Żydzi zostali przejęci przez rasę gadzią i Reptilianie wcielają się w ich ciała

Przekaz jasnowidza Arona. <https://youtu.be/Ky7XvbvNQEY

 

Reklamy

Wizna – Polskie Termopile. Pamięci tych, dzięki którym żyjemy i mówimy po polsku…

raginisKpt. Władysław Raginis – bohater Obrony Wizny 1939. Fot. Marek Berkan

Żołnierze września 1939

Waleczni obrońcy
Skazani na siebie
Osamotnieni
Piechurzy, ułani, strzelcy, szwoleżerowie
Wierni do końca
Przegrani, ale zwycięzcy
Ich krew wsiąkła w polską ziemię
Wyrosły piękne kwiaty
Dali nadzieję, że
Jeszcze Polska nie zginęła
Bo się nie poddała
Bo ma takich synów
Gloria
Gloria victis

(mk)

źródło:

https://spiewptaka.blogspot.com/2016/09/zonierze-wrzesnia-1939.html

https://pl.wikipedia.org/wiki/W%C5%82adys%C5%82aw_Raginis

https://pl.wikipedia.org/wiki/Obrona_Wizny

 

Z dziejów mroku ukraińskiej duszy. Czyli co musi zostać powiedziane, a o czym milczą media głównego nurtu

The veterans of Ukrainian Insurgent Army (UPA) hold the portrait of legendary UPA leader Stepan Bandera

Dziś na naszych łamach redaktor naczelny miesięcznika „Nieznany Świat” Marek Rymuszko przedstawia nam fundamentalny tekst dla zrozumienia fraktalności (fraktal: każda najmniejsza cząstka jest sumą całości) wpływu symbolu na realną rzeczywistość – w tym wypadku na przykładzie ostatnich siedemdziesięciu lat historii Ukrainy. Bez tej lektury obraz aktualnej energetyki procesów zachodzących na terenie tego państwa byłby niepełny. Oddajmy więc głos autorowi:

Od wielu miesięcy na ustach wszystkich są wydarzenia rozgrywające się na Ukrainie. To oczywiste, gdy zważyć, że po raz drugi na przestrzeni kilkunastu lat (po krwawej wojnie na Bałkanach) mamy do czynienia z sytuacją, która burzy europejski ład i grozi całemu kontynentowi nieobliczalnymi konsekwencjami. Nie może jednak nie niepokoić fakt, że przekazy na ten temat w mainstreamowych mediach są rażąco jednowymiarowe i pomijają milczeniem drażliwe, ergo niewygodne z punktu widzenia lansowanej wizji, wątki.

„Bandera – nasz bohater!”

W „Nieznanym Świecie” nie zajmujemy się kwestiami politycznymi i nie zamierzamy tej redakcyjnej linii korygować. To, o czym piszę, stanowi przede wszystkim próbę analizy problemu ukraińskiego w sferze duchowej. Pojawiające się na tej płaszczyźnie wnioski są pod pewnymi względami bulwersujące.

Dokładnie przed dwoma laty wydrukowałem tekst („Bez tolerancji. Na tropie meandrów sumienia”, Nieznany Świat nr 8 z 2012 r.), w którym wyraziłem opinię, że Ukraina powinna zostać ukarana odebraniem jej prawa współorganizacji piłkarskich mistrzostw Europy z powodu skandalicznego, usankcjonowanego przez władze bestialstwa, jakim była masowa eksterminacja w tym kraju bezdomnych psów, przeciwko czemu skutecznie protestowały liczne organizacje ochrony zwierząt w całej Europie.

rzeź psów Ukraina2

Jak szacowano, w wyniku zakrojonej na szeroką skalę akcji, prowadzonej przez długi czas w najgorszym azjatyckim stylu, uśmiercono kilkaset tysięcy (niektórzy mówią w tym kontekście o milionach) bezbronnych, bezdomnych zwierząt, przy czym akty okrucieństwa, jakich się przy tej okazji dopuszczano, można porównać jedynie do tego, co się dzieje od zawsze w Chinach i niektórych innych państwach Dalekiego Wschodu.

An employee of the Animal Survey Adminis

Jak podkreślała w swoich komunikatach Fundacja Viva! Akcja Dla Zwierząt, próbująca pospołu z polskim Towarzystwem Opieki nad Zwierzętami nakłonić opinię publiczną w Europie do przeciwdziałania zorganizowanemu bestialstwu: „Pod pretekstem przygotowań do Euro 2012 władze Ukrainy zarządziły masowe mordowanie bezdomnych zwierząt. Środki stosowane do tego celu to: trucizna powodująca długotrwałe konanie w mękach, drewniane pałki, broń palna oraz przenośne i stacjonarne krematoria, w których utylizuje się częstokroć żywe jeszcze psy.

Przenośne krematoria
Przenośne krematoria

Pozostałe ciała martwych i dogorywających czworonogów wywożone są do masowych grobów pod szyldem „mineralizacji gleby”…

„Mineralizacja gleby” po ukraińsku…

W bestialskich akcjach „sprzątania miast” giną także zwierzęta domowe, które się zagubiły, a które są poszukiwane przez właścicieli. Zwierzęta dogorywają nawet na osiedlach ludzkich, w pobliżu placów zabaw dla dzieci, parkingów, sklepów. Zwłoki i konające psy znajdowane są nawet w ogólnodostępnych kontenerach na odpady”.

rzeź psów Ukraina3

I dalej: „Pomimo zapewnień władz Ukrainy o budowie profesjonalnych schronisk dla zwierząt, od 2009 roku bezustannie napływają informacje o kolejnych wysypiskach śmieci zapełnianych zwłokami zwierzęcymi.

Ukraina_psy4

Ukraina czuje się całkowicie bezkarna, podając kolejne kłamliwe informacje o tzw. „chęci naprawy sytuacji”.

Manifestacja-przeciw-zabijaniu-psow-na-Ukrainie

Z tego, co wiem, byłem jednym z dwóch polskich dziennikarzy pisujących w tak zwanej prasie drukowanej (obok Szymona Hołowni z jego publikacją w „Newsweeku”), którzy z powodów, o jakich mowa, domagali się zbojkotowania rozgrywek EURO na Ukrainie.

Ukraina_psy

Ukraina_psy
Jeden z plakatów wzywających do bojkotu rozgrywek EURO 2012

Ukraina_psy3

Oczywiście nic z tego nie wyszło, a świat nad masową eksterminacją bezpańskich zwierząt w tym kraju przeszedł z taką samą obojętnością, z jaką tolerował tam długie lata bezprecedensową korupcję. Korupcję, którą przesiąknięte były do cna, do samych korzeni, elity władzy – od paru tuzinów oligarchów i groteskowego prezydenta poczynając, a na osądzonej prawomocnym wyrokiem za ewidentne gospodarcze przekręty pani Julii Tymoszenko kończąc. [Wyobrażacie sobie naszego Pawlaka siedzącego u nas za dokładnie to samo, za co Julia na Ukrainie? – przyp. TAW]. Jej procesowi, o czym także przypomniałem, z punktu widzenia analizy prawnej trudno było coś zarzucić, gdyż dowody korupcyjne przy zawieraniu kontraktów z Rosją okazały się niepodważalne. Mówiąc innymi słowy, sytuacja wyglądała tak, że w tym przypadku Pac wart był pałaca, a międzynarodowy lament w obronie urodziwej ekspremier brzmiał wyjątkowo fałszywie.

A kilkanaście miesięcy później wybuchł Majdan uwieńczony krwawymi starciami i ofiarami zastrzelonymi przez zamaskowanych snajperów, przy czym mechanizm tej zbrodni nadal pozostaje niewyjaśniony i być może kryje zaskakujące fakty, które, miejmy nadzieję, z upływem czasu wyjdą na jaw. [O grasujących na Majdanie płatnych najemnikach z całego świata, w tym szkolonych także w Polsce (w Legionowie) w 2013 roku., pisaliśmy już niejednokrotnie. Media głównego nurtu fakt udziału płatnych najemników wojennych widzą jedynie po stronie rosyjskiej, a to zaledwie tylko jedna strona medalu. – przyp. TAW]. Jednak, co równie ważne, w tle wydarzeń na Majdanie i tego wszystkiego, co je poprzedzało, pominięto milczeniem skandaliczne fakty, nad którymi polskie władze oraz opinia międzynarodowa przechodziły – i przechodzą nadal – do porządku dziennego.

Zbrodniarz wojenny Stepan Bandera - bohater masowej wyobraźni Ukraińców
Zbrodniarz wojenny Stepan Bandera – bohater masowej wyobraźni Ukraińców

Stepan Bandera2

Stepan Bandera3

Stepan Bandera4

Stepan Bandera5

Chodzi o rosnący w tym kraju kult jednego z najkrwawszych zbrodniarzy wojennych, Stepana Bandery i innych sprawców ludobójstwa na Wołyniu, czego wykładnikiem jest nie tylko nadanie mu tytułu narodowego bohatera Ukrainy przez (traktowanego przez polskie władze, a także opozycję, jako „wypróbowanego przyjaciela Polski”) prezydenta Wiktora Juszczenkę, lecz także wzniesienie w Zachodniej Ukrainie dziesiątków pomników i popiersi Bandery będących jawną obrazą pomordowanych przez niego ludzi.

Prezydent Wiktor Juszczenko składa kwiaty pod pomnikiem Stepana Bandery
Prezydent Wiktor Juszczenko składa kwiaty pod pomnikiem Stepana Bandery

Rzeź Wołyńska, do jakiej doszło w latach 1943–44, a której kulminacja przypadła w miesiącach letnich 1943 r., miała wszelkie cechy ludobójstwa. Jej ofiarą padło kilkadziesiąt tysięcy Polaków, w tym kobiet, starców i dzieci, którzy zostali wymordowani z nieprawdopodobnym okrucieństwem i byli często poddawani przed śmiercią straszliwym torturom połączonym z pastwieniem się nad bezbronnymi ofiarami. Dokonały tego oddziały tzw. Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA), która patronuje dziś wielu ulicom i placom w Zachodniej Ukrainie.

Pomnik Stepana Bandery we Lwowie
Pomnik Stepana Bandery we Lwowie

Zawarte w historycznych opracowaniach i dokumentach opisy bestialstwa, jakiego dopuszczali się banderowcy, powodują, że osoby, które je czytają, często mdleją. Najpełniejsze, jak się wydaje, dane na ten temat można znaleźć w wydanych w latach 90. opracowaniach Józefa Turowskiego i Władysława Siemaszki Zbrodnie nacjonalistów ukraińskich dokonane na ludności polskiej na Wołyniu 1939–1944, a następnie Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939–1945 Władysława i Ewy Siemaszko. Jak informuje Wikipedia: Według badań przeprowadzonych przez Władysława i Ewę Siemaszków, na Wołyniu liczba udokumentowanych ofiar polskich wyniosła 36 543 – 36 750 znanych z nazwiska Polaków oraz dalsze od około 13 500 do ponad 23 000 ofiar, których okoliczności śmierci nie są znane, co daje szacunkową liczbę 50–60 tysięcy zamordowanych Polaków.

I właśnie sprawcom tych masowych mordów w ostatnich latach zaczęto w zachodniej Ukrainie stawiać pomniki i czcić ich jako narodowych bohaterów.

Czy z punktu widzenia sprawiedliwego osądu historii z jednej strony, a zbiorowej duchowości z drugiej, może być coś bardziej zatrważającego?

W internecie wielkim powodzeniem cieszy się obecnie krótki film, mający charakter wygłoszonego do kamery monologu przez Darka Sugiera. Darek Sugier to polski OBE-podróżnik numer jeden (cztery tysiące wyjść poza ciało), autor książki „Miłość i wolność. Poza ciałem”. Jego filmowy monolog jest bardzo emocjonalny i operujący – o czym uprzedzam – dosadnym, by nie rzec drastycznym, językiem, niestroniącym od wulgaryzmów (trzeba znać osobowość Darka, by nie mieć mu tego za złe). [Bez takiej właśnie formy ten fundamentalny przekaz mówiący na temat tyleż oczywistych, co dla większości kompletnie niezrozumiałych, na sposób fraktalny zależnych od siebie manifestacji konkretnych historycznych faktów i procesów, nie byłby być może do zauważenia dla przeciętnego użytkownika internetu. A tak przekaz ten obejrzało już ponad dziewięć tysięcy widzów; może chociaż część z nich go zrozumie – przyp. TAW]. Jest natomiast bardzo ważny merytorycznie. Dokonuje bowiem innej niż oficjalna oceny sytuacji na Ukrainie wraz z obaleniem półprawd i ujawnieniem niewygodnych informacji na ten temat.

Chodzi zwłaszcza o ujawniony skandal, jakim jest zbudowanie w tym kraju w ostatnich latach, a ściślej mówiąc w jego zachodniej części, kilkudziesięciu pomników poświęconych Stepanowi Banderze, co implikuje bardzo poważne konsekwencje nie tylko polityczne, lecz również duchowe. Nie ma przy tym sensu ukrywać, że autor pięciominutowego filmiku wzywa do zburzenia tych monumentów, a w swojej gwałtownej, ale i wyposażonej w spójną wewnętrzną logikę wypowiedzi formułuje tezę, że

w państwie, gdzie stawia się pomniki ludobójcom i zbrodniarzom, którzy powinni zostać osądzeni przez międzynarodowe trybunały, nie może być spokoju i pokoju, a to, co się obecnie dzieje, stanowi konsekwencję nierozliczenia się Ukrainy z przeszłością.

Co tam zresztą nierozliczenia się – jej gloryfikowania przez bynajmniej nie marginalne odłamy politycznego nurtu tego państwa.

I nie chodzi tu tylko o Prawy Sektor oraz ewidentnie profaszystowskie grupy, które były aktywne także na Majdanie i którym (być może w nieświadomy sposób, ale jednak!) udzielali wsparcia polityczni amatorzy z Polski – zarówno wywodzący się w kręgów obecnej władzy, jak i opozycji, nie mówiąc o rozmaitych złotoustych ełroposłach (jak szydzi z nich internet). To sytuacja nie do przyjęcia, która musi budzić kategoryczny, płynący z najgłębszych pobudek etycznych sprzeciw.

Europoseł Platformy Obywatelskiej Jacek Protasiewicz na Majdanie obok czciciela Stepana Bandery - Ołeha Tiahnyboka
Europoseł Platformy Obywatelskiej Jacek Protasiewicz na Majdanie obok czciciela Stepana Bandery – Ołeha Tiahnyboka

Na film Darka Sugiera – w jego aspekcie duchowym – zwróciliśmy uwagę w mailu rozesłanym do kilkudziesięciu przyjaciół (chodziło o osoby związane z Nieznanym Światem lub zaprzyjaźnione z nami prywatnie). Ekspediując tę korespondencję, czyniłem tak nie bez obaw ze względu na język, jakim operuje nasz OBE-podróżnik numer jeden. Starsi i co bardziej wrażliwi czytelnicy „Nieznanego Świata” taki sposób werbalizacji odrzucają. Na szczęście niemal wszyscy adresaci wspomnianej przesyłki skoncentrowali się nie na formie (język), lecz merytorycznej stronie zagadnienia i jego warstwie duchowej.

Andrzej Szmilichowski – człowiek, którego uczciwość jest dla mnie osobiście jednym z najważniejszych filarów nośnych pisma, jakim kieruję – napisał o Darku: „Boże dziecię. Szaleniec. Do kochania”, dodając, że

„zrozumienie istoty jego przekazu wymaga przygotowania”.

Natomiast jeden z moich kolegów ze stowarzyszenia reportażystów Piotr Kałuża stwierdził: „Trudno mi ocenić autora w kontekście OBE – nie znam się na tym, ani mnie to specjalnie nie interesuje. Film jednak zrobił na mnie wrażenie tym większe, że

całkowicie zgadzam się z wpływem artefaktów związanych z Banderą – a obecnych w przestrzeni publicznej Ukrainy – na planie metafizycznym. Już dawno temu głosiłem tezę, że polskie bagno, jakiego doświadczamy na co dzień, i niemoc sprawcza państwa być może wynikają z nierozliczenia się z naszą historią. Mówię o (…) pozostałościach sowieckiej niewoli, które tkwiąc w naszej rzeczywistości, są jak gwoździe w desce, metafizyczne haki uniemożliwiające normalny rozwój. Te wszystkie ulice i place dzierżyńskich, leninów czy wand wasilewskich, których jest jeszcze sporo, czy pomniki straszące czerwonymi gwiazdami… Po odzyskaniu prawdziwej niepodległości w 1918 roku Piłsudski nakazał usunięcie z przestrzeni publicznej WSZYSTKIEGO, co mogło wiązać się z czasem zaborów. Dopiero PO TYM mogły zacząć się prawdziwe reformy i odbudowa normalnego WOLNEGO państwa. W wolnym, oczyszczonym również w przestrzeni metafizycznej, kraju. U nas to jeszcze wołanie na puszczy. Dalej chowamy na Powązkach, z salwą honorową, ubeckich zbrodniarzy (…). Nadal w miejscach pamięci naszego narodu salwy honorowe oddawane są przy użyciu karabinu Simonowa, którego NKWD używało do egzekucji polskich patriotów. To wszystko działa, symbole niosą ze sobą energię i mają moc sprawczą, czy się to komuś podoba czy nie. Dlatego dopóki Ukraina pławić się będzie dalej w swojej bandyckiej historii, dopóty będzie zbierała to, co kiedyś zasiali jej bohaterowie.

Kobieta - jedna z dziesiątek tysięcy ofiar rzezi wołyńskiej
Polka – jedna z dziesiątek tysięcy ofiar Rzezi Wołyńskiej

Jeszcze inaczej spojrzał na tę sprawę pan Wojciech Kapuściński – wytrwały penetrator historii najnowszej: „Dzięki obejrzeniu i wysłuchaniu monologu pana Darka Sugiera (…) przekonałem się, że więcej osób ocenia wydarzenia na Ukrainie podobnie jak ja. Czerwono-czarne flagi i portrety Bandery na Majdanie, których nasze politycznie poprawne media głównego nurtu nie pokazywały, każą zachować najdalej idącą ostrożność. Histeryczno-ekstatyczne wynurzenia polityków, celebrytów i innych są żałosne (…). Ukraińcy czczą nie tylko Banderę, również innych bandytów: Romana Szuchewycza ps. Taras Czuprynka, a także np. Iwana Szpontaka ps. Żelezniak i Iwana Gontę – przywódców rzezi humańskiej w czasie Koliszczyzny w XVIII wieku. Ofiarą tych zbrodniarzy padło wówczas od stu do dwustu tysięcy Polaków i Żydów. Dziś ich imieniem nazywają szkoły, place i ulice. Naród mordujący miliony małych bezbronnych zwierząt (głęboki ukłon w Pana stronę za protest) może kiedyś zrobić to samo z bezbronnymi ludźmi, tak jak to miało miejsce na Wołyniu.

Wszystkim polskim politykom gardłującym na Majdanie i w mediach może warto przypomnieć spisane przez dr. Aleksandra Kormana sposoby mordowania polskiej ludności (…)

zgodnie z ideologią Organizacji Ukraińskich nacjonalistów (OUN): Bude lacka krew po kolina – bude wilna Ukraina (będzie polska krew po kolana – będzie wolna Ukraina), a nasi rządzący zamiast snuć fantasmagorie na temat przyjaznego państwa za wschodnią granicą, powinni pamiętać o starej maksymie: Si vi pacem, para bellum (…). Dodam jeszcze, że bluzgający z szybkością działka Vulcan pan Darek (robi to w dobrej wierze) nie razi mnie i sam mam często chęć uczynić to samo, śledząc w przekaziorach naszą rzeczywistość”.

Oczywiście na tle tego wszystkiego sygnalizują swoją obecność także inne wątki, których nie wolno pomijać. Znam wiele osób narodowości ukraińskiej, które są na wskroś przyzwoitymi ludźmi, niemającymi nic wspólnego z akceptowaniem zbrodni z przeszłości i niedawnymi rzeziami bezdomnych psów, tak jak i nie miały nic wspólnego z funkcjonowaniem w roli głowy państwa popieranego przez Rosję pajaca, który z jednej strony, wspólnie z innymi grabił pod siebie, wywożąc z kraju dziesiątki milionów dolarów, wyposażał swoje rezydencje w pływające galeony, greckie kolumny i przydomowe parki zoologiczne, co notabene świadczy o skrajnym infantylizmie. Jednocześnie jednak ukrzyżowanie przez prawicowych bojówkarzy w jednej z rezydencji Janukowycza, po jej zajęciu, obecnych tam orłów budzi jak najgorsze skojarzenia i skłania niektórych wręcz do formułowania tezy o zbiorowym, ukształtowanym historycznie genie okrucieństwa.

ukrzyżowane orły
Ukrzyżowane przez ukraińskich  prawicowych bojówkarzy orły po przejęciu posiadłości Janukowycza, luty 2014 r.

Być może Unia Europejska tendencjom, o jakich mowa, zdoła położyć kres. Może. Póki co jednak mamy obowiązek o tym głośno mówić, a nie chować głowę w piasek.

Jeszcze jedno. W mojej publikacji, jak łatwo zauważyć, nieobecny jest wątek rosyjski – aneksji Krymu, wzniecenia rebelii na wschodzie Ukrainy i podsycania zbiorowej euforii spowodowanej ożywieniem ducha ekspansywnego imperium. Wszystko to również budzi niepokój i stanowi temat do odrębnych rozważań. Tu natomiast piszę o czymś innym. PISZĘ O CZYMŚ INNYM. O tym, że

stawianie pomników i monumentów zbrodniarzom, gloryfikowanie ludzi dopuszczających się ludobójstwa muszą nieuchronnie odcisnąć się na karmie państwa, które takie praktyki inicjuje, toleruje i sankcjonuje.

Marek Rymuszko, redaktor naczelny

„Nieznany Świat” nr 8/2014

O co naprawdę chodzi na Ukrainie, czytaj również na:

https://tajnearchiwumwatykanskie.wordpress.com/category/ukraina-o-co-naprawde-chodzi/

Nagłaśniamy sprawę wieloletniego szykanowania i zastraszania, a ostatnio nawet napaści i pobicia legendarnego opozycjonisty i obrońcy praw człowieka – ks. Stanisława Małkowskiego

Ks. Stanislaw Małkowski

Nagłaśniamy sprawę wieloletniego zastraszania, szykanowania, gróźb karalnych, a ostatnio nawet napaści i pobicia legendarnego i heroicznego polskiego patrioty i demokratycznego opozycjonisty, dysydenta i obrońcy praw człowieka – ks. Stanisława Małkowskiego. Ks. Stanisław Małkowski w minioną sobotę został napadnięty i brutalnie pobity we własnym mieszkaniu.

Napaści na duchownego dopuścił się były więzień ze Sztumu – Andrzej Tuszyński, któremu kapłan niejednokrotnie pomagał. – Jak dasz znać policji, to cię zabiję i spalę – usłyszał ks. Małkowski. Faktu, iż ta napaść nie była spontaniczna lecz wiąże się z najważniejszymi procesami społeczno-politycznymi, które podskórnie toczą obecnie nasz kraj – domyślają się wszyscy znawcy życiorysu kapłana. Na podstawie wydarzeń ostatnich dni wszystko wskazuje na to, że polska policja w tej sprawie nie robi nic, a jeśli już robi cokolwiek, to stara się sprawę zamieść pod dywan. Bo policja zna dane personalne bandyty – i pozwala mu bezkarnie grasować po mieście. Do gry wkroczyć więc muszą niezależne media, bo inaczej może dojść do tragedii. „Sorry, ale taki mamy w POlsce klimat”…

W celach edukacyjnych przedstawiamy więc sylwetkę księdza Stanisława Małkowskiego nie tylko dlatego, iż jest to wielki polski patriota, postać legendarna i heroiczna, ale głównie dlatego, że jest to postać historyczna, gdyż już od lat 60. na dobre z polską historią związana. Już sam fakt jego narodzin na trzy dni przed wybuchem Powstania Warszawskiego jakby związał go immanentnie z historią Polski…

ks. Stanisław Małkowski_3

Ksiądz Stanisław pochodzi z patriotycznej rodziny ziemiańskiej. Jest wnukiem po mieczu polskiego geologa, profesora Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie i założyciela Muzeum Ziemi w Warszawie, Stanisława Małkowskiego oraz wnukiem po kądzieli przedwojennego polityka, senatora Władysława Malskiego. Jego ojcem był fizyk i docent Polskiej Akademii Nauk, Zdzisław Małkowski, matką – etnograf, Krystyna z Malskich Małkowska.

Studiował na Wydziale Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. W latach 1964-1966 przerwał je i przebywał w nowicjacie w klasztorze benedyktynów w Tyńcu. Przed przyjęciem habitu zakonnego opuścił zakon i powrócił na studia. Ukończył je w 1969 w Instytucie Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego z tytułem magistra socjologii. Promotorem jego pracy magisterskiej był profesor Adam Podgórecki.

W 1970 wstąpił do Wyższego Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Warszawie. W czasie formacji kleryckiej zajmował się pracą naukową. Publikował opracowania z zakresu socjologii na temat subkultur młodzieżowych oraz nieletnich i młodocianych zamkniętych w zakładach wychowawczych, poprawczych i karnych.

ks. Stanisław Małkowski_2

W 1974 przyjął święcenia kapłańskie. W latach 1974-1975 był wikarym w parafii św. Jozafata w Warszawie. W latach 1975-1976 rezydentem w parafii Bożego Ciała na Kamionku w Warszawie, a następnie przez krótki okres duszpasterzem w Skierniewicach, Ząbkach, Prudniku i Poznaniu. Prowadził rekolekcje dla Ruchu Światło-Życie. Ponownie podjął próbę zostania zakonnikiem. W latach 1976-1977 przebywał w nowicjacie dominikanów.

Działalność opozycyjna w PRL

Od lat 60. zaangażowany w działalność opozycyjną. Jako student Uniwersytetu Warszawskiego brał udział w strajkach w marcu 1968 roku, za co został usunięty z Wydziału Filozofii UW. Od lat 70. jako młody duchowny współpracował z Ruchem Obrony Praw Człowieka i Obywatela (ROPCiO) oraz Komitetem Obrony Robotników (KOR). Był jednym z sygnatariuszy Listu 59, w którym protestował przeciwko wprowadzeniu do konstytucji Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej zapisu o kierowniczej roli Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i wieczystego sojuszu ze Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich. Brał udział w głodówkach organizowanych przez opozycjonistów w kościele św. Marcina w Warszawie i kościele Świętego Krzyża w Warszawie.

Październik 1979, Warszawa, Głodówka członków Komitetu Obrony Robotników w kościele św. Krzyża, z przodu od lewej: Antoni Macierewicz, Adam Michnik, ksiądz Stanisław Małkowski, Jacek Kuroń, Kazimierz Wóycicki, z tyłu siedzą: Konrad Bieliński, Mariusz Wilk, Kazimierz Janusz. Fot. Janusz Krzyżewski/ Ośrodek KARTA
Październik 1979, Warszawa,
Głodówka członków Komitetu Obrony Robotników w kościele św. Krzyża, z przodu od lewej: Antoni Macierewicz, Adam Michnik, ksiądz Stanisław Małkowski, Jacek Kuroń, Kazimierz Wóycicki, z tyłu siedzą: Konrad Bieliński, Mariusz Wilk, Kazimierz Janusz.
Fot. Janusz Krzyżewski/ Ośrodek KARTA

Przez wiele lat współpracował z czołowymi przywódcami polskiej opozycji spośród intelektualistów warszawskich, m.in.: Andrzejem Czumą, Leszkiem Moczulskim, Wojciechem Ziembińskim i Jackiem Kuroniem. Z tym ostatnim łączyły go również wspólne zainteresowania subkulturami i trudną młodzieżą. Jednak ze względu na inne poglądy Stanisław Małkowski poróżnił się z Jackiem Kuroniem i z czasem zerwał współpracę.

Od roku 1977 ksiądz Małkowski współpracował z Komitetem Samoobrony Chłopskiej Ziemi Grójeckiej, a od 1979 z Komitetem Porozumienia na rzecz Samostanowienia Narodu.

Za kontrowersyjne dla władz państwowych kazania zawierające obszerne cytaty z dokumentów Kościoła katolickiego o poszanowaniu praw osoby ludzkiej oraz zbyt duże – wg przełożonych – zaangażowanie społeczno-patriotyczne był wielokrotnie napominany przez instytucje kurii warszawskiej do zmiany swojego postępowania. W 1977 został pozbawiony przydziału do parafii. Był zatrudniany indywidualnie (!) przez proboszczów parafii archidiecezji warszawskiej. Jest to nie lada kuriozum i jawne pogwałcenie kościelnego Kodeksu Prawa Kanonicznego z 1985 r., który obowiązek zatrudnienia i utrzymania kapłana nakłada na miejscowego biskupa ordynariusza, a nie na jakichś – choćby z nie wiem jak wielkimi przymiotami serca, współczucia i ludzkiej solidarności – indywidualnych proboszczów.

Pomimo tego, iż w starciu z wszechwładzą kurii prawo kościelne jest po jego stronie, ksiądz Małkowski sprawy do Watykanu nigdy jednak nie wniósł, choć przez swoich przełożonych duchownych od czasów PRL-u aż do chwili obecnej regularnie poddawany jest mobbingowi, nękaniu psychicznemu i szykanom.

W 1980 r. jako delegat z ramienia Komitetu Samoobrony Chłopskiej Ziemi Grójeckiej uczestniczył w strajku w Stoczni Gdańskiej. W stanie wojennym został jednym z kapelanów podziemnej Solidarności.

Podczas studiów w seminarium duchownym poznał Jerzego Popiełuszkę, w kilka lat później został jego przyjacielem, a następnie również współpracownikiem. Pomagał mu w duszpasterstwie prowadzonym przy kościołach św. Anny i Res Sacra Miser na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Od 1982 odprawiał wraz z nim przyciągające tłumy wiernych Msze za Ojczyznę w kościele św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu.

W latach 80. ks. Małkowski angażował się w jeszcze inne formy duszpasterstwa wśród opozycjonistów. Poza udziałem w Mszach za Ojczyznę współorganizował m.in.: Msze Katyńskie, uroczystości pod krzyżem w Parku im. Romualda Traugutta i pod pomnikiem na Olszynce Grochowskiej.

Za swą działalność, kazania oraz kontakty z opozycją był wielokrotnie nękany, zatrzymywany, przesłuchiwany i poddawany rewizjom przez Służbę Bezpieczeństwa.

13 grudnia 1981 r., w dniu ogłoszenia stanu wojennego był jedynym duchownym katolickim z Warszawy, który został zatrzymany przez Służbę Bezpieczeństwa. Uniknął jednak internowania. Na początku lat 80. znalazł się na liście niewygodnych księży (tzw. „lista do odstrzału”) sporządzonej dla zastępcy dyrektora Departamentu IV Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, pułkownika Adama Pietruszki, których zamierzano skrytobójczo zgładzić. Figurował na niej pod numerem pierwszym, przed księdzem Jerzym Popiełuszką!

W 1983 został odsunięty od pracy duszpasterskiej i ewangelizacyjnej decyzją kurii archidiecezji warszawskiej i skazany na zesłanie na Wólkę Węglową do posługi kapelana na Cmentarzu Komunalnym Północnym w Warszawie. Pomimo szykan i upokorzeń podejmował się dalej działalności patriotycznej.

Zapraszany do różnych warszawskich i podwarszawskich parafii wygłaszał tam swoje wykłady, rekolekcje i homilie cechujące się licznymi odwołaniami do katolickiej nauki społecznej, a wymierzone przeciwko panującemu w Polsce ustrojowi socjalistycznemu. Publikował też pod różnymi pseudonimami (Tadeusz Baczan, Jan Malski, Stanisław Bernalewski, Ksiądz, Socjolog) w prasie podziemnej oraz niezależnej („Biuletyn Informacyjny”, „Krytyka”, „Spotkania”, „Tygodnik Powszechny”, „Tygodnik Wojenny”, „Więź”, „Znak”).

Działalność opozycyjna w III RP

Po 1989 został zwolniony z nałożonych na niego przez kurię archidiecezjalną sankcji i skierowany jako wikariusz do pracy w parafii Najświętszej Maryi Panny Królowej Świata na Ochocie. W 1990 r. został przeniesiony do pomocy w parafii Miłosierdzia Bożego i św. Faustyny na Muranowie. Od 1992 ponownie bez stałego przydziału.

Ks. Stanisław Małkowski na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie (2010)
Ks. Stanisław Małkowski na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie (2010)

Po 1989 r. był wolontariuszem duszpasterstwa więziennego. Pracował nadal jako celebrans pogrzebów na Cmentarzu Komunalnym Północnym w Warszawie oraz jako ksiądz wspomagający w kilku parafiach diecezji warszawsko-praskiej i archidiecezji warszawskiej. Do 2002 r. był rezydentem na Saskiej Kępie w parafii Matki Bożej Nieustającej Pomocy w Warszawie.

W 2007 r. został odwołany z posługi kapelana na Wólce Węglowej. Powodem decyzji był wywiad, którego udzielił dla programu Jerzego Zalewskiego Pod Prąd w TV Puls oraz wystąpienia i wypowiedzi w telewizji publicznej na temat sytuacji Kościoła rzymskokatolickiego w Polsce i mianowania, a następnie „rezygnacji” metropolity warszawskiego Stanisława Wielgusa. Usunięto go także z pracy w parafii św. Patryka na Gocławiu, gdzie był księdzem wspomagającym. W diecezji warszawsko-praskiej, na terenie której mieszka, decyzją kurii odebrano mu prawo głoszenia homilii, prawo spowiadania oraz przyzwolono mu jedynie na odprawianie mszy świętych koncelebrowanych w parafii na Saskiej Kępie. Po interwencji biskupa pomocniczego warszawskiego Mariana Dusia został przywrócony do posługi przy pogrzebach na cmentarzu na Wólce Węglowej. Od 2007 pełni ponownie obowiązki księdza wspomagającego w parafii św. Ignacego Loyoli, w parafii św. Patryka, a także w parafii Miłosierdzia Bożego w Warszawie.

W lecie 2010 roku brał udział w zgromadzeniach patriotycznych oraz przewodniczył wieczornym modlitwom przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie. 3 sierpnia 2010 r. poświęcił historyczny Krzyż Smoleński, który w kwietniu 2010 roku po zamachu smoleńskim postawili polscy harcerze w miejscu Żałoby Narodowej na Krakowskim Przedmieściu. 13 września 2010 roku postępowaniem tym ściągnął na siebie ostrzeżenie kurii archidiecezji warszawskiej i groźbę obłożenia karą suspensy. Mimo upomnień pozostał nadal sympatykiem Społecznej Inicjatywy Obrońców Krzyża, dla której poświecił nowy krzyż.

W listopadzie 2010 r. przełożeni kapłana obłożyli go kolejną karą – zakazem  posługi w Domu Opieki i Hospicjum Res Sacra Miser w Warszawie.

Już ten krótki, skrótowy zaledwie skan jego życiorysu ukazuje niebywały fakt: ksiądz Stanisław Małkowski jest najbardziej prześladowanym kapłanem w Polsce – i to prześladowanym przez własnych biskupów. Co za paradoks dziejów, okazuje się bowiem, że za czasów komunistycznej PRL-owskiej sowieckiej okupacji i prześladowań wolnych ludzi przez SB-cką bezpiekę ks. Małkowski miał większą swobodę głoszenia kazań i publicznej działalności na rzecz wolnej Polski niż obecnie…

Czyż trzeba większych dowodów na kolaborację polskich biskupów (jest kilka wyjątków) z politycznym układem zarówno PRL-u (teczki w IPN), jak i III RP?

W 2011 roku ks. Stanisław Małkowski wchodzi w skład Rady Stowarzyszenia Solidarni 2010, przyjmuje też członkostwo honorowe komitetu poparcia Marszu Niepodległości. Ksiądz nie może mówić, ale może pisać, publikuje więc m.in. w tygodnikach „Nasza Polska” i „Warszawska Gazeta” (nie mylić ze słynnym polskojęzycznym organem dezinformacyjnym). W 2011 r. wydawnictwo 3SMedia wydało książkę-wywiad rzekę z ks. Stanisławem pt. „Krzyż. In hoc signo vinces”.

23 września 2006 r. prezydent RP Lech Kaczyński za zasługi dla niepodległości Rzeczypospolitej Polskiej oraz za działalność na rzecz przemian demokratycznych w kraju, odznaczył księdza Stanisława Małkowskiego Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. W 2007 r. jego nazwisko zostało upamiętnione na tablicy poświęconej kapelanom Solidarności, która znajduje się w kościele św. Katarzyny na warszawskim Służewie.

W styczniu 2011 został uhonorowany Nagrodą im. Grzegorza I Wielkiego przyznaną mu przez redakcję miesięcznika „Niezależna Gazeta Polska – Nowe Państwo”. Tygodnik „Warszawska Gazeta” uznał go natomiast za Człowieka Roku 2010.

Poglądy polityczne

Od 1989 orędownik dekomunizacji i lustracji w Polsce. Krytyk spotkań Okrągłego Stołu i w Magdalence. W latach późniejszych wielokrotnie krytyk zachowań polskiej sceny politycznej. Utożsamiany z polskim ruchem prawicowym, z którym współpracuje. Bierze aktywny udział w wielu sympozjach, spotkaniach i prelekcjach organizowanych przez stowarzyszenia i działaczy tego nurtu politycznego. Należał m.in. w latach 2009-2011 do założonego przez Jerzego Roberta Nowaka, Komitetu Obrony Dobrego Imienia Polski i Polaków. Krytyk śledztwa w sprawie katastrofy polskiego samolotu Tu-154M w Smoleńsku, którą uważa za zamach.

W swoich wypowiedziach i publikacjach opowiada się od lat za nadaniem przez Polaków Jezusowi Chrystusowi tytułu Króla Polski.

Działalność społeczna

Od początku swojego kapłaństwa ksiądz Stanisław Małkowski jest znanym działaczem na rzecz obrony życia poczętego. W 1979 roku wspólnie z kapłanami Jackiem Salijem OP i Stanisławem Ługowskim był założycielem Ruchu Obrony Dzieci Poczętych Gaudium Vitae.

Jako społecznik zaangażowany jest w duszpasterstwo więzienne oraz pracę w hospicjach i z dziećmi niepełnosprawnymi. W latach 1979-1991 pracował dla Ruchu Wiara i Światło, w latach 1991-2002 pełnił posługę w areszcie śledczym na warszawskiej Białołęce, w latach 2007-2010 w Domu Opieki i Hospicjum Res Sacra Miser w Warszawie.

Obecnie pracuje jako wolontariusz w ośrodku dla bezdomnych Polskiego Komitetu Pomocy Społecznej w Warszawie.

Ks. Małkowski w filmie

W 2008 r. ksiądz Stanisław Małkowski wystąpił, grając samego siebie, w epizodycznej roli w filmie biograficznym „Popiełuszko. Wolność jest w nas” w reż. Rafała Wieczyńskiego. W 2010 r. postać ks. Stanisława Małkowskiego pojawiła się w spektaklu Teatru Telewizji „Wierność” w reż. Pawła Woldana, z muzyką Michała Lorenca. W rolę księdza wcielił się Witold Dębicki.

Rok 2014 – podżeganie, zastraszanie i czynna napaść na kapłana

W kwietniu tego roku na swoim blogu senator Platformy Obywatelskiej Jan Filip Libicki nawoływał: „Pora już zrobić porządek z księdzem Małkowskim”…

W sobotę 23 sierpnia br. między godziną 21. a 22. ksiądz Stanisław Małkowski został w swoim mieszkaniu napadnięty, pobity i okradziony. Grożono mu także śmiercią.

Ks. S. Małkowski z widocznymi śladami po napaści i pobiciu
Ks. S. Małkowski z widocznymi śladami po napaści i pobiciu

Zobaczymy, jak policja, prokuratura i sąd potraktują sprawcę pobicia ks. Stanisława Małkowskiego. – Chciałabym mieć przekonanie, że Andrzej T. – więzień korzystający z pomocy księdza, który napadł na niego, pobił go, okradł i groził kapłanowi śmiercią – nie był narzędziem odpowiednich służb – pisze publicystka Ewa Stankiewicz. Bo przecież można powiedzieć, że mamy już tradycję bicia i mordowania niepokornych księży w „ludowej” Polsce.

Pobicie na zlecenie? Kolejna próba zastraszania polskich patriotów?
Pobicie na zlecenie? Kolejna próba zastraszania polskich patriotów?

Wzywamy więc wszystkich blogerów kontestujących obecny stan rzeczy, w jakim znajduje się nasz kraj – o nagłośnienie tej sprawy. Oby nie było za późno. Niech temat pulsuje w polskich mediach. Bardziej opornie myślącym przypominamy: to nie jest sprawa polskiego Kościoła. Polski Kościół ma tę sprawę w głębokim poważaniu. Tu chodzi o coś znacznie więcej…

(taw)

za: Wikipedia.pl, Niezalezna.pl, WarszawskaGazeta.pl, NaszaPolska.pl

70 lat temu podczas Powstania Warszawskiego zginął w Pałacu Blanka zastrzelony przez niemieckiego snajpera polski poeta romantyczny Krzysztof Kamil Baczyński

Krzysztof Kamil Baczyñski

rozowe_roze_120327

dscf1475-113638

.

Krzysztof Kamil Baczyński

Elegia o… [chłopcu polskim]

Oddzielili cię, syneczku, od snów, co jak motyl drżą,
haftowali ci, syneczku, smutne oczy rudą krwią.
Malowali krajobrazy w żółte ściegi pożóg,
wyszywali wisielcami drzew płynące morze.

Wyuczyli cię, syneczku, ziemi twej na pamięć,
gdyś jej ścieżki powycinał żelaznymi łzami.
Odchowali cię w ciemności, odkarmili bochnem trwóg,
przemierzyłeś po omacku najwstydliwsze z ludzkich dróg.

I wyszedłeś jasny synku, z czarną bronią w noc,
i poczułeś, jak się jeży w dźwięku minut – zło.
Zanim padłeś, jeszcze ziemię przeżegnałeś ręką.
Czy to była kula, synku, czy to serce pękło?

20. III. 1944 r.

.

1944

KKB

Na wieść o tym, że Krzysztof Kamil Baczyński przystąpił do konspiracji, wybitny literaturoznawca Stanisław Pigoń powiedział: – Cóż, należymy do narodu, którego losem jest strzelać do wroga brylantami.

Gdy byłem chłopcem, często z ojcem spacerowaliśmy po placu Teatralnym, z górującym jeszcze wówczas nad nim pomnikiem Nike poświęconym Bohaterom Warszawy. Pamiętam tamten krajobraz oraz tablicę upamiętniającą Baczyńskiego. Ojciec powtarzał, że tutaj na początku Powstania zginął poeta, który miał tak wielki talent, że wszedłby do panteonu wieszczów, gdyby jego historia inaczej się ułożyła. Przyjaciele i dowódcy chcieli ocalić ten narodowy skarb. Przed Powstaniem proponowali mu ewakuację. Poeta nie zgodził się, gdyż – jak tłumaczył mi tata – są w życiu sytuacje i wyzwania, kiedy nie można słuchać nawet najbardziej rozsądnych rad.

Baczyński bronił ratusza na placu Teatralnym. Zastrzelił go niemiecki snajper – skarb przepadł, ale coś zostało. Nie tylko wiersze.

A kiedy wracaliśmy do domu, ojciec sięgał po tomik wierszy Baczyńskiego albo puszczał na adapterze jego poezję w wykonaniu Ewy Demarczyk. Trochę bałem się tych wierszy, bo niespełna dziesięcioletni chłopiec ma prawo się bać, gdy słyszy:

Jeno wyjmij mi z tych oczu
szkło bolesne – obraz dni,
które czaszki białe toczy
przez płonące łąki krwi.
Jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył.

Delikatny samotnik

Nie ma kłopotu z oceną talentu Baczyńskiego, choć jego twórczość jest trudna, wymagająca nie tylko wrażliwości na słowo, ale wysiłku rozumu. Lecz z samym poetą problem bywa poważny.

Wystarczy, że znamy dwie daty jego urodzenia: 3 marca lub 22 stycznia 1921 r. Data chrztu – 7 września – nie podlega dyskusji. Chorował na astmę, miał słabe serce, wspaniale rysował, w dzieciństwie opowiadał fantastyczne bajki i od najmłodszych lat zanosiło się, że będzie wielkim artystą.

Matka Stefania, gorliwa katoliczka i nauczycielka, otaczała syna nadzwyczajną miłością. Ojciec, Stanisław, którego wielbił, był legionistą Piłsudskiego, oficerem, walczył w powstaniach śląskich, zajmował się też krytyką literacką i pisarstwem.

Baczyński chodził do Gimnazjum im. Stefana Batorego, patriotycznej kuźni przyszłych konspiratorów z Szarych Szeregów i najdzielniejszych powstańców. Uczył się marnie, bo wiele lekcji opuszczał, nawet z polskiego przynosił słabe tróje, tylko z rysunków wypadał świetnie. Dlatego w okolicach matury napisał na szkołę złośliwe, satyryczne opowiadanie wyśmiewające niektórych nauczycieli i kolegów. W klasie miał „Zośkę”, „Alka”, „Rudego” i wielu innych przyszłych AK-owców. Był chłopcem osobnym, delikatnym samotnikiem, dlatego często pozostawał z boku. Należał do lewicującego Spartakusa, lecz tak naprawdę punktem odniesienia była dla niego drużyna harcerska.

Debiutant epoki

Miał studiować na Akademii Sztuk Pięknych, a może nawet we Francji, lecz plany przerwała wojna. Na dodatek tuż przed wrześniem niespodziewanie zmarł ojciec Krzysztofa. Chłopak bardzo to przeżył. Przejął opiekę nad rozedrganą matką.

Podczas okupacji chodził na tajną polonistykę. W 1942 r. ożenił się z koleżanką z zajęć, Basią; to właśnie jej polska literatura zawdzięcza bodaj najpiękniejsze erotyki. Pisał szybko i dużo (jakby przeczuwał, że ma niewiele czasu) w manierze katastroficznej, językiem trudnym i niezwykłym. Trudno się temu dziwić, wszak był z pokolenia, któremu II RP obiecywała szczęście, a dostało najstraszniejszą wojnę w historii świata. Jego wydane w konspiracji w 1942 r. „Wiersze wybrane” zgodnie okrzyknięto największym debiutem epoki. Wychwalali go Jarosław Iwaszkiewicz i Jerzy Andrzejewski, z którymi – młodszy o dekadę i więcej – pozostawał w wielkiej przyjaźni.

W 1943 r. Baczyński wstąpił do Szarych Szeregów. Rok później ukończył tajną podchorążówkę Agricola, został żołnierzem batalionu „Zośka”. Napisał leciutką przyśpiewkę oddziału. „Zośkowcy” lubili ją bardziej od innych piosenek:

O Barbaro, o Barbaro,
Śmiało z nami naprzód idź,
Bo wesoło z naszą wiarą
Nawet nosem w piachu ryć.

Musisz przetrwać

Brał udział w wysadzeniu niemieckiego pociągu między Tłuszczem a Urlami. Szkolił się razem z oddziałem w Puszczy Białej. Tam – co opisuje Aleksander Kamiński w „Zośce i Parasolu” – usłyszał od kolegów, że dlatego pomijają go przy kompletowaniu oddziału na akcje, ponieważ ma nadzwyczajny talent, więc „musi przetrwać te wszystkie awantury”. „Boże, ja oszaleję z tym waszym niańczeniem mnie” – odpowiedział i z „Zośki” przeszedł do „Parasola”.

Przed Powstaniem rozmawiał z Kazimierzem Wyką, admiratorem jego twórczości. Zacząłem mu tłumaczyć, czy naprawdę jest rzeczą potrzebną, ażeby on z bronią w ręku szedł do Powstania, że może lepiej by siebie przechować, nie wiadomo, jak to będzie. Baczyński się bardzo żachnął, jak był opanowany, tak żachnął się wręcz gniewnie, i oto powiedział mi wprost: Proszę pana, kto jak kto, ale pan to powinien wiedzieć, dlaczego ja muszę iść, jeżeli będzie walka. Kto jak kto, ale człowiek, który tak zna i rozumie moje dzieło, musi zrozumieć mnie!

Pochodzenie

Ocierająca się o dewocję religijność matki była sposobem na ukrycie żydowskich korzeni. Stefania kochała Krzysztofa miłością zaborczą i nadopiekuńczą, jak „jidisze mame” z dowcipów. Możliwe, że chciała go uchronić nie tylko przed codziennością, ale też przed skutkami pochodzenia, które w Polsce lat 30. ubiegłego wieku nie ułatwiało życia. Nigdy nie pogodziła się z małżeństwem Krzysztofa. Uważała, że Basia zabrała jej syna. Nie lubiła synowej tak bardzo, że wyprowadziła się z ich wspólnego mieszkania.

Stanisław Baczyński też miał żydowskich przodków, a im bardziej starzała się II RP, tym jego przekonania stawały się coraz bardziej lewicowe. W latach 30. ocierał się o komunizm.

W jamach żyjemy strachem zaryci…

W 1940 r. Stefania i Krzysztof Baczyńscy mogą iść do getta albo zostać po aryjskiej stronie, za co, w razie wykrycia, groziła natychmiastowa śmierć. Zostają, muszą więc być dodatkowo ostrożni. W dorobku Baczyńskiego jest wiersz „Pokolenie”:

Nas nauczono. Nie ma sumienia.
W jamach żyjemy strachem zaryci.
w grozie drążymy mroczne miłości,
własne posągi – źli troglodyci
Nas nauczono. Nie ma miłości.
Jakże nam jeszcze uciekać w mrok,
przed żaglem nozdrzy węszących nas,
przed siecią wzdętą kijów i rąk.

Poeta, a nie żołnierz

1 lipca, na miesiąc przed Powstaniem, Andrzej Romocki ps. „Morro”, zwierzchnik Baczyńskiego z Szarych Szeregów, wyrzucił go z „Zośki” za „małą przydatność w warunkach polowych”. „Morro” był jednym z najlepszych dowódców, w Powstaniu żołnierze szli za nim jak w dym, ale wcześniej tak popsuł atmosferę w oddziale (za co sam siebie ukarał karnym raportem), że mało brakowało, a „Zośka” przestałaby istnieć.

Ale Krzysztof był chyba rzeczywiście kiepskim żołnierzem, nie ma śladu, by za wyrzuceniem go z „Zośki” stały względy pozawojskowe. Decyzja „Morro” z pewnością go jednak dotknęła.

Wybuch Powstania zastał Krzysztofa na placu Teatralnym. Nie zdążył na Wolę, w miejsce zgrupowania swojego oddziału, więc walczył z ochotnikami w ratuszu. Musiał się bić, los nie dał mu innego wyboru. Poległ 4 sierpnia, 1 września zginęła jego ukochana Basia.

Paweł Smoleński

Wyborcza.pl

Nie ma ani jednego Powstańca Warszawskiego, który by twierdził, że Powstanie Warszawskie było bez sensu. Bohaterstwo 44 – czyli ile kosztuje honor narodu?

Bohaterstwo 44

To było dawno temu. Pamiętam warszawski świat mojego dzieciństwa: zawsze gwarne i wypełnione dziećmi podwórko osiedla na Rudawce, szkołę numer 159 z boiskiem, na którym latem i zimą spędzaliśmy czas od rana do nocy, zapach drzew, pór roku i chleba pieczonego na patyku na łąkach koło Wojskowego Instytutu Medycyny Lotniczej, pamiętam, jak wyglądali moi nauczyciele, sąsiedzi i przyjaciele. Te wspomnienia z dawnych lat są bardzo bogate. Czasami słyszę jeszcze głosy moich kolegów z dzieciństwa. Lasek na Kole był naszym polem bitewnym. Marzyliśmy o tym, by stać się mężczyznami, dzielnymi, honorowymi, jak Powstańcy Warszawscy – i wierzyliśmy, że wspaniale byłoby oddać życie za swój kraj, jak Oni – i że lepiej umrzeć, niż stracić twarz…

Powstanie Warszawskie „od zawsze” było dla mnie najważniejszym wydarzeniem, zdecydowanie ponadhistorycznym, które mnie kształtowało i poruszało do głębi. Jako dla warszawiaka z wielopokoleniowej warszawskiej rodziny, który w dodatku całe swoje dzieciństwo i młodość przeżył tuż obok Cmentarza Komunalnego na warszawskich Powązkach, największej powstańczej nekropolii, Powstanie Warszawskie było powodem do zadumy nad tragicznym losem mojego miasta i moich przodków, ale jednocześnie powodem do wielkiej dumy z ich poświęcenia i bohaterstwa. Bo nie ma w historii nowożytnej miasta, które miałoby bardziej tragiczną, ale też bardziej bohaterską kartę…

Rozmowy o Powstaniu Warszawskim z jego uczestnikami rozpocząłem jako mały chłopiec, gdy każdego roku 1 sierpnia byłem zaprowadzany przez rodziców na pobliski Cmentarz Powązkowski, by spotkać się z uczestnikami tamtych wydarzeń. Gdy dorosłem, na spotkania te i rozmowy chodziłem już sam – a później ze swoimi dziećmi. I tak rok po roku powiększałem wiedzę o Powstaniu Warszawskim – jego przyczynach, przebiegu i skutkach – o źródła najlepsze z możliwych: o relacje wprost od uczestników wydarzeń.

We wszystkich tych odnotowanych przez dziesiątki lat relacjach – absolutnie we wszystkich!!! – zawsze pobrzmiewał jeden ton: nie było takiej siły, która latem 1944 roku mogła zmusić tamtych chłopców i tamte dziewczęta do stania z bronią u nogi. By to zrozumieć, musiałem odbyć właśnie te setki spotkań i rozmów z Bohaterami. Trzeba było ich usłyszeć, gdy opowiadali, jak przez 5 długich lat nie było w Warszawie ani jednego dnia bez ulicznych łapanek, publicznych egzekucji, mordowania dniem i nocą – tylko za to, że Polak był Polakiem. Jak po pięciu latach wyniszczania, jakiego nie doznało żadne inne miasto w okupowanej przez Niemców Europie, nie było już w Warszawie ani jednej rodziny, która nie straciłaby kogoś (najczęściej wielu) z bliskich. Trzeba było usłyszeć o niemieckiej pogardzie i nienawiści, o tym, jak wyjście po zakupy było podróżą w nieznane i często kończyło się w Palmirach, na Pawiaku lub w Oświęcimiu. Trzeba było usłyszeć te słowa, że woleli zginąć, niż pozwolić oprawcom na dalsze bezkarne mordowanie – bo przecież do tego sprowadzał się rozkaz Niemców o stawieniu się, pod karą śmierci, wszystkich mężczyzn pomiędzy 16 a 65 rokiem życia, do kopania fortyfikacji obronnych. W Warszawie latem 1944 roku nikt nie miał wątpliwości, że chodzi o to, by tych ludzi zebrać w jedno miejsce, a następnie wywieźć i wymordować. Na to wszystko nałożył się niezwykły klimat przełomu lipca i sierpnia 1944 roku. Pomimo setek odbytych wcześniej z Powstańcami rozmów, zrozumiałem to tak naprawdę dopiero jako dojrzały już człowiek przed kilku laty, gdy rozmawiałem z profesorem Witoldem Kieżunem, który ostatnio wspominał Powstanie w znanej już rozmowie z Krzysztofem Ziemcem.

http://vod.tvp.pl/audycje/publicystyka/prawde-mowiac/wideo/prof-witold-kiezun-03082014/16299164

Ta relacja, w moim przekonaniu, pointuje dyskusję o sensie Powstania Warszawskiego, bo tłumaczy, skąd wzięła się heroiczna postawa Powstańców Warszawskich, która dla każdego Polaka powinna być symbolem nie „obłędu”, o nie! – lecz bohaterstwa, które na zawsze winno odcisnąć ślad na polskiej świadomości!

Byliśmy przekonani, że trzeba walczyć o wolność, nawet jeśli mielibyśmy zginąć, choćby po to, by po pięciu latach bestialstwa ukarać zbrodniarzy. Powstanie musiało wybuchnąć, było koniecznością. Ci, którzy dziś twierdzą inaczej, nie wiedzą, co mówią. Jakie były ówczesne realia? My od dawna przygotowywaliśmy się do Powstania, które miało wybuchnąć, gdy Niemcy będą się wycofywać. Tak było ustalone. Jednocześnie sowieckie radio nawoływało: „Warszawiacy, Armia Czerwona jest tuż. Ruszajcie do walki. Pomożemy wam.” Sytuacja była taka, że 100 tysięcy warszawiaków miało wydaną karę śmierci. Każdy mężczyzna pomiędzy 16 a 65 rokiem życia, którego pochwyciliby Niemcy, mógł zostać rozstrzelany na miejscu. A rozkazu o Powstaniu jak nie było, tak nie ma. Zaczęliśmy między sobą rozmawiać, że z rozkazem czy bez, trzeba się będzie jakoś bronić. Pojawiły się nawet głosy, że nasze dowództwo chyba nas zdradziło. Co robić? Tylko patrzeć, jak zaczną nas mordować, jednego po drugim. A my mamy tak stać i czekać? Byliśmy zrozpaczeni. 30 lipca dowiedzieliśmy się o tajnym niemieckim rozkazie. Wszyscy niemieccy cywile 2 sierpnia rano mieli być przygotowani do ewakuacji. Nasze dowództwo natychmiast się o tym dowiedziało. Sprawa była jasna. Zrozumieliśmy, że 2 sierpnia ewakuują Niemców i wtedy wymordują nas. Otoczą poszczególne dzielnice, wyciągną z domów ludzi w sile wieku i ich rozstrzelają, a pozostałą ludność wysiedlą. W związku z tym rozkaz wybuchu Powstania był koniecznością. Zwłaszcza, że pierwsze czołgi radzieckie pojawiły się na Pradze. Wyglądało na to, że można było liczyć na atak Rosjan na Warszawę. Po pięciu latach bezkarnego mordowania, niszczenia, podłości i pogardy mogliśmy wreszcie stanąć z Niemcami twarzą w twarz i podjąć walkę. My naprawdę wierzyliśmy w to, że jest jedna tylko rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenna – i nie jest nią życie. Wierzyliśmy, że tą rzeczą jest honor

— mówił profesor Kieżun.

Myślę, że gdyby wszyscy rozumieli to słowo – honor – jak rozumie je profesor Witold Kieżun i jego pokolenie, dyskusja o sensie Powstania Warszawskiego byłaby bezprzedmiotowa.

Zastanówmy się, czym jest honor narodu i czy można zmierzyć jego wartość?

Tak, jak na osobowość pojedynczego człowieka składa się wiele cech, ale szczególnie ciekawe są te, które dotyczą indywidualnej historii życia każdego z nas, tak na temperament narodu składa się wiele cech, ale szczególnie znaczące są te, które dotyczą historii narodu. Gdyby pokusić się o dokonanie analizy historycznej narodu polskiego, tak jak dokonuje się analizy historii pojedynczego człowieka, obejrzelibyśmy film z następującym scenariuszem: od zamierzchłych czasów przywiązanie do wartości narodowych było dla Polaków źródłem zdolności do najwyższych poświęceń. Zwycięstwa nad często liczniejszym i silniejszym wrogiem, Bitwa pod Grunwaldem i Odsiecz Wiedeńska, zrywy narodowe w okresie zaborów i zatrzymanie na Wiśle pochodu bolszewików idących na podbój Europy, to jedynie wybiórcze przykłady tej zdolności, której apogeum przypada na okres po odzyskaniu niepodległości z przeszło wiekowej niewoli. Od tego momentu Polska rzuci się w wir nadrabiania straconego czasu, rozwinie się gospodarczo, wybuduje COP i nowoczesny port w Gdyni, przeprowadzi budowę systemu monetarnego i odzyska prestiż na arenie międzynarodowej. Jednocześnie ogromny nacisk położony zostanie na kształtowanie kośćca moralnego, na propagowanie – w szkołach, książkach, mass mediach – postaw honorowych. W efekcie w okresie poprzedzającym wybuch II wojny światowej, w dobie, gdy sąsiedzi Polski poddają się baz walki a sojusznicy chowają głowę w piasek, minister spraw zagranicznych Józef Beck wygłosi niezapomniane przemówienie: „Pokój jest rzeczą cenną i pożądaną. Nasza generacja wykrwawiona w wojnach na pewno na okres pokoju zasługuje. Ale pokój, jak prawie wszystkie sprawy tego świata, ma swoją cenę, wysoką ale wymierną. My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę. Jest jedna tylko rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenna. Tą rzeczą jest honor” – a później, przez pięć kolejnych lat, cały naród dawać będzie dowód bezprzykładnego w dziejach heroizmu, którego tragiczną, ale jakże piękną i bohaterską, bezprecedensową w polskiej historii pointą, będzie Powstanie Warszawskie…

Czy zatem traktując kulturę, tradycję i ciągłość historyczną jako konfigurację zachowań przekazywanych z pokolenia na pokolenie, a także przyjmując że jako Polacy, mamy z innymi Polakami wspólnych przodków, a więc i wspólne kulturowe dziedzictwo (a co za tym idzie wspólne, wyrosłe na gruncie temperamentu narodowego i obyczaju, wady i zalety), możemy przyjąć, że stanowimy naród ludzi honorowych, zdolnych dla honoru do najwyższych poświęceń? W oparciu o fakty historyczne można zgodzić się, że pewne narody są bardziej predysponowane do postaw honorowych niż inne, co widać na przykładzie zderzenia postaw– skrajnie przecież różnych – Czechów i Polaków z okresu II wojny światowej. Te różnice postaw nie wzięły się jednak znikąd.

W latach trzydziestych w Polsce i w Czechach działały inne mechanizmy społeczne i kulturowe. W polskich domach i szkołach, w polskim filmie i teatrze, w polskich mediach lansowany był wzorzec Polaka-patrioty, polska młodzież była wychowywane w duchu ogromnego patriotyzmu, a w obronie honoru Polaka żaden koszt nie był zbyt duży. A zatem nawiązując do utrwalonych wzorców ja, jako Polak, musiałem zachować się honorowo, bo tak zachowaliby się bohaterowie moich książek, moi przodkowie, którzy walczyli na wojnie w 1920, moi szkolni koledzy, ludzie których znałem. Tymczasem wychowanie młodzieży czeskiej dalekie było od lansowania tak patriotycznych i honorowych postaw i być może gdyby w okresie międzywojennym czeska młodzież była wychowywane podobnie do polskiej, inna byłaby postawa Czechów w obliczu zagrożenia agresją i później, pod niemiecka okupacją. Reasumując nie jest tak, że jeden naród to naród urodzonych bohaterów, a drugi to naród tchórzy. Jest natomiast tak, że określona kultura, ciągłość historyczna oraz określone wzorce lansowane w danej kulturze predysponują do bohaterstwa, dzielności i postaw honorowych, bądź nie. Wychowanie do tego, by zawsze zachowywać się honorowo, to proces wieloetapowy, który zaczyna się w dzieciństwie. Kultura, wzorce, stereotypy – wszystkie te dane przekazywane z pokolenia na pokolenia jako element zgromadzonej przez społeczeństwo wiedzy sięgają głęboko, jak folklor. Są pierwszym i najpotężniejszym źródłem informacji tak o własnej jak o innych grupach społecznych. Rodzice, którzy w znacznej mierze przesądzają o zaspokojeniu poznawczych potrzeb dziecka, są w pierwszych latach dominującymi, a niekiedy wyłącznymi modelami zachowań honorowych lub nie, co sprawia, że dzieci – które błyskawicznie chłoną wiedzę – muszą przejmować ich zachowania. Drugim obok rodziców czynnikiem wywierającym wpływ na postawy dzieci są teksty literackie i z czasopism dziecięcych. – Pokażcie bajki i opowiadania, jakich słucha najmłodsze pokolenie, a dowiecie się, jak będzie wyglądało społeczeństwo za trzydzieści lat – mówią psychologowie społeczni. Przygotowany przez rodziców „materiał” podlega „obróbce” w procesie nauczania. Dochodzą kolejne osoby obdarzone autorytetem: nauczyciele, wychowawcy, księża, autorzy książek, bohaterowi filmów, programów tv – które odciskają piętno na postawach młodych ludzi. Jeżeli zachowana jest ciągłość, jeżeli postawy odnośnie np. postaw honorowych propagowane przez rodziców są spójne z tym, czego nauczają szkolni wykładowcy, o czym się czyta i co lansują media, to tak „prowadzona” młodzież wyrośnie na pokolenie ludzi honorowych, którzy tę wartość będą cenić najwyżej – bardziej niż życie.

Nie bez przyczyny takim – honorowym – pokoleniem była właśnie młodzież wychowywana w Polsce międzywojennej, kształtowana na przykładach bohaterów Sienkiewicza. „My wszyscy z niego” – mówił kapitan Władysław Raginis, który wraz ze swoim przyjacielem porucznikiem Stanisławem Brykalskim, niczym bohaterowie żywcem przeniesieni z kart Trylogii, Ketling i Wołodyjowski, złożyli pod Wizną przysięgą, że prędzej zginą, niż cofną się o krok – i tej przysięgi dotrzymali…

W wymiarze ludzkim Powstańcy Warszawscy przegrali. Podobnie, jak przegrali obrońcy polskich Termopilów: kapitan Władysław Raginis i porucznik Stanisław Brykalski. Podobnie, jak przegrały tysiące innych Bohaterów Września 1939 roku.

Ale czy wszyscy Oni naprawdę przegrali?

Czy – biorąc pod uwagę współczesne realia – przegranym jest ktoś, kto w sytuacji, gdy kilku osiłków napastuje staruszkę w autobusie, zamiast spoglądać za okno, stanie w jej obronie i straci przy tym zdrowie lub nawet życie?

Czy tacy ludzie są ofiarami „obłędu”, jak chcą niektórzy?

Odpowiadam: jeżeli tak, jeżeli bohaterstwo, poświęcenie i honor mają być obłędem, a tchórzostwo, koniunkturalizm, cwaniactwo i brak honoru wartością, jeżeli na tym ma się opierać ten świat, to chyba lepiej nie żyć w takim świecie!

Bohaterowie Powstania Warszawskiego dokonali wyboru w zgodzie z wartościami, w jakie wierzyli, w zgodzie z wiarą, że choć – po ludzku rozumując – życie jest wartością najwyższą, to jednak istnieje coś więcej niż tylko życie.

To byli ludzie, którzy potrafili pięknie żyć i pięknie umierać.

Myślę sobie, że ci, którzy tego nie rozumieją i podważają sens poświęcenia Bohaterów, nie potrafiliby ani jednego, ani drugiego.

Wojciech Sumliński

Wojciech Sumliński*Wojciech Sumliński (ur. 1969) — dziennikarz, publicysta, autor książek: „Kto naprawdę go zabił?” [o ks. Jerzym Popiełuszce], „Teresa, Trawa, Robot. Największa operacja komunistycznych służb specjalnych”, „Z mocy bezprawia” [o mafijnej, całkowicie zinfiltrowanej przez tajne służby obcych państw, Trzeciej RP], „Z mocy nadziei. Thriller, który pisze życie” [o prześladowanym przez służby specjalne mafijnej III RP dziennikarzu śledczym] oraz przygotowywanej na wrzesień książki „Lobotomia 3.0” [o zorganizowanej przez państwo polskie w powiązaniu z tajnymi służbami strategii blokowania śledztwa i mataczenia w sprawie najgłośniejszego i najbardziej tajemniczego morderstwa w powojennej Polsce, jakim było bestialskie zabójstwo ks. Jerzego Popiełuszki].

wPolityce.pl

Poznaj losy młodych powstańców, ich codzienne zmagania, nadzieje i myśli, jakie towarzyszyły im podczas tych 62 dni walk.

Kup audiobook: „Wspomnienia z Powstania Warszawskiego”(CD mp3).

Nagranie obejmuje 60 opowiadań autorstwa Gustawa Gerarda Grackiego pseudonim „Junek”, uczestnika Powstania Warszawskiego.

„Powstanie warszawskie z innej strony” – mało znany tekst Józefa Mackiewicza o Powstaniu Warszawskim

 .
Powstanie Warszawskie 1944

Przypominamy tekst Józefa Mackiewicza „Powstanie warszawskie z innej strony”, który został opublikowany w 1947 r. w „Wiadomościach”. Warto go przeczytać choćby z jednego tylko powodu – tak zdroworozsądkowej analizy Powstania Warszawskiego trudno doszukać się u współczesnych historyków i publicystów. Bo Mackiewicz nie ocenia, Mackiewicz właśnie analizuje. I wyciąga wnioski.

Nasze publicystyczno-literackie pamiętnikarstwo wojenne ma w sobie coś z opowieści Gogola „Wij”. Krąg zarysowany kredą święconą, poza który sami sobie nie pozwalamy wykroczyć. Stąd deptanie na miejscu w otoczeniu licznych „tabu”, zamykających umowne horyzonty. W takim kręgu obraca się m.in. temat powstania warszawskiego, który wciąż nie schodzi ze szpalt i prawdopodobnie przez długi czas nie zejdzie. Żadne jednak z ujęć tego tematu nie będzie całkowite, dopóki nie będzie wolno mówić o pewnych sprawach. Tymczasem wszechstronna ocena ostatniej bitwy o Warszawę jako o stolicę suwerennej Polski musi wyjść z założenia właśnie tej suwerenności, tzn. uznania, że najeźdźca sowiecki (jeżeli nawet przyjmiemy, że nie był gorszy) był równy najeźdźcy niemieckiemu. Od czasu do czasu wyrwie się to komuś, ale zazwyczaj odskakuje się od tego prostego stwierdzenia w pląsach i ukłonach, a koniec końców, Bogiem a prawdą, nikt nie dał dokładnej definicji: czy Sowiety są naszym wrogiem, czy wrogiem nie są? Są najeźdźcą, czy nie? Odebrały nam niepodległość, czy nie odebrały? Czy „Kraj” to jest „Polska”, czy tylko obca okupacja? Czy panowie Mikołajczyk-Bierut-Osóbka-Cyrankiewicz to quislingi, czy też jakieś pośrednie zjawisko: mieszanina „dobrej woli” z agentem NKWD, według fantastycznej recepty rosyjskiego kawału: „smies popa s wiełosipiedom”?

Sytuację tę zrodził sofizmatyczny termin „sojusznik naszych sojuszników”, nadany Związkowi Sowieckiemu jeszcze w r. 1943. Ta nieszczera i dziwaczna definicja mści się na nas do dziś.

Jeżeli natomiast wyjdziemy z założeń prostych, jasnych, ogólnie zrozumiałych i za „dobrych przedwojennych czasów” powszechnie przyjętych, określających mianem wroga każdego, kto najeżdża naszą ojczyznę, to i na powstanie warszawskie będziemy mogli popatrzeć obydwoma oczami, a nie, jak dotychczas, przymrużając jedno dyskretnie.

Powstanie warszawskie 4_30

Na tej fatalnej sytuacji r. 1944 trudno zrozumieć, dlaczego ogół Polaków potępia akcję, której najoczywistszym celem było restytuowanie suwerennej stolicy z suwerennymi władzami i suwerennym wojskiem, wtedy, gdy rzecz ta była łatwa do zrobienia? Jeden wróg odchodził, drugi nadchodził. Pomiędzy tych dwóch wrogów wstawić niepodległy skrawek, ba, centrum Polski! Co w tym było głupiego albo zbrodniczego? Oczywiście, że nic, gdyby sprawę można było jasno postawić. Złożyło się jednak tak, że jeden z wrogów nie tylko odchodził, ale dogorywał. Natomiast tym drugim, który nadchodził, były Sowiety. A zatem ostrze akcji samo przez się skierowane by być musiało przeciwko nim. „Skandal!” „To by nas kompromitowało w oczach demokracji!”… Umówiono się zatem, żeby powstanie przedstawić w innym świetle, i w ten sposób spaczono jego sens od początku do naszych dni.

powstanie_warszawskie_wiki_13

A jak położenie wyglądało naprawdę?

Odwrót armii niemieckiej był w pełnym toku. W ostatnich dniach lipca osiągał swój punkt szczytowy, a wraz z nim nieuchronny bałagan. O żadnej mobilizacji mężczyzn pod pretekstem robienia fortyfikacji nie było mowy. Głośniki radiowe nadały surowy rozkaz, aby „wszyscy zdolni od lat 16 itd.” zgłosili się z łopatami na wyznaczonym szeregu punktów zbornych, skąd ludzi zabiorą ciężarówki. Byli przekonani, że nie zjawi się nikt. Tymczasem tu i ówdzie poprzychodziło po kilkadziesiąt osób. Sam widziałem, jak na wyznaczonym m.in. pl. Narutowicza zebrało się ok. 70 (!) ludzi z łopatami, którzy daremnie czekali na przyjazd samochodów. Jednego z takich naiwnych spotkałem jeszcze o 11.30 na ulicy Filtrowej, gdy wracał z łopatą zniechęcony i zawiedziony (obiecano przecie wyżywienie i zapłatę).

Powstanie warszawskie 1_221

W piątek i sobotę okna pobrzękiwały od dalekiej kanonady. Radio Londyn nadało wiadomość, że marszałek Rokossowski przeniósł swą kwaterę w orbitę widoczności Warszawy, i że stamtąd spogląda gołym okiem na stolicę Polski. 30 lipca al. Jerozolimskimi wycofywały się ostatnie tabory niemieckie, a później zaczęły iść czołgi za Wisłę. Na ulicach wisiały nie zrywane obwieszczenia delegatury podziemnej. Żałuję, że nie miałem aparatu, gdyż sfotografowałbym następujący dokument historyczny. Na rogu Brackiej i Widok, wokół obwieszczenia Delegatury Rządu, naklejonego na słupie, zebrał się tłum ludzi. W tłumie tym stało czterech „granatowych” policjantów i dwóch żołnierzy Wehrmachtu. Była 10 rano. Żołnierze ci pytali o drogę, a zwabieni zbiegowiskiem, zainteresowali się, co plakat zawiera, i odeszli następnie obojętnie. O 11 byłem na Pradze. Niemcy palili dworce i składy, jak się normalnie pali przed oddaniem terenu w ręce wroga.

6_1375187368

Powracając, na moście Kierbedzia zauważyłem, że jakiś spotniały kolejarz krzyknął do samochodu, którym jechali z Pragi (widocznie z frontu) kurzem okryci żołnierze:

— Wie weit?!

Żołnierz, pokazując dwa razy po dziesięć palców, odkrzyknął:

— Zwanzig Kilometer!

31 lipca z jednego tylko Dworca Zachodniego usuwano resztki wagonów. Nie było już ani porządku, ani kontroli. Każdy, kto chciał, mógł siadać i jechać bez żadnej przepustki. W takich warunkach powstanie, które wybuchło dopiero 1 sierpnia po południu, mogło liczyć na zupełny sukces i minimalne straty, co najwyżej w potyczkach z cofającymi się strażami tylnymi. Formalnie, przed świtem, Warszawa wyzwolona by była przez wojska polskie, a wkraczającego nowego najeźdźcę powitałyby suwerenny sztandar, zatknięty w suwerennej, wolnej stolicy. Otóż tego bolszewicy chcieli uniknąć za wszelką cenę. Czy można się było spodziewać takiego ich stanowiska? Do pewnego stopnia tak. Na czym więc polegał błąd w rachunku powstańców, który doprowadził do straszliwej katastrofy Warszawy?

powstanie_warszawskie_1

Nie wiem, czy w ogóle można tu mówić o błędzie w rachunku logicznym. Bo jeżeli można było się spodziewać, że takie stanowisko zajmą Sowiety, niepodobieństwem było przewidzieć bezmiar zaślepionej, zaciętej tępoty Hitlera. Nawet po wszystkich doświadczeniach okupacji, nawet po zetknięciu się z tymi szaleństwami maniaka, który zatracił wszelkie poczucie rzeczywistości, nawet po tym całym krwawym tańcu epileptycznej polityki na ziemiach naszych i nie naszych. Jakkolwiek sytuacja Niemiec była już wtedy beznadziejna, to choćby dlatego, że czepiały się one rozpaczliwie każdej pozostałej jeszcze możliwości, powinny się były uchwycić oburącz okoliczności, że na drodze marszu Armii Czerwonej stawała suwerenna Polska, nie uznawana i znienawidzona przez Sowiety. Że powstała możliwość nowych incydentów i powikłań w obozie sojuszniczym. W każdym razie z punktu interesu niemieckiego nic nie przemawiało za utrzymaniem ogniska powstania na tyłach swego frontu, a wszystko za pozostawieniem go oko w oko z Armią Czerwoną. Nawet gdyby z tego zetknięcia nie miało być chleba… Manewr Rokossowskiego był tak przejrzysty co do swego celu, iż nie mogli go nie spostrzec Niemcy. Rzecz była oczywista, nie podlegająca dyskusji.

powstanie_warszawskie_warszawa_pamieta_sierpien_640x0_rozmiar-niestandardowy

Znam osobiście ludzi o głośnych i patriotycznych nazwiskach, którzy próbowali pośredniczyć w sprawie pozostawienia przez władze niemieckie zbytecznej broni. Pośrednictwo to zostało odrzucone, zarówno przez stronę niemiecką, jak polską. Z jednej strony emocjonalna zaciekłość przeważała nad interesem politycznym, z drugiej obawa przed cieniem nawet „współpracy” przeważała nad obawą i troską o dobro ojczyzny.

Krew, zalewająca oczy Hitlera, pomieszała mu resztę rozsądku. Wiadomo już dziś, że Warszawa to była jego osobista sprawa, jego „Angelegenheit”. W ten sposób, najmniej oczekiwany i nieprawdopodobny, podobnie jak w r. 1939, odnowił się antypolski pakt sowiecko-niemiecki, nie pisany wprawdzie i nie podpisany, ale niemniej namacalny, a bardziej krwawy. Hitler nazwał zupełnie słusznie powstanie „drugim Katyniem”. Gdyż podobnie jak pierwszy, doszedł do skutku wyłącznie w interesach sowieckich, z tą tylko różnicą, że wykonany nie rękami enkawudzistów, ale Niemców. Był to z ich strony obłęd dosłowny i, doprawdy, trudno jest winić kierowników powstania, że go nie przewidzieli.

111970_1255077365_be92_p

Charakterystyczne jest to, że dotychczas nie została poddana poważniejszej analizie raptowna zmiana stanowiska niemieckiego przy końcu powstania. A przecież rzecz rzucała się w oczy. Skreśleni zostali przez cenzurę „die polnischen Banditen”; powstańcom przyznano prawa armii regularnej. Wiadomo również, że wymaszerowujące po kapitulacji oddziały Armii Krajowej witano orkiestrą, i że gen. Bora zaproszono na liczne rozmowy, podczas których wysłuchiwać miał nowych propozycji. Oczywiście zrobiono to wszystko niezgrabnie, za późno i wciąż z tym tępym uporem i brutalną „herrenvolkowością”, która charakteryzowała politykę hitlerowską, a która odzierała wszystkich ich sojuszników z postawy suwerennej godności i spychała do roli posłusznych rabów, w rodzaju bałtyckich i ukraińskich oddziałów SS. Z tego punktu widzenia nie jest ważne, czy gen. Bór podczas tych rozmów pił herbatę, jak chce prasa bolszewicka, czy jej nie pił. Propozycje niemieckie odrzucił kategorycznie – i słusznie: gdyż w tym położeniu nie przedstawiały one żadnej rzeczywistej korzyści dla Polski. Ale ta kardynalna wolta w stanowisku niemieckim potwierdza w całej rozciągłości fakt, że gdy minął atak prywatnego szału Hitlera, odsłonił się zarys innej drogi, po której mniej więcej potoczyć by się winny wypadki, gdyby Hitler podobnym atakom szału nie podlegał i był w stanie kalkulować. Niewątpliwie przebieg powstania wyglądałby wtedy inaczej.

Naturalnie słowo „gdyby” nie jest w rozważaniach nad wypadkami minionymi słowem popularnym. Nie znaczy to jednak, ażeby dla zdobycia popularności wyzbywać się rozsądku. Cała sprawa powstania zwekslowana jest dziś na jednotorową propagandę i przedstawiana w ten sposób, jakby chodziło o to, że garstka bezbronnych szaleńców rzuciła się w niepoczytalnym stanie podniecenia i patriotyzmu na opancerzonego kolosa i za straty, jakie wywołała skutkiem swej lekkomyślności, powinna ponieść odpowiedzialność. Tak wcale nie było.

17

Powstanie warszawskie spowodowało potworne straty materialne. Straty te są do powetowania. Nie do powetowania są straty w zabytkach, dziełach sztuki, pomnikach itd. Co się tyczy strat w ludziach, wyglądają one inaczej, niż to przedstawia powszechnie przyjęta wersja. Himmler, ażeby odstraszyć Polaków od prób nowej akcji zbrojnej, oświadczył, że liczba ofiar wynosi ćwierć miliona. Dla tych samych celów bolszewicy podtrzymali tę cyfrę. Z naszej strony próbowano ją nawet wyśrubować do – trzystu tysięcy! Jeden z najznakomitszych polskich statystów wojennych, który był w powstaniu (nie mogę wymienić nazwiska ze względu na jego obecny [1947 r. – przyp. taw] pobyt w kraju), utrzymywał, że straty Armii Krajowej łącznie z ludnością cywilną w żadnym wypadku nie przekraczają pięćdziesięciu tysięcy.

Tadeusz "Bór" Komorowski po spotkaniu z SS-Obergrupenführerem Erichem von dem Bach-Zelewskim w jego kwaterze w Ożarowie Mazowieckim 4.10.1944 r.
Tadeusz „Bór” Komorowski po spotkaniu z SS-Obergrupenführerem Erichem von dem Bach-Zelewskim w jego kwaterze w Ożarowie Mazowieckim 4.10.1944 r.

W świetle tego wszystkiego trudno mówić o „błędzie” gen. Bora, który dał do niego hasło. Zastrzeżenie mogłoby budzić raczej jego obecne [1947 r. – przyp. taw] stanowisko. Gen. Bór przebywał w Ameryce i kilku krajach Europy i wszędzie, gdzie mówił albo udzielał wywiadów podkreślał, jak to Polacy wspomagali Armię Czerwoną w akcji, a jej dowódców podejmowali w Polsce śniadaniami i bankietami. Trudno zaprzeczyć, że w tradycji przywykliśmy do innych zwyczajów, które zresztą utrzymywane są w większości krajów. Nie zwykło się wrogów podejmować śniadaniami, gdy wkraczają, by odebrać terytorium i niepodległość. Toteż wydaje się, że niejeden cudzoziemiec, mniej zorientowany w subtelnościach politycznych labiryntów Polski, może wyrazić zdziwienie w taki np. sposób: „Skoroście im tak pomagali w opanowaniu własnego kraju i podejmowali śniadaniami na powitanie, dlaczego się skarżycie, że u was pozostali?!”.

Józef Mackiewicz
Józef-Mackiewicz
Józef Mackiewicz (1902-1985)

dscf1475-113638

Godzina „W”. Zatrzymaj się – oddaj hołd Powstańcom Warszawskim

Godzina W

1 sierpnia 1944 roku rozpoczęło się Powstanie Warszawskie – jedno z najważniejszych wydarzeń współczesnej historii Polski. W 70. rocznicę godziny „W”, 1 sierpnia 2014 o godz. 17.00 w całej Polsce zawyją syreny. Gdziekolwiek będziesz, zatrzymaj się i oddaj cześć Powstańcom, którzy walczyli o naszą wolność! Pokaż, że pamiętasz!

Facebook event: https://www.facebook.com/events/561912697264131/?ref=22

Facebook.com/1944pl

Powstanie Warszawskie nie było klęską – mówi „Halicz”, żołnierz batalionu „Zośka”

Halicz

Żołnierz ma rozkaz, to staje do walki. Nie miałem poczucia klęski po Powstaniu, a bardziej – że trzeba się jeszcze o Polskę bić, że walka się nie skończyła. Po wojnie nigdy nie mówiliśmy, że coś można było zrobić lepiej – z kpt. rez. Henrykiem Kończykowskim „Haliczem”, żołnierzem batalionu „Zośka”, który w Powstaniu Warszawskim przeszedł cały szlak bojowy Zgrupowania „Radosław” od Woli po Czerniaków, rozmawia Jarosław Wróblewski.

Propaganda sowiecka w lipcu 1944 r. namawiała warszawiaków do wybuchu Powstania Warszawskiego. „Ludu Warszawy! Do broni! Niech cała ludność stanie murem wokół Krajowej Rady Narodowej, wokół warszawskiej Armii Podziemnej. Uderzcie na Niemców! Udaremnijcie ich plany zburzenia budowli publicznych. Pomóżcie Czerwonej Armii w przeprawie przez Wisłę. Przysyłajcie wiadomości, pokazujcie drogi. Milion ludności Warszawy niech stanie się milionem żołnierzy, którzy wypędzą niemieckich najeźdźców i zdobędą wolność” – apelowała Radiostacja im. Tadeusza Kościuszki, wspierana przez Radio Moskwa.

Tak, i to podgrzewało atmosferę. Pamiętam nawet ten charakterystyczny ochrypły głos spikera Radia Moskwa. Nas skoszarowano już dwa dni przed Powstaniem i wiedzieliśmy, że już nie będzie odwrotu. Czekaliśmy tylko na termin. 1 sierpnia ok. godziny 12–13 przyszedł rozkaz. My mieliśmy broń dla całego plutonu i mieliśmy ją przewieźć z Ochoty na Wolę, gdzie zaczęliśmy walkę. Jakby nie było rozkazu, to Powstanie by i tak wybuchło. Nasz batalion „Zośka” miał zapas broni i amunicji.

Pana dowódca „Andrzej Morro” mówił wam przed Powstaniem, że nadchodzi wasz czas, że jesteście gotowi.

Tak, my byliśmy dobrze szkoleni i przygotowani do tej walki. Wiedzieliśmy wszyscy, że Powstanie nie mogło już nie wybuchnąć.

Wierzyliście, że Rosjanie pomogą walczącej Warszawie?

Tak właśnie wszystko sobie wyobrażaliśmy, choć wyszło inaczej. Jak szliśmy kilka dni przed Powstaniem do Warszawy z bazy leśnej w Puszczy Białej, to szliśmy już po pasie ziemi niczyjej. Niemców już tam nie było, a Rosjanie jeszcze nie przyszli. U nas, na bazie, mieliśmy dwóch woźniców – rosyjskich żołnierzy. Powiedzieliśmy im, że nie możemy ich zabrać do Warszawy, więc dostali pieniądze, żeby mogli przetrwać do czasu przyjścia Rosjan. A oni w płacz – że do Rosjan nie chcą. Nie mogłem tego zrozumieć. Mówiłem: „To wasi przyjdą”. A oni nie, jednak nie chcieli do swoich. Później, po „wyzwoleniu”, gdy aresztowało mnie NKWD, zrozumiałem ich reakcję.

Jak wyglądałaby Warszawa bez Powstania?

Byłoby jeszcze gorzej. Po pierwsze, Niemcy by nie popuścili. Wzięliby odwet, bo przed Powstaniem wywiesili obwieszczenia, aby 100 tys. osób zgłosiło się do budowy fortyfikacji. Nie przyszedł chyba nikt. Oni nie mogliby nam tego darować, takiego buntu. Ukaraliby za to boleśnie miasto. Po drugie, Niemcy z Warszawy zrobiliby duży punkt oporu przeciwko Rosjanom, którzy by to wykorzystali propagandowo – że Armia Krajowa współpracowała z Niemcami przeciwko nim. Rosjanie zrobiliby z Polski jeden obóz, masowo aresztując żołnierzy podziemia. Powstanie musiało wybuchnąć – nie było innego wyboru. To była nasza jedyna szansa na niepodległość.

Czy po wojnie z kolegami krytykowaliście Powstanie Warszawskie?

Nie. Mówiliśmy, że to czy tamto można było zrobić lepiej, ale uważaliśmy, że słusznie wybuchło. Nie mieliśmy poczucia klęski, kapitulację traktowaliśmy jak przegraną bitwę.

Warszawa pokazała w Powstaniu Warszawskim swój honor, niezłomność.

I to, że nie mogła zrobić już nic więcej. Stanęła na wysokości zadania.

Po wojnie trudno było zachować pamięć o poległych w Powstaniu kolegach i koleżankach z „Zośki”?

Dbaliśmy o ich godny pochówek. Proszę sobie wyobrazić, że na cmentarzu Wojskowym na Powązkach po wojnie komuniści ustawili zwyżkę i postawili na niej karabin maszynowy. Kto wchodził na cmentarz w rocznicę 1 sierpnia – był obserwowany. Oni nie chcieli, abyśmy stawiali groby kolegom.

Wy jednak byliście w tym zdeterminowani. Dlatego mamy dziś przejmującą kwaterę brzozowych krzyży zośkowców.

Tak, bardzo nam na tym zależało. Mieliśmy bardzo dobre relacje ze sobą.

Blisko 40 osób spośród was aresztowano, chciano wasze środowisko zniszczyć?

Była taka metoda UB po wojnie, gdy za drugą konspirację aresztowano kolegów, że np. aresztowano dwóch, ale jednego szybko wypuszczano. Dlaczego? Aby między nami wywołać nieufność. Tak przecież Gomułka postąpił z Pawłem Jasienicą od mjr. „Łupaszki”. Jasienicę aresztowano i szybko wypuszczono i Gomułka powiedział niedwuznacznie w przemówieniu, że Jasienica nadał im miejsce pobytu „Łupaszki”, że go wydał. To nie była prawda. Chodziło o to, aby skłócić środowisko, rozbić je wewnętrznie. My – choć nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy – byliśmy groźni dla władzy.

Jak Pan patrzy po latach na Powstanie Warszawskie?

Ono musiało wybuchnąć i według mnie nie było wcale klęską. Przeciwko nam była szkolona na poligonach niemiecka armia, która przewyższała nas sprzętowo. A na przyczółku czerniakowskim, choć stanęły przeciwko nam do walki całe dywizje niemieckie, to przez 10 dni dawaliśmy im radę. Oni nie mogli użyć tam lotnictwa ani czołgów. W takiej normalnej walce nie dawali nam rady. Nam zabrakło później amunicji.

Kiedy Pan uświadomił sobie, że to koniec, że nie wygracie?

Jak zobaczyłem desant i berlingowców, którzy przypłynęli z Pragi. Oni mieli nas tak dużą liczbą wesprzeć, a nie byli przygotowani do takiej walki. Z 3200 żołnierzy poległo 2700. To było jak zbrodnia, wysłano ich do pomocy nam, stawiając już na nich krzyżyk.

Henryk Kończykowski_Halicz

Poszedłby Pan do Powstania, gdyby jeszcze raz dano Panu wybór?

Tak, przecież jak żołnierz ma rozkaz, to staje do walki. Nie miałem poczucia klęski po Powstaniu, a bardziej – że trzeba się jeszcze o Polskę bić, że walka się nie skończyła. Tak nam mówił „Radosław”, więc my się zaczęliśmy spotykać i gromadzić broń. Nie rozpamiętywaliśmy przegranej.

Niezalezna.pl

Życie Henryka Kończykowskiego „Halicza” zostało opisane w książce pt. „Zośkowiec” wydanej przez wydawnictwo Fronda.

Zośkowiec

Mały pakt Stalin–Hitler

AK

Od lat jestem zwolennikiem tezy, że powstańcy warszawscy padli ofiarą swoistego porozumienia między Stalinem a Hitlerem z początku sierpnia 1944 roku.

Próby porozumiewania się sił politycznych w Niemczech z aliantami trwały już od miesięcy. Najbardziej znaną był lipcowy zamach na Hitlera, którego najważniejszym skutkiem miało być zawarcie rozejmu z Zachodem i przerzucenie wojsk na Wschód. Ostatnie, co mógł zrobić oszalały po nieudanym zamachu Hitler, to tolerować rozmowy z Zachodem. Zaczął przygotowywać kontruderzenie, które omal zatrzymało aliancką ofensywę. Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja na Wschodzie. Hitler jeszcze trzy lata wcześniej był sojusznikiem Stalina. Po latach walk o nowym sojuszu już nie mogło być mowy. Jednak okazało się, że można nawet bez negocjacji osiągać wspólne cele polityczne. Stalin zatrzymał front, dając szanse Hitlerowi na rozprawę z Zachodem, w tym z Powstaniem Warszawskim. To zmieniło układ sił. Zamiast z resztką uciekających niemieckich dywizji powstańcy musieli się zderzyć z całą potęgą Wehrmachtu. Tego jednak pod koniec lipca nikt nie mógł wiedzieć.

To właśnie, a nie brak realizmu dowódców, było przyczyną klęski Powstania. Warto o tym pamiętać, gdy ocenia się tamten czyn zbrojny.

Tomasz Sakiewicz

Niezalezna.pl