Fałszerstwo się dokonało. Albo w Exit Polls, albo w lokalach wyborczych

dziadki

Po wieczornej konferencji prasowej członków PKW wiadomo już, że nie żyjemy w normalnej demokracji. Jeszcze wczoraj można było pisać o potrzebie natychmiastowej reanimacji, dziś pacjentka trafiła do kostnicy i tylko cud może ją jeszcze ożywić.

Wpakowała ją tam, rzecz jasna, nie tylko PKW, ale i władza, która nadal woli rżnąć głupa niż wziąć odpowiedzialność za kształt polskiej demokracji i kondycję państwa. Brak wyników procentowych poszczególnych komitetów wyborczych, brak podania do wiadomości publicznej zestawienia poparcia dla poszczególnych partii to dowód skrajnej bezczelności już nie tylko „leśnych dziadków”, ale i wszelkich organów państwowych. To gest Kozakiewicza pokazany polskiemu społeczeństwu. PKW tłumaczyła dziś, że nie może podać procentowych wyników, bo to „ogrom liczenia”. Kiedy kilku dziennikarzom udało się przebić przez narrację np. człowieka z Radia Zet, który w pierwszym pytaniu na konferencji chciał dowiedzieć się, jaki był przebieg… „zajść w PKW”, nagle… podano procentowe wyniki. Nagle „ogrom liczenia” udało się opanować w pół godziny! Ktoś najwyraźniej uznał, że to jednak „przegięcie” – informować wyłącznie o największej liczbie mandatów dla PO, a nie podać tej najprostszej wiadomości, że wybory wygrało PiS. Tak wyglądają demokratyczne standardy w III RP.

Okazało się, że wyniki badań exit polls nijak nie odpowiadają (po raz pierwszy w historii!) ostatecznemu rozkładowi mandatów w samorządach: 179 dla PO, 169 dla PiS, 159 dla PSL, 28 – dla SLD. Wniosek jest prosty – albo Polacy wprowadzali ankieterów w błąd, albo wyniki wyborów zostały sfałszowane. Politologom, którzy wciąż, jak nawiedzeni, próbują nas przekonać, że ludzie najpierw oddawali głosy nieważne, zaznaczając krzyżyki na kilku listach, a potem mówili ankieterom „Głosowałem na PiS”, radzę ochłonąć. Dlaczego bowiem głosujący na PSL podawali ankieterom informacje prawdziwe? Skąd taki „przepływ” głosów z PiS (wobec exit polls – strata ok. 4 proc.) na PSL (wobec exit polls – zysk ok. 7 proc.)? Wyborcy PiS nie wiedzieli, na kogo w istocie zagłosowali? Kto to kupi?

Przypomniałem już dziś na Twitterze, że po wprowadzeniu w 1981 roku w Polsce stanu wojennego wielu przyzwoitych ludzi porzuciło PZPR, nie chcąc przykładać ręki do Jaruzelskiego szamba. Czy dziś znajdą się tacy w szeregach PO i PSL? Bo że mamy w kraju dziennikarzy stricte reżimowych, którzy nawet na widok egzekucji ulicznych będą dowodzić, iż to wina wiatru, który zniósł kule zawodników trenujących na strzelnicy, to już wiemy. Pisałem też niedawno, z ciężkim sercem, o sprostytuowaniu się części dziennikarzy z kilku stacji telewizyjnych i tytułów prasowych. Dziś mam ochotę zacytować jedną z popularnych kiedyś wśród młodzieży hip-hopowych piosenek, z refrenem „Hip, hip, k… przez duże K!”. To dziś już hymn części mainstreamowych politruków.

Z ostatniej chwili: Jacek Żakowski w TVN24 właśnie stwierdził, że „okrzyki, iż wybory trzeba powtórzyć, bo zostały sfałszowane, to jest Białoruś!”. A gdy poprawiono go, że tak krzyczeć na Białorusi nie można, bo się za to idzie siedzieć, funkcjonariusz propagandy odparł: „Ale mi chodzi o to, co było wcześniej. To jest rusko-białoruska tradycja!”. Czyli – w Związku Radzieckim krzyczano o fałszowaniu wyborów. Niech mi ktoś z Państwa wytłumaczy – jak można z tak otumanionym nienawiścią człowiekiem, plotącym takie bzdury, jeszcze o czymkolwiek rozmawiać?

Reklamy

Ten film robi furorę w internecie. „Skończyły się żarty!” — Kowal „masakruje” wymiar sprawiedliwości ws. wyborów! [WIDEO]

kowal

Mnie mało interesuje, kto podał się do dymisji. To kwestia całego systemu wyborów, skumulowało się wiele rzeczy. Zapisałem na kartce 10 rzeczy, które zapisałbym, gdybym obserwował te wybory w każdym innym kraju. W oczywisty sposób powodują one, że dymisja jest aktem sprawiedliwości, ale niczego nie załatwia mówił Paweł Kowal na antenie tvn24, komentując skandale związane z nieprawidłowościami wokół wyborów samorządowych.

Polityk Polski Razem wyliczał nieprawidłowości, na które zwróciłby uwagę, gdyby był w Polsce obserwatorem głosowania do samorządów.

Mamy dziś taką sytuację: nie pierwszy raz w wyborach – bo to już stwierdzał Sąd Najwyższy – niektórych partiach nie było na listach. W niektórych okręgach, ale nikt nigdy nie badał skali tego procederu. Tym razem sądy powinny zbadać wszystkie karty, bo inaczej nie wiemy… Pan się zgadza na sytuację, że partię są dowolnie niewydrukowane?

— irytował się Kowal.

Były wiceminister spraw zagranicznych zwracał też uwagę na protesty wyborcze, które sąd musi wziąć pod uwagę.

Żarty się skończyły! Ordynacja wyborcza określa dokładnie, jak ma wyglądać karta. To kompromitacja wymiaru sprawiedliwości – zwróćcie uwagę na paragraf 40. Pokażcie go ludziom, co jest napisane: oni zrobili źle kartę wyborczą! Kolejna sprawa – kwestia frekwencji, trzeba to zbadać. Są zwyżki. Praca w niepełnych składach komisji. To jest niemożliwe, by się dzielić głosami, by każdy sam liczył. Głosy powinny być liczone wspólnie, a nie indywidualnie. Przerywanie pracy, nie wiadomo gdzie przechowywane głosy. Kolejna sprawa – jeśli politycy mają się nie wypowiadać ostatecznie, i nie mówimy o fałszerstwach, to dlaczego szefowie trybunałów wydają oświadczenie, w którym oświadczają, że nie ma powodów, ze nie ma nic nieuczciwego, skoro nie mają dostępu do kart?! Oni wpływają na opinie sądów, które mają to zatwierdzić lub nie

— wyliczał Kowal.

Zwracał też uwagę na długość liczenia głosów.

Zawaliła tutaj władza sądownicza. Nie raz obserwowaliśmy wybory za granicą – jeżeli gdzieś wybory nie są policzone przez tydzień, to budzi to niepokój obserwatorów. Nie tylko dlatego, że były sfałszowane, ale że praca komisji była przerywana. Trzeba to sprawdzić, jak komisje przerywały prace

— przekonywał.

I puentował:

Nie może być dulszczyzny – że boimy się, by o nas źle nie pomyśleli. (…) Za granicą, gdzie sprawdzałbym głosy, to bym to powiedział, dlaczego mam w Polsce tego nie mówić?

ZOBACZ WIDEO:

wPolityce.pl

 

Frustracja obecnej władzy jest zrozumiała. Trzeba by udawać głuchego i ślepego, żeby klaskać polskiej „demokracji”

 

Jak to państwo działa widoczne jest gołym okiem. Nieudolność goni fuszerki, amatorszczyzna i bezradność przeradzają się w ślepy odwet przy użyciu przemocy. Na tej zasadzie od długiego czasu działają wszystkie agendy państwowe. Mające rzekomo dbać o porządek i bezpieczeństwo obywateli, gwarantować przestrzeganie prawa. Zamiast tego same świadomie łamią prawo. Prokuratura, służby specjalne, policja.

Zjawisko to nasiliło się za rządów Platformy.  A swoje apogeum osiągnęło, gdy na jedną z najważniejszych osób w państwie wyrósł człowiek od ponad lat 20 związany z tajnymi służbami, Bartłomiej Sienkiewicz. To pod jego kierownictwem zdarzyło się, podajże po raz pierwszy od słynnych wydarzeń marcowych z 1968 roku, aby policja i tajne służby wkroczyły na teren uniwersytetu. Po blisko 25 latach wolności przeżyliśmy to samo rozwydrzenie tajnych służb w obronie dawnego rzezimieszka komunistycznego Zygmunta Baumana. Ten pozornie potężny szef MSW nie potrafił obronić nawet samego siebie przed nielegalnymi podsłuchami.

Wściekłość stępiła mu do tego stopnia rozum i instynkt samozachowawczy, że nasłał zbirów z ABW, aby przemocą odebrali dziennikarzom nagrania świadczące o daleko posuniętej degeneracji polskich elit związanych z władzą. Teraz jego linię realizują ci, którzy po nim pozostali i którzy przyszli na jego miejsce.

Sienkiewicza nie ma, ale bezprawie obowiązuje. Wielu komentatorów działania policji wobec dziennikarzy, którzy rejestrowali na użytek opinii publicznej okupację sali konferencyjnej PKW, porównują do sposobu postępowania znienawidzonej milicji obywatelskiej w czasach PRL-u. Prezydent Bronisław Komorowski od kilku miesięcy przy każdej okazji podkreśla wielkie osiągnięcia polskiej wolności po 25 latach od jej uzyskania. Trzeba by udawać głuchego i ślepego, żeby móc  przyklasnąć zachwytom prezydenta nad polską demokracją. Wybitnym dowodem tych wolnościowych praktyk w państwie prawa jest zatrzymanie dziennikarzy w czasie ich zawodowych i społecznych obowiązków. Polska przestaje być europejskim krajem, kiedy gwałci wolność mediów. A Kopacz uważa, że tracimy europejskość nie zgadzając się na ideologię gender. Dziś jest znowu jak w dawnych, PRL-owskich czasach policja ma uprawnienia do wysuwania oskarżeń bezpośrednio do sądu i karać w trybie przyspieszonym, jak się kiedyś mówiło „z bomby”. W ten sposób, będąc stroną w konfliktach np. z dziennikarzem może nawciskać w oskarżeniu co chce. Staje się niepodważalną prokuraturą.  Gdzie my jesteśmy? Jak media mają pełnić swą rolę kontrolna wobec władzy.

Byłem przekonany, że zatrzymanie dwójki dziennikarzy przez policję było przypadkowe i nastąpiło w wyniku tumultu i chaosu jaki miał miejsce po wkroczeniu do budynku PKW sił policyjnych. Zdawało mi się, że kiedy tylko policja ustali, że ma do czynienia z dziennikarzami, przeprosi ich i natychmiast wypuści. Teraz już wiem, jak wielka była moja naiwność. Zrozumiałem, że tak jak kiedyś mówiło się, że MSW jest zbrojnym ramieniem partii, to dziś wystarczy do ostatniego słowa dopisać tylko rządzącej. A reszta pozostaje bez zmian.

Jerzy Jachowicz

24.10.2008 WARSZAWA JERZY JACHOWICZ DZIENNIKARZ PISARZFot. Marcin Lobaczewski

 

SDP.pl