Ukraina – żółte dziennikarstwo. O czym nie mówią główne polskojęzyczne dezinformatory (1) – dr Jerzy Jaśkowski

ukraine-flag

Od grudnia ubiegłego roku jesteśmy zasypywani informacjami o tym, co dzieje się na Ukrainie. Przypomnę, że państwo to powstało dopiero po decyzjach z 1991/4 roku, za biurkami lub, jak kto woli, stolikami osób trzymających władzę. Granice jego wytyczono, podobnie jak w XIX wieku państw – kolonii afrykańskich. Czyli jest to całkowicie sztuczny twór z mozaiką ludności z całego świata. W ostatnim czasie pojawiła się na tych terenach, dawniej zwanych Podolem, Wołyniem, Dzikimi Polami, czy po prostu województwami państwa polskiego, cała masa ludzi zupełnie nie związanych z tymi ziemiami.

Jak wykazałem w poprzednich artykułach, na obecne 45 milionów mieszkańców Ukrainy od 35 do 40 milionów to ludność, która pojawiła się tam po II wojnie światowej. Poprzednich mieszkańców albo wymordowano albo zmuszono do deportacji, czy to karnych, czy ekonomicznych. Po moich wcześniejszych publikacjach na temat „Ukrainy” i o braku jakichkolwiek podstaw do uznania istnienia jakiegoś narodu ukraińskiego, otrzymałem dodatkowe informacje, potwierdzające moje wnioski. Informacje te dotyczą struktury języka używanego w różnych częściach tych ziem.(1) Obecny temat stał się modny i dlatego każdy z tzw. polityków, będących marionetkami ludzi trzymających władzę, stara się dorzucić swoje trzy grosze w kwestii tego, co się tam dzieje. Proszę zauważyć, że żółte dziennikarstwo sprowadza się do tego, że kolejni zabierający głos dyskutanci usiłują wyjaśnić, co poprzednik miał na myśli. A to raz powołują się na słowa, rzekomo wypowiedziane przez prezydenta Putina, a to na słowa prezydenta Obamy. Co prawda trudno sobie wyobrazić, aby prezydent państwa 100- czy 300-milionowego zabierał głos w rozmaitych detalach, ale dla gazet jest to doskonały sposób na sianie dezinformacji.

Historia żółtego dziennikarstwa rozpoczęła się ponad 82 lata temu, kiedy to Walter Duranty otrzymał nagrodę Pulitzera za artykuł odnośnie sytuacji w Sowietach. Artykuły były preparowane przez wydział, obecnie zwany Wydziałem A KGB. Produkował on artykuły dezinformacyjne, podsuwając je odpowiednim dziennikarzom, opłacanym jako agenci wpływu. Duranty podał światu zachodniemu informację o „Głodzie Ukraińskim”, czym wzbudził sympatię Zachodu do Sowietów. Sowietów stworzonych przez Zachód, tj. dokładnie przez Niemiecki Wywiad (Lenin alias Goldman) i Amerykańskie Banki (Trocki alias Bronstein). Nie jest to nic nowego. W Polsce UB, alias SB, czy Informacja Wojskowa, miały swoich agentów wpływu, vide Ryszard Kapuściński. Jak chcesz się przekonać, kto jest takim agentem, Szanowny Czytelniku, to sprawdź jak często dostaje oficjalne nagrody. Generalnie tzw. nagrody są jawną formą wynagradzania „swoich”. Od ponad 150 lat w ten sam sposób wynagradza się autorów, przydatnych do siania dezinformacji. Nawet ostatnio pewien agent chwalił się, że wygrywał w totolotka. I w ten prosty sposób wyjaśniał, skąd miał pieniądze, nie pracując.

Wracając do realiów. Wbrew temu, co podaje prasa zagraniczna, dzienniki polskojęzyczne cały czas wprowadzają w błąd twierdzeniami, że to rzekomo Rosja i Putin są winni obecnej sytuacji i rozlewowi krwi. Pomimo faktu, że sekretarz Victoria Nuland sama przyznała, że CIA wydało ponad 5 miliardów na tą rewolucję. Pomimo faktu, że snajperzy byli szkoleni poza granicami Ukrainy. Pomimo faktu wykorzystywania wojsk ukraińskich w operacjach NATO, pomimo, że Ukraina do NATO nie należy. Koncerny prasowe w Polsce nadal usiłują zrzucić wszystko na Rosję. Powtarza się cały scenariusz propagandowy z Gruzją i jej prowokacją. Do części polskojęzycznej prasy nadal nie dochodzi bowiem fakt, że to Gruzja, pod rządami Saakaszwili, realizowała plan CIA, prowokując sytuację w 2008 roku. Polacy niestety dali się w to wmanewrować. Podobna sytuacja była z legionami Dąbrowskiego na San Domingo. Nie jest to więc nic nowego. Także zupełnym milczeniem pominięto w lokalnej prasie fakt obecności dyrektora CIA, Brenana, w Kijowie, co podała prasa amerykańska 15 kwietnia 2014 r. Polskojęzyczna prasa nie podaje także takich faktów, jak prowadzenie akcji bojowych na Majdanie (po turecku rynek) przez tzw. Błękitne Hełmy Majdanu tj. byłych żołnierzy, prowadzonych przez oficerów sławnej Delty, a przedtem „pracujących” w batalionie rozpoznawczym Shualei Shimshon z Givati (siły obronne Izraela).

Stare porzekadło mówi: jak nie wiadomo, o co chodzi, to wiadomo, że o pieniądze. Ukraina, od czasu pierwszej pomarańczowej, czy goździkowej rewolucji, przeprowadzonej przez CIA i jej podopiecznych, dorobiła się zadłużenia wielkości 42% PKB. Jak wiemy, żadne specjalne inwestycje na tym terenie nie powstały, natomiast zakupy np. Stoczni Gdańskiej, czy hut w Polsce, służyły do wyprowadzania olbrzymich sum z państwa. Dług tylko zagraniczny Ukrainy wynosi już 137 miliardów dolarów. A tylko w 2014 roku Ukraina potrzebuje na spłatę tego długo aż 25 miliardów dolarów. Proszę zapamiętać tę liczbę. Kto może obecnej Ukrainie dać takie pieniądze? Na pewno nie Rosja, która właśnie cofnęła poprzednie dotacje i domaga się zwrotu kwot zaległych za gaz i ropę. Niby to nie dużo, bo około 2,5 miliarda dolarów, ale dołożone do wymienionych 25… Czy będąca na skraju bankructwa Europa może pomóc? Na papierze, oczywiście. Już podobno obiecała 15 miliardów dolarów. Problem w tym, że jak na razie, Unia zwana Europejską nie może sobie poradzić z deficytem państw tworzących tą Unię. I tak na skraju bankructwa jest nie tylko Grecja, Irlandia, czy Cypr, ale też Hiszpania, Włochy i Portugalia. Dodatkowo wymaga podkreślenia fakt, że niemiecki Sąd Najwyższy kwestionuje bezpośredni skup obligacji. W takiej sytuacji UE nie bardzo ma skąd brać te środki dla Ukrainy. Trudno, aby wymagać od Niemców utraty bardzo dobrych kontraktów długoterminowych z Rosją, na rzecz hipotetycznych korzyści z handlu z Ukrainą. Przypomnę, że sam Siemens ma kontrakt na 80 miliardów euro, na sprzątanie rosyjskiego śmietnika atomowego. Do tego dochodzi ropa i gaz. Pomoc ze strony USA jest więcej, jak hipotetyczna. Najlepszym dowodem jest przyznanie, po długich targach w Kongresie, 15 miliardów dolarów, na okres wielu lat. Trzeba przypomnieć, że natychmiast po zainstalowaniu w Ukrainie nowej marionetki, całe złoto Ukrainy, ok. 50 ton wyleciało do USA. Poza tym Chevron podpisał z nowym rządem prawo do eksploatacji gazu na „naszym Podolu” na 99 lat. Jest tam podobno 40 bilonów m3 gazu. Taka ilość wystarcza całej Europie na ok. 50-100 lat. Niektórzy optymiści podają, że Ukraina może dostać pożyczkę od MFW. Wypada znowu przypomnieć, że MFW, to głównie USA. Jeżeli USA ma tak poważne trudności płatnicze, że duże miasta bankrutują, jak np. Detroit, a 60 innych czeka w kolejce na ogłoszenie bankructwa (wiąże się z tym m.in. niewypłacanie wynagrodzeń i emerytur całej masie urzędników), to nie można się dziwić, że pomoc będzie iluzoryczna. Muszą więcej zarobić na tym interesie, na mieszkańcach Ukrainy. Jeżeli zadłużenie USA wynosi już ponad 120% PKB, to trudno przypuszczać, aby chętnie przyznano jakiekolwiek kwoty Ukrainie. Jak widać z powyższej wyliczanki, przyznane kwoty nie opuszczą państw przyznających je. Wielkość przyznanych dotacji wynosi prawie tyle samo, co konieczność spłat rocznych zadłużenia Ukrainy. Czyli już widać, że żadnej pomocy dla Ukrainy nie będzie. Podobnie wyglądała sprawa rzekomej pomocy dla Haiti po trzęsieniu ziemi. Z obiecanych 5 miliardów dolarów, do kraju nie dotarła nawet przysłowiowe 100 dolarów. Wszystko ugrzęzło w bankach obsługujących zadłużenie.

Nawet jeżeli przyzna się jakieś tam kwoty Ukrainie, to na strasznych warunkach, takich jak sprywatyzowanie gazociągów, czyli jak w przypadku Polski, oddanie za bezcen, lub przeprowadzenie tzw. restrukturyzacji, znów podobnie jak w Polsce, oznaczającej masowe bezrobocie i likwidację zakładów przemysłowych, zaprzestanie dofinansowywania mediów, tj. prądu i gazu. Wiemy dobrze, że oznacza to wzrost cen energii o 100, lub więcej procent. Wystarczy, że Rosja cofnie swoje ulgi, a gaz na Ukrainie podskoczy z 268 dolarów za 1000 m3, do 468. Przypomnę, że Rosja sprzedaje ten sam gaz dla krajów zachodnich średnio po ok. 200 dolarów, a dla Polski po ok. 400 dolarów za 1000 m3, czyli jest to cena po uważaniu i czym bardziej dany kraj jest uzależniony od źródełka, tym cena może być wyższa. No, chyba że na odpowiednich stołkach siedzą agenci wpływu. A że odpowiednie osoby mogą mieć istotne znaczenie dla ceny zakupu gazu, czy ropy, świadczy kontrakt podpisany przez niejakiego Pola, z rządu SLD. Kontrakt ten opiewał na zakup gazu z Rosji, bez możliwości jego sprzedaży dalej, na 25 lat, w ilości 14,5 miliona m3, w sytuacji, gdy mamy swój gaz i nie możemy go eksploatować! Oczywiście jest jeszcze żyzna ziemia ukraińska, ale jak się okazuje, już 3 miliony hektarów zakupili Chińczycy. Chyba że jest to typowa transakcja na słupa, podobnie jak wykupy ziemi popegeerowskiej w Polsce przez spółki niemieckie (w podobny sposób Niemcy wykupili już ponad 1 800 000 m3 mieszkań).

Dr Jerzy Jaśkowski

Kontakt: jerzy.jaskowski@o2.pl lub jjaskow@wp.pl
WolneMedia.net

PRZYPIS

[1] Mr. Mask (komentarz znaleziony w sieci): ”Słowo (Ukraina) nie jest nazwą państwowości i etniczności a język ukraiński jest sztucznym socjojęzykiem, tak jak sztuczny język esperanto lub sztuczny język syberyjski. Społeczne początki ukraińskiego socjojęzyka są w środowisku siczy kozackiej tyle że kozacy są wieloetniczną socjomutacją o nieustalonym rodowodzie genetycznym. Język ukraiński alfabetyzowano w drugiej połowie XIX wieku, nie pamiętam precyzyjnie, który to był rok i powstał spór: alfabetyzować łaciną czy cyrylicą. Mniemaniem kozackich nacjonalistów alfabetyzacja łacinka byłaby polonizacją tego języka, więc wybrano cyrylicę w międzyczasie, ponieważ bełkot chłopstwa z obory nie spełniał standardu literackiego, chciano skorzystać ze staro-cerkiewno-słowiańskiego. Słowo „kozacy” zapisuję świadomie małą literą, bo wielką zapisujemy nazwy etniczności tej plemiennej, narodowej i wielkich grup etnicznych, jak Słowianie czy Indianie. Język polski jest precyzyjny. Coś takiego jak „naród” radziecki czy ukraiński nie istnieje i nigdy nie będzie istnieć, bo to jest socjomutacja. W przypadku języka ukraińskiego jest też inny element, alfabetyzacja ten język był jeszcze w XIX w. niepiśmienny i tak prymitywny że szukano sztucznej możliwości stworzenia języka, porównanie jego z esperanto jest więc uzasadnione”.

Głośny wykład doktora Jerzego Jaśkowskiego dla PrisonPlanet.pl :

Advertisements

2 thoughts on “Ukraina – żółte dziennikarstwo. O czym nie mówią główne polskojęzyczne dezinformatory (1) – dr Jerzy Jaśkowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s