nawiązał też do patrona dzisiejszego dnia, świętego Wawrzyńca, od którego zażądano, żeby oddał cesarzowi kościelną kasę, której był kustoszem, a on rozdał ją biednym, zgromadził ich i powiedział władcy: „To są skarby Kościoła”. Po czym oczywiście go zamordowano. Przypomniał też nasze stare kościelne określenie: „co łaska”.

To dwie naprawdę fundamentalne sprawy. Dopóki nie zrozumiemy, że Kościół traci realne zasoby, że traci coś, za co „kupuje się” życie za każdym razem, gdy – na przykład, tak jak wczoraj – u wybrzeży chrześcijańskiej Europy tonie łódź z siedmiorgiem dzieci i ich matkami, którzy chcieli szukać u nas gościny i ratunku (możemy tu wpisywać dowolne przykłady: z Grecji, z Polski, z USA, z Chin, z Irlandii), a nie wtedy, gdy mu nie dadzą dotacji na jakieś tam muzeum czy spróbują obciąć Fundusz Kościelny, nic nie zrozumiemy i możemy sobie pitolić, ile chcemy, o tym, że nam spadają powołania i pustoszeją parafie.

Druga rzecz: „co łaska”. Dziś sobie uświadomiłem, że przecież to jest prośba (w tym wypadku księdza) o zmiłowanie, o hojny dar, to jest prośba żebraka! Oczywiście, że ludzie obejdą każdy przepis (gdy w Rosji jestem w sklepach z ikonami, tam zawsze obok ceny jest nie napis „cena”, a „ofiara”; nasze taryfikatory z gatunku „co łaska, ale nie mniej niż” to ta sama choroba), ale może chociaż dziś warto przypomnieć sobie, że wezwani jesteśmy nie do takich przedszkolackich kombinacji, a do dojrzałości. Jest przykazanie kościelne: troszczyć się o potrzeby Kościoła. O troskę tu chodzi. Gdy się o kogoś troszczę, nie wyznaczam kwot, gdy ktoś potrzebuje troski ode mnie – też nie musi ich wyznaczać, sam wiem, co mam robić. Tylko żeby tak się stało, znów musielibyśmy zobaczyć w sobie rodzinę, nie tłum, dom, nie punkt dystrybucji usług religijnych.

A kiedy to staje się faktem, rzeczy dzieją się same. Ja wiem, że temu młodemu księdzu po tym, co dziś usłyszałem, gdyby potrzebował, dałbym wszystko, co tylko bym mógł. Ludzie patrząc na papieża Franciszka, na to, jak żyje, jak myśli o Kościele, wysyłają mu oszczędności życia, w ogóle o nic nie pytając (parę tygodni temu słyszałem, że ktoś wysyła do Watykanu, z przeznaczeniem na biednych, przelewy po 50 tys. euro dziennie od wielu dni, zastrzegając anonimowość, nic w zamian nie oczekując). Szalona jest ta ekonomia daru, ale jedynie ona może nas dziś uratować przed nami samymi.

autor: Szymon Hołownia

źródło: https://pl-pl.facebook.com/szymonholowniaoficjalny/posts/1013301378794653

10 sierpnia 2018 r.

*

Komentarz:

Co łaska – „to jest prośba żebraka!”. Panie Szymonie, bez yay, bo obraża Pan prawdziwych żebraków.

Dlaczego nie zająknął się Pan w sprawie poruszonego w filmie wątku życia seksualnego (w tym zboczeń) księży? Dlaczego nie zająknął się Pan w sprawie poruszonego w filmie wątku alkoholizmu księży?

„Spadają powołania i pustoszeją parafie”. Spadają. I pustoszeją…

TAW

fotografie: Bartosz Mrozowski, „Kler”, reż. Wojciech Smarzowski, 2018

Kolejna odsłona afery szczepionkowej w Polsce! GIF wycofał szczepionkę przeciwko durowi brzusznemu

Afera szczepionkowa w Polsce jest częścią zapowiedzianej przeze mnie, na długo przed jej faktycznym zaistnieniem, afery farmaceutycznej w Polsce. Dziś mamy kolejną, ważną w niej odsłonę: wycofanie serii szczepionki przeciwko durowi brzusznemu.

Główny Inspektorat Farmaceutyczny poinformował 2 sierpnia 2018 r. o wycofaniu z obrotu serii szczepionki przeciwko durowi brzusznemu. Co jest marketingowym standardem w tej aferze, GIF jako uzasadnienie decyzji o wycofaniu z rynku kolejnych zatrutych leków za każdym razem nieodmiennie oficjalnie podaje, że chodzi o serię produktu, w której stwierdzono „zanieczyszczenia”.

Włoscy naukowcy kilka lat temu przeprowadzili badania, z których jasno wynika, że tak naprawdę nie chodzi o żadne „zanieczyszczenia”, lecz celowo wprowadzone do „leku” neurotoksyczne (degenerujące ludzki mózg) metale ciężkie oraz inne bardzo niebezpieczne toksyny.

Od roku jesteśmy świadkami cichego, lecz systematycznego (rzekłbym, systemowego) wycofywania z polskich aptek, szpitali i przychodni wielu reklamowanych dotychczas jako „bezpieczne” i zbawienne („szczepionki uratowały świat od chorób”) „leków”, medykamentów oraz szczepionek.

Polacy, miejmy własny rozum. Państwowy „system opieki zdrowotnej” to nic innego jak dalsza część dokonywanych od czasów KL Auschwitz eksperymentów medycznych na Słowianach.

TAW