Prześladowca więźnia politycznego Grzegorza Brauna - sędzia Krzysztof KORZENIEWSKI
Sędzia Krzysztof Korzeniewski

Zaiste, gdy analizuje się tę sprawę, to aż chce się odnieść do postępowania sądu pamiętne porównania sędziego Igora Tulei, że postępowanie wymiaru sprawiedliwości „budzi (…) skojarzenia nawet nie z latami 80., ale z metodami z lat 40. i 50. – czasów najgłębszego stalinizmu”. Oby tylko finał był inny niż wtedy, a Grzegorza Brauna nie odwiedził seryjny samobójca, gdy zejdzie do piwnicy po ogórki do obiadu.

Co wolno w Polsce?

Wolno np. nazwać papieża – głowę największego Kościoła na świecie i zarazem głowę suwerennego państwa, z którym Rzeczpospolita utrzymuje stosunki dyplomatyczne – „chu…”.

Wolno zapowiedzieć prezesowi największej opozycyjnej partii i zarazem byłemu premierowi, że zostanie zastrzelony, wypatroszony, a jego skóra będzie wystawiona na sprzedaż.

Wolno nazwać opozycję „watahą” i zapowiedzieć jej „wyrżnięcie”.

Wolno nazwać ludzi modlących się publicznie „kandydatami do kliniki psychiatrycznej”.

Wolno, jak się jest z odpowiedniej rodziny, podpisywać umowy fałszywym nazwiskiem i robić interesy z aferzystą, ewentualnie urządzać szaleńcze jazdy po polskich drogach, łamiąc za jednym zamachem osiemdziesiąt przepisów.

Wolno nazwać profesorem człowieka, który nie ma matury, ma za to dobre stosunki z Niemcami i Żydami.

Wolno podsłuchiwać obywateli bez żadnego powodu.

Wolno lewackim celebrytom używać określeń rasistowskich.

Czego w Polsce nie wolno?

Nie wolno wyśmiewać głupoty prezydenta, który nie umie napisać jednego zdania bez błędów ortograficznych.

Nie wolno nazwać premiera, który głową państwa nie jest „matołem”.

Nie wolno napisać w Internecie, że należałoby się pozbyć premiera, który szkodzi Polsce.

Nie wolno podważyć tego, co mówi premier, zwłaszcza gdy mówi, że w Smoleńsku nie było zamachu.

Nie wolno nazwać homoseksualizmu „odchyleniem od normy”.

Nie wolno nazwać pewnych dziennikarzy duchowymi spadkobiercami KPP, chociaż czołowy ich przedstawiciel pochodzi z rodziny ukraińskich komunistów, a jego brat jest stalinowskim zbrodniarzem.

Nie wolno wytknąć lewackiemu autorytetowi, że w młodości był stalinowskim bandytą.

Nie wolno napisać, jak naprawdę zginął pewien profesor.

Nie wolno ujawniać tego, co mówią politycy, gdy myślą, że nikt ich nie słyszy.

No i przede wszystkim nie wolno kwestionować tego co mówi sędzia, nawet jak mówi głupoty, jest w oczywisty sposób stronniczy i nieobiektywny, a czasem wprost „wynajęty”do załatwienia określonej sprawy w określony sposób.

O tym ostatnim przekonał się na własnej skórze niepokorny reżyser Grzegorz Braun, który kilka dni temu został skazany na siedem dni aresztu, bo sędzia poczuł się urażony jego zachowaniem. O co poszło?

Siedem lat zastanawiania się sądu

Sprawa Grzegorza Brauna przed wrocławskim sądem ciągnie się już od siedmiu lat. W 2008 roku podczas patriotycznej manifestacji we Wrocławiu Grzegorz Braun poprosił (a jeśli nawet zażądał, to zgodnie z przysługującym mu prawem) jednego z policjantów, aby ten się wylegitymował, zanim dokona jego zatrzymania. Funkcjonariusz nawet nie odpowiedział, bowiem jego przełożony miał mu powiedzieć: „Co się będziesz z nim pier..lił”. Po czym reżyser został rzucony na ziemię i skuty kajdankami. „To jest bandytyzm” – ocenił (i nadal tak ocenia). Reżyser złożył wówczas skargę na bezprawne zatrzymanie. Skarga została odrzucona. Wkrótce potem Grzegorz Braun został oskarżony o… pobicie 5 policjantów.

Prześladowany w III RP opozycjonista i więzień polityczny – Grzegorz Braun
Prześladowany w III RP opozycjonista i więzień polityczny – Grzegorz Braun

Gdyby proces (na koszt podatników) nie ciągnął się już 6 lat, całe to oskarżenie byłoby wręcz śmieszne – nawet dziecko nie uwierzyłoby, że jeden mężczyzna może pobić pięciu innych uzbrojonych w pałki i broń ostrą. Ale wrocławski sąd wierzy i od sześciu lat sprawia wrażenie, że usilnie szuka jakiegokolwiek punktu zaczepienia, który pozwoli mu dowieść, że jest to możliwe, jakoby Grzegorz Braun bił funkcjonariuszy policji (po kolei? na wyrywki?), a ci stali i czekali na swoją kolej. Sąd oczywiście nie dostrzegł, że mogło dojść do sfałszowania podstawowych dowodów w sprawie, np. dokumentów policyjnych, z których wynika, że ten sam funkcjonariusz, w tym samym czasie był badany alkomatem i w zupełnie innym miejscu poddawał się obdukcji lekarskiej.

Do pudła!

Za co więc Grzegorz Braun został skazany na więzienie? Cóż, wiele wskazuje, że za to, iż błędy takie wykazuje (chociaż oficjalny powód był oczywiście zupełnie inny). Zdaniem sądu reżyser miał nazwać policjanta – tego, który zatrzymał go 6 lat temu – „bandytą” i „złodziejem”. Reżyser przyznaje, że nazwał go „bandytą”, ponieważ na to wskazywało jego zachowanie podczas zatrzymania w 2008 r. Ale nie nazwał go „złodziejem”. Co gorsza, reżyser zwrócił uwagę na nietypową formę przesłuchania funkcjonariusza wezwanego do sądu w charakterze świadka. Policjant zajrzał do sali, zamienił kilka słów z sędzią, który zapytał tylko, czy coś ma dodania w sprawie. Nie było więc żadnego przesłuchania, a co gorsza – uniemożliwiono oskarżonemu zadanie pytań świadkowi. Tym samym zostały złamane ustawowe prawa oskarżonego. Po tym quasi-przesłuchaniu sąd skazał Brauna na karę grzywny. Co szczególnie ciekawe, wymierzając karę grzywny, powołał się na nazwanie policjanta złodziejem, co nie miało miejsca. Usłyszawszy ów wyrok, Braun i jego adwokat opuścili salę sądową. I właśnie za to – za wyjście z sali – sąd skazał reżysera na 7 dni aresztu. Co na to skazany? „W tej sprawie to ja występuję w obronie wymiaru sprawiedliwości w Polsce i to ja bronię honoru sędziowskiego, który łajdacy poprzebierani za sędziów nieustannie szargają. Obrazą sądu jest to, czego wymiar sprawiedliwości dopuszcza się wobec mnie już siódmy rok” – podsumowuje Braun. Wygląda na to, że to nie koniec historii, bowiem gdy zgodnie z wolą sądu reżyser zgłosił się do wrocławskiego więzienia, został odesłany spod bramy z powodu braku miejsca. Poszedł więc do sądu, który go na areszt skazał, ale stamtąd został odesłany na policję. Zapowiada się, że wędrówka skazanego „od Annasza do Kajfasza” prawdopodobnie jeszcze potrwa. Znając poczynania obecnej władzy, można być niemal pewnym, że miejsce w więzieniu zwolni się tego dnia, kiedy Braun będzie miał ważne spotkanie, będzie kończył jakiś projekt, dokumentował patriotyczną demonstrację, wyjeżdżał na wakacje albo gdy będzie szybko potrzebny jakiś temat zastępczy, żeby odwrócić uwagę od premiera Tuska i jego haratania w gałę, ewentualnie podejrzanych interesów jego latorośli.

Kuriozum w naturze

O tym, że wymiar sprawiedliwości w Polsce jest chory, wiedzą wszyscy, włącznie z głównymi zainteresowanymi. Ale proces Grzegorza Brauna może służyć jako przykład „kuriozum w naturze” – trudno uwierzyć, żeby przez siedem lat sędzia nie mógł połapać się, kto kłamie, a kto mówi prawdę. W dodatku w Polsce sędzia, wydając wyrok, ma m.in. kierować się „zdrowym rozsądkiem”. Warto więc, zapytać, co ze zdrowym rozsądkiem sędziego, z całą powagą przyjmującego oskarżenia o pobicie pięciu policjantów przez jednego intelektualistę. Gdyby tak było, to właściwie należałoby mocno niepokoić się o bezpieczeństwo obywateli – jeśli jeden z nich jest w stanie pobić pięciu ludzi zawodowo związanych do zwalczania przestępczości, to znaczy, że nikt nie jest w tym kraju bezpieczny i właściwie należałoby wszcząć postępowanie dyscyplinarne wobec zwierzchnika, który „pobitych” funkcjonariuszy w ogóle dopuścił do służby.

Cała sprawa, jak wiele innych, zdaje się mieć drugie dno – Grzegorz Braun od lat w bezkompromisowy sposób rozprawia się z tzw. układem, od lat demaskuje „opozycjonistów”, którzy byli TW. To on pokazał prawdę o Lechu Wałęsie, przy czym jego drugi film o nim „TW Bolek” powstał – co za zbieg okoliczności – w 2008 r.! To on jest autorem filmu o gen. Wojciechu Jaruzelskim pt. „Towarzysz Generał” (który zresztą po jednorazowej emisji stał się tzw. półkownikiem, czyli wylądował na cenzorskiej półce). To on obnażył prawdę o polskiej „transformacji”. Zadziwiające, że najwięksi bohaterowie jego filmów – Lech Wałęsa czy gen. Jaruzelski nie odważyli się wystąpić przeciwko niemu na drogę sądową. Nie zrobili tego także różni opozycjoniści, których obnażył jako TW.

Najwyraźniej któryś z tych TW „dał zlecenie” na Brauna. Najwyraźniej stalinowska zasada – dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie – ma się w Polsce świetnie. W przypadku Grzegorza Brauna znalazł się i paragraf i „świadkowie”, i „dokumenty” i sąd, który to wszystko przyjmuje, za to nie ma ochoty rozważyć zastrzeżeń i wniosków oskarżonego. Zaiste, gdy się analizuje tę sprawę, to aż chce się odnieść do postępowania sądu pamiętne porównanie sędziego Igora Tulei, że postępowanie wymiaru sprawiedliwości „budzi (…) skojarzenia nawet nie z latami 80., ale z metodami z lat 40. i 50. – czasów najgłębszego stalinizmu”. Oby tylko finał był inny niż wtedy, a Grzegorza Brauna nie odwiedził seryjny samobójca, gdy zejdzie do piwnicy po ogórki do obiadu.

Aldona Zaorska

„Warszawska Gazeta” nr 30/2014

AlexJones.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s