Odwieczny brak kasy w polskim skarbcu? Polska może żądać od Niemców 850 mld dolarów odszkodowania. Który „polski” rząd odważy się podjąć ten temat?

odszkodowania

Polska nigdy skutecznie nie zrzekła się odszkodowań od Niemiec za II wojnę światową. To aż 850 mld dolarów, na dodatek liczone bez uwzględnienia strat ludzkich. Sensacyjne ustalenia śledztwa tygodnika „wSieci”.

Niemal równo 75 lat po kapitulacji Warszawy dr Grzegorz Kostrzewa-Zorbas pisze o wynikach swojego śledztwa, które prowadził przez ponad rok. Publicysta wskazuje na szokujące informacje dotyczące reparacji wojennych za II wojnę światową.

Łączną wartość strat materialnych, które poniosła Polska z powodu polityki niemieckiej III Rzeszy, oszacowano na 258 mld zł z sierpnia 1939 r. – równowartość 49 mld ówczesnych dolarów amerykańskich. Według Zarządu Rezerw Federalnych USA kwota 49 mld dol. z sierpnia 1939 r. odpowiadała w sierpniu 2014 r. kwocie 845 mld dol. Takie nominalne zwielokrotnienie wynika tylko ze skumulowanej inflacji, bez oprocentowania za zwłokę

– tłumaczy dr Grzegorz Kostrzewa-Zorbas, ekspert prawa międzynarodowego.

Dodaje, że o te pieniądze Polska wciąż ma prawo się upominać ponieważ wedle zasad prawa międzynarodowego Polska nigdy skutecznie nie zrzekła się prawa do nich. Szczegóły zaskakujących odkryć i bardzo dokładnego ponad rok trwającego w tej sprawie śledztwa, obejmującego kwerendę w polskich, niemieckich i nowojorskich archiwach, dostępne są w najnowszym tygodniku „wSieci”.

źródło: https://wpolityce.pl/polityka/215741-polska-moze-zadac-od-niemcow-850-mld-dolarow-odszkodowania-sensacyjne-wyniki-sledztwa-wsieci

Brzozę w Smoleńsku złamali Rosjanie. Tupolew nie miał z nią nic wspólnego. Prokuratura Wojskowa od ponad 3 lat ukrywa najważniejszy dowód sfałszowania przez rząd Tuska oficjalnego raportu ze śledztwa

Brzoza Smoleńsk

10 kwietnia 2010 r. polski samolot Tu-154 przeleciał przynajmniej kilka metrów nad tzw. smoleńską brzozą – wynika z profesjonalnej ekspertyzy, która od 2011 r. znajduje się w posiadaniu polskiej prokuratury wojskowej. Do treści opinii dotarła „Gazeta Polska”.

Rzekome zderzenie się tupolewa z brzozą to filar oficjalnej wersji zdarzeń z 10 kwietnia 2010 r., lansowanej przez Rosjan i polski rząd. Ekspertyza oparta na badaniu tzw. polskiej czarnej skrzynki (ATM-QAR), wykonana wkrótce po katastrofie smoleńskiej (już w kwietniu 2010 r.) i znajdująca się w posiadaniu prokuratury, jednoznacznie przeczy ustaleniom Tatiany Anodiny i komisji Millera.

Chodzi o ekspertyzę techniczną zatytułowaną „Deszyfracja i analiza danych z pokładowych rejestratorów parametrów samolotu Tu-154M nr boczny 101 Sił Powietrznych RP, który uległ katastrofie 10 kwietnia 2010 r.”. Wpłynęła ona do prokuratury wojskowej w lipcu 2011 r. (!) i znajduje się w tomie nr 203 akt śledztwa smoleńskiego.

W ekspertyzie – sporządzonej przez producenta tzw. polskiej czarnej skrzynki w tupolewie, firmę ATM – kluczowy jest załącznik nr 3, noszący nazwę „Tabela odtworzonych wartości wysokości lotu i odległości od początku pasa trzech ostatnich minut zapisu”. Zawarte są w nim dane pozwalające na odtworzenie ostatnich sekund lotu, a więc wysokość Tu-154 w odniesieniu do poziomu początku pasa startowego (położonego, przypomnijmy, 255 m nad poziomem morza) oraz odległość samolotu od początku pasa startowego.

Zamontowany w tupolewie jestrator lotu polskiej firmy ATM
Zamontowany w tupolewie rejestrator lotu polskiej firmy ATM

Na jakiej wysokości, według ekspertyzy ATM, był w momencie rzekomego zderzenia się z brzozą polski tupolew? W dokumencie można przeczytać, że w odległości 928 m od progu pasa samolot leciał na wysokości 4 m nad progiem pasa (czyli 259 m n.p.m.), a w odległości 849 m od progu pasa znajdował się już na poziomie 7 m nad progiem pasa (czyli 262 m n.p.m.). Brzoza smoleńska, co stwierdza raport MAK, rosła tymczasem w odległości 855 m od progu pasa startowego i – uwaga – na wysokości 248 m n.p.m.Oznacza to, że według ekspertyzy ATM samolot w chwili rzekomego zderzenia się z „pancernym” drzewem leciał na wysokości od 11 do 14 m nad powierzchnią gruntu! W żaden sposób nie mógł więc zderzyć się z brzozą, która – zgodnie z ustaleniami MAK i komisji Millera – została uszkodzona na wysokości około 5 m nad ziemią.

Dane z ukrywanej ekspertyzy ATM to jeden z ważniejszych dowodów na prawdziwość ustaleń ekspertów współpracujących z zespołem parlamentarnym pod kierownictwem Antoniego Macierewicza. Naukowcy ci od 2010 r. – na podstawie rozmaitych badań i eksperymentów (m.in. analizy mechanicznych uszkodzeń skrzydła, badania zapisów komputera pokładowego itd.) – formułowali tezę, że to nie brzoza odpowiada za zniszczenie tupolewa.

Warto podkreślić, że ekspertyza ATM została oparta na odczycie jedynego oryginalnego rejestratora lotu znajdującego się w kwietniu 2010 r. w polskich rękach. Choć dokument od 15 lipca 2011 r. jest w aktach prokuratury wojskowej, śledczy nigdy nie wspomnieli publicznie o wnioskach, jakie można wyciągnąć z załącznika nr 3 do ekspertyzy.

Opinia ATM jest też znana członkom komisji Millera, bo właśnie dla niej niedługo po katastrofie została sporządzona. Konkluzji, wypływających z danych znajdujących się w ekspertyzie, próżno jednak szukać w osławionym raporcie Millera. Co więcej – członkowie rządowej komisji podają publicznie informacje sprzeczne z liczbami zawartymi w opinii ATM. Kiedy w kwietniu 2013 r. grupa senatorów Prawa i Sprawiedliwości skierowała do Macieja Laska czternaście pytań dotyczących katastrofy smoleńskiej, odpowiedź na jedno z nich brzmiała: „Zderzenie z brzozą nastąpiło na wysokości około 1,1 m względem poziomu pasa startowego”.

Grzegorz Wierzchołowski

Niezalezna.pl

Komentarz Antoniego Macierewicza – przewodniczącego Parlamentarnego Zespołu ds. Zbadania Przyczyn Katastrofy TU-154M z 10 kwietnia 2010 roku:

Kłopotliwa prawda

Komisja dr. Macieja Laska przeprowadziła testy na miejscu zderzenia
Komisja dr. Macieja Laska w trakcie przeprowadzania testów symulacyjnych

Milczenie mediów mętnego nurtu po publikacji „Gazety Polskiej” dotyczącej dokumentu będącego w posiadaniu prokuratury, z którego wynika, że tupolew w Smoleńsku przeleciał nad brzozą, wynika przede wszystkim z tego, że materiał ten zawiera prawdę.

Dziennikarze mainstreamu siedzą więc teraz i zastanawiają się, jakiej kombinacji słownej użyć, by zakwestionować ten dokument. Proszę się nie łudzić – na pewno coś wymyślą, być może z pomocą pana Laska. W PO zaś trwa jeszcze zamieszanie po ekskursji Donalda Tuska do Brukseli – establishment nie ma więc jeszcze jasności, jak rozłożyć odpowiedzialność za Smoleńsk, którą zostawił po sobie ekspremier.

Mogę zapewnić tych wszystkich, którzy są odpowiedzialni za kłamstwo smoleńskie – w tym panią premier i pana Laska – że w zespole parlamentarnym przygotowujemy materiały, które będą zaskoczeniem w tej sprawie.

Antoni Macierewicz

Niezalezna.pl

SmolenskZespol.sejm.gov.pl

O zamachu smoleńskim czytaj również na:

Skąd przez ćwierć wieku brała się siła rażenia „Gazety Wyborczej” i dlaczego przez tyle lat Adam Michnik był w tym kraju bogiem?

Michnik, Kublik, Olejnik, Kiszczak
Michnik, Kublik, Olejnik, Kiszczak

Michnika dopuszczono do wewnątrz, do samego jądra archiwów bezpieki. Najważniejsze materiały do dzisiaj służą szantażowaniu ludzi – mówi działacz opozycji antykomunistycznej Krzysztof Wyszkowski.

GPC: Adam Michnik w wywiadzie opublikowanym w sobotniej [13 września] „Gazecie Wyborczej” powiedział, iż Kiszczak uważał, że gdy ktoś zostaje np. wiceministrem spraw zagranicznych, a był rozpracowywany przez SB, to lepiej spalić jego kwity. Informacja o porządkach w teczkach nie jest nowa. Kiedy pan się o tym dowiedział?

Krzysztof Wyszkowski: Pod koniec maja 1990 r. znajoma niemiecka dziennikarka powiedziała mi, że prof. Jerzy Holzer opowiadał jej podczas przyjęcia, iż widział teczkę Leszka Moczulskiego, wynikało z niej, że był agentem SB. Następnego dnia udałem się do Henryka Samsonowicza (ministra edukacji narodowej w rządzie Tadeusza Mazowieckiego), a sekretarka wygadała się, że istnieje jakaś tajna komisja, w skład której wchodzi m.in. Adam Michnik. Powiedziała też, że minister spraw wewnętrznych Krzysztof Kozłowski poprosił Samsonowicza, żeby zaprosił na spotkanie czterech wytypowanych ludzi do komisji. Typowa podkładka do działań nielegalnych.

Krzyż Wielki Orderu Odrodzenia Polski dla Krzysztofa Kozłowskiego, 2011
Krzyż Wielki Orderu Odrodzenia Polski dla Krzysztofa Kozłowskiego, 2011

Czy pana zdaniem złamano wówczas prawo?

Przez dwa miesiące działała nielegalna komisja, dlatego Samsonowicz i Kozłowski powinni byli zostać pociągnięci do odpowiedzialności karnej. Udostępnili tajne materiały bez odpowiednich zezwoleń.

Mazowiecki, Kiszczak, Michnik, Wałęsa
Mazowiecki, Kiszczak, Michnik, Wałęsa

Skąd pomysł, aby do komisji trafił Adam Michnik?

– Myślę, że Kiszczak i Kozłowski chcieli zapoznać Michnika z potęgą dokumentów SB, a innych ludzi do komisji powołano dla kamuflażu. Wśród nich, jak się okazało, byli agenci SB, więc wszystko zostało „w rodzinie”. Po wybuchu afery z powodu opublikowanej na ten temat notatki w „Tygodniku Solidarność”, komisję zlikwidowano. Po latach Samsonowicz kłamał, mówiąc, że wszystko odbyło się legalnie.

Order Orła Białego dla Henryka Samsonowicza, 2010
Order Orła Białego dla Henryka Samsonowicza, 2010

Michnik mówi, iż Kiszczak przyznał, że niszczono teczki, gdy okazywało się, że dotyczą kogoś z rządu Mazowieckiego. Tłumaczy zaraz, że chodziło jedynie o sprawy obyczajowe, typu zdjęcia z kochanką. Tylko takie teczki palono?

– Wiem, że na przykład w Gdańsku zniszczono albo wyprowadzono ponad 90% materiałów. Jednak oni te dokumenty głównie „prywatyzowali”.

Najważniejsze materiały do dzisiaj służą szantażowaniu ludzi.

Teczki SB

Jaka jest realna wiedza Michnika o zawartości teczek?

– Sęk w tym, że w ramach komisji Michnika dopuszczono go do wewnątrz, do samego jądra archiwów bezpieki, i to w trakcie niszczenia materiałów SB.

Order Orła Białego dla Adama Michnika, 2010
Order Orła Białego dla Adama Michnika, 2010

Z Krzysztofem Wyszkowskim rozmawiał Samuel Pereira

Niezalezna.pl

Krzysztof Wyszkowski
Krzysztof Wyszkowski

Prof. Jadwiga Staniszkis: Kopacz nie myśli o Polsce, tylko o partii

Staniszkis

Rząd Kopacz będzie gorszy niż gabinet Tuska. Bartłomiej Sienkiewicz nie dał rady w MSW bo był bufonem, ale żeby jego następczynią zrobić panią katechetkę?! Widać, że Kopacz tworząc rząd, myślała o Platformie, a nie o Polsce. I to jest niebezpieczny sygnał. Dla mnie to szok. Myślałam, że już gorzej niż za Tuska nie będzie – mówi prof. Jadwiga Staniszkis w rozmowie z dziennikiem „Fakt”.

FAKT: Czy rząd Ewy Kopacz będzie lepszy od rządu Donalda Tuska?

Prof. Jadwiga Staniszkis: Myślę, że gorszy, i to z kilku powodów. Po pierwsze, przy formowaniu rządu wyraźnie widać logikę partyjną. Kandydatów na ministrów dobiera się nie ze względu na kwalifikacje, ale po to, żeby wygasić frakcyjne walki w Platformie. To ustawienie Cezarego Grabarczyka i Grzegorza Schetyny, ten gest z podnoszeniem ich rąk – to było moim zdaniem żenujące. Bo przed Polską stoi wiele nowych wyzwań, a nie wydaje się, żeby ci ludzie byli w stanie im sprostać. Po drugie, zmroziło mnie wystąpienie Ewy Kopacz pytanej o sprzedaż broni Ukrainie – historyjka o kobiecie, która jak widzi zagrożenie, to pierwsze co robi, to biegnie do domu i zamyka wszystkie drzwi, a nie wdaje się w walkę. Ta opowieść w połączeniu z wcześniejszą deklaracją prezydenta Bronisława Komorowskiego o niewłączeniu się – nawet symbolicznym – Polski do koalicji 40 państw walczących z kalifatem [I dobrze. – przyp. TAW]. To bardzo mocne sygnały, które zaprzeczają werbalnej solidarności z Ukrainą, które tworzył Donald Tusk. To jest żałosne i niebezpieczne.

Niebezpieczne dla Polski?

– W dłuższej perspektywie tak. Bo już widać, że jesteśmy sami w Europie Środkowej [Zawsze byliśmy sami – czas dojrzeć wreszcie do przyjęcia tego prostego historyczno-geopolitycznego faktu. – przyp. TAW]. Każdy kraj wybiera własną strategię wobec Rosji. Nie cieszymy się zaufaniem, a interesowanie się tylko sobą w momencie, kiedy sytuacja jest bardzo trudna, nam nie pomaga i wyizoluje nas również na Zachodzie [Od Zachodu wyizolowała nas Jałta. Zawsze byliśmy izolowani, Zachód potrzebuje nas jedynie jako mięsa armatniego i taniej siły roboczej. – przyp. TAW].

W tym kontekście wymiana Sikorskiego na Grzegorza Schetynę to dobry pomysł?

– Sikorski zrobił bardzo dużo błędów w polityce wschodniej, ale z kolei Schetyna jest absolutnie do swej funkcji nieprzygotowany! [Ważne, że ma dobry słuch do słuchania poleceń. – TAW]. Mówię to przy całej sympatii, jaką mam do niego. Z tego powodu Schetyna nie daje nam szans na znaczące wejście do międzynarodowych struktur decydowania o polityce zagranicznej Unii Europejskiej. Nie widać też, żeby to była jego pasja. To jest nieodpowiedzialne, że Schetyna wziął to stanowisko [On nie wziął, jemu „powierzono”. – TAW]. Powinien szukać w rządzie innego resortu.

A powrót Cezarego Grabarczyka do rządu?

– Wszyscy pamiętamy, jakim był ministrem infrastruktury. Jego ponowna obecność w rządzie jest żenująca. Równie niepokojąca jest dla mnie nienaruszalne zadowolenie z siebie Janusza Piechocińskiego. Pamiętajmy, że w Polsce głównym źródłem dochodu narodowego jest szeroko rozumiany przemysł chemiczny i paliwowy. Jedno zakręcenie kurka z gazem to jest upadek tego przemysłu, bo on jest energochłonny. Donald Tusk nie zrobił z tym nic. Załamanie polityki w sprawie gazu z łupków, dwuletnie opóźnienie w budowie gazoportu… Jest tylko ględzenie o unii energetycznej, ale technicznie nieprzygotowane. W tej chwili ktoś by musiał wziąć to w garść. Skoncentrować inwestycje, przyspieszyć tempo. Cała ta ekipa to ludzie, którzy w warunkach poważnych zagrożeń będą dopiero się uczyli.

Czyli nawet ministrowie, którzy pozostali w rządzie, to nie są najlepsze strzały?

– Zostali ci, których wymiana nie byłaby sygnałem w rozgrywkach partyjnych. Widać, że Kopacz tworząc rząd, myślała o Platformie, a nie o Polsce. I to jest niebezpieczny sygnał.

Gdy pojawiła się informacja, że nowym szefem MSW zostanie Teresa Piotrowska, pierwszą reakcją wielu osób związanych ze służbami było przekonanie, że to żart. Ale nie jest…

– Ja jej w ogóle nie znam. Z internetu dowiedziałam się, że w swojej karierze była katechetką. To jest niesamowicie trudny resort. Tym bardziej, gdy widać, że Polska staje się miejscem, w którym wystarczy przyłożyć zapałkę. Ludzie już po prostu nie wytrzymują niedotrzymanych obietnic, które składał Tusk, choćby w sprawie śmieciówek. I tej biedy. Bartłomiej Sienkiewicz się nie nadawał i nie zdobył szacunku u swoich podwładnych, bo był bufonem, ale ta pani… Kwestia autorytetu i kompetencji w tego typu resorcie jest kluczowa. Ten rok powinien stać się rokiem naprawy państwa. Nie widać, żeby Ewa Kopacz w ten sposób rozumowała. Dla mnie to szok. Myślałam, że już gorzej niż za Tuska nie będzie.

Daje Pani temu rządowi dłużej niż rok?

– Będą wybory. Mam nadzieję, że później już go nie będzie.

Rozmawiała Katarzyna Jachowicz

Fakt.pl

O rządzie Ewy Kopacz czytaj również na:

https://tajnearchiwumwatykanskie.wordpress.com/category/rzad-ewy-kopacz/

Kneblowanie Sienkiewicza. Jak „Gazeta Wyborcza” walczy z Trylogią – Tomasz Łysiak

Juliusz Kossak, „Zagłoba zdobywa chorągiew”, 1886 r.
Juliusz Kossak, „Zagłoba zdobywa chorągiew”, 1886 r.

Tuż po narodowym „czytaniu Sienkiewicza”, w nieocenionej – jeśli chodzi o tropienie śladów obskuranckiej polskości – „Gazecie Wyborczej”, ukazał się tekst Romana Pawłowskiego zatytułowany „Nie czytajcie Sienkiewicza”. Akcja czytelnicza, mimo że zaangażował się w nią sam prezydent RP, nie spodobała się luminarzowi kulturalnemu z Czerskiej, który w zgrabnych słowach postanowił wyjaśnić czytelnikom, dlaczego nie powinni sięgać po Sienkiewicza – pisze Tomasz Łysiak.

Tu wypada zacytować dziennikarza: „Piękne komunały nie mogą jednak zasłonić szkodliwości dzieł tego »pierwszorzędnego pisarza drugorzędnego«, jak autora »Potopu« nazwał Gombrowicz. To, czym Sienkiewicz pokrzepia, to nie jest bynajmniej wino z omszałego gąsiorka Zagłoby, ale bezkrytyczne uwielbienie przeszłości. To utożsamienie katolicyzmu z patriotyzmem i tożsamością narodową, ksenofobia i zaściankowość, mitomania i megalomania. To wreszcie stereotyp polskości oblężonej, która w każdym obcym upatruje wroga”.

Ku pokrzepieniu i przeciw amnezji

„Stereotyp polskości oblężonej” odnosić się ma pewnie do przedziwnego stanu ducha Polaków, którym trzy obce mocarstwa wydarły Niepodległość, wobec czego musieli walczyć o nią i czekać na nią ok. 120 lat. Trylogia pisana „ku pokrzepieniu serc” w istocie także opisywała historię Rzeczypospolitej, która z jednej strony znajdowała się jeszcze u szczytu potęgi, a z drugiej poprzez problemy wewnętrzne i zewnętrzne już zaczynała chylić się ku upadkowi.

Zagrożeni przez kilka zewnętrznych potęg (rosyjską, turecką, szwedzką) musieliśmy zmagać się jeszcze z wojną wewnętrzną, jaką rozpętali Kozacy pod wodzą Chmielnickiego. Polska była wtedy w istocie oblężoną twierdzą i nie był to żaden stereotyp, lecz po prostu historyczny fakt.

Nasze losy dziewiętnastowieczne także były dziejami broniącego się przed wrogiem „wilczego gniazda” w obszarze polskości jako idei tożsamościowej. Zaborcy nie ustawali przecież w wysiłkach zmierzających do zabicia w nas polskiego ducha [które to zadanie przejmuje dziś dzielnie właśnie „Gazeta Wyborcza” – organ NWO na Polskę – przyp. TAW] i zniemczenia kulturowego bądź zrusyfikowania. I to także nie był stereotyp, lecz fakt. Nasza walka okupiona była krwawymi stratami, tysiącami szubienic, zsyłkami na Sybir, prześladowaniami i torturami.

W roku 1920 także stanowiliśmy samotną twierdzę, która musiała oprzeć się wschodniemu najeźdźcy, powstrzymując bolszewików przed zalaniem całej Europy czerwoną zarazą. To także nie był stereotyp.

Fatalne położenie geopolityczne po raz kolejny stało się przyczyną klęski w roku 1939, kiedy napadły na nas dwie potęgi, rozszarpując państwo w trakcie IV rozbioru. Dzień 17 września jest tego faktu najsmutniejszym rocznicowym pomnikiem. Ludzie, którzy nie dali sobie złamać ducha w czasie PRL, byli obrońcami tożsamości polskiej wobec ataków propagandy i usiłowań sowieckich okupantów, którzy próbowali nas skundlić, zniszczyć moralnie, doprowadzić do upadku i amnezji. Amnezja miała dotyczyć tych obszarów duchowej wspólnoty, jaką tworzymy, a które odnoszą się do naszych wielkich, wspaniałych chwil z przeszłości. Sienkiewicz był więc i wtedy potrzebny, nadal aktualny i niezmiennie dający siłę oraz krzepiący serca.

„Piekielna mieszanka”

Pawłowski diagnozuje także w swoim tekście wpływ pisarza na umysły współczesne. Okazuje się, że autor „Ogniem i mieczem” właściwie nas… zatruwa: „Ta piekielna mieszanka, która miała Polakom przywrócić poczucie wartości w dobie zaborów, dzisiaj okazuje się jadem zatruwającym życie publiczne i zbiorową wyobraźnię. Mentalny wąs naszych polityków, sarmackie zastaw się, a postaw się, skrajny indywidualizm, licytacja, kto jest Polakiem bardziej – to wszystko fatalne dziedzictwo popularnych powieści Sienkiewicza”.

Nie wiadomo, czy występują też inne objawy fatalnego wpływu Sienkiewicza na naród, choćby poprzez serię pozytywistycznych nowel, takich jak „Janko Muzykant”, „Latarnik” czy „Bartek Zwycięzca”. O złym wpływie nowelistyki na umysł Polaków już się Pawłowski nie rozpisał. A szkoda, bo i tu byłyby ciekawe tropy – czemu Janko Muzykant jako bohater, a nie, dajmy na to… Conchita Wurst? Czy gdyby Sienkiewicz profetycznie opisał losy małej wiejskiej dziewczynki, która poprzez zapuszczanie brody zaczyna odkrywać w sobie talent muzyczny, czy mógłby teraz zasłużyć na laurkę od „Gazety Wyborczej”? Wtedy w programie nauczania mielibyśmy nowelę sienkiewiczowską „Konczita Kiełbasa” i kto wie, czy nie przydałaby się ona także w podręczniku do wychowania seksualnego proponowanego przez edukatorów namaszczonych przez MEN.

Ale, co ze smutkiem trzeba stwierdzić, ksenofobiczny, zacofany Sienkiewicz na kiełbasę nie wpadł, ogarnięty zaściankiem i ciemnotą staropolską idącą od strzechy.

W każdym razie symptomy sienkiewiczowskiej „choroby”, według krytyka teatralnego z Czerskiej, można spotkać „na każdym kroku: od pseudodworkowej architektury przez szaleńczą jazdę na polskich drogach po wojujący katolicyzm rodem z szańców Jasnej Góry”. To już iście mistrzowska zagrywka propagandowa, której nie powstydziliby się nawet jej dawni mistrzowie, choćby z niemieckiego „Der Stürmer” lub „Der Angriff” – złożyć w jednym zdaniu piratów drogowych zabijających ludzi na ulicach i patriotów z „szańców” Jasnej Góry, a wszystko jeszcze podczepić pod inspirację duchową autora „Trylogii”.

Nic tylko czekać na kolejne odcinki, np. o Mickiewiczu. Ten to dopiero był zaściankowy i utrwalający stereotypy. Szczególnie III część „Dziadów” wydaje się być przesączona jadem i pobudzająca współczesnych polityków do knucia przeciwko legalnej władzy.

A „Pan Tadeusz” to już szczyty sarmackiego zacofania i braku nowoczesności…

Pan Tadeusz_Zosia

Gdy miłość własna jest ważniejsza od miłości Ojczyzny

Kiedy w roku 1898 odsłaniano w Warszawie, na 100. rocznicę urodzin, pomnik naszego wieszcza, Henryk Sienkiewicz miał wygłosić uroczystą przemowę. Już samo postawienie monumentu było niezwykłym sukcesem społeczeństwa polskiego, nie tylko jeśli chodzi o zebranie funduszy, ale przede wszystkim o uzyskanie zgody od carskich władz. Udało się dzięki temu, że na tron wstąpił car Mikołaj II, a w Warszawie pojawił się nowy namiestnik Aleksander Bagration-Imeretyński.

Uroczystość odsłonięcia pomnika Adama Mickiewicza w Warszawie 24 grudnia 1898 r.
Uroczystość odsłonięcia pomnika Adama Mickiewicza w Warszawie 24 grudnia 1898 r.

Jednak Sienkiewiczowi nie udało się powiedzieć ani słowa, gdyż cenzura czujnie zakazała mu wystąpienia. Zgromadzony tłum odmówił więc modlitwę. A Henryk Sienkiewicz stał w milczeniu. Przemówienie zostało wydrukowane później w galicyjskim „Czasie”. Były w nim m.in. takie zdania: „Jeśli kiedy żyjące pod prawem Chrystusa ludy wznoszą lub wznosić powinny posągi takim swym synom, którzy albo chwałą okryli swój naród, albo chociaż z ofiarą życia, wskazali mu nowe szlaki, wielkie cele, wielkie idee, albo wreszcie czy to dziełem sztuki, czy potężnym twórczym słowem umieli wyrazić najszlachetniejsze porywy piersi ludzkiej – to z dumą możemy powiedzieć, że nie ma w świecie pomnika, który by wzniesion był słuszniej i sprawiedliwiej. Bo gdyby zwrócić się do tych tysiąców i zapytać: kto opromienił nas największą sławą, kto najpotężniej wyraził to, co w nas jest cne i szlachetne, co idzie z Boga, co jest wiarą, nadzieją i Chrystusowym przykazaniem miłości? – kto kochał za miliony? – wówczas wszystkie piersi wydałyby jeden okrzyk: – Ten ci jest!”.

.
.

Można by teraz te słowa odwrócić i pytać o Sienkiewicza: „Kto najpotężniej wyraził to, co w nas jest cenne i szlachetne, co idzie z Boga, co jest wiarą, nadzieją i Chrystusowym przykazaniem miłości?”. „Ten ci jest!” – krzyknęlibyśmy niechybnie, wskazując na powieściopisarza.

Według Pawłowskiego znaleźć można w jego prozie „podszyte uprzedzeniami opisy Kozaków, których nasz klasyk określa trzema słowami: tłuszcza, motłoch i czerń (ciekawie to brzmi w kontekście dzisiejszej miłości Polaków do Ukraińców) oraz pochwałę sadystycznego okrucieństwa”. I dlatego właśnie „zrozumiemy, dlaczego nie warto dzisiaj czytać Sienkiewicza”.

Gdyby rozpocząć dyskusję konkretną, można by wskazać albo niewiedzę, albo bardzo złą wolę Pawłowskiego, który opisy Kozaków u Sienkiewicza sprowadza do „czerni” (termin używany także przez historyków dla określenia chłopstwa ruskiego), nie widząc wielobarwności sienkiewiczowskiego świata, w którym okrucieństwo jest znakiem czasów, jest obecne po obu stronach konfliktów i stanowi składową doskonale uchwyconych realiów. Można by także opowiedzieć o przepięknej szkole moralnej, jaką było pisarstwo Sienkiewicza, nie tylko „krzepiące serca”, ale i wychowujące kolejne pokolenia wspaniałych Polaków, którzy miłość Ojczyzny przedkładali nad miłość własną.

Ale taka dyskusja nie będzie miała większego znaczenia. Bo jakże dyskutować z kimś, kto zamiast wyciągania Sienkiewicza na „czytelnicze sztandary” proponuje, na poważnie, ogólnopolską akcję czytania „Gry o tron”?

Tomasz Łysiak

Niezalezna.pl

Tomasz Łysiak