Sąd Najwyższy USA wydał w 2005 r. wyrok, zgodnie z którym Polacy nie mają obowiązku spłacania jakichkolwiek roszczeń

<https://www.youtube.com/watch?v=9tEm_lCFXTM&feature=youtu.be&t=12m41s

W 2005 roku Sąd Najwyższy USA wydał wyrok, zgodnie z którym Polacy nie mają obowiązku spłacania jakichkolwiek roszczeń! Z Prezydentem Rzeczypospolitej Janem Zbigniewem Potockim rozmawia Alex Berdowicz z telewizji Porozmawiajmy TV.
Reklamy

PiS pieniędzmi biednych Polaków dotuje masoński bank JP Morgan!

Rząd przyznał ogromną dotację w wysokości 20,2 mln zł dla inwestycji banku JPMorgan w Polsce. To najwyższe wsparcie budżetowe w historii dla firmy z sektora usług finansowych. W zamian JPMorgan zobowiązał się, że zatrudni nad Wisłą 3 tys. osób i uruchomi placówkę w połowie 2018 r. Dotacja ta wydaje się być wyjątkowo kontrowersyjna, biorąc pod uwagę działania banku, jednego z najpotężniejszych na świecie, w ciągu ostatnich kilku lat. Także wobec Polski.

JPMorgan Chase & Co. już dawno przestał być tylko bankiem. To gigantyczny holding finansowy, jeden z największych na globie, który w 2017 r. osiągnął 99,624 mld dolarów przychodów, 35,9 mld dolarów zysku operacyjnego i 24,441 mld dolarów zysku netto.

Gigant ma jednak sporo na sumieniu. Przede wszystkim to bank, który walnie przyczynił się do wywołania wielkiego kryzysu ekonomicznego sprzed dekady. Po drugie, na koncie mają zachowania korupcyjne – bank zatrudniał synów i córki chińskich decydentów, bez żadnych kwalifikacji, by ci patrzyli na nich przychylniejszym okiem. Po trzecie, to bank, który w ciągu ostatnich lat kilka razy krytykował Polskę, a nawet mógł grać przeciwko nam na rynkach walut.

JPMorgan, a udział w kryzysie

Przypomnijmy, że wielki kryzys z 2007 r. zaczął się od załamania na amerykańskim rynku nieruchomości. Banki szalały i dawały kredyt każdemu chętnemu, także tym, którzy nie byli w stanie ich spłacać i od początku było wiadomo, że będą mieli z tym problem. W procederze tym uczestniczył właśnie m.in. JPMorgan, którego pracownicy świadomie i z przyzwoleniem przełożonych łamali wewnątrzbankowe procedury. Kredyty dostawały nawet osoby, które nie były w stanie dostarczyć niezbędnych dokumentów.

Te toksyczne kredyty sprzedawano potem w pakietach inwestorom na całym świecie, na papierze był więc zysk. Za pieniądze ze sprzedaży tych pakietów banki udzielały kolejnych kredytów. Są dowody na to, że JPMorgan działał świadomie, za co został ukarany w 2013 r. karą nałożoną przez amerykański Departament Sprawiedliwości w wysokości 13 mld dolarów. Kwota symboliczna biorąc pod uwagę zyski banku – w samym 2012 r. było to 21 mld dolarów. Bank do końca nie przyznawał się do winy, a mówił jedynie o „nieprawidłowościach”, do których miało dojść przy udzielaniu kredytów i sprzedaży ich pakietów. Wszystko po to, by uniknąć pozwów cywilnych od poszkodowanych inwestorów.

„Program Synowie i Córki”

Bank na swoim sumieniu ma więcej grzechów. W 2016 r. na JPMorgan nałożono karę w wysokości 264 milionów dolarów za korupcję. Przez siedem lat, od 2006 do 2013 r., JPMorgan zatrudniał setki stażystów i pełnoetatowych pracowników – córki i synów chińskich włodarzy. Wszystko po to, by – mówiąc wprost – im się podlizać. Niewykwalifikowane dzieci dostawały posady, a ojcowie przyznawali kontrakty. Na takiej „współpracy” bank zarobił 100 mld dolarów.

Andrew. J. Ceresney, dyrektor Wydziału Egzekwowania Przepisów Komisji Papierów Wartościowych i Giełd, powiedział wprost, że bank był zaangażowany w „schemat systematycznego przekupstwa”. Co więcej, w JPMorgan byli tak pewni siebie, że stworzyli sobie arkusz do śledzenia przepływu pieniędzy od klientów, których dzieci zostały zatrudnione w banku.

Całość czytaj na:

https://www.fakt.pl/pieniadze/biznes/pis-przyznalo-20-mln-zl-dotacji-dla-banku-jpmorgan/j5g5p9e

Koniec z końcem się nie widzi, bo mamoną rządzą żydzi

Śpiewa bosy podlaski  bard Witek Muzyk Ulicy.

„Szczęśliwy naród, który ma poetę i w trudach swoich nie kroczy w milczeniu”…

Szczęśliwy NaRÓD, który ma Barda,

Bard bowiem ku Wolności Rycerzy Śpiących przebudzi…

Pamiętaj, masz Serce Wolności!

Pamiętaj, nie kupi Cię nikt.

Sława!

TAW

 

 

Dlaczego naprawdę zginął JFK?…

Uważany przez wielu za bohatera narodowego prezydent USA John F. Kennedy zginął z ręki zamachowca 22 listopada 1963 roku. Do dziś oficjalnie nie wyjaśniono okoliczności tej śmierci.

Czy JFK sam podpisał na siebie wyrok śmierci? Niektórzy historycy nie mają co do tego wątpliwości. Podejrzewają bankowców. Utrzymują, że Kennedy, wydając dekret 11110, spowodował, że System Rezerwy Federalnej Stanów Zjednoczonych, czyli centralny bank USA (FED) [to jest niepodlegający prezydentowi ani Kongresowi prywatny żydowski bank, dla zmylenia przeciwnika zwany federalnym – przyp. TAW], stał się jego śmiertelnym wrogiem.

Ma on bowiem prawo do drukowania dolarów – w dowolnej ilości i o dowolnej porze. To przynosi ogromne zyski i daje dużą władzę, a tę Kennedy chciał widzieć w rękach państwa. Miliardy dolarów zostały wydrukowane przez rząd i bez udziału FED. Pięć miesięcy później Kennedy był martwy…

Czytaj więcej na: http://facet.interia.pl/historia/news-john-kennedy-prezydent-ktory-nie-mogl-dozyc-starosci,nId,2358703

Rząd PiS doskonale zdaje sobie sprawę, że obniżanie podatków stymuluje gospodarkę. Dlaczego więc podatków nie obniża? – By mieć na 500+

<https://youtu.be/gOlosbXV1DI

Jesteś kompletnym głąbem z ekonomii? 😉 Nie przejmuj się, po tym wykładzie zrozumiesz wszystko 🙂

Sprawa jest prosta: Wszystkie rządy na świecie, w tym rząd PiS-u, doskonale zdają sobie sprawę, że obniżanie podatków stymuluje gospodarkę danego kraju oraz kreuje zamożność jego obywateli.

Dlaczego więc kolejne „polskie” rządy podatków nie obniżają?…

Gdyż byłby to ekonomiczny występek przeciwko planom ukrytego Rządu Światowego, działającego poprzez globalistów Unii Europejskiej w tajemnym zbrataniu ze wszystkimi rządami jej państw członkowskich, a więc w tajemnym zbrataniu również z rządem PiS-u.

Dodatkowy argument za wysokimi podatkami: w ten sposób PiS ma na program 500+! Tak, tak, tych pieniędzy PiS nie wyjmuje z magicznego kapelusza, lecz właśnie z płaconych przez udręczonych Polaków Słowian drakońskich (Draco) podatków…

Zapraszam do wsłuchania się w tę arcyciekawą analizę pana Konrada Daniela z Podziemnej TV.

TAW

Rating agencji towarzyskiej (towarzysze banksterzy) Standard & Poor’s wobec Polski ma taki sam status wiarygodności jak ten wobec banku Lehman Brothers tuż przed jego słynnym upadkiem w 2008 r.

Agencje ratingowe zostały stworzone po to, by banki mogły wpływać na bieżącą politykę rządów w poszczególnych krajach. Wywierają międzynarodową presję wobec państw o silnym narodowym morale, są formą ekonomiczno-polityczno-medialnego bicza na niepokorne i zbyt niezależne rządy.

Ratingi agencji towarzyskiej (towarzysze międzynarodowi banksterzy) Standard & Poor’s (S&P) mają taki sam status wiarygodności jak ten z 2008 r. wobec banku Lehman Brothers tuż przed jego słynnym upadkiem, jak ten z 2001 r. w stosunku do koncernu Enron na chwilę przed międzynarodowym skandalem z jego udziałem, czy ten w stosunku do Grecji tuż przed jej słynną niewypłacalnością.

Rating agencji Standard & Poor’s wobec Polski najzupełniej przypadkowym przypadkiem został ogłoszony kilka godzin po podpisaniu przez prezydenta Andrzeja Dudę ustawy wprowadzającej w Polsce podatek bankowy oraz po prezydenckiej zapowiedzi udzielenia konkretnej pomocy frankowiczom – i tylko dziennikarze na usługach lichwiarsko-bankowego lobby mogą uważać tę sekwencję następujących po sobie zdarzeń za czysty przypadek. Wytrawni analitycy ekonomiczni doskonale bowiem wiedzą, że jest to nic innego jak kolejny już po unijnych połajankach akt starannie rozgrywanego spektaklu wywierania międzynarodowej presji na nasz niepokorny i budzący się wreszcie z ponad ćwierćwiekowego letargu kraj.

„Od wygrania wyborów w październiku 2015 r. nowy polski rząd zainicjował różne działania legislacyjne, które naszym zdaniem osłabiają niezależność i efektywność kluczowych instytucji, jak wynika z naszej oceny instytucjonalnej” – zgrzyta zębami z wściekłości agencja towarzyska Standard & Poor’s.

To nie jest żaden przypadek, a forma presji na kraj: za wyjście naprzeciw frankowiczom oraz za powstrzymanie dalszego drenażu Polski wartego dziesiątki miliardów złotych – potwierdza ekonomista Janusz Szewczak.  Agencje ratingowe przestały być wiarygodne, wielokrotnie wystawiały dobrą ocenę instytucjom będącym w fatalnej sytuacji finansowej, ale dobrze płacącym. Poza tym pamiętamy, jak dawały najwyższą ocenę AAA bankowi Lehman Brothers, także na tydzień przed jego upadkiem – dodaje ekonomista, a niepotrzebną wrzawę wokół tego szemranego ratingu kwituje krótko: – Nie ma czym się przejmować, bo wskaźniki gospodarcze są dobre.

Tak, rok 2016 będzie (jak na standardy hiperzadłużonego kraju) ekonomicznie bardzo dobry dla Polski, a ów nieszczęsny rating – paradoksalnie – jedynie potwierdza, że nasz kraj (z mozołem, ale jednak) zaczyna wreszcie prowadzić w miarę niezależną politykę ekonomiczną, zmieniając kurs z pełnego klientelizmu wobec międzynarodowego dyktatu na dużo większy wobec niego margines niezależności (pełna niezależność ekonomiczna w obowiązującym obecnie na naszej planecie bankstersko-lichwiarskim paradygmacie nie wchodzi zupełnie w rachubę).

Nie przejmujmy się więc szemranymi międzynarodowymi ratingami, gdyż ten w wydaniu agencji towarzyskiej Standard & Poor’s wobec Polski ma taki sam status wiarygodności jak wobec banku Lehman Brothers tuż przed jego słynnym upadkiem w 2008 roku. Wiedzą o tym wszyscy w miarę rozgarnięci ekonomiści na świecie, ale jedynie naprawdę nieliczni mają cywilną odwagę, by mówić o tym publicznie.

Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że to jeszcze nie koniec międzynarodowego batożenia Polski. W przypadku Węgier Orbana ten duchowy proces moralnej weryfikacji narodu poprzez zewnętrzny ucisk trwał aż 8 miesięcy. W przypadku Polski proces ten będzie o wiele krótszy, lecz niestety nie mniej dotkliwy. Przyjaciół Węgier znamy bardzo dobrze i nie musimy ich poznawać jedynie w biedzie, choć właśnie teraz doświadczamy konkretnego ich wsparcia (skuteczna blokada przez Viktora Orbana unijnej „bomby atomowej” na Polskę).

Nieustannie łączmy się więc duchowo z naszymi braćmi Węgrami, wizualizując wraz z nimi naszą upragnioną i bardzo już bliską… Unię Polsko-Węgiersko-Rumuńską 🙂

(taw)

Tak jak prezydenci państw nie giną w zwykłych katastrofach lotniczych, tak i oligarchowie nie umierają w wyniku „drobnego zabiegu kardiologicznego”. Zwłaszcza, gdy go nie przechodzili…

przebieg-gazociagu-nord-stream

Czy najbogatszy człowiek w Polsce został zamordowany? Po śmierci Kulczyka status polskiego przemysłu chemicznego zmienia się o 180 stopni.

Media donoszą, iż Jan Kulczyk zmarł w wyniku komplikacji po „drobnym zabiegu na serce”, jakiemu poddał się w Wiedniu. Poddając się zabiegom leczniczym, miliarderzy zawsze wybierają najlepsze kliniki i najlepszych lekarzy. Jeśli więc zabieg, jakiemu poddał się Kulczyk, był rzeczywiście drobny, to prawdopodobieństwo śmierci miliardera było bliskie zeru. Czy  najbogatszy człowiek w Polsce został więc zamordowany?

Dlaczego klinika austriacka nie podała dotychczas medycznego komunikatu o przyczynie zgonu miliardera?

Kulczyk był nie tylko biznesmenem, ale także politykiem uwikłanym w rozmaite strategiczne operacje gospodarcze, które prowadził rząd Platformy Obywatelskiej. Wiadomym było, że jego śmierć wywoła spekulacje dotyczące ewentualnego jego zabójstwa przez wywiad któregoś z państw zaangażowanych w „wielką politykę”.

W podobnej sytuacji obowiązkiem każdej kliniki jest szybkie podanie medycznych przyczyn śmierci osoby takiego formatu jak Kulczyk, aby rozwiać wszelkie medialne spekulacje, wpływające na nastroje polityczne społeczeństwa.

Takie informacje dotychczas nie przedostały się do przestrzeni medialnej.

Komu mogłoby zależeć na zabiciu Kulczyka?

W posiadaniu Kulczyk Investment znajduje się 51,14% udziałów Ciech SA, jednej z największych firm chemicznych w Europie. O kontrolę nad tą spółką giełdową walczą od lat Rosjanie. Ponieważ grupa kontrolowana przez Ciech SA jest jednym z największych w Europie użytkowników rosyjskiego gazu, to przejęcie jej przez Rosjan gwarantowałoby  na długie lata odbiór gazu z Gazpromu. Kulczyk blokował taką ewentualność.

Gdyby Ciech przestał kupować rosyjski gaz, zaś zdecydowałby się na zakup skroplonego gazu z Iranu lub Emiratów Arabskich, największy rosyjski producent tego paliwa mógłby zostać doprowadzony do bankructwa. Zniesienie blokady gospodarczej Iranu zbliża się szybkimi krokami.

Chiny nie chcą współpracować z rosyjskim Gazpromem

W ostatnich dniach media donosiły o fiasku rozmów pomiędzy Rosją i Chinami w sprawie budowy gazociągów prowadzących z jamalskich złóż Gazpromu do Państwa Środka. Wstępna umowa miała obejmować zakup przez Chiny 30 mld sześciennych gazu rocznie przez 30 lat. Ratowałaby ona kondycję rosyjskiej spółki. Jej fiasko spowodowałoby to, że „być albo nie być” Gazpromu zależałoby od decyzji Kulczyka.W sytuacji patowej znalazłyby się również niemieckie koła gospodarcze, uwikłane w gazociąg Nord Stream, któremu patronował były kanclerz Niemiec, Gerhard Schroeder.

Na zerwaniu polskich kontraktów z Gazpromem straciliby również Niemcy.

Córka Kulczyka, Dominika, jest prezesem zarządu Polsko-Chińskiej rady Biznesu. Czy miliarder mógł mieć wpływ na próby zerwania negocjacji pomiędzy Rosją i Chinami? Warto dodać, że działalność Kulczyk Investment była również skoncentrowana na wspólnych przedsięwzięciach z szejkami arabskimi z Dubaju.

Wiele faktów wskazuje więc na to, że Jan Kulczyk mógł zostać zamordowany z powodu motywu politycznego.

Czy Waldemar Pawlak coś wie?

W 2014 roku Waldemar Pawlak jako prezes Fundacji Polski Kongres Gospodarczy zorganizował konferencję Invest In China 2014, której moderatorem była Dominika Kulczyk.

W 2012 roku Pawlak został nieoczekiwanie odwołany z funkcji wicepremiera i szefa PSL. Wcześniej był odpowiedzialny w rządzie Tuska za negocjacje gazowe z Rosją, które przynosiły szkody finansowe naszemu państwu. Dzięki Pawlakowi Gazprom czerpał gigantyczne zyski ze sprzedaży gazu Polsce. Powiązania Pawlaka i niektórych jego kolegów z PSL ze sprawą śmierci Kulczyka są więc nader oczywiste. Powinien natychmiast zostać przesłuchany przez kontrwywiad.

Puenta

Po śmierci Kulczyka status polskiego przemysłu chemicznego, strategicznej gałęzi europejskiej gospodarki, zmienia się o 180 stopni. To, czy Ciech zostanie wysprzedany Rosjanom, będzie zależało od spadkobierców miliardera. Jeśli tak, to na długie lata zostaniemy poddani zmasowanej infiltracji przez rosyjskie służby szpiegowskie.

Wojciech Krysztofiak

pl.blastingnews.com

Grecja powiedziała „NIE” bandytom ekonomicznym. Co Grecy powinni teraz zrobić?

grecja

Po zakończonym referendum i podliczeniu 40% głosów, aż 61,1 procent Greków powiedziało „nie” bandyckim metodom rozkradania państwa. Na „tak” było 38,9% społeczeństwa.

Trojka niszczy Grecję

Nad Grecją sprawuje albo chce sprawować kontrolę „trojka”, czyli: Komisja Europejska, Europejski Bank Centralny i Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Są to bandyckie organy, które próbują doprowadzić Grecję do całkowitego rozpadu.

Ich propozycje reform są barbarzyńskie. Są to metody, które od lat narzuca MFW, czyli ciąć wydatki, ciąć koszty, zmniejszać emerytury, zablokować wzrost płac, podnosić podatki.

Jakie społeczeństwo to wytrzyma?

Przecież te metody powodują całkowite wygasanie popytu na produkty. Po ich wdrożeniu posypie się fala bankructw i wzrost bezrobocia. Przekupni dziennikarze i ekonomiści powiedzą, że winna jest znowu Grecja. Nikt nie wskaże palcem na „trojkę”.

Jak można „pomagać” Grecji poprzez odcięcie pieniądza z gospodarki?

Skąd ludzie wezmą pieniądze na zakup produktów, skoro obniża się im płace?

To jest droga do bankructwa Grecji!

Wystarczy popatrzeć na Ukrainę. Na program, który narzuciło im MFW. Jest on od lat niezmienny, czyli ciąć wydatki, podnosić podatki, niszczyć i upadlać społeczeństwo.

To jest bandytyzm ekonomiczny.

Te same metody wprowadzali rękami Balcerowicza amerykańscy wysłannicy: Sachs, Lipton, Soros. Skończyło się wielką tragedią społeczną powiązaną z okradaniem państwa – aferą FOZZ.

Jedyna droga Grecji

Grecja uczyniła bardzo dobry krok. Kierunek jest znakomity, tylko czy ich stać na dalsze kroki? Bardzo wątpię w to. Obawiam się, że Grecy nie mają wiedzy, a wygrywa tam populizm i zwykła złość społeczeństwa.

Mimo wszystko spróbujmy dokonać analizy dalszych możliwości Grecji do powrócenia na ścieżkę dobrobytu.

Należy wykorzystać bunt społeczny i całkowicie wyjść z Unii Walutowej. Należy powiedzieć „bye, bye” euro. Ogłosić bankructwo i negocjować redukcję zadłużenia do minimum 50%. To są realne cyfry, które można wydusić od wierzycieli.

Lepiej, aby „coś” odzyskali, niż piękne „nic”. Ogłoszenie bankructwa nie przyniesie żadnych negatywnych efektów, ponieważ ten kraj od dawna jest bankrutem.

Jak najszybciej Grecy muszą wdrożyć drachmę i własny, niezależny ośrodek analityczny. Jego zadaniem będzie mierzyć wskaźniki ekonomiczne, jak inflacje, podaż pieniądza i inne. Obecna analityka gospodarcza narzucona przez system finansjery jest mocno zafałszowana i nie odzwierciedla prawdziwych mechanizmów gospodarczych.

Następnie muszą zasilić gospodarkę pieniędzmi. Tam jest aż sucho od braku środka pieniężnego. W pierwszej kolejności należy ratować biznes i uruchomić przedsiębiorczość, czyli udzielać bezprocentowych pożyczek z instytucji państwowych.

Należy utworzyć coś w rodzaju NIDPI – Narodowa Instytucja Druku Pieniądza i Inwestycji.

Innymi słowy Grecy muszą zbudować od nowa cztery podstawowe filary, połączone w jeden system:

  • NIDPI – centrum;
  • GSM – Grecki System Monetarny w postaci niezależnej drachmy;
  • GSB – Grecki System Bankowy – należy zbudować punkty NIDPI w całym kraju i udzielać bezprocentowe pożyczki przedsiębiorcom. To biznes uruchomi procesy odbudowujące dobrobyt w kraju;
  • GSA – Grecki System Analityczny – analityka makro ekonomiczna gospodarki.

Kiedy już system NIDPI będzie działał, należy zmniejszyć do minimum podatki dla firm i społeczeństwa, a podnieść podatki dla korporacji i banków. To są podstawy, które już Grecja teraz musi wdrożyć. Nie mają nic kompletnie do stracenia. Zostali rozłożeni na łopatki i tylko nagły atak wydobędzie ich z całkowitego rozbioru kraju.

Jeżeli nie wdrożą takiego planu, to społeczeństwo będzie coraz biedniejsze. Rząd właśnie ogłosił, że został zmuszony okraść pieniądze z kont bankowych. „Trojka” nakazała narzucić podatek od depozytów bankowych.

Do takich rozwiązań zmuszają wysłannicy „trojki”.

To jest bandytyzm, a nie pomoc.

Co Grecy powinni zrobić z Unią Europejską?

Całość czytaj na:

http://biznes.robertbrzoza.pl/banki/grecja-powiedziala-nie-bandytom-ekonomicznym/

 ekonomia

Robert Brzoza

P.S. Jesteś gotowy na kryzys? Dobrze zabezpieczyłeś pieniądze? Co zrobić z kredytem frankowym? Zrobimy analizę Twoich inwestycji:

MonitorowanieRynku.pl

 

Banki w Polsce z pełną premedytacją przygotowały oszustwo na wielką skalę – Janusz Szewczak

banksters

Zagraniczni bankierzy w prywatnych rozmowach przyznają , że absolutnie nie są w stanie zrozumieć, jak można dać się tak rżnąć, jak Polacy – przy pełnej akceptacji najwyższych czynników państwowych: od premiera, prezydenta, po urzędy skarbowe – mówi Janusz Szewczak, główny ekonomista SKOK, w rozmowie z miesięcznikiem „WPIS – Wiara, Patriotyzm i Sztuka”.

Leszek Sosnowski: Dyskusja o tzw. frankowiczach, gwałtownie nasilona w czasie kampanii wyborczej spowodowała, że decyzja o repolonizacji przynajmniej niektórych banków wisi w powietrzu. W mediach prorządowych, a także w TVP, sprawę oczywiście przedstawia się tak, jakby państwo (czyli podatnicy) musiało w przypadku przewalutowania dopłacić frankowiczom jakieś 40-50 miliardów, bo tyle te banki zarobiły tylko i wyłącznie na różnicach kursowych.

Janusz Szewczak: – Świadoma manipulacja, świadome wprowadzanie w błąd. To tylko banki wymyśliły sobie, że w razie czego poratuje się frankowiczów z publicznych pieniędzy; Związek Banków Polskich złożył tego rodzaju propozycję. Zarówno prezydent elekt Andrzej Duda, jak i Jarosław Kaczyński, powiedzieli wyraźnie: żadnych publicznych pieniędzy nie można tu wydawać.

Inaczej mówiąc, chodzi o to, żeby banki zwróciły ze swoich środków to, co w niezbyt uczciwy sposób, a może nawet niezbyt zgodnie z prawem zarobiły?

– Jak najbardziej. Mało tego, stawiam tezę, co potwierdza wielu wybitnych specjalistów z zakresu prawa finansowego, jak profesor Witold Modzelewski, iż zyski te były nie tylko niesprawiedliwe, ale też niezgodne z obowiązującymi wówczas w Polsce przepisami prawa. Przede wszystkim nie były to tylko tzw. kredyty frankowe, bowiem kredytobiorcy ani nie dostali nigdy franków do ręki, ani nikt nie przelał na ich konta szwajcarskiej waluty. Kredyty te były jedynie indeksowane i denominowane. Po drugie, i to jest zasadnicza wątpliwość prawna, czy w ogóle były kredytami? Kredyt to jest postawienie do dyspozycji klienta określonej kwoty pieniędzy z określoną wielkością odsetek, spłacalnej w określonym terminie. Tzw. kredyty frankowe były pewnego rodzaju opcjami spekulacyjnymi, toksycznymi opcjami walutowymi. Ludzie, którzy je wzięli, wciąż przecież nie wiedzą, ile jeszcze będą musieli oddać bankom, choć zobowiązania spłacają już siedem, osiem lat…

Gdyby im ktoś od razu wyraźnie powiedział, że być może za parę lat będą musieli płacić za franka cztery złote, nawet jeden chętny by się nie znalazł.

– Równie dobrze może się niebawem okazać, że kurs wyniesie nie cztery, tylko np. sześć albo osiem złotych; tu wszystko jest absolutnie otwarte – i to jest druga wątpliwość prawna. Wreszcie jest kwestia trzecia, którą nazwałbym uwięzieniem tych ludzi w spłacanych przez nich mieszkaniach, bo właściwie nie mogą się ich wyzbyć, sprzedać, przenieść się – nic. Mieszkanie może zmienić właściciela tylko na rzecz banku. Ludzie ci są w nich tam do momentu, aż ich wyrzucą, jeśli nie będą w stanie spłacać dalej tej lichwy. Czegoś takiego nigdzie nie ma, jest to forma wyzysku, autentycznego wyzysku.

janusz szewczak
Janusz Szewczak, główny ekonomista SKOK

Niektórzy „mędrcy” z całą bezwzględnością komentują jednak tę sytuację stwierdzeniem: „widziały gały, co brały”. Ale to przecież nieprawda, bo jednak nie widziały.

– Nie tylko te gały w dużej mierze nie widziały, co brały, ale – można niestety powiedzieć – „wiedziały (tamte) gały, co dawały”. To była misternie skonstruowana pułapka, która w moim przekonaniu ma bardzo rozgałęzione macki w polskim systemie władzy, polityki, w sposobie zarządzania centralnymi instytucjami finansowymi w Polsce. Otóż w latach 2005-2008 nagminna była sytuacja, że rodzina, która zgłaszała się do banku po kredyt na mieszkanie w złotych polskich, otrzymywała informacje, że nie posiada zdolności kredytowej, ponieważ nie może utrzymać się przez miesiąc za trzy tysiące złotych w dużym mieście i jeszcze płacić regularnie ratę kredytową. Ta sama rodzina u tego samego doradcy dowiadywała się jednak, że może utrzymać się za trzy tysiące złotych i spłacać kredyt, ale pod warunkiem, że weźmie kredyt walutowy. Wtedy będzie miała zdolność kredytową. Ponadto stawiam tezę – na razie jako jedyny w Polsce – że mogło dojść w tamtych latach do manipulowania stawką WIBOR – Warsaw Interbank Offered Rate. WIBOR jest podstawą wyznaczania oprocentowania dla większości kredytów udzielanych przez polskie banki, w tym dla rodzin i mniejszych przedsiębiorstw. Otóż, proszę sobie wyobrazić, że ten WIBOR przez lata, do bodajże 2013 r. ustalali w Polsce tylko przedstawiciele banków.

Łącznie z Narodowym Bankiem Polskim i Komisją Nadzoru Finansowego?

– Ależ skąd, to były banki komercyjne. Spotykało się 16 bankierów i przedstawiali tzw. kwotowania, czyli cenę, po jakiej banki pożyczają sobie wzajemnie pieniądze, a więc tak naprawdę cenę pieniądza, czyli wysokość oprocentowania dla kredytów złotowych.

Czyli mogli ustalać stawkę WIBOR po prostu z kapelusza?

– Oczywiście. Niedawno była wielka afera w Londynie w sprawie podobnych manipulacji (LIBOR). Tam udowodniono winę, zapadły wyroki, płacone są dziesiątki miliardów odszkodowań. Płacą znane banki, np. HSBC, UBS itd.

Płacą, bo mają z czego. Nie zwrócili się po pieniądze do podatników.

– Mają z czego, u nas też mają, ale to jest oczywiście kwestia do udowodnienia; dwa lata temu zwróciliśmy się z senatorem Grzegorzem Biereckim do szefa Komisji Nadzoru Finansowego z prośbą, żeby zbadał, czy nie mogło dojść do manipulacji stawką WIBOR. Otrzymaliśmy wówczas odpowiedź zarówno z NIK-u, bo i do NIK-u była taka interpelacja, i z KNF-u, że od tej pory NBP zajmie się już tym tematem i będzie nadzorował ustalanie stawki WIBOR wspólnie z KNF, że będą uważniej się temu przyglądać – taka była odpowiedź w tej sprawie.

I na tym koniec? Nie było odpowiedzi odnośnie do tego, co działo się wcześniej?

– W tej kwestii odpowiedzi nie było. To wymagałoby poważnej kontroli, czyli postąpienia tak, jak wszystkie instytucje nadzorcze w Londynie i Nowym Jorku, które zbadały dokładnie fałszerstwo stopą LIBOR, w wyniku czego okazało się, że manipulowano tam cenami kredytu na gigantyczną skalę. Polska Komisja Nadzoru Finansowego tak naprawdę tylko wobec małych coś może. Wobec dużych – niewiele. U nas zresztą nie chodzi wyłącznie o kredyty frankowe; są i inne instrumenty finansowe, które, moim zdaniem, są absolutnie bezprawne i oszukańcze, a które banki na wielką skalę stosowały i nadal stosują, np. polisolokaty.

Wyjaśnijmy może, co to są owe polisolokaty, bo nie każdy jeszcze dał się na nie nabrać, nie każdy więc wie, co znaczy to słowo.

– Sprzedawało się akcje jakiejś firmy z jakiegokolwiek rejonu świata, obiecując, sugerując, że za 10 lat dużo się na tych akcjach zarobi. Każdy mógł oczywiście wcześniej zrezygnować z tego instrumentu finansowego, z tej polisolokaty, ale – uwaga! – tzw. opłata likwidacyjna sięgała nawet 90 proc.!

Ależ to nie jest instrument finansowy, lecz złodziejstwo.

– Otóż to. Okazuje się, że aktuariusze, czyli tacy fachowcy, którzy uprzednio sporządzali dla banków pewne opinie, obliczali stopień ich ryzyka, zeznają w procesach, iż firmy ubezpieczeniowe, banki, instytucje finansowe, które tego typu produkt sprzedawały, miały pełną świadomość, że 70-80 proc. ludzi nie wytrzyma i wcześniej zerwie swoją umowę, na czym straci prawie wszystkie swoje pieniądze. Świadczy to, że z pełną premedytacją przygotowane oszustwo na wielką skalę. Jak w przypadku kredytów bankowych sprawa dotyczy mniej więcej 500 tysięcy ludzi plus rodziny, czyli około półtora miliona osób, tak w przypadku polisolokat sprawa dotyczy czterech do pięciu milionów Polaków, w sumie na kwotę ok. 50 miliardów złotych. Też miałem propozycję takiej polisolokaty, wykupiłem ją, a po dwóch miesiącach już się zorientowałem…

…przepraszam, ale jak Ciebie nabrali, to co dopiero zwykłego klienta bankowego!

– Po dwóch miesiącach zorientowałem się, że to jest oszustwo. Poprosiłem o zwrot i dostałem z powrotem 10 procent. Na szczęście to, co ja zainwestowałem, to była mała kwota, bo też był to rodzaj ćwiczenia, by zbadać, o co chodzi w tym całym przedsięwzięciu.

Ale teraz wyobraźmy sobie, że zachęcony intensywną reklamą idzie do banku lub do jakiegoś pośrednika starszy człowiek, który pełen nadziei pakuje w polisolokatę oszczędności całego życia… Skala tego procederu w Polsce, jak mówiłem, jest olbrzymia, to cztery do pięciu milionów osób. Pokrzywdzeni założyli stowarzyszenie pod nazwą „Przywiązani do polisolokat”, skierowali zawiadomienie do prokuratora generalnego przeciwko Komisji Nadzoru Finansowego, że dopuszcza i toleruje rabowanie tych ludzi. Sprawę umorzono.

Bo pewnie to oszustwo, jak i wiele innych tego typu, dokonuje się w majestacie polskiego prawa.

– Twierdzę, że w Polsce rządzą duże grupy finansowe i duże koncerny zagraniczne, które traktują osoby zarządzające tym teoretycznym państwem jako marionetki, co np. wyszło na jaw, kiedy pani premier potajemnie posłała list do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu, gdzie toczy się sprawa z powództwa rządu węgierskiego, o uznanie kredytów walutowych za opcje spekulacyjne, za toksyczne instrumenty finansowe, które miały być wyłącznie spekulacyjną pułapką. A polski rząd napisał list, żeby Trybunał jednak się zastanowił, bo wyrok skazujący mógłby grozić wielu bankom w Polsce poważnymi stratami.

Innymi słowy rząd zadział przeciwko polskim obywatelom i polskim firmom. Ale właściwie dlaczego akurat w tym przypadku miałoby być inaczej niż zawsze… Wróćmy jeszcze do kredytów frankowych. Jak coś zostało zarobione nieuczciwie, trzeba oddać. To jest poza dyskusją. Dlatego niektóre banki podobno wyprowadzają się z Polski.

– To jest zastanawiające, dlaczego przy takich komfortowych warunkach, przy jednej z najlepszych zyskowności banków w całej Europie, sporo z nich nagle wychodzi z Polski. Do sprzedania jest np. Raiffeisen, zaczęto sprzedaż Alior Banku, zamyka działalność w Polsce Royal Bank od Scotland (RBS), nie wyklucza się, że Deutsche Bank również się od nas wyniesie. O tym się nie mówi, ale Millennium też będzie całkowicie sprzedany, już uruchomiono przyspieszoną sprzedaż 15 proc. tego banku. Czy banki – nie tylko tu wymienione – liczą się z tym, że przyjdzie nowa władza, która zdaje sobie sprawę, jak Polacy są grabieni i zastopuje tę grabież?

Kto jak kto, ale bankier sprzedaje chyba po to, żeby zarobić, a nie ratować się przed niechęcią władzy?

– Zgadza się, chodzi zatem o to, żeby mieć podwójny zysk: zarobić na sprzedaży banku i zarazem uniknąć kary finansowej ze strony państwa. Pytanie, czy banki nie liczą na to, że  za duże pieniądze kupi je w całości lub częściowo Skarb Państwa? Czyli, że my, Polacy, zapłacimy naszymi podatkowymi pieniędzmi wielokrotnie więcej za coś, co kilka lub kilkanaście lat temu tanio sprzedaliśmy i jeszcze po drodze doinwestowaliśmy?

Nie używałbym sformułowania, że to „my sprzedaliśmy”, bo ani ja, ani Ty, ani nasi Czytelnicy, ani miliony innych Polaków nie brało w tym udziału. Sprzedawali określeni ludzie, rządowi menadżerowie. Sprzedawali bardzo tanio, a teraz ich koledzy lub następcy odkupywać będą za duże pieniądze?

– Dokładnie tak to może wyglądać. Najnowszy przykład – spółka Skarbu Państwa, jaką jest PZU, kupiła właśnie 25 proc. udziałów Alior Banku za 1,6 mld złotych; wcześniej na powstanie tego banku wyłożono 400 milionów euro, czyli po przeliczeniu właśnie 1,6 mld zł. Alior Bank bierze zatem tyle, ile włożył w cały bank, ale Skarb Państwa nie bierze całości, bankowi zostaje bowiem aż 75 proc. Wcześniej, w październiku ub. roku, podobnej operacji dokonała inna spółka Skarbu Państwa – PKO BP, która przejęła szwedzki Nordea Bank. Ten miał w puli swych kredytów aż 90 proc. kredytów frankowych; można szacować, że jest to kwota 17-18 miliardów złotych. PKO BP nie wziął Nordei za darmo. Zapłacił prawie 3 miliardy, a kupił potencjalnie olbrzymi kłopot – trzeba się bowiem liczyć z mniejszą lub większą denominacją kredytów frankowych i zwrotem pieniędzy frankowiczom.

Frankowiczom zwracać (prawdopodobnie) będzie zatem już nie Nordea, ale PKO BP. A wtedy okaże się, że koszt przejęcia szwedzkiego banku wyniesie de facto wydane już prawie 3 mld zł na zakup akcji plus ileś tam miliardów zwracanych jako następca prawny z powodu manipulacyjnych kredytów. Jeśli tak ma wyglądać repolonizacja banków, to szykuje się następna manipulacja polegająca na tym, że najpierw wpompuje się pieniądze Skarbu Państwa w niektóre banki drogą zakupu ich udziałów i to po bardzo wysokich cenach, a potem instytucje te „poratują” frankowiczów. Ale będą ich ratować de facto nie swoimi zyskami, tylko pieniędzmi publicznymi.

– Oczywiście idea repolonizacji jest ze wszech miar słuszna. Przypomnijmy, że w Polsce udział banków zagranicznych w całym sektorze bankowym wynosi prawie 70 proc. W większości krajów Unii Europejskiej jest to wartość od 8 do 25 proc. Jeśli zaś nie ma się własnej struktury bankowej, nie ma się też żadnego wpływu na gospodarkę, na jej realne narzędzia itd. Trzeba więc mieć własne banki, ale nie można kupować czegoś na kształt wydmuszki – niby jajko, ale w środku puste lub zgniłe.

Ludzie zastanawiają się zwykle, na czym te banki w Polsce tak dużo zarabiają? Według mego rozeznania przede wszystkim na setkach albo i tysiącach różnych opłat.

– Zarabiają na wszystkim, ale faktem jest, że w Polsce mamy jedne z najwyższych bankowych marż, opłat i prowizji w Europie. Bogatsi od nas Niemcy, Włosi czy Francuzi płacą niższe koszty podstawowych usług i opłat bankowych niż my.

Czy to jest jakaś zmowa banków, że żaden z nich nie chce zejść z tych opłat choćby po to, aby stać się bardziej konkurencyjnym?

– Żeby wymusić taki ruch, musiałaby być tym zainteresowana władza publiczna, polski rząd –patriotyczny, zdroworozsądkowy. Mógłby zrobić prostą rzecz – stworzyć własny, nowy bank, który wprowadzi mocno konkurencyjne warunki.

Nie byłoby to lepsze niż repolonizacja?

– Na pewno prostsze, dające natychmiastowe efekty i nie tak kosztowne. Zresztą państwo ma większościowe udziały w PKO BP i można by tam uruchomić od zaraz takie warunki kredytowe, opłatowe, licencyjne, leasingowe, ubezpieczeniowe itd., które zmusiłyby zagraniczne banki w naszym kraju do natychmiastowej, radykalnej zmiany ich polityki wobec polskiego społeczeństwa.

Albo do sprzedania tanio swoich akcji, tak jak kiedyś tanio je kupili.

– No więc właśnie, środki nacisku są, nie ma tylko kto ich wykorzystać. Śmieszne i bezczelne zarazem jest straszenie Polaków, które uskutecznia pan Petru inspirowany przez pana Balcerowicza, że nie można narzucić bankom żadnego ekstra podatku, nie wolno zaostrzać kursu wobec nich, bo odbije się to na klientach, gdyż banki jakoby natychmiast podniosą opłaty i my wszyscy poniesiemy koszty ich operacji.

Jak podniosą opłaty, to stworzy im się konkurencję i do widzenia panowie!

– No więc, odpowiedź jest prosta. To świetnie, niech tylko to zrobią – natychmiast wyrośnie im konkurencja. Nawet tutejsi zagraniczni bankierzy w prywatnych rozmowach przyznają – sam spotkałem się z takimi opiniami – że absolutnie nie są w stanie zrozumieć, jak można dać się tak rżnąc jak Polacy? Przy pełnej akceptacji najwyższych czynników państwowych: od premiera, prezydenta, po urzędy skarbowe.

Załóżmy, że mamy już polskie banki; są to raczej banki państwowe?

– Niekoniecznie, to mogą być banki branżowe, sektorowe, np. firmy ubezpieczeniowe zakładają własny bank, eksportowe tworzą export-import bank, powstaje bank pocztowy itp. To mogą być również banki z publicznym udziałem, np. samorządowym – przecież dzisiaj samorządy polskie trzymają swoje konta w bankach zagranicznych, na tym polu tylko PKO BP z nimi trochę konkuruje.

To byłaby lepsza forma niż bank czysto państwowy?

– Zdecydowanie tak. Uważam, że powinien istnieć bank – zresztą jestem autorem takiego pomysłu – ZUS-owski. Jeszcze ciągle polski Zakład Ubezpieczeń Społecznych powinien zostać zamieniony na Państwowy Bank Emerytalny, czyli strukturę bankową działającą komercyjnie, będącą własnością państwa i zarabiającą dla nas pieniądze, dla polskich emerytów. Gdyby ZUS przekształcić w Państwowy Bank Emerytalny, mógłby nasze składki inwestować w odkupywanie majątku narodowego, niegdyś tanio i głupio sprzedanego. Stopniowo moglibyśmy zamieniać nasze płacone co miesiąc składki na realną wartość majątku – pracowałoby to realnie na przyszłe emerytury. Byłaby to instytucja, która zarabia i jest oparta na składnikach majątku narodowego.

Czyli w Polsce nie należy szukać nieustannie inwestorów z zagranicy i cieszyć się, że byle Koreańczyk czy Chińczyk wejdzie do nas z paroma milionami, bo może korzystać z państwowych dopłat i potężnych ulg w specjalnych strefach ekonomicznych, lecz samemu trzeba stać się inwestorem i to nie tylko w kraju, ale może właśnie w Chinach na przykład?

– Tak jest. Dlaczego w Polsce wpakowano do ZUS-u ponad 130 mld z OFE, a nie utworzono na tej bazie np. banku komercyjnego? Państwowego, ale komercyjnego.

Co robią banki zagraniczne w Polsce z zarabianymi rok w rok pieniędzmi?

– W zdecydowanej większości transferują je do swoich centrów zagranicznych pod postacią dywidendy, ale nie tylko. Te zarabiane w Polsce pieniądze idą np. na to, żeby klienci holenderscy, niemieccy, włoscy czy francuscy mogli swobodnie i tanio pożyczać pieniądze w swoim banku, rozwijać się, inwestować, pobudzać konsumpcję. Tu się drenuje, a tam się dofinansowuje.

Repolonizacja zatem jest potrzebna, ale absolutnie musi być realizowana przez ludzi uczciwych, wiarygodnych i o zdecydowanym propolskim myśleniu, broń Boże nie takich, którzy mają za sobą doświadczenia we wcześniejszych procesach prywatyzacyjnych.

Jest to tylko cześć rozmowy. Całość można znaleźć w miesięczniku „WPIS – Wiara, Patriotyzm i Sztuka” (nr 6/2015).

Ruch-Obywatelski.com