Znowu ten wrocławski sąd. Powrót do stalinowskich metod sądzenia?

Prześladowca więźnia politycznego Grzegorza Brauna - sędzia Krzysztof KORZENIEWSKI
Sędzia Krzysztof Korzeniewski

Zaiste, gdy analizuje się tę sprawę, to aż chce się odnieść do postępowania sądu pamiętne porównania sędziego Igora Tulei, że postępowanie wymiaru sprawiedliwości „budzi (…) skojarzenia nawet nie z latami 80., ale z metodami z lat 40. i 50. – czasów najgłębszego stalinizmu”. Oby tylko finał był inny niż wtedy, a Grzegorza Brauna nie odwiedził seryjny samobójca, gdy zejdzie do piwnicy po ogórki do obiadu.

Co wolno w Polsce?

Wolno np. nazwać papieża – głowę największego Kościoła na świecie i zarazem głowę suwerennego państwa, z którym Rzeczpospolita utrzymuje stosunki dyplomatyczne – „chu…”.

Wolno zapowiedzieć prezesowi największej opozycyjnej partii i zarazem byłemu premierowi, że zostanie zastrzelony, wypatroszony, a jego skóra będzie wystawiona na sprzedaż.

Wolno nazwać opozycję „watahą” i zapowiedzieć jej „wyrżnięcie”.

Wolno nazwać ludzi modlących się publicznie „kandydatami do kliniki psychiatrycznej”.

Wolno, jak się jest z odpowiedniej rodziny, podpisywać umowy fałszywym nazwiskiem i robić interesy z aferzystą, ewentualnie urządzać szaleńcze jazdy po polskich drogach, łamiąc za jednym zamachem osiemdziesiąt przepisów.

Wolno nazwać profesorem człowieka, który nie ma matury, ma za to dobre stosunki z Niemcami i Żydami.

Wolno podsłuchiwać obywateli bez żadnego powodu.

Wolno lewackim celebrytom używać określeń rasistowskich.

Czego w Polsce nie wolno?

Nie wolno wyśmiewać głupoty prezydenta, który nie umie napisać jednego zdania bez błędów ortograficznych.

Nie wolno nazwać premiera, który głową państwa nie jest „matołem”.

Nie wolno napisać w Internecie, że należałoby się pozbyć premiera, który szkodzi Polsce.

Nie wolno podważyć tego, co mówi premier, zwłaszcza gdy mówi, że w Smoleńsku nie było zamachu.

Nie wolno nazwać homoseksualizmu „odchyleniem od normy”.

Nie wolno nazwać pewnych dziennikarzy duchowymi spadkobiercami KPP, chociaż czołowy ich przedstawiciel pochodzi z rodziny ukraińskich komunistów, a jego brat jest stalinowskim zbrodniarzem.

Nie wolno wytknąć lewackiemu autorytetowi, że w młodości był stalinowskim bandytą.

Nie wolno napisać, jak naprawdę zginął pewien profesor.

Nie wolno ujawniać tego, co mówią politycy, gdy myślą, że nikt ich nie słyszy.

No i przede wszystkim nie wolno kwestionować tego co mówi sędzia, nawet jak mówi głupoty, jest w oczywisty sposób stronniczy i nieobiektywny, a czasem wprost „wynajęty”do załatwienia określonej sprawy w określony sposób.

O tym ostatnim przekonał się na własnej skórze niepokorny reżyser Grzegorz Braun, który kilka dni temu został skazany na siedem dni aresztu, bo sędzia poczuł się urażony jego zachowaniem. O co poszło?

Siedem lat zastanawiania się sądu

Sprawa Grzegorza Brauna przed wrocławskim sądem ciągnie się już od siedmiu lat. W 2008 roku podczas patriotycznej manifestacji we Wrocławiu Grzegorz Braun poprosił (a jeśli nawet zażądał, to zgodnie z przysługującym mu prawem) jednego z policjantów, aby ten się wylegitymował, zanim dokona jego zatrzymania. Funkcjonariusz nawet nie odpowiedział, bowiem jego przełożony miał mu powiedzieć: „Co się będziesz z nim pier..lił”. Po czym reżyser został rzucony na ziemię i skuty kajdankami. „To jest bandytyzm” – ocenił (i nadal tak ocenia). Reżyser złożył wówczas skargę na bezprawne zatrzymanie. Skarga została odrzucona. Wkrótce potem Grzegorz Braun został oskarżony o… pobicie 5 policjantów.

Prześladowany w III RP opozycjonista i więzień polityczny – Grzegorz Braun
Prześladowany w III RP opozycjonista i więzień polityczny – Grzegorz Braun

Gdyby proces (na koszt podatników) nie ciągnął się już 6 lat, całe to oskarżenie byłoby wręcz śmieszne – nawet dziecko nie uwierzyłoby, że jeden mężczyzna może pobić pięciu innych uzbrojonych w pałki i broń ostrą. Ale wrocławski sąd wierzy i od sześciu lat sprawia wrażenie, że usilnie szuka jakiegokolwiek punktu zaczepienia, który pozwoli mu dowieść, że jest to możliwe, jakoby Grzegorz Braun bił funkcjonariuszy policji (po kolei? na wyrywki?), a ci stali i czekali na swoją kolej. Sąd oczywiście nie dostrzegł, że mogło dojść do sfałszowania podstawowych dowodów w sprawie, np. dokumentów policyjnych, z których wynika, że ten sam funkcjonariusz, w tym samym czasie był badany alkomatem i w zupełnie innym miejscu poddawał się obdukcji lekarskiej.

Do pudła!

Za co więc Grzegorz Braun został skazany na więzienie? Cóż, wiele wskazuje, że za to, iż błędy takie wykazuje (chociaż oficjalny powód był oczywiście zupełnie inny). Zdaniem sądu reżyser miał nazwać policjanta – tego, który zatrzymał go 6 lat temu – „bandytą” i „złodziejem”. Reżyser przyznaje, że nazwał go „bandytą”, ponieważ na to wskazywało jego zachowanie podczas zatrzymania w 2008 r. Ale nie nazwał go „złodziejem”. Co gorsza, reżyser zwrócił uwagę na nietypową formę przesłuchania funkcjonariusza wezwanego do sądu w charakterze świadka. Policjant zajrzał do sali, zamienił kilka słów z sędzią, który zapytał tylko, czy coś ma dodania w sprawie. Nie było więc żadnego przesłuchania, a co gorsza – uniemożliwiono oskarżonemu zadanie pytań świadkowi. Tym samym zostały złamane ustawowe prawa oskarżonego. Po tym quasi-przesłuchaniu sąd skazał Brauna na karę grzywny. Co szczególnie ciekawe, wymierzając karę grzywny, powołał się na nazwanie policjanta złodziejem, co nie miało miejsca. Usłyszawszy ów wyrok, Braun i jego adwokat opuścili salę sądową. I właśnie za to – za wyjście z sali – sąd skazał reżysera na 7 dni aresztu. Co na to skazany? „W tej sprawie to ja występuję w obronie wymiaru sprawiedliwości w Polsce i to ja bronię honoru sędziowskiego, który łajdacy poprzebierani za sędziów nieustannie szargają. Obrazą sądu jest to, czego wymiar sprawiedliwości dopuszcza się wobec mnie już siódmy rok” – podsumowuje Braun. Wygląda na to, że to nie koniec historii, bowiem gdy zgodnie z wolą sądu reżyser zgłosił się do wrocławskiego więzienia, został odesłany spod bramy z powodu braku miejsca. Poszedł więc do sądu, który go na areszt skazał, ale stamtąd został odesłany na policję. Zapowiada się, że wędrówka skazanego „od Annasza do Kajfasza” prawdopodobnie jeszcze potrwa. Znając poczynania obecnej władzy, można być niemal pewnym, że miejsce w więzieniu zwolni się tego dnia, kiedy Braun będzie miał ważne spotkanie, będzie kończył jakiś projekt, dokumentował patriotyczną demonstrację, wyjeżdżał na wakacje albo gdy będzie szybko potrzebny jakiś temat zastępczy, żeby odwrócić uwagę od premiera Tuska i jego haratania w gałę, ewentualnie podejrzanych interesów jego latorośli.

Kuriozum w naturze

O tym, że wymiar sprawiedliwości w Polsce jest chory, wiedzą wszyscy, włącznie z głównymi zainteresowanymi. Ale proces Grzegorza Brauna może służyć jako przykład „kuriozum w naturze” – trudno uwierzyć, żeby przez siedem lat sędzia nie mógł połapać się, kto kłamie, a kto mówi prawdę. W dodatku w Polsce sędzia, wydając wyrok, ma m.in. kierować się „zdrowym rozsądkiem”. Warto więc, zapytać, co ze zdrowym rozsądkiem sędziego, z całą powagą przyjmującego oskarżenia o pobicie pięciu policjantów przez jednego intelektualistę. Gdyby tak było, to właściwie należałoby mocno niepokoić się o bezpieczeństwo obywateli – jeśli jeden z nich jest w stanie pobić pięciu ludzi zawodowo związanych do zwalczania przestępczości, to znaczy, że nikt nie jest w tym kraju bezpieczny i właściwie należałoby wszcząć postępowanie dyscyplinarne wobec zwierzchnika, który „pobitych” funkcjonariuszy w ogóle dopuścił do służby.

Cała sprawa, jak wiele innych, zdaje się mieć drugie dno – Grzegorz Braun od lat w bezkompromisowy sposób rozprawia się z tzw. układem, od lat demaskuje „opozycjonistów”, którzy byli TW. To on pokazał prawdę o Lechu Wałęsie, przy czym jego drugi film o nim „TW Bolek” powstał – co za zbieg okoliczności – w 2008 r.! To on jest autorem filmu o gen. Wojciechu Jaruzelskim pt. „Towarzysz Generał” (który zresztą po jednorazowej emisji stał się tzw. półkownikiem, czyli wylądował na cenzorskiej półce). To on obnażył prawdę o polskiej „transformacji”. Zadziwiające, że najwięksi bohaterowie jego filmów – Lech Wałęsa czy gen. Jaruzelski nie odważyli się wystąpić przeciwko niemu na drogę sądową. Nie zrobili tego także różni opozycjoniści, których obnażył jako TW.

Najwyraźniej któryś z tych TW „dał zlecenie” na Brauna. Najwyraźniej stalinowska zasada – dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie – ma się w Polsce świetnie. W przypadku Grzegorza Brauna znalazł się i paragraf i „świadkowie”, i „dokumenty” i sąd, który to wszystko przyjmuje, za to nie ma ochoty rozważyć zastrzeżeń i wniosków oskarżonego. Zaiste, gdy się analizuje tę sprawę, to aż chce się odnieść do postępowania sądu pamiętne porównanie sędziego Igora Tulei, że postępowanie wymiaru sprawiedliwości „budzi (…) skojarzenia nawet nie z latami 80., ale z metodami z lat 40. i 50. – czasów najgłębszego stalinizmu”. Oby tylko finał był inny niż wtedy, a Grzegorza Brauna nie odwiedził seryjny samobójca, gdy zejdzie do piwnicy po ogórki do obiadu.

Aldona Zaorska

„Warszawska Gazeta” nr 30/2014

AlexJones.pl

Dzisiaj Braun, jutro ty! – manifestacja solidarności z prześladowanym i więzionym przez reżim Tuska opozycjonistą reżyserem Grzegorzem Braunem

„Czołem Grzegorz! Jesteśmy z Tobą!” – takie okrzyki rozbrzmiały w sobotę 2 sierpnia przed aresztem śledczym na ul. Świebodzkiej 2 we Wrocławiu, gdzie od wtorku 29 lipca jest więziony przez reżim III RP reżyser Grzegorz Braun.

Przed aresztem zgromadzili się przedstawiciele różnych grup prawicowych, m.in. wiele znanych postaci opozycji z lat ’80, Solidarność Walcząca, Stowarzyszenie Solidarni 2010, Klub Gazeta Polska i Stowarzyszenie Demokracja USA.

ddf808451083ba5cddcd2995f7f4a6ac

Wśród prowadzących spotkanie wystąpił m.in. Adam Słomka z Solidarności Walczącej i KPN, który za działalność opozycyjną w latach ’80 spędził w więzieniach PRL-u łącznie ponad 2 lata. – Grzesiu jesteśmy z Tobą. Witam Cię serdecznie, bo pewnie nas słyszysz – rozpoczął swoje wystąpienie, w którym zwrócił uwagę na to, że za murami aresztu nie znalazł się żaden z sędziów,  którzy skazali na śmierć kilka tysięcy żołnierzy niezłomnych w latach ’40 i ’50, ani żaden z prokuratorów, którzy osądzali opozycjonistów w czasie staniu wojennego, ale właśnie reżyser Grzegorz Braun.

DSC_0737

Adam Słomka mówił o tych sędziach i przedstawicielach władzy, którzy pacyfikowali wystąpienia robotników, swoimi decyzjami łamali ludzkie życie, a po 1989 r. robili kariery. Zachęcał do jednoczenia się środowisk prawicowych i interweniowania poprzez protesty, pikiety i inne środki na każdy przejaw niesprawiedliwości. – Wszystkich nas nie zamkniecie – podkreślał.

big_DSC_6220

 mid_24601

„Powstanie warszawskie z innej strony” – mało znany tekst Józefa Mackiewicza o Powstaniu Warszawskim

 .
Powstanie Warszawskie 1944

Przypominamy tekst Józefa Mackiewicza „Powstanie warszawskie z innej strony”, który został opublikowany w 1947 r. w „Wiadomościach”. Warto go przeczytać choćby z jednego tylko powodu – tak zdroworozsądkowej analizy Powstania Warszawskiego trudno doszukać się u współczesnych historyków i publicystów. Bo Mackiewicz nie ocenia, Mackiewicz właśnie analizuje. I wyciąga wnioski.

Nasze publicystyczno-literackie pamiętnikarstwo wojenne ma w sobie coś z opowieści Gogola „Wij”. Krąg zarysowany kredą święconą, poza który sami sobie nie pozwalamy wykroczyć. Stąd deptanie na miejscu w otoczeniu licznych „tabu”, zamykających umowne horyzonty. W takim kręgu obraca się m.in. temat powstania warszawskiego, który wciąż nie schodzi ze szpalt i prawdopodobnie przez długi czas nie zejdzie. Żadne jednak z ujęć tego tematu nie będzie całkowite, dopóki nie będzie wolno mówić o pewnych sprawach. Tymczasem wszechstronna ocena ostatniej bitwy o Warszawę jako o stolicę suwerennej Polski musi wyjść z założenia właśnie tej suwerenności, tzn. uznania, że najeźdźca sowiecki (jeżeli nawet przyjmiemy, że nie był gorszy) był równy najeźdźcy niemieckiemu. Od czasu do czasu wyrwie się to komuś, ale zazwyczaj odskakuje się od tego prostego stwierdzenia w pląsach i ukłonach, a koniec końców, Bogiem a prawdą, nikt nie dał dokładnej definicji: czy Sowiety są naszym wrogiem, czy wrogiem nie są? Są najeźdźcą, czy nie? Odebrały nam niepodległość, czy nie odebrały? Czy „Kraj” to jest „Polska”, czy tylko obca okupacja? Czy panowie Mikołajczyk-Bierut-Osóbka-Cyrankiewicz to quislingi, czy też jakieś pośrednie zjawisko: mieszanina „dobrej woli” z agentem NKWD, według fantastycznej recepty rosyjskiego kawału: „smies popa s wiełosipiedom”?

Sytuację tę zrodził sofizmatyczny termin „sojusznik naszych sojuszników”, nadany Związkowi Sowieckiemu jeszcze w r. 1943. Ta nieszczera i dziwaczna definicja mści się na nas do dziś.

Jeżeli natomiast wyjdziemy z założeń prostych, jasnych, ogólnie zrozumiałych i za „dobrych przedwojennych czasów” powszechnie przyjętych, określających mianem wroga każdego, kto najeżdża naszą ojczyznę, to i na powstanie warszawskie będziemy mogli popatrzeć obydwoma oczami, a nie, jak dotychczas, przymrużając jedno dyskretnie.

Powstanie warszawskie 4_30

Na tej fatalnej sytuacji r. 1944 trudno zrozumieć, dlaczego ogół Polaków potępia akcję, której najoczywistszym celem było restytuowanie suwerennej stolicy z suwerennymi władzami i suwerennym wojskiem, wtedy, gdy rzecz ta była łatwa do zrobienia? Jeden wróg odchodził, drugi nadchodził. Pomiędzy tych dwóch wrogów wstawić niepodległy skrawek, ba, centrum Polski! Co w tym było głupiego albo zbrodniczego? Oczywiście, że nic, gdyby sprawę można było jasno postawić. Złożyło się jednak tak, że jeden z wrogów nie tylko odchodził, ale dogorywał. Natomiast tym drugim, który nadchodził, były Sowiety. A zatem ostrze akcji samo przez się skierowane by być musiało przeciwko nim. „Skandal!” „To by nas kompromitowało w oczach demokracji!”… Umówiono się zatem, żeby powstanie przedstawić w innym świetle, i w ten sposób spaczono jego sens od początku do naszych dni.

powstanie_warszawskie_wiki_13

A jak położenie wyglądało naprawdę?

Odwrót armii niemieckiej był w pełnym toku. W ostatnich dniach lipca osiągał swój punkt szczytowy, a wraz z nim nieuchronny bałagan. O żadnej mobilizacji mężczyzn pod pretekstem robienia fortyfikacji nie było mowy. Głośniki radiowe nadały surowy rozkaz, aby „wszyscy zdolni od lat 16 itd.” zgłosili się z łopatami na wyznaczonym szeregu punktów zbornych, skąd ludzi zabiorą ciężarówki. Byli przekonani, że nie zjawi się nikt. Tymczasem tu i ówdzie poprzychodziło po kilkadziesiąt osób. Sam widziałem, jak na wyznaczonym m.in. pl. Narutowicza zebrało się ok. 70 (!) ludzi z łopatami, którzy daremnie czekali na przyjazd samochodów. Jednego z takich naiwnych spotkałem jeszcze o 11.30 na ulicy Filtrowej, gdy wracał z łopatą zniechęcony i zawiedziony (obiecano przecie wyżywienie i zapłatę).

Powstanie warszawskie 1_221

W piątek i sobotę okna pobrzękiwały od dalekiej kanonady. Radio Londyn nadało wiadomość, że marszałek Rokossowski przeniósł swą kwaterę w orbitę widoczności Warszawy, i że stamtąd spogląda gołym okiem na stolicę Polski. 30 lipca al. Jerozolimskimi wycofywały się ostatnie tabory niemieckie, a później zaczęły iść czołgi za Wisłę. Na ulicach wisiały nie zrywane obwieszczenia delegatury podziemnej. Żałuję, że nie miałem aparatu, gdyż sfotografowałbym następujący dokument historyczny. Na rogu Brackiej i Widok, wokół obwieszczenia Delegatury Rządu, naklejonego na słupie, zebrał się tłum ludzi. W tłumie tym stało czterech „granatowych” policjantów i dwóch żołnierzy Wehrmachtu. Była 10 rano. Żołnierze ci pytali o drogę, a zwabieni zbiegowiskiem, zainteresowali się, co plakat zawiera, i odeszli następnie obojętnie. O 11 byłem na Pradze. Niemcy palili dworce i składy, jak się normalnie pali przed oddaniem terenu w ręce wroga.

6_1375187368

Powracając, na moście Kierbedzia zauważyłem, że jakiś spotniały kolejarz krzyknął do samochodu, którym jechali z Pragi (widocznie z frontu) kurzem okryci żołnierze:

— Wie weit?!

Żołnierz, pokazując dwa razy po dziesięć palców, odkrzyknął:

— Zwanzig Kilometer!

31 lipca z jednego tylko Dworca Zachodniego usuwano resztki wagonów. Nie było już ani porządku, ani kontroli. Każdy, kto chciał, mógł siadać i jechać bez żadnej przepustki. W takich warunkach powstanie, które wybuchło dopiero 1 sierpnia po południu, mogło liczyć na zupełny sukces i minimalne straty, co najwyżej w potyczkach z cofającymi się strażami tylnymi. Formalnie, przed świtem, Warszawa wyzwolona by była przez wojska polskie, a wkraczającego nowego najeźdźcę powitałyby suwerenny sztandar, zatknięty w suwerennej, wolnej stolicy. Otóż tego bolszewicy chcieli uniknąć za wszelką cenę. Czy można się było spodziewać takiego ich stanowiska? Do pewnego stopnia tak. Na czym więc polegał błąd w rachunku powstańców, który doprowadził do straszliwej katastrofy Warszawy?

powstanie_warszawskie_1

Nie wiem, czy w ogóle można tu mówić o błędzie w rachunku logicznym. Bo jeżeli można było się spodziewać, że takie stanowisko zajmą Sowiety, niepodobieństwem było przewidzieć bezmiar zaślepionej, zaciętej tępoty Hitlera. Nawet po wszystkich doświadczeniach okupacji, nawet po zetknięciu się z tymi szaleństwami maniaka, który zatracił wszelkie poczucie rzeczywistości, nawet po tym całym krwawym tańcu epileptycznej polityki na ziemiach naszych i nie naszych. Jakkolwiek sytuacja Niemiec była już wtedy beznadziejna, to choćby dlatego, że czepiały się one rozpaczliwie każdej pozostałej jeszcze możliwości, powinny się były uchwycić oburącz okoliczności, że na drodze marszu Armii Czerwonej stawała suwerenna Polska, nie uznawana i znienawidzona przez Sowiety. Że powstała możliwość nowych incydentów i powikłań w obozie sojuszniczym. W każdym razie z punktu interesu niemieckiego nic nie przemawiało za utrzymaniem ogniska powstania na tyłach swego frontu, a wszystko za pozostawieniem go oko w oko z Armią Czerwoną. Nawet gdyby z tego zetknięcia nie miało być chleba… Manewr Rokossowskiego był tak przejrzysty co do swego celu, iż nie mogli go nie spostrzec Niemcy. Rzecz była oczywista, nie podlegająca dyskusji.

powstanie_warszawskie_warszawa_pamieta_sierpien_640x0_rozmiar-niestandardowy

Znam osobiście ludzi o głośnych i patriotycznych nazwiskach, którzy próbowali pośredniczyć w sprawie pozostawienia przez władze niemieckie zbytecznej broni. Pośrednictwo to zostało odrzucone, zarówno przez stronę niemiecką, jak polską. Z jednej strony emocjonalna zaciekłość przeważała nad interesem politycznym, z drugiej obawa przed cieniem nawet „współpracy” przeważała nad obawą i troską o dobro ojczyzny.

Krew, zalewająca oczy Hitlera, pomieszała mu resztę rozsądku. Wiadomo już dziś, że Warszawa to była jego osobista sprawa, jego „Angelegenheit”. W ten sposób, najmniej oczekiwany i nieprawdopodobny, podobnie jak w r. 1939, odnowił się antypolski pakt sowiecko-niemiecki, nie pisany wprawdzie i nie podpisany, ale niemniej namacalny, a bardziej krwawy. Hitler nazwał zupełnie słusznie powstanie „drugim Katyniem”. Gdyż podobnie jak pierwszy, doszedł do skutku wyłącznie w interesach sowieckich, z tą tylko różnicą, że wykonany nie rękami enkawudzistów, ale Niemców. Był to z ich strony obłęd dosłowny i, doprawdy, trudno jest winić kierowników powstania, że go nie przewidzieli.

111970_1255077365_be92_p

Charakterystyczne jest to, że dotychczas nie została poddana poważniejszej analizie raptowna zmiana stanowiska niemieckiego przy końcu powstania. A przecież rzecz rzucała się w oczy. Skreśleni zostali przez cenzurę „die polnischen Banditen”; powstańcom przyznano prawa armii regularnej. Wiadomo również, że wymaszerowujące po kapitulacji oddziały Armii Krajowej witano orkiestrą, i że gen. Bora zaproszono na liczne rozmowy, podczas których wysłuchiwać miał nowych propozycji. Oczywiście zrobiono to wszystko niezgrabnie, za późno i wciąż z tym tępym uporem i brutalną „herrenvolkowością”, która charakteryzowała politykę hitlerowską, a która odzierała wszystkich ich sojuszników z postawy suwerennej godności i spychała do roli posłusznych rabów, w rodzaju bałtyckich i ukraińskich oddziałów SS. Z tego punktu widzenia nie jest ważne, czy gen. Bór podczas tych rozmów pił herbatę, jak chce prasa bolszewicka, czy jej nie pił. Propozycje niemieckie odrzucił kategorycznie – i słusznie: gdyż w tym położeniu nie przedstawiały one żadnej rzeczywistej korzyści dla Polski. Ale ta kardynalna wolta w stanowisku niemieckim potwierdza w całej rozciągłości fakt, że gdy minął atak prywatnego szału Hitlera, odsłonił się zarys innej drogi, po której mniej więcej potoczyć by się winny wypadki, gdyby Hitler podobnym atakom szału nie podlegał i był w stanie kalkulować. Niewątpliwie przebieg powstania wyglądałby wtedy inaczej.

Naturalnie słowo „gdyby” nie jest w rozważaniach nad wypadkami minionymi słowem popularnym. Nie znaczy to jednak, ażeby dla zdobycia popularności wyzbywać się rozsądku. Cała sprawa powstania zwekslowana jest dziś na jednotorową propagandę i przedstawiana w ten sposób, jakby chodziło o to, że garstka bezbronnych szaleńców rzuciła się w niepoczytalnym stanie podniecenia i patriotyzmu na opancerzonego kolosa i za straty, jakie wywołała skutkiem swej lekkomyślności, powinna ponieść odpowiedzialność. Tak wcale nie było.

17

Powstanie warszawskie spowodowało potworne straty materialne. Straty te są do powetowania. Nie do powetowania są straty w zabytkach, dziełach sztuki, pomnikach itd. Co się tyczy strat w ludziach, wyglądają one inaczej, niż to przedstawia powszechnie przyjęta wersja. Himmler, ażeby odstraszyć Polaków od prób nowej akcji zbrojnej, oświadczył, że liczba ofiar wynosi ćwierć miliona. Dla tych samych celów bolszewicy podtrzymali tę cyfrę. Z naszej strony próbowano ją nawet wyśrubować do – trzystu tysięcy! Jeden z najznakomitszych polskich statystów wojennych, który był w powstaniu (nie mogę wymienić nazwiska ze względu na jego obecny [1947 r. – przyp. taw] pobyt w kraju), utrzymywał, że straty Armii Krajowej łącznie z ludnością cywilną w żadnym wypadku nie przekraczają pięćdziesięciu tysięcy.

Tadeusz "Bór" Komorowski po spotkaniu z SS-Obergrupenführerem Erichem von dem Bach-Zelewskim w jego kwaterze w Ożarowie Mazowieckim 4.10.1944 r.
Tadeusz „Bór” Komorowski po spotkaniu z SS-Obergrupenführerem Erichem von dem Bach-Zelewskim w jego kwaterze w Ożarowie Mazowieckim 4.10.1944 r.

W świetle tego wszystkiego trudno mówić o „błędzie” gen. Bora, który dał do niego hasło. Zastrzeżenie mogłoby budzić raczej jego obecne [1947 r. – przyp. taw] stanowisko. Gen. Bór przebywał w Ameryce i kilku krajach Europy i wszędzie, gdzie mówił albo udzielał wywiadów podkreślał, jak to Polacy wspomagali Armię Czerwoną w akcji, a jej dowódców podejmowali w Polsce śniadaniami i bankietami. Trudno zaprzeczyć, że w tradycji przywykliśmy do innych zwyczajów, które zresztą utrzymywane są w większości krajów. Nie zwykło się wrogów podejmować śniadaniami, gdy wkraczają, by odebrać terytorium i niepodległość. Toteż wydaje się, że niejeden cudzoziemiec, mniej zorientowany w subtelnościach politycznych labiryntów Polski, może wyrazić zdziwienie w taki np. sposób: „Skoroście im tak pomagali w opanowaniu własnego kraju i podejmowali śniadaniami na powitanie, dlaczego się skarżycie, że u was pozostali?!”.

Józef Mackiewicz
Józef-Mackiewicz
Józef Mackiewicz (1902-1985)

dscf1475-113638